środa, 31 marca 2010

David Almond "Skrzydlak"

„The Guardian” twierdzi, że twórczość Davida Almonda jest absolutnie poza jakimikolwiek klasyfikacjami, „The Times” dodaje, że nie ma drugiego takiego pisarza. Ostatnio zgodziło się z tymi opiniami także Stowarzyszenie Przyjaciół Książki dla Młodych IBBY, które 23 marca 2010 na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii ogłosiło Almonda laureatem Nagrody im. H.Ch. Andersena. Tym chętniej sięgnęłam więc po Skrzydlaka, powieść napisaną przez autora z myślą o młodszym czytelniku.

Michael przeprowadza się z rodzicami do starego domu, na który trzeba patrzeć z wyobraźnią – jak twierdzi pośrednik nieruchomości. Tam, gdzie ma pojawić się kuchnia, stoi na razie sedes, z którego korzystał, nim umarł, poprzedni właściciel. Tam, gdzie ma być ogród, na razie stoi rozwalający się garaż, który lada chwila może się zawalić. Jakby tego było mało, maleńka, póki co bezimienna, siostra Michaela choruje. Urodziła się przedwcześnie i ma problemy z sercem. Trafia więc do szpitala. Michael, choć niewiele o tym mówi, przejmuje się stanem zdrowia siostry. Ojciec pozwala, by nie chodził chwilowo do szkoły. Chłopak więc pałęta się wokół domu. Poznaje Minę – niezwykłą dziewczynkę, która uczy się w domu. Mimo zakazów ojca Michael wchodzi także do garażu. To właśnie tam siedzi On. Zjadający muchy i pająki, brudny i cierpiący na artretyzm Ktoś. Michael przejmuje się też i jego losem. Razem z Miną żywią go i pomagają mu w przeprowadzce…

Słuszne są zachwyty nad Almondem. Przede wszystkim ujęła mnie ta wolność, którą pisarz daje czytelnikowi. Wolność interpretacji. Bo kim jest skrzydlak? Czy aniołem? Czy sową? Albo może innym ptakiem? A może to dobry duch? Autor nie dopowiada tej historii, ufając czytelnikowi – jego wyobraźni, jego potrzebom, jego wierze. Więcej, Almond nie ogranicza się w ramach tradycji literatury dla dzieci. Skrzydlak bywa niepokojący, smutny, czasem nawet odrażający, dotyka tematyki ostatecznej, śmierci, osamotnienia, odrzucenia… Niektórzy z pewnością rzekliby: po co takie rzeczy dawać dzieciom do czytania? Almond nie boi się takich zarzutów, dlatego tworzy książkę szczerą, gdzie z jednej strony cierpienie trzeba przeżyć do końca i żadna cudowna wróżka niczego tu nie załatwi, z drugiej zaś – zawsze jest nadzieja. Do Skrzydlaka przekonują mnie także konteksty, a w szczególności wielokrotne nawiązania do liryki i obrazów Williama Blake. Zabieg ten sprawia, że dość magiczna i nieprawdopodobna opowieść nabiera prawdopodobieństwa - ale o tym przeczytajcie sami.

Trudno się pisze o tej książce, dlatego że wdziera się do wnętrza człowieka i tam chce pozostać. Drąży, pyta, przenicowuje… Czasem słowa pisane to za dużo…

Na podstawie książki zrobiono film. Nie oglądałam, ale z migawek odkrywam, że odstaje od klimatu książki dość mocno (może za wyjątkiem muzyki). Podobnie zresztą jak okładka polskiego wydania. :/




Możesz kupić tutaj: Skrzydlak

Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 180
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Wymiary: 16.0x21.0cm
ISBN: 9788375063929
Tłumaczenie: Tomasz Krzyżanowski

wtorek, 30 marca 2010

Ingelin Angerborn "Gdybym nie zrobiła z taty astronauty"

Pamiętam, jak w czasach podstawówki z koleżankami zwariowałyśmy na punkcie książki Christine Nöstlinger Nowy mąż dla mamy. Czytałyśmy z wypiekami na twarzy, bo a) taki problem, jak rozstanie rodziców był dla nas całkowicie abstrakcyjny, by nie rzec egzotyczny (na szczęście!), b) główna bohaterka, której imienia już nie pamiętam, miała niesamowite pomysły i zwyczajnie czułyśmy, że jest jedną z nas. Kiedy teraz, po wielu, wielu latach, przyszło mi czytać Gdybym nie zrobiła z taty astronauty Angelin Angerborn, przypomniała mi się książka Nöstlinger i uczucia, jakie towarzyszyły lekturze wtedy.

Tilda mieszka z mamą. Jej ojciec jest gdzieś daleko i właściwie sama dziewczynka nie wie, czym się zajmuje. Czytelnik odkrywa, że Tilda wyraźnie się tego wstydzi, choć o tym nie mówi. Czasem tylko wymsknie jej się coś w stylu „znudziło mi sie czekanie (na przyjazd taty – dop. naczynie_gliniane), więc wysłałam tatę w kosmos” albo „tata w te święta też nie przyjechał. (…) Pomyślałam sobie, że może spadać”. I właśnie z powodu tego zawstydzenia dziewczyna wpada w kłopoty. Kiedy pewnego razu wszyscy na boisku przechwalają się, kim są ich tatusiowie (policjantem, informatykiem, taksówkarzem…), Tilda odparowuje, że jej jest astronautą. Dzieci, zwłaszcza Markus, który chce być najfajniejszy, żąda dowodu. Dziewczynka, choć sama nie rozumie dlaczego skłamała, wplątuje się w kolejne sytuacje, które coraz bardziej gmatwają jej życie. Gdyby Tilda nie skłamała, lawina wydarzeń nie doprowadziłaby do kolejnej w życiu dziewczynki przeprowadzki.

Książka Angerborn próbuje ważny temat (brak ojca) potraktować lekko. Być może celem autorki było oswojenie tematu, wskazanie młodzieży szkolnej na fakt, iż tego problemu, jeśli takowy się ma, nie trzeba się wstydzić, że inne dzieci też to przeżywają. I że czasem niektórzy tatusiowie są co najmniej dziwni i ich dzieci próbują postać taty wybielić (jak Markus, który twierdzi, że jego tata jest policjantem – fakty zdają się być zgoła inne od wyobrażeń). Tilda jest wyraźnie osamotniona w problemie i sprawia wrażenie nierozumiejącej, co czuje. Nikt z dorosłych nie pomaga jej uporać się z kwestią nieobecnego ojca, co jest dość smutne. Trochę niezrozumiałe jest dla mnie w tej powieści podejmowanie i tematu Boga. Tilda pyta: „Zastanawiam się, dlaczego Bóg najpierw sprawił, że wszyscy zapomnieli o dowodzie na astronautę, a potem nagle rzucił zdjęcie pod nos właśnie Markusowie? (…) Nic nie rozumiałam. Może zdjęcie zniszczyło się dlatego, że skłamałam o tacie… A może dlatego, że nie wierzę w Boga… A może dlatego, że go nie ma…” Typowy dla skandynawskiej kultury liberalizm światopoglądowy znajduje tu swój wyraz. A być może autorka próbuje pokazać, że brak ojca realnego skutkuje brakiem Ojca niebieskiego? Być może wyszło jej to przez przypadek? Być może to ja nadinterpretowuję… ale takie refleksje nasuwają mi się po lekturze.

Próbowałam jednak czytać tę książkę jakbym miała wiele lat mniej. Tilda wydała mi się przesympatyczna i tak bliska w tym wpadaniu w tarapaty i drobnych kłamstewkach. Od razu polubiłam ją za wiszenie na trapezie głową w dół, za obracanie rozdartej kurtki tyłem, tak, żeby mama nie widziała, za urwane nogi Gagarina… O jej kolejnych przygodach czytałam z wypiekami na twarzy. Myślę, że książka młodemu czytelnikowi bardzo się spodoba. Ma szansę też pozostać w pamięci na wiele lat, tak jak mnie pozostała książka Nowy mąż dla mamy.

Możesz kupić tutaj: Gdybym nie zrobiła z taty astronauty

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 128
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Zakamarki
Wymiary: 15.5x20.5cm
ISBN: 978-83-60963-63-0
Tłumaczenie: Katarzyna Ottosson

poniedziałek, 29 marca 2010

Charlie Higson "Wróg"


Miejsce akcji: Londyn. Niedaleka przyszłość, alternatywna teraźniejszość? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, co pozostało z jednej z największych metropolii świata: wyludnione ulice, opuszczone zgliszcza domów i sklepów, wszechobecne ruiny. Panującą zwykle martwą ciszę od czasu do czasu przerywają porywy nagłego wiatru czy szalejące w mieście pożary. Jedynie wraki samochodów przypominają o niegdysiejszym życiu i cywilizacji. Autor roztacza przed czytelnikami wizję postapokaliptycznego świata, miejsca wyniszczonego nieznaną bliżej epidemią, o której przyczynach tak naprawdę nie dowiemy się nigdy. Ważne są bowiem skutki owego kataklizmu – wszyscy dorośli ludzie zginęli lub też zostali zamienieni w bezmózgie, na pozór, zombie, których jedyne pragnienie stanowi napełnienie brzuchów czymkolwiek w miarę jadalnym. Siłą rzeczy ich głównym pożywieniem stają się jedyne ocalałe istoty rozumne, czyli dzieci. To właśnie one stanowią główny temat powieści, a raczej ich rozpaczliwe próby przetrwania w nowo powstałym mieście śmierci.

Mamy więc kilkoro bohaterów, których losy śledzimy: Arran – przywódca jednej z grup dzieci, Maxie – jego zastępczyni, Mały Sam – chłopiec porwany przez dorosłych, którego samotną podróż przez Londyn on sam porównuje do niebezpiecznej przeprawy hobbitów w Mordorze, Achilles – młodociany wojownik, Callum – samotnik, Niebieski – twardy przywódca skrywający swój prawdziwy charakter, i wielu innych. Historia zaczyna się wraz z nieudaną wyprawą po jedzenie dowodzonej przez Arrana grupy, kiedy to ginie jedno z dzieci – Ląg. Jego przyjaciel, Dziwo obwinia się o śmierć kolegi, który rzucił mu się na ratunek i został raniony szkłem. Kiedy w obozie dzieci, znajdującym się w supermarkecie Waitrose, pojawia się dziwny przybysz o mianie Błazen i zaprasza ich do pałacu Buckingham, Arran i Niebieski decydują się opuścić dotychczasowe schronienie i wyruszyć w ryzykowną podróż przez Londyn ku upragnionej oazie. Droga ta naznaczona będzie śmiercią, ciągłą obawą przed atakami dorosłych, którzy nieoczekiwanie zaczynają wykazywać oznaki zorganizowania i inteligencji, a także wciąż rosnącym niepokojem wobec samego celu ich wyprawy, pałacu, a raczej dowodzącego nim chłopca, Davida, który planuje za wszelką cenę zaprowadzić w mieście stworzoną przez siebie totalitarną utopię.

