wtorek, 31 sierpnia 2010

Wyniki konkursu

Przepraszam, że z opóźnieniem:) Oto wyniki tego konkursu!

Na początku muszę Wam podziękować za piękne wpisy. Aż szkoda, że skrywają się gdzieś za komentarzami. Interesujące historie, niemal książkowe, z nich się wyłaniają. Jeszcze raz bardzo dziękuję, że chcieliście się podzielić swoimi wspomnieniami.

Pojawiły się 24 komentarze, przy czym jeden został skasowany przez autorkę. Zatem 23 osoby. Losował mój mąż. Zwyczajnie podał mi dwie cyfry ze zbioru liczb od 1 do 24. Padło na cyfry 8 i 14. Te na liście mają: aeljot oraz Monsai. To one otrzymują nagrody! Aeljot dostaje książkę, a Monsai - audiobooka. Poproszę, abyście się ze mną skontaktowały (mail: kamienna1@wp.pl) i podały swoje adresy. Te zostaną przekazane wydawcy. W tym miejscu dziękuję też wydawnictwu Auditus za propozycję konkursu i piękne nagrody:)

Już wkrótce (może jutro?) kolejny konkurs ze wspaniałą nagrodą:)

Interesujące nowości sierpnia

Lotta Geffenblad Kamyki Astona

Pewnego dnia w drodze do domu mały szczeniak Aston znajduje … kamienie. Obserwuje je uważnie i dochodzi do wniosku, że musi być im źle. Martwi się o kamyki, myśli, że zapewne jest im zimno na deszczu i śniegu, że są samotne, zmarznięte, smutne. Zabiera je do domu. Aston opiekuje się nimi, kąpie je, otula kołderkami, dotrzymuje im towarzystwa. Teraz kamienie są bezpieczne w swoim własnym łóżku. Każdego dnia Aston znajduje nowe kamienie, niektóre są duże, niektóre małe, ale każdy kamień potrzebuje opieki… W domu zaczyna robić się tłoczno… A gdy nadchodzi lato…

Wydawnictwo: EneDueRabe

Możesz kupić tutaj: Kamyki Astona 

Ewa Marcinkowska-Schmidt Zagraj, Fryderyku


Trójka wyjątkowych artystów połączyła siły w książce dla dzieci "Zagraj, Fryderyku" opowieści o życiu Fryderyka Chopina. Ewa Marcinkowska-Schmidt - autorka kilkunastu książek dla dzieci, bestsellerowego "Lawendowego pyłu", uczestniczka konkursów pianistycznych napisała tekst, Natalia Jaroszewska - czołowa polska projektantka mody, absolwentka ASP stworzyła ilustracje, aTomek Sikora - jeden z najlepszych polskich fotografików, dwukrotnie nagrodzony w Australii tytułem najlepszego fotografa roku, przygotował zdjęcia. Książka będzie miała nietypową formę edytorską. Rozkładówki łączące zdjęcia z ilustracjami sprawią, że życie Chopina dla młodych czytelników nie będzie tylko biografią, ale magiczną historią.

Z książki:

Fortepian stał w salonie. Światło wpadające przez świeżo umytą szybę rozjaśniało pożółkłą biel klawiatury. Mały Fryderyk podbiegł do instrumentu. Wciągnął rączkę w kierunku klawiszy. „Bum, bum, bum!". Zagrzmiały groźnie basy. Przesunął dłoń w prawo i wystukał kolejne dźwięki. „La, la, la!" - zaśpiewały struny z głębi fortepianu. Małe paluszki powędrowały do samego końca brzegu klawiatury i wtedy pokój wypełniło wibrujące "Dzyń, dzyń, dzyń!". "O te brzmią najweselej! Chyba ktoś ukrył pod klawiszami dzwoneczki?" - zdziwił się mały muzyk... Mamo, Fryderyk znowu próbuje grać na fortepianie! - siostra Fryderyka, Ludwika, wbiegła do salonu.

Wydawnictwo: Klucze

Nowość z 30 sierpnia.

Krystyna Śmigielska "Tekla i płaczący braciszek"


Pojawienie się w domu młodszego rodzeństwa zawsze jest dla dziecka rewolucją. Niektóre maluchy reagują agresją wobec niemowlaka, a inne buntują się przeciwko rodzicom, maluszka traktując z czułością. Czytamy obecnie o Wiktorii, dziewczynce, która w Wigilię otrzymuje aż dwa prezenty. Pierwszym jest braciszek Kamil, drugim zaś lalka Tekla. I w tym wszystkim nie byłoby nic szczególnie wyjątkowego, gdyby nie fakt, że Tekla potrafi mówić, jest bardzo mądra i pomaga Wici zmierzyć się z nową sytuacją.

Kiedy rodzice wracają ze szpitala z niemowlęciem, zaczyna się mały koniec świata dla Wiktorii. Już nie jest ona oczkiem w głowie, nagle wszyscy oczekują, że będzie się zachowywała doroślej, w dodatku maluch wciąż płacze i mamusia tylko nim się zajmuje. Dziewczynka wszystko to bardzo przeżywa. Najbardziej przejmuje się myślą, że rodzice już jej tak nie kochają, na co zresztą ma dowody w postaci braku szczególnego zainteresowania nią właśnie. Tekla, używając małych sztuczek jak przywoływanie wspomnień, a także wykazując mnóstwo cierpliwości, tłumaczy dziewczynce świat od nowa. W końcu też udowadnia jej, że rodzice nadal mocno ją kochają, a brat nie taki straszny, na jakiego wygląda.