Powieść Higsona przeznaczona jest zdecydowanie dla starszej młodzieży, jako że zawiera bardzo brutalne opisy przemocy, walki oraz wręcz epatuje agresją i śmiercią. Dlatego młodszy czytelnik powinien wstrzymać się z lekturą. Rzeczywistość, przed jaką stawia nas autor, przynależy do czasów wojny i walki o przetrwanie, które to sytuacje wzbudzają w człowieku pierwotne instynkty, wydobywające na światło dzienne całe jego okrucieństwo oraz nieczułość. Uznając jedynie prymat siły, zwycięzcy dopuszczają do siebie także jednostki sprytne i przebiegłe (jak jeden z bohaterów, Ollie), ale nigdy nie obdarzają ich zaufaniem. Co najbardziej uderzyło mnie we Wrogu, to właśnie owa infernalna rzeczywistość, wymuszająca na dzieciach odnalezienie się w sytuacjach moralnego ekstremum, sytuacjach, o których istnieniu nie powinny mieć nawet pojęcia. Jak to określił jeden z bohaterów książki: „Przecież jesteśmy tylko dziećmi”. Dlaczego więc doświadczają tak absolutnego zła i okrucieństwa? To pytanie, na które autor nie daje odpowiedzi. Cała stylistyka jego powieści, zahaczająca wręcz o styl gore, sama strona wizualna książki (która posiada czarne barwienia brzegów stron) implikują lekturę mroczną i ponurą. I tak właśnie jest. Losy dzieci są tragiczne, ich postępowanie nieraz szokujące, a rzeczywistość nowego świata rozpaczliwa. Jednak nawet tutaj istnieją takie wartości jak lojalność, współczucie czy troska o mniejszych od siebie.

Budowanie przez dzieci zwartej społeczności i przydzielanie sobie w niej ról, nieodmiennie wiążących się z wynikłą odpowiedzialnością, stanowi ciekawy przedmiot obserwacji. I to chyba można uznać za najciekawszy wniosek płynący z lektury Wroga. Mnie osobiście zaciekawił również pomysł umiejscowienia najbezpieczniejszych i najlepiej zorganizowanych przyczółków ocalałych dzieci w miejscach takich jak: pałac Buckingham, Tower of London, Muzeum Historii Naturalnej. Na gruzach współczesnego Londynu najlepiej bowiem zachowały się właśnie takie pomniki kultury i historii.

Możesz kupić tutaj: Wróg

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 416
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Świat Książki
Wymiary: 14.5x20.5cm
ISBN: 9788324718160
Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski

niedziela, 28 marca 2010

Porządki wiosenne


Postanowiłam trochę ogarnąć tego bloga:) W ramach wiosennych porządków opracowałam spis wszystkich książek. Na osobnych stronach (patrz nawigacja u góry strony, pod nagłówkiem) możesz znaleźć katalog lektur uporządkowanych alfabetycznie po nazwisku autora i po tytule.

Mam nadzieję, że ułatwi to szukanie właściwych informacji na blogu.

Pozdrawiam serdecznie:) Naczynie_gliniane

PS
Reprodukcja pochodzi z wolnych zasobów Wikimedia Commons.
Carl Spitzweg The Bookworm


sobota, 27 marca 2010

Bob Hartman, Krisztina Kállai Nagy "Opowieści na dobranoc"

Nieraz zaskakuje mnie inwencja twórcza autorów. Bo czego niby oryginalnego można się spodziewać po książce, która ma tak mało oryginalny tytuł jak ta – Opowieści na dobranoc. Myli się jednak ten, który sądzi, że to kolejna książka z serii „sobie wymyśliłem i teraz czytajcie”.

Bob Hartman zebrał tradycyjne, ludowe bajki, aby opowiedzieć je na nowo. Spotkamy się więc z Arionem z Grecji, królikiem i tygrysem z Portoryko, kanczylem z Jawy, Kayoku z Japonii czy żółwiem z Afryki. Autor trzyma się tradycji dość mocno, dlatego opowieści naznaczone są lokalnym kolorytem. Akcja kanadyjskiej bajki Trzymiesięczna noc umiejscowiona została na polanie skrytej między sosnami. Niedźwiedź kłóci się z wiewiórką o to, jak długo powinien trwać dzień. W bajce afrykańskiej z kolei (Żółw sprowadza jedzenie) bohaterami są słoń i tygrys. Oni również mają problem: ziemia jest wyschnięta z powodu panującej suszy. Opowiastka z Norwegii przedstawia nam Ollego i trolle… i tak dalej. W tym niesłychanym bogactwie i różnorodności jest jednak wspólny mianownik. To kwestia wartości, ale także dowcipu. Bohaterowie tych bajek często się spierają, czasem czyhają na siebie (jak tygrys na królika), nie zawsze chcą drugiego wysłuchać, ale koniec końców dobro i chęć niesienia pomocy wygrywają.

Autor twierdzi: „Opowiadanie bajek nigdy nie miało być czymś, co działa tylko w jedną stronę. Najlepiej, gdy bajanie ma postać dialogu między osobą opowiadającą a jej słuchaczami”. Hartman proponuje (czytamy o tym w artykule na ostatnich stronach książki), by aktywizować dzieci w czasie opowiadania im bajek. Maluchy mogą improwizować teatr w trakcie czytania. Wystarczy dać im do ręki rekwizyt, a z całą pewnością będą wiedziały, co z nim zrobić. Można też zlecić pewne kwestie do wygłaszania, gdy mowa o danym bohaterze – na przykład „burp” (to odgłos żaby) czy piski myszki. Zachęca również, by słuchaczy podzielić na grupy i każdej dać osobne zadanie na czas lektury. Ta ostatnia propozycja oczywiście średnio się ma do polskich realiów. Jednak – mam wrażenie – na Zachodzie wspólne czytanie w małych księgarenkach, w przedszkolach (dzień z czytającym rodzicem) jest o wiele bardziej popularne niż u nas. Obserwuję co prawda próby organizowania dziecięcy spotkań z książeczką (na przykład w naszej miejskiej bibliotece), ale nie jest to sprawa oczywista, a taką być powinna.

Cóż! Kolejna ciekawa książka, która odsłania przede mną nowe horyzonty na wspólne z dzieckiem czytanie. A wydawało mi się, że już mnie nikt nie zaskoczy:)

Możesz kupić tutaj: Opowieści na dobranoc 

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 128
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Świat Książki
Wymiary: 22.0x26.5cm
ISBN: 9788324718047
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

piątek, 26 marca 2010

Esther Vilar "Siedem pożarów Mademoiselle"

Książka Esther Vilar nie została napisana z myślą o młodych czytelnikach. Jest chyba raczej stworzona jako lekka, acz niegłupia, lekturka o relacjach damsko-męskich. Decyduję się jednak wpisać ją na listę książek dla młodzieży, ponieważ narracja prowadzona jest tu przez dorosłą co prawda Carlotę, która naówczas była jednak dwunastoletnią dziewczynką. I właśnie ta perspektywa sprawia, że książka Vilar jest naprawdę interesująca.

Tytułowa Mademoiselle jest guwernantką Carloty, córki argentyńskiego dyplomaty. Nazywa się Catherine Laucheron i pochodzi z Francji. Akcja powieści dzieje się w wielkim świecie, w tym centrum dowodzenia nazywanym przez maluczkich Waszyngtonem, a konkretniej – w dzielnicy Georgetown. Mademoiselle jest kobietą wyjątkową, przecudnej urody - na jej widok obraca się każdy mężczyzna, wprost lgną oni do niej jak muchy. Cóż z tego, skoro Francuzka każdego amanta odprawia z kwitkiem. Do czasu jednak! Gdy w wigilijny wieczór za sprawą naszej guwernantki wybucha pierwszy pożar – płonie choinka przystrojona prawdziwymi świeczkami – do domu przybywa prawdziwy mężczyzna o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalski. To on, nie zwróciwszy uwagi na piękną Catherine, nieświadomie wznieca w jej sercu prawdziwy ogień miłości. Mademoiselle wyznaje jednak surowe zasady – pierwszych sześć kroków wyrażających zainteresowanie płcią przeciwną należy do mężczyzny. Straż pożarna z Nickiem na czele zostanie wezwana znów aż sześć razy po to, by Kowalski miał szansę zrobić co do niego należy.

Jaka rola w tym wszystkim przypadła Carlitos? Ano wyjątkowa. Choć dziewczynka nie podziela fascynacji nieco zbyt niskim i łysawym Polakiem, robi wszystko, bo pomóc swej opiekunce. Ponieważ sama wymyśla wynalazki, stanowi ona swoiste centrum doradcze i zaplecze techniczne przy planowaniu kolejnych pożarów. Okazuje się przy tym dziewczynką chłodno oceniającą sytuację i umiejącą zawsze zachować zimną krew.

Wyjątkowo ciekawe są jej obserwacje świata dorosłych. Carlota – ponieważ czas akcji został umiejscowiony za czasów prezydentury Johna F. Kennedy’ego – obserwuje przemiany na tle rasowym, hipokryzję warstw zamożnych i ich przywiązanie do dóbr materialnych. Niezwykle surowo ocenia swoich rodziców, co z jednej strony można usprawiedliwić kwestią wchodzenia w bunt nastolatka, z drugiej jednak – wskazuje na ogromną świadomość tego, co dzieje się dookoła. Trochę wydaje mi się ta mądrość dwunastolatki nieprawdopodobna… Co najciekawsze jednak to możliwość oglądania portretu kobiety próżnej, pewnej swego a jednak odrzuconej, oraz studium rozwoju uczucia. Mademoiselle, która z miłości zaczyna zachowywać się jakby straciła rozum, jest przy tym niezwykle zabawna. Jej nieporadność, drobne wariactwa, gafy, przekonanie o własnej wyjątkowości prowadzą od katastrofy do katastrofy. Nie da się jednak tej postaci nie lubić. Być może dlatego, że jej portret z takim pietyzmem i czułością odmalowuje właśnie Carlota.

Siedem pożarów Mademoiselle przypomina mi trochę klimat Madame Libery ze względu na niedostępność głównych bohaterek, umiłowanie Francji i pasję, która obie powieści wypełnia po brzegi. Przypomina mi też książkę Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki Llosy, której główna bohaterka – podobnie jak Mademoiselle – nosi w sobie tyle chłodu, co i namiętności. Esther Vilar napisała powieść zabawną, z intrygującym zakończeniem, z ciekawymi bohaterkami. Sympatyczna lektura na jedno popołudnie!

Możesz kupić tutaj: Siedem pożarów Mademoiselle

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 248
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 13.0x20.5cm
ISBN: 9788310117915
Tłumaczenie: Kozak Jolanta

czwartek, 25 marca 2010

Zofia Beszczyńska "Skąd się biorą wilki?"

Opowiastka Zofii Beszczyńskiej Skąd się biorą wilki? jest pochwałą wyobraźni. Tej dziecięcej przypadłości, która prowadzi w jakieś alternatywne światy, niekoniecznie rządzone przez prawa logiki, rozumu czy sensu. Jeśli zapomnieliście, jak to jest dać się ponieść fantazji – zajrzyjcie do tej niepozornej książeczki.