Tę niezwykle mądrą publikację, w dodatku ozdobioną pięknymi ilustracjami, warto czytać i przedszkolakom przygotowującym się na pojawienie w domu młodszego brata lub siostry, i sobie samym. Śmigielska z niezwykłym wyczuciem rejestruje repertuar dziecięcych lęków, jednocześnie też dając rodzicowi narzędzia, jak te obawy malucha rozwiewać. Wystarczy odrobina mądrości, czułości, a przede wszystkim cierpliwości. I oczywiście czasu!

Warto tu jeszcze dodać, że to druga część opowieści o mądrej Tekli. W pierwszej lalka trafia do Jagódki, która – delikatnie mówiąc – jest nieznośnym dzieckiem. W ciągu roku Tekla wychowuje swoją podopieczną, uwrażliwiając ją na potrzeby i dobro innych. Po tym czasie trafia do starego sklepu, by móc służyć i pomagać kolejnym dzieciom. Także u Wici Tekla mieszka przez rok. Czy zatem możemy się spodziewać kolejnych przygód i rad niezwykłej lalki? Bardzo na nie czekamy!

Zainteresowanych tematem oswajania pociechy z młodszym rodzeństwem zapraszam do przeczytania tego posta: Będę miał braciszka!

Możesz kupić tutaj: Tekla i płaczący braciszek

Ilustracje: Ewelina Kramarz
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 108
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 20.5x19.5cm
ISBN: 9788374375030

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Grzegorz Kasdepke "Akademia detektywa Pozytywki. Zeszyt pięciolatka"


Za co uwielbiam detektywa Pozytywkę? Oczywiście za jego poczucie humoru, pozytywne nastawienie do świata i barwność szeroko pojętą. Detektyw Pozytywka to bohater książek Grzegorza Kasdepke. Obecnie poznajemy go w nowej roli – został przewodnikiem pewnej Akademii. Dwu-, trzy-, cztero- i pięciolatki zostają przez niego oraz mieszkańców kamienicy zaproszeni do zabawy, która rozwija i pomaga poznać otaczający świat.

Zeszyty z ćwiczeniami – podobnie jak inne tego typu publikacje – zawierają zestawy zadań dostosowane do wieku. Ten skierowany do pięciolatków uczy logicznego myślenia i nastawiony jest głównie na umiejętności matematyczne (porównywanie liczebności, określanie stosunków przestrzennych, rozwijanie pojęcia liczby, wprowadzanie pojęć z geometrii). A konkretnie? Znajdziemy tu labirynty, ćwiczenia polegające na: segregowaniu przedmiotów, powielaniu wzorów, dorysowywaniu, kontynuowaniu szlaczków.
Co różni tę propozycję od jej podobnych to zdecydowanie ilustracje. Odnosi się żywe wrażenie, że tworzymy książkę wraz z autorem, o żadnych żmudnych ćwiczeniach nie może tu być więc mowy. Proponowana książeczka jest kolorowa i przyciąga oko dziecka. Mogłaby być jedynie nieco większa objętościowo:/

Strona detektywa

Zeszyty można kupić na stronie Naszej Księgarni.

Ja proponuję też zapoznać się z przygodami detektywa:)

Możesz kupić tutaj: Wielka księga detektywa Pozytywki 

"Trzy książki na rok" - wywiad z Martą Ignerską w "GW"

Ostatni już wywiad z ilustratorami w stołecznej "Gazecie Wyborczej" znów zrodził pewne moje zakłopotanie. Nie tyle jednak jego treść, co załączona obok niego ilustracja.
To Romans z George Sand z książki Barbary Smoleńskiej-Zielińskiej Chopin i jego muzyka
Książka przeznaczona jest dla młodzieży.



Ciekawą tezę o tzw. "picture book" rzuca Ignerska.

Co pani chciałaby zrobić?

- W ramach stypendium zrobiłam "Antonimy"- słownik angielski, w którym zderzam na rozkładówkach dwa słowa typu ładny - brzydki i w niebezpośredni sposób opowiadam to obrazkiem. Nie mogę jednak znaleźć na to wydawcy - słyszę, że to taki picture book, a te u nas kiepsko się sprzedają. A przecież picture book to książka wymagająca, trzeba wysilić głowę, pogadać o niej z dzieckiem, zinterpretować. Może rodzicom się tego nie chce, a może uważają, że dzieci tego nie ogarniają. Słyszę też, że to taki rodzaj książki na raz, na jedno obejrzenie, a anegdota kończy się z zamknięciem książki. Nie mogę się z tym zgodzić, to właśnie taka książka otwiera mnóstwo interpretacji. Brakuje mi takich. Nie ograniczam się do ilustracji dziecięcej, to nie jest mój główny nurt zainteresowań. Picture book dla dorosłych - to chciałabym zrobić najbardziej. Z grupą ilustratorów od pewnego czasu przełamujemy myślenie o książkach ilustrowanych.

Zgadzam się, że książki obrazkowe, z niewielką ilością tekstu, bądź w ogóle bez tekstu są wymagające. Zwłaszcza w stosunku do rodzica, który musi poniekąd stworzyć historię. Z doświadczenia widzę jednak, że te książki należą do ulubionych. Mój Janek (2,5) kocha!!! Gdzie jest tort?

Cały tekst wywiadu tutaj.

piątek, 27 sierpnia 2010

Pija Lindenbaum "Nusia i bracia łosie"


Mam kłopot z książeczką o Nusi. Jestem jednocześnie i na tak, i na nie.