Razu jednego mała Ania miała problem. Zamyślając się nad tajemnicami świata, nie umiała dociec, skąd się wzięły różne zwierzęta. Nie, nie, nie chodzi tu o teorię Darwina, wielkie wybuchy i inne ważne nauki. Ania jest ciekawa prapoczątku, konceptu, pramyśli… Postanawia wyruszyć do Afryki, aby wszystko sprawdzić osobiście. I choć nie była pewna drogi, wyruszyła, a ścieżka „sama podścielała się jej pod stopy”. Zdradzę kilka wniosków, do których doszła bohaterka, obserwując świat z bliska. Otóż lwy wyrastają z traw na sawannie. Przyjrzyjcie się bliżej obrazkowi, czyż Ania nie ma racji?



A żyrafy? Oczywiście ze słońca błyskającego przez liście. Spójrzcie!



Prosta i sympatyczna bajeczka Zofii Beszczyńskiej zachęca do wyruszenia w podróż. Niekoniecznie od razu do Afryki. Może na początek w krainę wyobraźni. Pani Zofia z pewnością podpisałaby się pod tymi słowami Julka Tuwima:

Dziecko, nawet współczesne (anno radio, kino, auto, kilo, foto i moto), nie obejdzie się bez bajki, złudy, wymysłu i czarodziejstwa. Biada niemądrym rodzicom, którzy by swe dzieci wychować chcieli rzeczowo, logicznie, realnie, „zgodnie z obecnym stanem wiedzy”, prostując ich fantastyczne o świecie i otaczających przedmiotach pojęcia! Pociecha wyrośnie na kretyna, na złego, tępego kretyna. Chłopiec, któremu by zaczęto tłumaczyć, że chociaż pędzi w szpagatowej uprzęży, to jednak nie jest koniem, choćby się dał przekonać, nigdy nie będzie szczęśliwy. Nawet posady dobrej nie dostanie. A już na pewno ani prochu nie wymyśli, ani Ziemi nie wstrzyma i nie ruszy Słońca, ani Pana Tadeusza nie napisze, ani wyżej wzmiankowanej wiedzy luminarzem nie będzie. Straszne to myśli: dziecko z tzw. zdrowym rozsądkiem i trzeźwym na świat patrzeniem. Maleństwo się rodzi, po pewnym czasie zaczyna mówić – i od razu, bez przygotowania, mówi nieprawdę. To znaczy, że fantastyka jest zjawiskiem przyrodzonym. Potem dopiero głupiejemy, my, smutni dorośli ludzie.



Możesz kupić tutaj: Skąd się biorą wilki?

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 40
Wydawnictwo: Mila
Rok wydania: 2009
Wymiary: 12.5x18.5cm
ISBN: 9788392656517

środa, 24 marca 2010

Gro Dahle, Svein Nyhus "Włosy mamy"

Nie da się przejść obojętnie wobec okładki książki Włosy mamy. Ilustracja przedstawiająca wychudzoną twarz kobiety wyłaniającą się z gęstwiny włosów magnetyzuje. Jej oczy – czarne, nieme, zdezorientowane – zaczynają niepokoić. W tym kontekście postać dziewczynki próbującej wyjść z włosów roztkliwia. Kim są te dwie? Jaką rolę w bajce odegrają włosy? Jedno jest pewne od pierwszego wejrzenia na okładkę – to będzie smutne! Książka Włosy mamy przedstawiana jest w mediach czytelnikowi jako rzecz o depresji. Rzeczywiście. Mama Emmy jest cudowna, ale czasem bywa dziwna – leży na łóżku i na nic nie ma siły. Z apatii nie jest w stanie jej wyrwać nawet prośba córeczki o zrobienie czegoś do zjedzenia.

Autorkę, Gro Dahle, interesuje perspektywa dziecka. Dlaczego mama jest inna? Co się stało? Czy to dlatego że marudziłam i krzyczałam? Mała Emma, która obwinia się o złe samopoczucie matki, dostrzega także, że zmieniły się włosy, a zatem to w nich musi tkwić wina. Dotąd piękne, słoneczne, tańczące na wietrze stały się skłębione, trzeszczące i groźne… „Chyba trudno jest myśleć z taką gęstwiną na głowie”. Mała zakasuje więc rękawy i zabiera się do szczotkowania, zagłębia się we włosy, by wyrzucić dzikie stwory…Dahle daje niezwykle poetycki opis świata – takim właśnie musi je widzieć dziecko. Jeszcze niezracjonalizowany, jeszcze magiczny i wyolbrzymiony. Prosta fabuła odkrywa przed dorosłym czytelnikiem absolutną niezdolność dziecka do obrażenia się na kochanego rodzica. Zamiast tego jest empatia, natychmiastowa chęć niesienia pomocy, ba! przyjmowanie winy na siebie i gotowość do odbierania ciosów! Mała Emma – mimo że pewnie boi się czarnych wron i smoków złotookich – wychodzi im naprzeciw, by tylko pomóc mamie.

Wprowadzając do opowieści starszego pana, który toruje Emmie drogę poza włosy, sugeruje autorka bardzo ważną myśl – dziecko nie może żyć problem rodzica. Nie tylko nie wolno dopuścić, by zaczęło się obarczać winą, ale najzwyczajniej w świecie nie powinno być w emocjonalne problemy nijak zaangażowane – „Emma musi czekać na zewnątrz włosów. Czekać i czekać, bo oswajanie włosów i myśli trwa długo. (…) Tymczasem Emma może zjeść kanapkę”.

Głębia opowieści Gro Dahle niesamowicie mnie poruszyła. Jako typowa, rozemocjonowana kobieta, która nie zawsze dobrze radzi sobie z własnymi uczuciami, biorę tę lekcję do siebie. W moim przekonaniu książkę warto czytać każdemu dziecku, nawet jeśli nie zetknęło się z depresją. Wystarczy czasem „smutna mama”, by mechanizmy opisywane przez Dahle ruszyły. Włosy mamy uczą, że kłopoty dorosłych muszą rozwiązywać sami dorośli.

Absolutnie niezwykła książka! Absolutnie niezwykłe ilustracje! Obrazy zmieniają się wraz z nastrojem, chorobą Mamy. Zamiast łagodnie prowadzonych linii pojawia się kreska złamana, ostre kształty (połamany świat). A drobne szczegóły - jak zerwany sznur pereł czy trzymany w ręku przez mamę zegarek - zmuszają, by domyślić się tego, co nie zostało powiedziane. Niezwykłe!

Możesz kupić tutaj: Włosy mamy

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 32
Wydawnictwo: EneDueRabe
Rok wydania: 2010
Wymiary: 20.5x28.0cm
ISBN: 9788392746232
Tłumaczenie: Garczyńska Helena

Igirisu

Być może zauważyliście, że na blogu pojawiła się nowa osoba, która publikuje tu swoje recenzje.
To Igirisu, anglistka, znawczyni Tolkiena i entuzjastka fantastyki. Moja osobista szwagierka:)
Będzie pisała o książkach dla młodzieży:)

Mam nadzieję, że stali obserwatorzy miło ją tu przyjmą!

Czesław Sikorski "Przygody Chimka Fantasty"


Każde dziecko pragnie być bohaterem. W obrębie swojego małego świata, w oczach rodziców, rodzeństwa, nauczycieli i kolegów. Dziewczynki liczą na pochwałę mamy za pięknie nakryty do obiadu stół, poskładanie sukienek czy opiekę nad niesfornym braciszkiem. Chłopcy, z kolei, nie mogą doczekać się słów uznania za każdy wbity po raz pierwszy gwóźdź, pomoc w wyrzuceniu śmieci lub innych domowych obowiązkach. Każde, nawet najdrobniejsze, zadanie pozwala dzieciom na dowiedzenie ich zaradności i wyjątkowości. Ocena dorosłych nieodmiennie wpływa na samoocenę dziecka, pozwalając mu na ukształtowanie własnej hierarchii rzeczy pożytecznych oraz poczucia własnej wartości. Zdarza się jednak, że nasz (dorosłych) poziom obserwacji pozostawia wiele do życzenia. Ile to razy nie dostrzegamy tych drobnych i subtelnych przejawów pączkującej zaradności naszych pociech, które zwykle kończą się drobnymi katastrofami domowymi, jak choćby zdarciem tefalu z patelni, bo była brudna (jeden z wyczynów Chimka w książce). Niemniej jednak takie drobne ofiary są niekiedy konieczne. Stanowią bowiem sygnał uwrażliwiający na to, że wiele spraw, które nam umykają, nie powinno być przegapionych.

Sytuacja Chimka, głównego bohatera niniejszej książki jest naznaczona piętnem niedowartościowania, które często dotyka dzieci wyróżniające się. Chimek, jak możemy dowiedzieć się z tytułu, jest fantastą, czyli przedkłada świat własnej wyobraźni nad zwykłą rzeczywistość. Co za tym idzie, jego koncentracja na lekcjach bywa zwykle znikoma, choć język polski stwarza często jedyną odskocznię dla bogatej imaginacji chłopca. Jako ulubieniec pani polonistki Chimek może swobodnie popuszczać wodze fantazji, wymyślając alternatywne zakończenia opowiadań czy powieści. W pozostałych momentach chłopiec wyobraża sobie, że ratuje z niewiarygodnych opresji swą pierwszą, szkolną miłość, Agatę. Fantazjowanie Chimka materializuje się zwykle w dzienniczku - uwagami i jedynkami. Z tego powodu mama zamartwia się co do szkolnej przyszłości chłopca. Nieskrępowana wyobraźnia Chimka z jednej strony oddala go od praktycznego spojrzenia na świat i obowiązków, z drugiej zaś - wzbogaca jego wrażliwość oraz pozwala na wyłapywanie wielu istotnych szczegółów, które wkrótce pozwolą mu odkryć prawdziwą kryminalną intrygę, rozgrywającym się na jego własnym podwórku.

Chimek-fantasta stanowi przykład dziecka, którego rodzice kompletnie nie rozumieją. Chęć wyeliminowania wszelkich czynników zakłócających oczekiwany rozwój chłopca nie pozwala rodzicom skupić się na stopniowym oswajaniu oryginalnego talentu Chimka i dostosowywaniu go do otaczającego świata. To właśnie tej sztuki będą musieli się nauczyć oni, podczas gdy Chimek na końcowych stronach książki przyswaja sobie lekcję o zaufaniu dorosłym i postępowaniu z większym rozsądkiem.

Przygody Chimka Fantasty
to lektura dla młodszych czytelników, którzy, dzięki osadzeniu jej w znajomym im środowisku – klasie szkolnej, mogą odnaleźć wśród bohaterów samych siebie i przeżyć wraz z nimi przygodę, z której, jak to zwykle bywa, wypływa także pożyteczna nauka.

Możesz kupić tutaj: Przygody Chimka Fantasty

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 160
Wydawnictwo: Telbit
Rok wydania: 2010
Wymiary: 14.6x20.5 cm
ISBN: 9788360848944

poniedziałek, 22 marca 2010

Włodzimierz Dulemba "Cztery pory baśni. Wiosna"

„Wszystko jest baśnią” – postuluje Włodzimierz Dulemba i daje tego dowód w Czterech porach baśni. To cykl książek związanych tematycznie z porami roku. Trzeba tu dodać, że każda z nich jest opasłym tomiskiem i gdyby się ktoś uparł, mógłby sobie i dziecku czytać je przez okrągły rok!

W części Wiosna znajdziemy mnóstwo opowieści o budzącej się do życia przyrodzie, a w tym między innymi o pierwszej jaskółce, bocianim gnieździe czy pierwszym listku. Jeśli króciutkie historyjki czytać kolejno, dzień po dniu, najlepiej zaczynając 21 marca, okaże się również, że przestrzega się tu porządku kalendarza. Przybliżone zostają święta związane z rokiem liturgicznym – jak Niedziela Palmowa czy Wielkanoc, ale także święta i uroczystości świeckie/państwowe – Święto Pracy, 3 maja, wejście Polski do Unii Europejskiej czy Dzień Dziecka. Od razu jednak zaznaczam, że nie ma w tych bajeczkach żadnego nadęcia czy sztuczności! Święta stają się tylko pretekstem do tego, by bajać. O naszym narodowym święcie, na ten przykład, plotkuje sobie para orłów (mąż i żona). Oto on, frunąc, zauważył, że ludzie wywiesili flagi. Dostrzegł też podobiznę orła w koronie – jakże był dumny z siebie… O zjednoczonej Europie z kolei opowiada swym zwierzęcym kumplom jastrząb. Sugeruje przy tym, że można by zjednoczyć łąkę… Jak myślicie, co zwierzęta na to?

Cztery pory baśni Dulemby nadają się na prezent! To pierwsze, co przyszło mi do głowy, kiedy zobaczyłam książkę. Solidnie wydane (choć niestety klejone), pięknie zilustrowane, sympatycznie napisane, z pomysłem… Jeśli postawić takie cztery tomy na półce, od razu rzucą się w oko!

Możesz kupić tutaj: Cztery pory baśni. Wiosna

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 204
Rok wydania: 2007
Wydawnictwo: Jedność
Wymiary: 21x29 cm
ISBN: 9788374420860

O bajkach terapeutycznych

Dla portalu Nasze Maluchy pisałam o bajkach terapeutycznych. Rodzice mogą układać je dla swoich dzieci, gdy te przeżywają trudne sytuacje.

W artykule pisałam:
Czytanie książek czy opowiadanie bajek daje dziecku szansę zdobywania doświadczeń "na sucho". Nie tylko dostaje ono szeroką wiedzę o świecie, ale jeszcze otrzymuje gotowe rozwiązania. Odkrywa też siebie - to, co go interesuje, co mu się podoba, jaki chciałby być, czego się lęka. Bajki terapeutyczne, opowiadane przez kochających rodziców, mają wyjątkowy cel. Pozwalają dziecku na zidentyfikowanie się z głównym bohaterem. Dzięki nim maluch ma szansę obniżyć napięcie emocjonalne, przyjrzeć się sobie, przeanalizować swój strach, wyrazić go - najczęściej przez rysunek (rozmowa tylko w sytuacji gdy dziecko samo ją rozpoczyna).

Typy bajek terapeutycznych

Wyróżniamy trzy typy bajek:

Bajki psychoedukacyjne mają na celu wywołanie zmiany w zachowaniu dziecka. Bajki tego typu pokazuje właściwe wzory zachowań i dają dziecku gotowe sposoby radzenia sobie z sytuacją trudną czy nielubianą (np. sprzątnie pokoju, agresja rówieśnicza).

Bajki psychoterapeutyczne opowiadamy w sytuacjach szczególnie trudnych dla malca, które rodzą lęki, jak pojawienie się młodszego rodzeństwa, debiut w przedszkolu, rozwód rodziców, strach przed zaśnięciem.

Bajki relaksacyjne z kolei pomagają się dziecku odprężyć i zrelaksować, gdy jest już nabuzowane albo w danym dniu dużo przeżyło (na przykład było u lekarza).

Zapraszam do lektury całego tekstu, w którym piszę o rozwoju emocjonalnym dziecka, a także o tym, jak konstruować tego typu bajki.

Obrazek pochodzi z wolnych zasobów Wikimedia Commons.

niedziela, 21 marca 2010

Michael Morpurgo "Królestwo Kensuke"

Recenzję napisała Igirisu

Niespełna dwunastoletni chłopiec o imieniu Michael przeżywa niesamowitą przygodę. Podczas rejsu dookoła świata, który odbywa wraz z rodzicami i ukochanym psem Stella Artois, chłopiec wypada za burtę i ląduje na – zdawałoby się – bezludnej wyspie. Jego jedynym towarzyszem jest właśnie Stella, za której to przyczyną Michael znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Po pobieżnym zbadaniu wyspy okazuje się, że nigdzie nie ma źródła słodkiej wody, a i z jedzeniem jest dość kiepsko. W krytycznym dla rozbitków momencie, po pełnej frasunku nocy, znajdują na skale upragniony dar: miskę wody i słodkie banany. Tajemniczym wybawicielem okazuje się być drobny staruszek, również rozbitek, który spędził na wyspie już ponad 40 lat. Początkowo niezbyt przyjazne stosunki między Michaelem a Kensuke (tak bowiem nazywa się staruszek) ewoluują od wzajemnego niezrozumienia (od sfery języka począwszy na postrzeganiu świata zewnętrznego skończywszy) po stopniową obserwację, szacunek i serdeczną przyjaźń. Kensuke (jak dowiemy się w trakcie opowieści - japoński lekarz służący w czasie II wojny światowej na okręcie wojennym) wprowadza Michaela w świat przyrody i własnych zwyczajów. Michael z kolei rewanżuje się opowieściami o świecie współczesnym, który Kensuke pamięta tylko jako rzeczywistość opanowaną przez wojnę. Oczekiwanie na ratunek z początku dzieli rozbitków. Michael chce jak najszybciej wrócić do rodziców, Kensuke nie chce opuszczać wyspy, boi się ludzi. Jednakże, czas zaciera różnice między przyjaciółmi, choć nie eliminuje lęku.

Królestwo Kensuke, drobna powieść Michaela Morpurgo, na pierwszy rzut oka zdaje się być kolejną powieścią typu „castaway”. Mamy tu bezludną wyspę, rozbitków, egzotyczne zwierzęta, zmagania z przeciwnościami natury. Z drugiej strony, cała ta przygodowa ornamentyka tkwi głęboko zakorzeniona w naszej szarej rzeczywistości. Czas akcji przypada na schyłek lat '80 XX wieku. Okres przemian dotyka mieszkańców Anglii głównie od strony ekonomicznej. Morpurgo czyni ten wątek punktem wyjścia dla „wielkiej ucieczki” rodziny Michaela. Ucieczki od miasta i życia rządzonego przez strach przed bezrobociem. Z kolei sam Michael również doznaje niezwykłej przemiany. Poprzez zrozumienie praw władających przyrodą, wyzbycie się lęku wobec niej, chłopiec jest w stanie przeżyć w każdych warunkach. Jednak, to relacje między nim a Kensuke stanowią centrum całej historii. Odmienność ich kultur, języka, postrzegania świata stwarza nostalgiczne tło dla przekazywanych mądrości i zwierzeń. Już sama historia Kensuke, naznaczona wojną, atakiem nuklearnym na Nagasaki i świadomością utraty swojej rodziny jest warta zapoznania się z tą książką. Na zaledwie 143 stronach autor odmalował interesującą rzeczywistość, która ma za zadanie przypomnieć współczesnej młodzieży o życiu istniejącym poza granicami bloków i chodników oraz wiedzy innej niż ta zaczerpnięta z programów telewizyjnych.

Podsumowując, książkę czytało się przyjemnie, mimo pewnych niedopracowań w sferze zawartego w niej słownictwa japońskiego. Jedna z opinii w Internecie przyrównała tę pozycję do Robinsona Kruzoe. Śmiem się nie zgodzić. Występuje tu zjawisko wręcz odwrotne. Podczas gdy Kruzoe był zdobywcą, tym, który chce uczyć i zmieniać, Michael i Kensuke to ludzie, którzy uczą się od siebie nawzajem, ze świadomością, że na tym polega prawdziwa mądrość.

Możesz kupić tutaj: Królestwo Kensuke

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 144
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Telbit
Wymiary: 12.5x19.5 cm
ISBN: 9788360848791
Tłumaczenie: Kapera Marta

"Po co nam Alicja?" - artykuł Krystyny Romanowskiej w "Rzeczpospolitej"

Autorka bloga Krysia, Twins and Co napisała dla "Rzeczpospolitej" artykuł o Alicji - bohaterce powieści Lewisa Carrolla (Alicja w Krainie Czarów, Alicja po drugiej stronie lustra). Próbuje w nim dociec, dlaczego postać tej dziewczynki i książki Carrolla stały się tak ważne.



Obrazek pochodzi z wolnych zasobów Wikimedia Commons.

Fragment tekstu:

Po co dorosłym „Alicja...”? – Ponieważ chcemy przypomnieć sobie nasze dziecięce radosne spojrzenie na świat – wyjaśnia prof. Leszczyński. – Świat, w którym każdy ze swoimi niedoskonałościami i dziwactwami ma swoje miejsce i jest obdarzany szacunkiem.

Tak jak postacie zaludniające książkę Lewisa Carrolla, od Kota po Gryfona, nad którymi mała Alicja pochyla się i słucha z uwagą.

Ważne jest bzdurzenie

Kluczy do Alicji jest tyle, ilu czytelników. – Chociaż właściwie najważniejsze w tej książce jest czwarte zdanie: „A cóż jest warta książka – pomyślała Alicja – w której nie ma rozmów ani obrazków?” – uważa Małgorzata Cackowska zajmująca się obrazkową literaturą dla dzieci w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. – Bohaterka odrzuca uporządkowany świat liter, tekstu. Przestaje go uznawać za jedyny sposób odbierania świata i wkracza w grząski, ale fascynujący i nieposkromiony świat wyobraźni, który staje się ważniejszy od rzeczywistego.

Dla jednych czytelników jest to powieść oniryczna, dla innych – satyryczna lub odzwierciedlająca wizje autora po spożyciu opium. Niektórzy skłonią się do odczytywanie jej filozoficznych odniesień, a będą tacy, którzy odnajdą w opisywanym świecie każdy zakamarek angielskiego Oksfordu.

Zapraszam do przeczytania całości na stronach "RP"

sobota, 20 marca 2010

Marcus Sedgwick "Królowa Cieni"

Moda na wampiry trwa w najlepsze! Próbuję sobie przypomnieć, od czego właściwie się to wszystko zaczęło. Według mnie od serialu Czysta Krew (True Blood) ze słysząca myśli innych Sookie i niepijącym ludzkiej krwi wampirem o imieniu Bill. Nie ukrywam – wciągnęło mnie! Śledzący uważniej młodzieżowe zainteresowania twierdzą jednak, że wampirofilstwu dał początek Zmierzch (Twilight). W każdym razie - powieść Marcusa Sedgwicka korzysta z tej fali popularności nosferatu i pewnie ładnie sobie na niej popłynie.