Zacznijmy od tego, co w książce Piji Lindenbaum mi się spodobało. Oczywiście ilustracje – niezwykle sympatyczne, kolorowe i zwyczajnie zachęcające do oglądania. Dzieci wertują Nusię w tę i we w tę, przypatrując się poszczególnym scenkom z wielką uwagą. Podoba mi się również nieco absurdalny humor oraz brak realizmu. Tu łosie zastępują Nusi braci, których ta bardzo chciałaby mieć, robią sobie z szafy szałas i piją wodę prosto z ubikacji zamiast ze szklanki. Dla mojej córki to oczywiste: „Mamo, przecież oni mają za duże buzie, żeby pić ze szklanki” – odpowiada, gdy sugeruję jej, że łosie powinny pić jak na porządnych ludzi przystało. To więc, co ja nazywam absurdem, w pojęciu dziecka mieści się zupełnie w granicach normy. Mama dała się nabrać na sugestię, że łosie to ludzie… cóż za bzdura :)


Zdecydowanie jednak nie podoba mi się przesłanie książki. Nusia-jedynaczka pragnie mieć rodzeństwo. O!, takiego brata Nilsa na przykład, z którym można wyjść na górkę i pozjeżdżać na sankach. Marzenie się spełnia i gdy dziewczynka wraca pewnego dnia do domu, na progu zastaje trzech braci – tyle że są to łosie. Mała z radością angażuje ich w swoje ulubione zabawy – wyjmuje klocki, kredki, zwierzątka… Nic z tego – łosie się wygłupiają, wyrysowują kredki, rzucają zwierzątkami. A potem robią niesamowity bałagan i na nic się zdają wszelkie próby tłumaczenia, że czegoś „nie wolno”, „nie powinno się”. W końcu łosie odchodzą, bo jednak na dworze jest im lepiej niż w domu. Nusia myśli: „Mam przecież Nilsa i dzieci w przedszkolu (…). Nie potrzebuję braci”. I właśnie z tym zakończeniem mam kłopot. Rozumiem, że książka może pomóc dziecku, które nie ma braci i sióstr, zrozumieć, że świat się nie kończy. Sugerowanie jednak, że rodzeństwo to li tylko bajzel, kłótnie i wyrzeczenia wydaje mi się przegięciem. Zastanawiam się jednak nad tą książką dalej i gdzieś tam w środku gryzie mnie myśl, że może jednak dzieci – tak jak moja córka – nie czytają na takim poziomie. Że łosie to łosie, a nie rodzeństwo! A jeśli tak, wszystko w tej książce jest uprawnione, sensowne i podstawne, tak jak picie wody prosto z ubikacji! No i taką oto mam zagwozdkę…

Możesz kupić tutaj: Nusia i łosie

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: Zakamarki
Wymiary: 22.0x26.0cm
ISBN: 978-83-609-6337-1
Tłumaczenie: Katarzyna Skalska

Zobaczcie, jak w Bajkonurrze o Nusi czyta Olaf Lubaszenko.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Miyoko Matsutani "Tatsu Taro, syn smoka"



Nie odkryję dziś Ameryki, gdy powiem, że książka daje tę wyjątkową możliwość podróżowania i przyglądania się innym kulturom, krajom bez wychodzenia z domu, w kapciach na nogach, siedząc w ulubionym fotelu. Ja zawsze po takich lekturowych wojażach czuję z jednej strony pragnienie, aby taką Szwecję czy Japonię jednak obejrzeć na własne oczy, z drugiej zaś cieszę się ogromnie, że ktoś zechciał mi pokazać inny świat, wykorzystując moją wyobraźnię. Zastanawiam się, jak egzotyczne książki odbierają dzieci – czy dla nich to jednak jest też wyczuwalnie inne, czy zwyczajnie liczy się historia?

Z wielką przyjemnością, powoli czytałam Tatsu Taro, syn smoka, próbując wiele razy poczuć smak jaglanych dango, zobaczyć rozległe pola ryżowe, dotknąć łusek smoka, usłyszeć jak na fujarce gra Aya. W niespieszności i tym smakowaniu lektury pomagały mi cudowne, proste, acz zdecydowanie naznaczone japońską kulturą ilustracje Piotra Fąfrowicza oraz nieco archaiczny język opowieści (świetny przekład Zbigniewa Kiersnowskiego), pełen słów w ich oryginalnym brzmieniu, nieprzetłumaczonych – jak tangu, akebi, shikiri czy uwate-nage – ale jednak na marginesach wyjaśnionych. Zanurzyłam się więc w opowieść Miyoko, zachwycona odmiennością.



Matsutani przedstawia historię leniwego chłopca, Tatsu Taro, co znaczy „syn smoka”. Mieszka on u babki i czas spędza na zabawie, kiedy ta ciężko pracuje na nieurodzajnej ziemi, by zebrać choć ziarnko i wyżywić wnuka. Pewnego razu babka mocno się poturbowała przy robocie i dlatego, niepewna dnia swego odejścia, postanowiła wyjawić Tatsu Taro prawdę o jego matce. Przemieniła się ona kiedyś w smoka i odeszła daleko hen. Chłopak postanawia ją odnaleźć, wprzódy ratując swą przyjaciółkę Ayę z rąk Czerwonego Diabła. Liczne przygody na drodze do celu uczą małego Tatsu życia – dbania o innych, ciężkiej pracy, wartości przyjaźni.

Japońska baśń została skonstruowana dość klasycznie – bohater przemierza świat i właśnie ta droga pozwala mu dojrzeć, stać się silnym i mądrym. Jednocześnie też wszelkie uczynione dobro spotyka się z nagrodą, odwdzięczeniem w najmniej oczekiwanym momencie. Tatstu Taro wychodzi więc często z opresji nie tyle dzięki sprytowi (choć ten też okazuje się istotny), co dzięki pomocy przyjaciół, których zdobył sobie po drodze. Dlatego gdy czytamy tę książkę, odnosimy wrażenie, że fabułę już dobrze znamy.