W „Od autora” pisarz skwapliwie wyjaśnia (a może się tłumaczy?): „Pisząc tę książkę, chciałem oddać nastrój wczesnych relacji o nieumarłych, od znanej sprawy śląskiego szewca z 1591 roku po rzekome występki Petara Blagojevića z 1725 roku oraz tysiące mniej znanych historii z różnych krajów Europy Wschodniej”. Pisarz akcentuje, że współczesny obraz wampira – wymuskanego, przystojnego, ba! seksualnie pociągającego – znacznie odbiega od wyobrażeń, które wyłaniają się z ludowych opowieści i które naprawdę budziły grozę. Dlatego akcję swej powieści umieszcza gdzieś w Europie Wschodniej u początków XVII wieku.

Drwale, Tomas i jego syn, Peter, podróżują od wioski do wioski, gdzie trudnią się rąbaniem drewna dla mieszkańców. Tym razem zatrzymali się w Chust. Zima zaczyna się na dobre, a wraz z nią nadciągają mroczne dni. Ludzie opowiadają, że umarli nocą powstają z grobów i odwiedzają swoje rodziny. Twierdzą też, że Królowa Cieni rośnie w siłę. W tajemniczych okolicznościach ginie drwal Radu oraz syn młynarza, Stefan. Jakby tego było mało, do wioski sprowadzają się Cyganie z dziwną pieśnią – Mioricą – na ustach.

Powieść od pierwszych słów nie daje czytelnikom wytchnienia. Rozpoczyna się od przywołania słów Mioricy – młody pasterz, dowiedziawszy się, że czyhają na niego zabójcy, posłusznie poddaje się śmierci, twierdząc, że idzie poślubić królewnę. Chwilę później czytamy scenę okrutnego morderstwa na drwalu. A potem wciąż jesteśmy trzymani w napięciu. Towarzyszymy Peterowi w odkrywaniu mrocznej tajemnicy Chust. Co skrywa Tomas w pudełku? Po co przybyli Cyganie, a wśród nich piękna Sofia? Czy Agnes, z którą Peter się spotyka, będzie musiała poślubić umarłego?

Powieść Sedgwicka nie aspiruje do miana dzieł wybitnych. Ot, zwykłe czytadło dla tych, którzy lubią się bać. Ja już bardzo, bardzo dawno nie czytałam horroru (pierwszy i ostatni był Masterton, na którego natknęłam się gdzieś w czasach podstawówki), ale u Sedgwicka zabrakło mi tak naprawdę grozy, strachu, dreszczy! Sprawa nieumarłych dość łatwo została rozwiązana. Być może dlatego autor wprowadza jeszcze jeden krótki wątek, który szybko zmierza do swego punktu kulminacyjnego. Mnie co prawda wciągnęło, ale nie zaspokoiło. Myślę jednak, że młodzież, która lubi te klimaty i fascynuje się wampirami, połknie haczyk i tym razem.

Wydane przez Nasza Księgarnia

Możesz kupić tutaj: Królowa Cieni

Dwie Siostry organizują konkurs!

Na blogu Znak Zorro dowiedziałam się, że wydawnictwo Dwie Siostry organizuje konkurs. Być może ktoś z Was zechce spróbować swych szans.


UWAGA UWAGA! Ogłaszamy konkurs na podtytuł książki D.E.S.I.G.N., czyli kontynuacji D.O.M.K.U.! Podtytuł musi być oczywiście rozwinięciem tytułu, tak jak "Doskonałe Okazy Małych i Efektownych Konstrukcji" w D.O.M.K.U.
D.E.S.I.G.N. jest zbiorem 70 najciekawszych mebli, lamp i innych domowych przedmiotów, stworzonych przez słynnych projektantów w ciągu ostatnich 150 lat. Autorką tekstu jest Ewa Solarz, specjalistka od designu i wystroju wnętrz. Autorami projektu graficznego i ilustracji - Ola i Daniel Mizielińscy, autorzy D.O.M.K.U.
Początek podtytułu już jest: Domowy Elementarz Sprzętów... Czekamy na pomysłowe propozycje zakończenia (prosimy o ich wpisywanie w komentarzach) :) Autor propozycji, która najbardziej przypadnie nam do gustu i stanie się podtytułem książki, zostanie nagrodzony egzemplarzem D.E.S.I.G.N.U. Nie możemy obiecać, że wybierzemy którąś z nadesłanych wersji, ale liczymy na Waszą kreatywność :) Do dzieła!
 Swoje propozycje trzeba podać w komentarzu na Facebooku wydawnictwa. O TU!!!!

piątek, 19 marca 2010

Christina Björk, Lena Anderson "Rok z Linneą"

Niektóre książki wyjątkowo inspirują. Przy czytaniu zaczynamy kręcić się w fotelu, na twarzy pojawia się delikatny uśmiech, co oznacza mniej więcej tyle, że już jakiś ciekawy pomysł zaczyna kiełkować w głowie. Tak dzieje się przy lekturze Rok z Linneą!

Linnea to przesympatyczna dziewczynka, która mieszka w Sztokholmie. Nosi biały fartuszek i słomkowy kapelusz. Kocha przyrodę i potrafi dzielić się z czytelnikami swoją bogatą wiedzą na temat ptaków, roślin, pór roku… Jej nauczycielami byli pan Blomkvist i pan Kalle. Pierwszy jest ogrodnikiem i jak twierdzą niektórzy – „jemu to nawet kij od szczotki zakwitnie”, drugi zaś zajmuje się farbami i, co najważniejsze, ma działkę za miastem.

Mała bohaterka opowiada miesiąc po miesiącu o wszystkim, co robi i co ją fascynuje. W styczniu na przykład dowiemy się o sztuce dokarmiania zwierząt. Linnea poinstruuje nas też, jak wykonać dzwonek dla sikorek, z którego będą mogły tłusto zjeść. Ja przy okazji odkryłam, że stare-dobre karmniki, które robiliśmy na ZPT, wcale nie są dla ptaków takie dobre. W czerwcu plecie wianek z mleczy, w lipcu znajduje skarby nad morzem, a we wrześniu zbiera liście, by zrobić zielnik oraz koronę.



Wyobrażam sobie, że wiele dziewczynek w wieku szkolnym znajdzie w Linnei przyjaciółkę. Nie można nie pokochać tej ciepłej, wesolutkiej dziewczynki. Sama trochę poczułam się jak dziewczynka. Przede wszystkim przyszło mi do głowy, by prowadzić razem z Martą podobny dziennik „Rok Marty” albo „Dziennik małego odkrywcy świata” – wystarczy kilka razy w miesiącu napisać, co robiłyśmy, odkryłyśmy, znalazłyśmy, gdzie byłyśmy, wkleić zdjęcie, zasuszonego kwiatka lub inną pamiątkę (np. bilet), ozdobić rysunkiem. Jaka wspaniała byłaby to pamiątka! Zaczęłyśmy od razu! Z ostatniej strony wyczytałam, że wiktoria (jedna z roślin, o której bohaterka opowiada) jest hodowana w palmiarni w Gliwicach. Oczywiście dopiero w marcu jest sadzona, więc nie liczyłam na to, że zobaczymy jej ogromne liście. Udało nam się za to zobaczyć inne rośliny. Na przykład Anturium Scherzerianum, owoce mandarynki i … Igiełkę:)



Zapraszamy do tej wyjątkowej lektury, która inspiruje!

Wydane przez Zakamarki

Możesz kupić tutaj: Rok z Linneą

czwartek, 18 marca 2010

Elżbieta Zubrzycka "Dręczyciel w klasie"

Pracując w szkole, z klasami męskimi, wielokrotnie miałam do czynienia z agresją silniejszych chłopców wobec słabszych. Przyznaję, że często czułam się wobec tego zjawiska bezbronna. Całkowicie wprawiało mnie w osłupienie, że można niszczyć kogoś nawet nie po to, by mieć jakąś wymierną korzyść, ale dla zwyczajnej zabawy. Problem agresji, bójek, dręczenia, psychicznego znęcania się nad innymi jest wśród młodzieży obecny. Co gorsza – nie jest to tylko domena chłopców. Dziewczyny potrafią być nieraz surowsze, bardziej bezwzględne i po prostu niewrażliwe.

Udawanie, że temat nie istnieje, jest – w moim przekonaniu – współudziałem. Tym bardziej cieszy mnie, że przychodzi się z pomocą dzieciom, rodzicom i nauczycielom fachowymi publikacjami. Książka Zubrzyckiej omawia problem dręczenia w klasie na wielu poziomach. Myśl, która dominuje, brzmi: wobec przemocy – czy to fizycznej, czy to psychicznej – nie możesz pozostać obojętny. Musisz przerwać zmowę milczenia.

Książka została skonstruowana w postacie kilkunastu pytań i rozbudowanych na nie odpowiedzi (podanych w punktach, co ja osobiście lubię najbardziej). Pojawiają się takie pytania, jak:

• Czym się różni skarżenie i kablowanie od słusznego poinformowania?
• Kto to jest dręczyciel?
• Po co oni to robią?
• Kto zostaje ofiarą dręczyciela i dlaczego milczy?
• Dlaczego dzieci nie poskarżą się dorosłym?

Po serii pytań podane zostały wskazówki, jak sie zachować. Co ciekawe, zostały skierowane nie tylko do ofiary agresji, ale także do dorosłych, biernych obserwatorów oraz samego dręczyciela.

W ostatniej części tej publikacji zwrócono się do rodziców i nauczycieli. Bardzo ciekawie przedstawia się fragment, w którym autorka w pewnym sensie akcentuje winę wychowawców już na najwcześniejszych etapach edukacji, którzy „czekają, aż mały dręczyciel opuści przedszkole”. Smutne, ale jakże prawdziwe! Interesujący dla nauczycieli na pewno okaże się również artykuł, odpowiadający na pytanie, jak szkoła może poradzić sobie z dręczycielem.

Wydało GWP

Możesz kupić tutaj: Dręczyciel w klasie

środa, 17 marca 2010

Gerry Bailey, Karen Foster "Kamień księżycowy Armstronga"

Kamień księżycowy Armstronga jest w tej chwili u nas jedną z najczęściej czytanych, przeglądanych, noszonych, obracanych książeczek. I choć mamy ją w domu zaledwie kilka dni, okładka jest już nieźle wymiętolona i myślę, że wkrótce cała książeczka rozsypie się (zdecydowany minus tej publikacji – jest klejona! Mimo że ładnie wydana, na kredowym papierze, może nie przetrwać próby dziecięcych rąk).

Najbardziej książką zainteresowany jest dwuletni Janek – nie ukrywam, że mnie to zaskoczyło. Owszem, ma swoje książeczki, z którymi wciąż chodzi, trzymając pod pachą (o kowboju Jacku i kilka Kubusiów), ale to pierwsza „poważna” publikacja, która go wciągnęła. Myślę, że męski temat – wyprawy w kosmos, rakiety, astronautyka, planety, pojazdy kosmiczne – zrobił swoje! Mam nadzieję, że da książce i sobie szansę, by móc z niej skorzystać bardziej świadomie i twórczo za parę lat.

Do rzeczy jednak! Kamień księżycowy Armstronga to publikacja z serii „Tajemnice słynnych ludzi”. Możemy czytać w tym cyklu o kapeluszu Napoleona, mapie Kolumba czy palecie Leonarda. To sposób na rozbudzanie pasji młodych ludzi, a zarazem pokazywanie wybitnych postaci i wpływu, jaki miały na losy świata – jego historię i kulturę.

W każdą sobotę otwierany jest Bazar Różności, na który Darek Płatek chodzi namiętnie i regularnie w towarzystwie swej siostry-racjonalistki Hesi. Chłopak kupuje wyjątkowe przedmioty, by je dodać do swojej kolekcji. Uwielbia słuchać historii, które snuje pan Bibelot, właściciel straganu ze starociami. Tym razem Darek poznaje Neila Armstronga, pierwszego człowieka, który stanął na Księżycu.

Książkę otwiera ilustracja bazarku – niezwykle szczegółowa, wypełniona przedmiotami, których moje dzieci nigdy wcześniej nie widziały, co – jak możecie się domyślić – zrodziło setki pytań. Nie tylko można się jej przyglądać godzinami, ale jeszcze zorganizować przy tym zabawę na spostrzegawczość: „poszukaj na przykład pióropusza”!

Narracja biegnie dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy wciąż przy straganie pana Bibelota i słuchamy jego opowieści o astronaucie, z drugiej zaś, czytamy niemalże encyklopedycznie przedstawione informacje o Armstrongu, samolotach, szkoleniach, w końcu misji kosmicznej „Apollo 11”. Podobnie z ilustracjami – z jednej strony obrazkowa historia Darka i Hesi na bazarze, z drugiej – zdjęcia planet, powierzchni księżyca czy „Cynowej Gęsi”. Lektura ta posłuży i młodszym dzieciom (jak moja przedszkolna Marta), i tym starszym, które mają już dość sprecyzowane zainteresowania i szukają konkretnej wiedzy.

Nasze wczorajsze czytanie skończyło się tak:



Wydane przez Jedność

Możesz kupić tutaj: Kamień księżycowy Armstronga

„Świerszczyk” nr 6/2010

Czy tęsknicie już do wiosny? Czy macie potrzebę otaczania się zielenią? Czy łapiecie „na twarz” ciepłe promienie słońca”? Czy łakniecie historii, które opowiadają o radosnych żabkach kumkających w stawie i o pannie Wiośnie, która maluje farbami listki traw?

Nowy numer „Świerszczyka” wychodzi naprzeciw tym pragnieniom, bo cały poświęcony został temu tematowi. Czytanie rozpoczynamy od wiersza Doroty Gellner o trzepaniu zimowych dywanów z piękną, niezwykle poetycką ilustracją Iwony Całej (pozdrawiamy!). Zauroczyły nas też obrazki do opowieści o żabie, która nie chciała koziej bródki. Dwie z nich umieszczono na całej stronie, więc korci mnie, żeby sobie je wyciąć, ładnie oprawić i powiesić w pokoju dzieci. Jestem pewna, że jeśli spojrzycie na okładkę czasopisma, też poczujecie się oczarowani.




Tym razem znajdziemy również kilka praktycznych rad i informacji. Przede wszystkim dowiadujemy się o niektórych wiosennych obyczajach, które istniały w dawnej Polsce. Ja traktuję je jak propozycje do wykorzystania na popołudniowych zajęciach z maluchem. Do tych obrzędów należało topienie marzanny (myślę, że dziś u babci taką zrobimy), wprowadzanie do wsi gaika zielonego (gałąź sosny przybrana wstążeczkami, ozdobami z papieru, koralikami – w sam raz zajęcie dla mojej Marty!!!) oraz pieczenie busłowych (bocianich) łap. W numerze też wskazówki, jak wykonać proste doniczkowe ozdoby – biedronkę i motylka na patyku.

Marta nauczyła się już, że „Świerszczyk” przynosi zawsze rozrywkę – na pierwszy rzut idzie zawsze krzyżówka, potem „Kopnięte królestwo” oraz, tym razem, zagadkowy turniej na rozkładówce.
Kiedy czytam nowy numer, mam – oprócz nieopuszczającej mnie za każdym razem myśli: mogłoby być tego trochę więcej! – wrażenie, że opowiadania są jakieś niedokończone, że urywają się w połowie lub brakuje im puenty. Oby to było tylko wrażenie!

Strona "Świerszczyka"

Do kupienia w kioskach od 13 marca.

wtorek, 16 marca 2010

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak "Podręczny NIEporadnik. Grzebień"

Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas mają pełne ręce roboty. Kolejny – po młotku – przedmiot, którego niezastosowanie trzeba sprawdzić, to grzebień. Ale, ale… paniusiu!, konkretniej o książce!

Parafrazując autora: w życiu codziennym spotykamy się z rozmaitymi książkami. Wiele z nich wymyślono po to, by ułatwiły nam życie. Żeby jednak uniknąć rozczarowań, napadów melancholii lub bezsilnej złości, dobrze jest wiedzieć, do czego dana książka nie służy.

Do czego NIE służy ta książka:

- czytania pod ławką na lekcji (nagłe parskanie, nerwowy chichot czy – nie daj Boże! – rżenie ze śmiechu doprowadza nauczycielkę z polskiego do groźnej dla otoczenia szewskiej pasji, a profesora z biologii do nerwicy żołądka)

- czytania przed snem (lektura w łóżku prowadzi do rozbudzenia)

- podarowania koleżance, w której się podkochujesz (koleżanka odczytuje lekturę zgoła odwrotnie niż powinna; uskarża się przyjaciółkom, że jesteś niewychowany i twierdzisz, że powinna iść do fryzjera)

- odłożenia na półkę (odkładanie grozi nadwyrężaniem mięśni i stawów ręki na skutek częstego zdejmowania w celach ponownej lektury)

- inspirowania się ilustracjami na lekcjach plastyki (może doprowadzić do rozgłosu i sławy, które w tym jakże młodym wieku skończyłyby się uderzeniem wody sodowej do głowy)

Wobec powyższych informacji NIEzainwestowanie w powyższą publikację grozi czystym szaleństwem!



PS

To jedna z najgorętszych publikacji roku – śmiem twierdzić – mimo że ten dopiero się właściwie zaczął. Tym milej mi książkę przedstawić, że dziś jej premiera!

PSS PPS Tak czy siak!
Pozdrowienia dla profesora Kurzawki i adiunkta Kwasa!


Wydawnictwo Czerwony Konik

Możesz kupić tutaj w atrakcyjnej cenie: Podręczny nieporadnik. Grzebień

poniedziałek, 15 marca 2010

Grzegorz Kasdepke "Bon czy ton. Savoir vivre dla dzieci"

Z największa przyjemnością wracam z powrotem do niesfornych bliźniąt, Kuby i Buby. W porównaniu ze Słodkim rokiem... niewiele się u nich zmieniło. Nadal kłócą się po kilka razy dziennie, mają gotowe odpowiedzi na wszystkie pytania i przyprawiają swoich rodziców o kolejne siwe włosy.

Wszystko zaczęło się od babci Joasi, która nie wytrzymywała już dłużej sposobu bycia swoich wnucząt i kupiła im poradnik dobrego wychowania. Kuba i Buba czytają go namiętnie, hasło po haśle, wiedzę wprowadzając w czyn. Odtąd słowa „kulturalny’, „elegancki”, „dobrze wychowany”, „gentelman i dama” nie schodzą z ich ust. Pod ocenę idą maniery nie tylko siostry czy brata bliźniaka, ale także wszystkich dookoła – mamy, taty, babci, nauczycieli, pana Waldemara, cioci i wujka… Jak sądzę – babcia Joasia nieraz musiała zastanawiać się, co gorsze: Kuba i Buba niewychowani czy wychowani?

- Kuba, przypomnij, co było na dzisiaj zadane… - powiedziała pani od polskiego, wchodząc do klasy.
- Mieliśmy napisać list do przyjaciela – odpowiedział Kuba.
- No to czytaj… - pani od polskiego rozsiadła się wygodnie na swoim miejscu.
Kuba spojrzał na nią z oburzeniem.
- Chyba pani żartuje? – wycedził.
- Słucham, słucham?! – zdumiała się pani od polskiego.
- Nie mam zamiaru czytać pani moich listów! – powiedział Kuba. – Pani jest źle wychowana!

Książki Kasdepke skrzą się humorem. Także ta! Autor pod płaszczykiem dowcipu przemyca oczywiście sporo zasad dobrego wychowania (o niektórych powiedzielibyśmy nawet, że się już mocno zdezaktualizowały), jednak robi to tak lekko, tak przy okazji, tak dla zabawy, że absolutnie nie ma się nawet cienia wrażenia jakiegokolwiek moralizowania. Kuba i Buba pewnie zakumplowaliby się szybko z Mikołajkiem! To ta sama liga!

Wydawnictwo Literatura

Możesz kupić tutaj: Bon czy ton. Savoir vivre dla dzieci

Ewa Ostrowska "Aniołki z ul. Śliwkowej"

Jeśli jesteś gimnazjalistą, lubisz odkrywać, co kryją tajemnice, umiesz się śmiać (także z siebie) i chętnie czytasz – powieść Ewy Ostrowskiej przypadnie ci do gustu. Aniołki z ul. Śliwkowej to Fredzia, Buźka i Banieczka. Jest jeszcze brat tej ostatniej, Pysiolek, który potrafi nieźle podziałać na nerwy, ale koniec końców i on okazuje się być – mówiąc językiem młodzieży – wporzo.

Akcja dzieje się w wakacje. Dziewczynki mieszkają przy Śliwkowej, która jest niezwykle ciekawą ulicą. Mieszkają tu ludzie niezamożni, ale o wielkich sercach. Wzajemnie sobie pomagają i uwielbiają Aniołki. Wśród rzędu domków jeden nieciekawie się wyróżnia. Jest otoczony murem wysokim na cztery metry, gospodarze zaś chodzą ubrani na czarno i noszą na głowie kapelusze z szerokim rondem, które zasłaniają ich twarze. Nikt tak naprawdę na Śliwkowej nie zna tajemniczych Mroczków, nigdy u nich nie był, nie zajrzał przez ogrodzenie… Wszyscy jednak – choć bardzo się Mroczkom dziwują – akceptują ich i nie nagabują. Dopiero gdy Buźka, wróciwszy przedwcześnie z koloni, wyznaje przyjaciółkom, że poznała Wiktora Mroczka i tak jakby się troszkę w nim zakochała, sprawa tajemniczej rodzinki nabiera rumieńców. Kim są Mroczkowie? Dlaczego ukrywają swe twarze za kapeluszami z szerokim rondem? Dokąd wyjeżdżają raz dziennie? I kim dla nich jest Wiktor Mroczek?