Tatsu Taro, syn smoka został wydany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, począwszy od wyboru rodzaju papieru, przez oryginalne, stylizowane na zapis japoński, podtytuły, po numerację stron.

Oko się cieszy, dusza raduje i coś nie chce wypuścić książki z ręki.

Możesz kupić tutaj: Tatsu Taro, syn smoka

Ilustracje: Piotr Fąfrowicz
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 120
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Media Rodzina
Wymiary: 18.5x24.0cm
ISBN: 9788372783752
Tłumaczenie: Zbigniew Kiersnowski

środa, 25 sierpnia 2010

Ewa Nowak "Skorpion i koń Dziąsło"


Jeśli ktoś z was miał rodzeństwo, pewnie nie muszę mu tłumaczyć, jak bardzo taki młodszy brat czy siostra potrafi być upierdliwy i jak wtedy generalnie ciężkie jest życie i niesprawiedliwe. A bo to trzeba ubrania po starszej siostrze nosić, a bo to wstyd nieraz przed kolegami za brata, a to ciągła rywalizacja i poczucie, że rodzice nic, totalnie nic z naszych problemów nie rozumieją. Ciężkie i niesprawiedliwe podwójnie musi być więc życie, gdy rodzeństwo jest tak zwanym bliźniakiem. Ewa Nowak w najnowszej książce Skorpion i koń Dziąsło opisuje ten właśnie trudny do zniesienia żywot ośmioletniej Marty, która nie może już wytrzymać ze swym bratem bliźniakiem, Emilem, mającym fizia na punkcie skorpionów.

Książkę dosłownie połknęłam na jeden raz. Na szczęście nie dostałam czkawki, a wręcz miałam uczucie pewnego niedosytu. Losy Marty i Emila bowiem bogato doprawione są humorem. Gdybym mogła, zacytowałabym wam tu całą książkę, tak cudownie jest dowcipna w zasadzie w każdym zdaniu:) Mój rechot zaintrygował dzieci: „mamo, z czego się tak śmiejesz?”. Na przykład z tego:

Następnego dnia w szkole nasza pani przeczytała nam czytankę o prosiaczku, który nie chciał jeść z korytka i z tego powodu nie rósł i był malutki. Strasznie głupia ta czytanka, bo jeśli nie chciał jeść z korytka, to trzeba było mu dać na talerzu i po kłopocie. Nikt z nas nie chciałby jeść z korytka, więc wszyscy oprócz naszej pani doskonale tego prosiaczka rozumieliśmy. (...) Pani kazała nam szczerze i pomysłowo dokończyć zdanie:

Gdybym była prosiaczkiem...

- „Gdybym była prosiaczkiem, tobym była różowa” - przeczytałam swoje zakończenie, ale pani uznała, że to nie jest szczere ani pomysłowe.
- „Gdybym był prosiaczkiem, toby mnie zjedli” - odczytał Marcel.
(...) Pani się to nie spodobało, bo ona sama często je kotlety schabowe na obiad.


Zakochałam się w tych niesfornych, ale jakże logicznie rozumujących dzieciakach. Na przykład taki Ronczy Janek na przerwie tłumaczy dzieciom z klasy wszystko to, czego pani nie umiała wyjaśnić (co to są grafy?), albo taka Soraya, która wie doskonale, że zbiór adaksów żyjących na Antarktydzie musi być pusty, czego nauczycielka znów nie rozumie. Jest jeszcze cudowny dziadek Karol, który opowiada bliźniakom, jak wspaniale bił się z kolegami w dzieciństwie.

Świat dzieci nie przystaje tu do świata dorosłych. Jedni drugich kompletnie nie rozumieją, choć w gruncie rzeczy dość spokojnie ze sobą współżyją. Zwyczajnie każdy pilnuje swojego nosa. Z tego zderzenia dwóch światów z jednej strony wyłania się jednak obraz właśnie zabawny, z drugiej - mamy okazję obserwować stetryczałych dorosłych. Komu zależy, ten pewnie przyzna autorce rację, że jesteśmy dość nadęci i zajęci sobą samymi.

Skorpion i koń Dziąsło to powieść, która trochę przypomina specyficzne podejście do świata Mikołajka i dylematy bohaterów Dziewczyna i chłopak, czyli heca..., i zwariowanych Kubę i Bubę (bohaterowie książek Kasdepke). W dodatku jest świetnie napisana, sympatycznie zilustrowana... rzecz idealna do czytania pomiędzy jedną a drugą lekturą szkolną:)

Możesz kupić tutaj: Skorpion i koń Dziąsło

Ilustracje: Katarzyna Kołodziej
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 136
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Egmont
Wymiary: 14.5x21.5cm
ISBN: 9788323774730

Lektury do słuchania z Naszej Księgarni

Z okazji zbliżającego się roku szkolnego Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA przygotowało pakiet lektur do słuchania.

Wśród audiobooków znalazły się takie tytuły, jak:

"Anaruk, chłopiec z Grenlandii"
Opowieść o życiu, obyczajach i wierzeniach mieszkańców Grenlandii – Eskimosów. Bohaterem utworu jest mały Eskimos od dzieciństwa nawykły do trudnej pracy myśliwego i egzystencji w warunkach polarnych.
Czyta Artur Pontek
format nagrania: MP3,
czas nagrania: 1 godz. 14 min

"Oto jest Kasia"
Kasi – dotychczas wzorowej uczennicy i ulubienicy rodziców oraz dziadków – rodzi się siostrzyczka. Zazdrosna dziewczynka przeżywa bunt: staje się agresywna, popada w konflikty z kolegami i domownikami, przestaje się uczyć... I dopiero ciężka choroba siostrzyczki, do której Kasia sama się przyczyniła, pozwala jej zrozumieć, jak bardzo kocha małą, i wrócić do dawnego stylu życia.
Czyta Katarzyna Makuch
format nagrania: MP3,
czas nagrania: 4 godz. 15 min

"Spotkanie nad morzem"
Samolubna, wiecznie niezadowolona jedynaczka – dziewięcioletnia Danusia – spędza wakacje nad morzem, gdzie poznaje niewidomą dziewczynkę. Pod wpływam znajomości z nią zmienia swój stosunek do otoczenia, Elza natomiast zyskuje przyjaźń i nadzieję na odmianę życia, a może nawet... wyleczenie?
Czyta Katarzyna Makuch
format nagrania: MP3,
czas nagrania: 4 godz. 5 min

"Puc, Bursztyn i goście"
Bohaterami tej pełnej ciepłego humoru książki są dwa psy, Puc i Bursztyn, które na podwórzu pędzą życie pełne psot i figlów. Pewnego dnia ich beztroską zabawę przerywa wizyta niezwykłych gości – dwóch rasowych, rozpieszczonych piesków z Warszawy. Dzięki wiejskim psom Tiuzdej i Mikado poznają uroki prawdziwego życia i przeżywają liczne przygody.
Czyta Artur Pontek
format nagrania: MP3,
czas nagrania: 1 godz. 49 min.

Informacje od wydawcy.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Alicja Baluch "W szklanej kuli"



O znaczeniu baśni braci Grimm dla literatury dziecięcej nikt już nie dyskutuje. Choć pojawiały się głosy wytykające okrucieństwo czy drastyczność niektórych tekstów, doszliśmy już do wniosku, że dzieciom to nie przeszkadza, a nawet jest potrzebne. Alicja Baluch, kierownik Katedry Literatury dla Dzieci i Młodzieży krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, podejmuje swoisty dialog z Grimmami. Albo inaczej – przekłada ich opowieści na język współczesny, dostosowuje do naszych realiów, pokazując tym samym ponadczasowość baśni.

W dwunastu bajkach, które Baluch nazywa wyczytankami, autorka bazuje na znanych baśniach braci Grimm. Podaje oryginalne tytuły i pierwsze zdania tych baśni. Ciąg dalszy jest już jednak współczesny – bohaterowie ludzcy mają inne imiona, mieszkają w bloku, idą do muzeum lub spotykają młodego przestępcę handlującego marihuaną. Krótkie opowiastki, najczęściej mieszące się na trzech stronicach, wykorzystują baśniowe symbole. Tu pani Zima jest sąsiadką, która chadza ubrana w biel, wieża, w której czarownica zamknęła Jagódkę, staje się wieżowcem. Niezmieniony pozostaje i przekaz moralny. Bardzo wyraźnie piętnuje się tu między innymi nieposłuszeństwo dzieci – na przykład Braciszek, który objada się lodami, po chwili ma chrypkę (Braciszek i Siostrzyczka). Nadal więc współczesne baśnie Baluch zdecydowanie oddzielają dobro od zła.


Myślę, że ciekawym byłoby czytanie wpierw Grimmów, a następnie odpowiadających im bajek Alicji Baluch. Być może dzieci, zwłaszcza te starsze, w wieku szkolnym, byłyby same w stanie dostrzec analogie. Z całą pewnością zaś pokazalibyśmy maluchom uniwersalizm Grimmów, a sensy, pouczenia zawarte w obu tekstach, wzajemnie by się potwierdziły i umocniły.

Alicja Baluch we wstępie zauważa: 
Kiedyś profesor Kazimierz Wyka powiedział, że literaturze dla dzieci, jak w szklanej kuli odbijają się problemy literatury dla dorosłych. Tu, w szklanej kuli wyczytanek, czyli we współczesnych opowiastkach z życia dzieci, odbijają się kształty baśni magicznych Grimmów, które są i zawsze będą idealnym wzorem opowieści.

Możesz kupić tutaj: W szklanej kuli

Ilustracje: Piotr Olszówka
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 36
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 20.0x19.0cm
ISBN: 9788374374859

Wernisaż wystawy Józefa Wilkonia - od 3 września, Warszawa



Galeria SD Wilanów (ul. St. Kostki Potockiego 22 w Warszawie) zaprasza na wystawę Józefa Wilkonia. Na ekspozycji prezentowane będą ilustracje, rzeźby, prace z cyklu Auto-Widoki. Wystawa potrwa od 1 do 30 września 2010 roku.

Wernisaż odbędzie się 3 września (piątek) o godz. 18.00.

Na 11 września 2010 r. (sobota) zaplanowano spotkanie z artystą. Tego dnia w godz. 16.00-18.00 Józef Wilkoń będzie podpisywał zilustrowane przez siebie książki.