Pisana z perspektywy Fredzi powieść mocno wciąga. Sugeruje też, że u źródeł kłótni stoją nieporozumienia, które można w zasadzie wyjaśnić podczas jednej rozmowy, że warto sobie pomagać, że pochopnie rzucane sądy mogą być niesprawiedliwe i raniące. Trochę razi mnie używanie slangu młodzieżowego i zwrotów modnych w stylu: „masakra”, „ściemniasz” „całkiem do kitu” czy „trujesz i tyle”, ale to przecież książka dla młodszego czytelnika, którego tego typu słownictwo wcale nie zdziwi.

Wydane przez Skrzat

Możesz kupić tutaj: Aniołki z ul. Śliwkowej

niedziela, 14 marca 2010

Rozwiązanie konkursu nr 2

Do wygrania tym razem były książki (dwie) Lidii Miś "Opowieści biblijne dziadzia Józefa"  z autografem autorki oraz zakładki do książek (3) – również z autografem.

Dziękuję czterem osobom, które wzięły udział i podzieliły się swymi wspomnieniami. Były to Maleństwo, Jolanta, Taga i Looka.

Postanowiłam nagrodzić wszystkie odważne osoby:)

Maleństwo i Jolanta wylosowały książki Lidii Miś. Taga i Looka dostana ode mnie książki-niespodzianki.

Proszę, abyście podały mi swoje adresy na mail: kamienna1@wp.pl

Gratuluję i pozdrawiam serdecznie!

Zielona Gąska dla Małgorzaty Strzałkowskiej

Rynek Książki donosi:

Fundacja Zielona Gęś im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego przyznała 11 marca 2010 swoje nagrody literackie. Uroczystą galę zorganizowano w warszawskim Salonie Fryderyk. Srebrny Kałamarz trafił do rąk Tomasza Lema. Natomiast Zieloną Gąskę - ustanowioną w tym roku po raz pierwszy nagrodę dla książki dziecięcej – jury konkursowe jednogłośnie przyznało Małgorzacie Strzałkowskiej za Zielonego i Nikta. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Bajka. Niedawno została także wyróżniona przez Polską Sekcję IBBY w konkursie Książka Roku 2009.

Uzasadniając werdykt, przewodnicząca jury Dorota Koman, powiedziała:

„Nikt siedzi w studni. Co to za studnia? Mały czytelnik zapewne odpowie na to pytanie inaczej niż my, dorośli. Na tym polega moc świetnej książki nie tylko dla dzieci, że zadaje pytania i każe myśleć nie tylko najmłodszemu.
Dla dziecka może to być studnia samotności w grupie rówieśniczej albo studnia pustego domu, w którym tak rzadko bywają zapracowani rodzice. Dla nas, dorosłych – niezrozumienie tego świata (lub przez ten świat), czasem melancholia czy depresja.
Każdy z nas ma swoją studnię – lecz jak o niej opowiedzieć?
Mistrzyni słowa rymowanego (owego „łamania języka”) – tym razem w formie poetyckiej prozy umiała opowiedzieć o świecie, który wydaje się nie nasz, i o darze przyjaźni, która nas otwiera, sprawia, że świat przestaje być tylko ciasnym kręgiem odliczanych bez sensu dni i nocy, a czasem uświadamia, że dotąd żyliśmy w studni. Przyjaźń i umiejętność otwarcia się na nią to owo metaforyczne „wyjście ze studni” dzięki Zielonemu – niesie ze sobą feerię kolorów i wielką przestrzeń, którą chce się oddychać.
Czy tę barwną przestrzeń przyjaźni i ciemną studnię samotności można narysować? Jeśli jest się Piotrem Fąfrowiczem, to oczywiście "tak".
Wystarczy spojrzeć na tę książkę, tak starannie wydaną przez debiutującą w minionym roku Bajkę – niewątpliwie debiut tego wydawnictwa był wydarzeniem na polskim rynku książki w 2009 roku”.

Gratulacje dla Autorki!

Możesz kupić tutaj: Zielony i Nikt

sobota, 13 marca 2010

Liliana Bardijewska "Bajka o kapciuszku"

Maciej Wojtyszko w notce umieszczonej na okładce książki twierdzi: „Tajemnica Liliany Bardijewskiej polega na tym, że z najprostszych słów i najzwyklejszych rzeczy potrafi stworzyć baśniowy świat pełen wdzięku, humoru i niezwykłości”. Trudno się z tym nie zgodzić. Autorka bierze bowiem na warsztat znaną wszystkim bajkę o Kopciuszku, kłębek popularnych motywów, aby za pomocą błyszczących drutów słów, stworzyć zgoła nową bajeczkę.

Historia opowiada o pewnym kapciuszku, który nie miał pary. Pasował jak ulał do nóżki królewny, ale co z tego, skoro był sam jeden. Jakie szczęście, że dobiegł go głos staruszki, która dała mu ż(sz)ycie. Podpowiedziała ona, że musi znaleźć swój początek, by stać się szczęśliwym. Kapciuszek wyrusza więc w drogę. W czasie wędrówki pomaga raniuszkowi wysiadywać pięć nakrapianych jajeczek (staje się ciepłym i przytulnym gniazdkiem) oraz chomikowi zbierać zapasy na zimę. Czas mijał, a kapciuszek wciąż nie wiedział, gdzie może znaleźć ów początek…

Bardijewska bawi się z tradycją literacką. Twórcze odwołanie do znanej bajki o Kopciuszku i jego pantofelku pozwala na stworzenie całkiem nowej, interesującej historii. Dla młodego czytelnika to przecież wskazówka, że tekstem literackim można się bawić – raz opowiedziana historia może się stać zaczynem dla kolejnej. Wystarczy odrobina fantazji i zabawa trwa w najlepsze!

Pisarka opowiada też dość przewrotnie. Kapciuszek, który pomaga zwierzątkom, stwierdza ze smutkiem: „Nie ma wdzięczności w tej bajce”, a kiedy napotyka zimową porą marznącego boćka dodaje: „Dziwne. Każdy w tej bajce myśli tylko o sobie, a ty o sobie zapomniałeś”. Uwypuklenie dobroci i szlachetności kapciuszka kontrastuje tu z egoizmem raniuszka i chomika. Na szczęście do czasu! Okazuje się bowiem, że wdzięczność nie może być zadaniem czy odpłatą. Jest raczej aktem dobrej woli i pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Historia uczy też, by mieć wiarę w człowieka i dobroć.

Dodam jeszcze, że w 2009 roku książeczka została wpisana na listę „Białych Kruków” przez Międzynarodową Bibliotekę Książek dla Dzieci w Monachium.

Wydawnictwo Mila

Możesz kupić tutaj: Bajka o kapciuszku

czwartek, 11 marca 2010

Lidia Miś "Odwiedzając czarownice"

Asia jest ośmioletnią dziewczynką. Pewnego razu postanawia wyruszyć na samodzielny spacer. Trafia do biblioteki, w której wypożycza niezwykłą książkę zatytułowaną Odwiedzając czarownice. Kiedy w domu rozpoczyna lekturę, okazuje się, że książka jest czarodziejska – mianowicie dziewczynka przenosi się do krainy, gdzie mieszka siedem czarownic. Asia, by wrócić do domu, musi odwiedzić każdą z nich.

Czarownice – w wersji Lidii Miś – są przyjazne. Choć wyglądają i zachowują się dziwnie, mają serce. No, może z wyjątkiem jednej. Niestety dawno, dawno temu się pokłóciły. Same już nie pamiętają o co. Faktem pozostaje, że żyją osobno i każda ze swoimi problemami musi borykać się sama. Asia jest wyjątkową dziewczynką. W swej uczynności i pracowitości trochę mi przypomina dobrą Dorotkę z bajki Janiny Porazińskiej (Dwie Dorotki). Czarownice doceniają to i dają dziewczynce podarki. Asia robi z nich użytek i dzięki temu to, co było niemożliwe, staje się możliwym.

Odwiedzając czarownice to interesująca lektura, przy której nie można sie znudzić. Na pewno spodoba się dziewczynkom. Moja córka przypatrywała się ciekawie sympatycznym ilustracjom. Jestem pewna, że za kilka lat, zafascynowana wróżkami, wiedźmami, czarami i innymi cudami, sama sięgnie po tę książeczkę.

W dodatku opowieść jest spójna, włożona w ciekawe ramy – dziewczynka czytając książę, staje się jej bohaterką. To właśnie najbardziej mnie ujęło. Ta sugestia, że kiedy czytasz książkę – lepiej uważaj! Lektura może cię bowiem wciągnąć na całego!

Wydane przez Ad Oculos.

Możesz kupić tutaj: Odwiedzając czarownice

środa, 10 marca 2010

Przemoc jest zła! (książki oswajające)

W książce Eriki Meyer-Glitza Kiedy Pani Złość przychodzi z wizytą czytamy o pewnym Pawełku:

Kiedy Paweł Porywczy wrócił ze szkoły do domu z dużą, czerwoną szramą na policzku i spuchniętym nosem, mama tylko głęboko westchnęła. Już nie zadaje żadnych pytań, bowiem od pewnego czasu jest to na porządku dziennym, że Paweł bije się z innymi dziećmi. Paweł Porywczy dosłownie traktuje swoje nazwisko i to już odkąd nauczył się chodzić. A przy tym jego rodzice — pani i pan Porywczy — są takimi spokojnymi ludźmi. Wyczytują w oczach syna każde pragnienie i natychmiast je spełniają, choć Paweł potrafi jak najbardziej powiedzieć, czego chce oraz czego nie chce.
Spokojny pan Porywczy oraz jego żona pogodzili się ze skłonnościami syna do wybuchów złości tak, jak niektórzy ludzie muszą zaakceptować fakt, że mieszkają w pobliżu wulkanu, który od czasu do czasu pluje ogniem. „Taki jest temperament Pawła, nie można nic na to poradzić”, mówią sobie i potrząsają tylko z zatroskaniem swoje dobrotliwe głowy.

Ale czy naprawdę nie można nic na to poradzić? Przemoc zawsze jest złem i nie powinna być akceptowana. Dziecko musi się tego nauczyć, dlatego warto sięgnąć po książki. Pomogą, zwłaszcza chłopcom i rodzicom!, przepracować problem.

O agresji oraz odrzuceniu traktują książki:

Erika Meyer-Glitza Kiedy Pani Złość przychodzi z wizytą; Jakub pogromca strachu
Elżbieta Zubrzycka Dręczyciel w klasie; Słup soli; Tajemnica Michasia
Dagmar Geisler Dzielna Emilka
Pernilla Stalfelt Mała książka o przemocy
Elisabeth Zoeller Teraz twoja kolej. Opowiadania na temat przemocy w szkole
GillesDeleuze, Catherine DePino  Śmierdzący ser
Lilianna Dorodzała-Kowalewska Opowieść o ziarenkach piasku
Paulette Bourgeois, Brenda Clark Franklin i kask rowerowy
Roksana Jędrzejewska-Wróbel Plastelinek. Każdy jest inny

Pomoc dla Fundacji "Dzieci które kochacie"

Dzieci Które Kochacie - Fundacja ARCHON+ poprosiła mnie o umieszczenie na blogu linka do bezpłatnego programu PIT-y 2009. Ponieważ sprawa dotyczy dzieci i niesienia im pomocy, prośbę spełniam!

Trochę o samej fundacji. Jest ona organizacją pozarządową, która powstała z inicjatywy Barbary Mendel.