Zapraszamy, zarezerwujcie czas na odwiedzenie wystawy, a jeszcze lepiej na spotkanie z artystą:)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Iwona Kocińska "Przygody krowy Balbiny"


Książka o krowie Balbinie okazała nam się bliższa niż na to pierwotnie się zanosiło. Przede wszystkim już samo imię głównej bohaterki wiązało się z miłymi konotacjami – wszak Marta uwielbia przygody gąski Balbinki i mogłaby słuchać tej bajki-grajki bez końca, zawsze mocno wbita w fotel. Okazało się jednak, że autorka chyba gdzieś podglądała nasz życie, bo taka wieś, którą opisuje, jest wypisz-wymaluj wsią pradziadków moich dzieci. Są i króliki, i psy, i koty, i świnie i jeszcze do niedawna krowa, na której grzbiecie odważna Marta siedziała. Jest i traktor – ulubiony sprzęt syna. Są w końcu wiekowi już pradziadkowie, których jednostajny rytm życia daje wszystkim poczucie bezpieczeństwa, ładu i spokoju. Dlatego gdy czytamy o Balbinie – czytamy o nas samych!

Iwona Kocińska przedstawia nam całkiem zwyczajną fabułę. Rzecz dzieje się na wsi, gdzie w jednym z gospodarstw mieszka krowa Balbina. Ma przyjaciół – kota Filipa i psa Nestora, którzy dbają o to, by krowa nigdy się nie nudziła. Jest jeszcze Dziadek i Babcia oraz mała Dorotka, która przybywa tu na wakacje. Poznajemy naszych bohaterów w ciągu roku. Bo tutaj, podobnie jak czytaliśmy u Reja, rok na cztery części jest rozdzielon. Życie płynie spokojnie w rytmie wyznaczanym przez zmieniające się pory roku. Ktoś mógłby rzec nawet, że nic spektakularnego tu się nie dzieje – ot, przychodzi wiosna i krowa wychodzi na pole poskubać świeżą trawę, potem obserwujemy, jak zboże dojrzewa, sianokosy i wykopki. Nuda, panie! A jednak autorce udaje się te proste, gospodarskie czynności przedstawić ciepło, żywo, prawie magicznie. I jeśli wziąć pod uwagę fakt, jak niewiele dzieci miastowych ma okazję poznać ten rytm wiejskiego życia, Kocińska ocala tu od zapomnienia i rejestruje świat, który powoli przebrzmiewa. Może uda się autorce, podobnie jak Rejowi, trafić do kanonu lektur szkolnych?

Przygody krowy Balbiny warto czytać jeszcze z innego względu. Książkę opatrzono znaczkiem „bajki zasypiajki”, sugerując, iż wyciszą malucha i łagodnie wprowadzą w krainę snu. Coś w tym jest rzeczywiście. Ta leniwie biegnąca fabuła, świat nieskażony złem, sympatyczne nastawienie bohaterów do siebie, nie rozbudzają w młodym czytelniku skrajnych emocji. Książka raczej maluje przed dzieckiem swojskie obrazki – tak fabułą, jak łagodnymi, pastelowymi ilustracjami – które pewnie po chwili znajdą swoją kontynuację w spokojnych snach malucha.

Możesz kupić tutaj: Przygody krowy Balbiny

Ilustracje: Agnieszka Semaniszyn
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 184
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 16.9x24.5cm
ISBN: 9788374374491

piątek, 20 sierpnia 2010

Konkurs :)

Czas bez konkursów czasem straconym:) Na koniec wakacji razem z wydawnictwem Auditus proponujemy zabawę, w której będziecie mogli wygrać książkę oraz audiobooka Aksamitny Królik.


Prostota niektórych opowieści dla dzieci niesamowicie mnie urzeka. W książce niby nic szczególnego się nie dzieje, akcja toczy się leniwie, bohater jest zwyczajny… a jednak – to się czuje! – nad historią unosi się jakaś tajemnicza aura, magia, ciepło. To właśnie sprawia, że do książki wraca się po wielokroć. Aby na nowo przeżyć owe emocje i zwyczajną radość lektury.

Aksamitny Królik jest taką właśnie książeczką. Główny bohater to grubiutki i puchaty króliczek, którego chłopiec dostaje na Gwiazdkę. Niczym szczególnym się nie wyróżnia, leży sobie wśród wielu nowoczesnych zabawek. Ma wielkie marzenie – chce stać się prawdziwym dla chłopca.

Więcej o samej książce oraz audiobooku przeczytacie pod linkiem, który podałam wyżej. Te dwie wspaniałe nagrody rozlosujemy spośród tych osób, które w komentarzu napiszą kilka słów o swojej ulubionej zabawce z dzieciństwa. Anonimowych od razu proszę o podpisywanie się imieniem.

Losowanie odbędzie się 31 sierpnia ok. godz. 21.00:)

Powodzenia:)

"Domowe laboratorium wiedzy"


Ponieważ mam w domu małego mężczyznę żądnego przygód i eksperymentów, muszę sprostać jego oczekiwaniom. Oczywiście myślę w tej chwili stereotypami, bo przecież dziewczynki też lubią nowe wyzwania i dreszczyk emocji. Jest jednak jakaś krztyna prawdy w sugestii, że chłopcy potrzebują więcej bodźców, są bardziej dzicy i nie do ujarzmienia. Ja-matka staram się jednak mieć rękę na pulsie i ubiegać fakty. Pozwalam synowi na łobuzerkę pod moim czujnym okiem ;)

Cóż może być dla chłopaka ciekawszego od wybuchów, zabawy z ogniem czy wystawianiem rzeczy na próbę wytrzymałości? Raczej nic:) Dlatego książka Domowe laboratorium wiedzy to według mnie kompromis dziecka z rodzicem. Z jednej strony maluch może „bawić się” wodą, ogniem czy światłem, ale z drugiej – rodzic czuwa nad wszystkim. W 60 eksperymentach koncentrujemy się wokół tematyki związanej z powietrzem, ciepłem, światłem, wodą, magnetyzmem i elektrycznością. Każde ćwiczenie rozpisano na cztery punkty, wskazując kolejno co będzie potrzebne, jak przebiega doświadczenie, co można zaobserwować oraz dlaczego tak się stało.

Domowe laboratorium wiedzy to kolejna propozycja na nadchodzące jesienne popołudnia i wieczory. Być może warto podetknąć ją zwłaszcza ojcom i dziadkom, którzy – jak znam życie – zaangażują się z równą pasją, co maluchy i odkryją w sobie na powrót dziecko. Jednocześnie też często lepiej będą potrafili wytłumaczyć zachodzące zjawiska. Przy okazji będą mieli kolejną szansę, by zaimponować dzieciom swoją mądrością, sprytem i odwagą.

Nie muszę chyba mówić, że eksperymenty, które tu się proponuje, stanowią doskonałe przygotowanie do lekcji fizyki. Dziecko dowiaduje się (i widzi na własne oczy!) przecież na przykład tego, że światło porusza się szybciej niż dźwięk, słona woda lepiej przewodzi elektryczność niż nieosolona, a lód zajmuje więcej miejsca niż woda. W dodatku potrafi wyjaśnić dlaczego tak właśnie się dzieje. W moim przekonaniu ta zdobyta pod okiem rodzica wiedza może uchronić niejednego chłopca przed konsekwencjami głupich nieraz pomysłów, które przyjdą mu do głowy za kilka lat.

Zdecydowanie warto spróbować!

Możesz kupić tutaj: Domowe laboratorium wiedzy

Wydawnictwo: Zielona Sowa
Oprawa: twarda
Ilość stron: 132
Format: 215x277
ISBN: 978-83-7623-490-8

czwartek, 19 sierpnia 2010

James A. Owen "Kroniki Imaginarium Geographica. Cienie Smoków"

Współcześnie rozumiany świat powieści fantastycznej z reguły przywodzi na myśl rzeczywistość zgoła skrzętnie wyimaginowaną przez autora, a zamieszkujące ją postacie winny charakteryzować się swoistą baśniowością – uderzającą odmiennością od powszechnie znanych i spotykanych bohaterów literackich. Obecność stworzeń zasiedlających starożytne legendy i pradawne mity oraz wykreowany przez autora świat to jednak nie jedyne środki, jakimi dysponuje pisarz tak specyficznego gatunku, jakim jest fantasy. Równie często można natknąć się na zabieg, którym posługują się także przedstawiciele innych gatunków literackich, „zapożyczania” postaci ze świata rzeczywistego: pisarzy, poetów, postaci historycznych, polityków, a także istniejących już bohaterów literackich. Umieszczając ich w stworzonym przez siebie świecie, pisarz tworzy niejako alternatywną historię danego człowieka, uwypukla bądź też fabrykuje jego cechy charakteru, sposób bycia. Zabieg ten nadaje powieści fantastycznej pozory realności, dostarcza opowiadanej historii dawek sensacji, akcji czy humoru.

Takim typem opowieści są Kroniki Imaginarium Geographica. Ich autor, amerykański grafik James A. Owen, stworzył cykl książek traktujących o niesamowitych przygodach dobrze znanych fanom angielskiej fantastyki członkom grupy literackiej Inklingów. Głównymi bohaterami są zatem J.R.R. Tolkien, C.S. Lewis oraz Charles Williams. Jednakże na tym kończy się ich „realna” obecność, a rozpoczyna istnienie namacalne. Trójka Inklingów uczestniczy bowiem w jak najbardziej magicznych i nieprawdopodobnych przygodach, które odrywają ich od dotychczasowego życia na uniwersytecie i przenoszą do niesamowitego świata Archipelagu Snów. Zostają również wybrani na opiekunów tytułowego Imaginarium Geographica, zbioru map tajemnego świata, których ochrona staje się ich głównym zadaniem. Świat, do którego trafiają Inklingowie, jest niezwykle złożony i przebogaty. Przepełniają go postacie znane z powieści, mitów i legend. Dość wspomnieć, że bezpośrednim zwierzchnikiem opiekunów Imaginarium jest sam Juliusz Verne, ich poprzednikami zaś byli najróżniejsi słynni przedstawiciele sztuki, jak choćby: William Szekspir, Charles Dickens, Mark Twain czy Franz Schubert.

Czwarta część przygód Inklingów w świecie Archipelagu – Cienie Smoków, traktuje o ponownym pojawieniu się ich odwiecznego wroga, Cienia Zimowego Króla, który i tym razem chce pogrążyć oba światy w chaosie. Niespodziewanie skutkiem jego działań może okazać się wybuch II wojny światowej. Inklingowie wraz z Różą Dyson muszą mu przeszkodzić w zdobyciu mocy legendarnych smoków.

Świat stworzony przez Jamesa Owena jest światem niebywale dynamicznym, w którym akcja nie ustaje nawet na moment. Liczne dialogi między znaczną rzeszą oryginalnych bohaterów prowadzone są z prędkością światła. Równie niespodziewanie zmieniają się ich charaktery, cele, kruszą się zawierane sojusze. Szeregi tak wrogów, jak i przyjaciół przepełniają zdrajcy. Podczas lektury kolejny raz uderzyła mnie wszechobecna relatywizacja dobra i zła, jaką często można dostrzec we współczesnej literaturze fantasy. Samoistnie narzuca się mało optymistyczny wniosek, że brutalna rzeczywistość rządzi się własnymi prawami, co zdaje się potęgować fakt, że świat, który propaguje autor, zasadza się na nauce i technice oraz związanych z nimi, nieraz pokrętnych, teoriach. Z drugiej strony Kroniki… przepełnia humor, objawiający się najmocniej przy naszkicowanych postaciach Inklingów i panujących między nimi rubasznych stosunkach. Mnie osobiście humorem przepełnił obraz Johna (odpowiednik J.R.R. Tolkiena). Nie mogłam powstrzymać śmiechu na myśl o tym, jak zareagowałby twórca nowożytnej mitologii Anglii, kiedy przeczytałby o swoich przygodach.