Misją Fundacji jest niesienie wszechstronnej pomocy dzieciom osamotnionym, pozbawionym z różnych przyczyn opieki rodzicielskiej. Dziecko żyjące poza rodziną, w placówce opiekuńczo-wychowawczej, zwanej potocznie domem dziecka nie znajdzie matczynej miłości i ojcowskiego wsparcia. Nie nauczy się też borykania z codziennymi problemami i pułapkami, które niesie dorosłe życie.

Celem Fundacji ARCHON+ jest wspieranie rodzinnej opieki zastępczej dla osamotnionych dzieci. Tylko w rodzinie dziecko ma zapewnione optymalne warunki, aby mogło normalnie się rozwijać. Aktualnie w Polsce pod opieką Państwa znajduje się ok. 70 000 dzieci. Wychowują się w rodzinach zastępczych oraz w domach dziecka. Rodzin zastępczych jest wciąż za mało a w dużych, przepełnionych domach dziecka przebywa jeszcze ok. 20 000 dzieci. Trzeba im jak najszybciej pomóc, aby znalazły swój dom, trafiły do adopcji lub rodziny zastępczej.

Fundacja ARCHON+ ma za zadanie wspieranie rodzin, które podjęły się pełnienia trudnej roli rodziców zastępczych. Pomagać będzie w remontach i przystosowaniu domu, aby rodzice zastępczy mogli stworzyć warunki optymalne do pomocy dzieciom oraz aby coraz więcej dzieci z rodzin patologicznych lub z domów dziecka mogło trafiać do takich rodzin.
Program PIT-y 2009 pozwala na sprawne i samodzielne rozliczenie się z fiskusem. Umożliwia również przekazanie 1% podatku na dalszą działalność Fundacji, czyli realne wsparcie dla konkretnych osób.

Nie zapomnijcie o swoim 1%


wtorek, 9 marca 2010

Margery Williams "Aksamitny Królik"

Prostota niektórych opowieści dla dzieci niesamowicie mnie urzeka. W książce niby nic szczególnego się nie dzieje, akcja toczy się leniwie, bohater jest zwyczajny… a jednak – to się czuje! – nad historią unosi się jakaś tajemnicza aura, magia, ciepło. To właśnie sprawia, że do książki wraca się po wielokroć. Aby na nowo przeżyć owe emocje i zwyczajną radość lektury.

Aksamitny Królik jest taką właśnie książeczką. Główny bohater to grubiutki i puchaty króliczek, którego chłopiec dostaje na Gwiazdkę. Niczym szczególnym się nie wyróżnia, leży sobie wśród wielu nowoczesnych zabawek. Ma wielkie marzenie – chce stać się prawdziwym dla chłopca. Pyta więc Zamszowego Konia, jedyną zabawkę, która okazuje mu cieplejsze uczucia, jak to zrobić. Ten radzi:

To coś, co może ci się przytrafić. Staniesz się PRAWDZIWY, jeśli dziecko pokocha cię tak bardzo, że nie tylko będzie się tobą bawić, ale też NAPRAWDĘ cię kochać. (…) Prawdziwym stajesz się dopiero wtedy, gdy już wykochano z ciebie większość sierści, gdy oczy ci wypadają i puszczają szwy, kiedy wyglądasz zupełnie żałośnie.

Czy spełniło się życzenie Aksamitnego Królika? Zdradzę, że tak. Nie powiem jednak, co z tego wynikło. Nie powiem też, jakie niespodzianki przyniósł bohaterowi los.

Książeczka, która ukazała się w 1922 roku, w Polsce została wydana dopiero teraz, w 2009. To zaskakujące, prawda? Kiedy czytam Aksamitnego Królika, na myśl przychodzą mi inne teksty, które z całą pewnością stoją na tej samej, klasycznej, półce. Książka Williams ma w sobie coś z Kubusia Puchatka Milnego. I nie myślę tu tylko o koncepcie bohatera-przytulanki, ale także o pełnych szlachetnego dostojeństwa ilustracjach. Przypomina mi się również Mały Książę ze smutnym bohaterem i mądrymi radami lisa, co znaczy kogoś oswoić. Obok z całą pewnością stoją także książki o Misiu Paddingtonie i naszym uroczym Misiu Uszatku. Aksamitny Królik to dobra literatura.


W trakcie lektury nie mogłam się również oprzeć myśli, że książkę warto podarować, trochę przewrotnie, osobie w podeszłym wieku. Historię można czytać jako alegoryczną opowieść o starości, przemijaniu i tym poczuciu, że jest się już nikomu niepotrzebnym. Aksamitny Królik, który tak bardzo chce być prawdziwy, kochany, tęskni do drugiego człowieka, do relacji. I kiedy wydaje się, że wszystko ma już swój koniec, bo takie właśnie jest życie, Coś Prawdziwego się dopiero tak naprawdę rozpoczyna:)

Wydane przez Wydawnictwo Auditus
 
Możesz kupić tutaj: Aksamitny Królik 

Posłuchaj fragmentu (książkę wydano również w postaci audiobooka, czyta Piotr Fronczewski):



poniedziałek, 8 marca 2010

Małgorzata Strzałkowska "Rady nie od parady, czyli wierszyki z morałem"

Czytając wierszyki Małgorzaty Strzałkowskiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś to słyszeliśmy. Ten rym, ten morał... chwila, chwila...

Nie rusz Andziu, tego kwiatka,
Róża kole, rzekła matka.
Andzia mamy nie słuchała,
Ukłuła się i płakała.

No tak, Stanisław Jachowicz! Jeśli ktoś nie wie, kogo mam na myśli, na pewno co nieco rozjaśni mu się, gdy zacytuję jeszcze to:

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku,
I przyszedł kot doktór: jak się masz, koteczku!

Stanisław Jachowicz żył i tworzył mniej więcej wtedy, gdy Mickiewicz. Był jednym z pierwszych twórców literatury dziecięcej sensu stricto. To on zrezygnował z tradycyjnych bajek z bohaterem zwierzęcym. Po prostu wpuścił do wierszy dziecko – co prawda nie oddał mu głosu, ale i tak był to krok wyjątkowo odważny na owe czasy. Wierszyki Jachowicza charakteryzowały się wyrazistym morałem. Literatura ta miała charakter wybitnie dydaktyczny, dziecku wpajano takie ideały jak posłuszeństwo, uczciwość, pracowitość czy prawdomówność.

U Strzałkowskiej jest bardzo podobnie. Ot, pierwszy z brzegu przykład.

Nasza Basia wprost nie znosi,
kiedy ktoś ją o coś prosi.
Odpowiada: - Może potem.
Jeśli będę mieć ochotę.

Wierszyk zakończony jest morałem. Ten dwuwers (podobnie w pozostałych tekstach) wyróżniono, stawiając go na osobnej stronie. W przypadku naszej Basi brzmi on:

Jeśli chcesz od innych brać,
to sam też coś musisz dać.

I tu, i tu wyraźne mralizatorstwo. Strzałkowska jednak pozwala mówić dzieciom. Oto uczniowie pewnej klasy. Zwyczajni, jak każdy z nas – mają swoje za uszami. Grzesiek lubi rozkazywać innym, Michał bierze co nie jego (ale się przyznaje), Tadek nie wita się z sąsiadami, Ewa jest obrażalska, a Kasia chodzi wciąż naburmuszona. Zawsze jednak znajdują się rady na ludzie przywary. Pouczenia, które daje Strzałkowska, są mądre, dowcipne i w gruncie rzeczy lekkie. Skrojone na współczesne potrzeby i czasy.

Może ktoś mnie zapytać: ale dlaczego dydaktyzm w książce Marek - chłopiec który miał marzenia cię razi, a ten Strzałkowskiej nie? To dobre pytanie! A odpowiedź jest prosta. Strzałkowska nie ukrywa swoich zamiarów. Już w tytule czytamy: „rady”, „wierszyki z morałem”. Książka o Kamińskim jest myląca. Zdaje się, że rzecz będzie dotyczyła ciekawego człowieka i jego przygód, a tymczasem zaskakują nas nachalne wtręty. W dodatku Strzałkowska mówi z przymrużeniem oka, u Kamińskiego zaś wielka powaga.

Wydało Jacek Santorski & Co
 
Możesz kupić tutaj: Rady nie od parady, czyli wierszyki z morałem

"Przytul stracha" - rozmowa z Małgorzatą Strzałkowską w "Wysokich Obcasach"

Przeczesując Internet w poszukiwaniu informacji o poetce Małgorzacie Strzałkowskiej, natrafiłam na wywiad, którego udzieliła ona "Wysokim Obcasom" w 2002 roku.  Po lekturze tekstu stwierdzam, że czasem poznanie biografii autora pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na jego twórczość... Małgorzata Strzałkowska przeszła w swoim życiu przez gehennę, był moment, że czuła się zniszczona. Tym bardziej zdumiewające są jej teksty pełne humoru i radosnej refleksji o świecie.
Zapraszam do przeczytania niezwykłego wywiadu, który przeprowadziła Aneta Górnicka-Boratyńska.

Całość przeczytasz tutaj

Czy książką można wyrządzić dziecku krzywdę?

Najgorsza książka to taka, w której widać problemy i kompleksy autora. Do redakcji, w której pracowałam, przyszło kiedyś opowiadanie od czytelniczki: była sobie gruszeczka, jesienią wszystkie gruszeczki zebrano, tylko ta jedna pozostała i było jej smutno, czuła się nikomu niepotrzebna. Konieczność bycia potrzebnym to straszna trucizna psychiczna, bo nikt nie jest nie do zastąpienia, to normalne, że przestajemy na przykład być potrzebni dorosłym dzieciom. Żal mi tych matek, które nie potrafią odciąć pępowiny, nie potrafią się uwolnić od dzieci. Do tej gruszeczki wreszcie przychodzi mały jeżyk - gruszeczka spada na jego kolce, a jeżyk zanosi ją swojej rodzinie do zjedzenia. Ta bajka mówi: "Dam się zeżreć, byle być potrzebną". To straszne!Podam jeszcze jeden przykład: koleżanka wychodziła za mąż, a my robiliśmy "Pentliczkowy" numer o pomidorach; ona napisała wielki tekst o tym, jak pomidory idą na przetwory. Wylazły z niej lęki, choć przecież wyjście za mąż to nie koniec świata. Przede wszystkim więc literatura nie powinna karmić dzieci lękami i kompleksami dorosłych.

To jaka powinna być?

Dziecko jest szczególnym odbiorcą. Jeśli się chce, żeby wyjęło jakieś emocje z tekstu, trzeba znacznie więcej ich włożyć - jeśli chce się włożyć radość, trzeba włożyć ogromną radość, jeśli smutek, to trzeba, pisząc, samemu weń wpaść. Samo opisywanie smutku czy lęku nic dziecku nie da, trzeba mu stworzyć atmosferę smutku czy grozy. Jeśli chce się więc coś dziecku przekazać, trzeba samemu to czuć. Nie wszyscy to potrafią.
Zdjęcie poetki pochodzi ze strony"Wysokich Obcasów".