Możesz kupić tutaj: Kroniki Imaginarium Geographica 4. Cienie Smoków

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 416
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 14.5x20.5cm
ISBN: 9788310117878
Tłumaczenie: Maciejka Mazan

środa, 18 sierpnia 2010

Podręczniki w selkar.pl

W mojej ulubionej księgarni internetowej (porównajcie oferty, a  sami zobaczycie, że faktycznie mają najtaniej) można kupić też podręczniki.

Księgarnia Selkar.pl

Podpowiadam, bo dla niektórych chyba zaczyna sie już czas przeznaczania pieniędzy na ten właśnie cel.

A więc zajrzyjcie TUTAJ.

„Świerszczyk” nr 15-16/2010


Po dość długiej przerwie w końcu nowy „Świerszczyk”. Sierpniowy numer poświęcono zagadkom. Nie jest jednak tak, jak moglibyście myśleć, że cały numer to wyłącznie rebusy, łamigłówki i inne zgadywanki. Tradycyjnie „Świerszczyk” przygląda się zagadkowemu zagadnieniu w wierszach i opowiadaniach, podkreślając przy tym, że zagadki pojawiały się w literaturze i baśniach od zawsze.

Lekturę rozpoczynamy o wiersza Rafała Witka:

Jest niezwykle tajemnicza. Pokazuje nam się z rzadka.
Wiemy o niej tylko tyle, że na imię ma... Zagdka.

Nam jednak najbardziej spodobało się opowiadanie Ireny Landau Taktoperze (skoro są nie-toperze, to muszą też być tak-toperze!). To bardzo zabawna historyjka. Choć niezwykle krótka, wyjątkowo dużo się dzieje.

Oczywiście w tym numerze jednak jest odrobinę więcej rozrywki. Na rozkładówce dodatkowa porcja ćwiczeń dla umysłu. Nie ukrywam, że mam ostatnio sporą przyjemność w rozwiązywaniu przeróżnych zagadek, więc pokątnie odpowiedziałam na wszystkie pytania:) Jedynie krzyżówkę zostawiłam Marcie, bo bardzo je lubi.


I na koniec zagadka króla Miraża, na którą odpowiedź znalazł Sindbad: „Jaka pogoda pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody?!” Wiecie?

Strona "Świerszczyka"

wtorek, 17 sierpnia 2010

Lila Prap "Dinozaury?!"



Sama nie wiem, kto jest pierwszoplanowym bohaterem książeczki Lili Prap – dinozaury czy raczej kurczaki? I czemu służy ona bardziej – chichotaniu czy zdobywaniu wiedzy? A może i jednemu, i drugiemu, bo przecież nauka przez śmiech jest chyba najskuteczniejsza.

Do rzeczy jednak! Lila Prap wpadła na pomysł, by opowiedzieć o dinozaurach z perspektywy kur, czyli dalekich potomków tych zwierząt. Każda podwójna strona przedstawia w centrum dinozaura, na marginesach zaś dyskutują, zadają pytania kurczaki. Tamże również znajdziemy naukowe informacje o danym gatunku.

Od kilku wieczorów przed snem czytamy więc o dinozaurach. Moja czterolatka nie łapie jeszcze momentami absurdalnego humoru koguta czy pisklaków. Przykład:

mama kura: „Dlaczego ci praprzodkowie mieli na głowach takie dziwne kolce?”
tata kogut: „Pewnie dinozaury chciały mieć długi dziób, ale urósł im w złą stronę!”
dzieci pisklaki: „A może zjadły kij, który utknął im w gardle?”

Kiedy bliżej przyjrzeć się tym dialogom, okazuje się, że rodzinka kurczaków (która jakoś dziwnie przypomina mi kurczaki pana Józka [Halama]) jest zupełnie stereotypową familią. Ciekawska i wciąż zadająca pytania i której uwadze nie umknie najmniejszy szczegół jest oczywiście ona – kura, kogut próbuje udawać wszechwiedzącego, niejednokrotnie też pokazuje, jaki jest dumny z własnej rasy. Dzieciaki mają osobną wizję rzeczywistości, są nieco pyskate i ich pomysły zdają się najbardziej absurdalne.

My skupiliśmy się na informacjach o poszczególnych dinozaurach. Przyswoiliśmy nowe pojęcia: stado, żyworodne, mięsożerne, roślinożerne. Te dwa ostatnie jakoś najbardziej córkę zafrapowały, więc za każdy razem dopytywała, czym żywi się dany gatunek. Straszne jaszczury nie były też wcale aż takie straszne. Moja maluchy chętnie i bez cienia strachu przyglądały się wszelakim kolcom, wypustkom, rogom czy nawet piórom. Warto jeszcze dodać, że rysunki są dość proste, jakby ręką dziecka malowane, dlatego nieco starsze dzieci mogą się bawić w przerysowywanie, kopiowanie ulubionych dinozaurów.

Lila Prap pokazuje, że ten modny temat można wciąż jeszcze wyzyskać na nowo, że można stworzyć książkę i dla przedszkolaka, i dla dziecka w wieku szkolnym, która jednocześnie i bawi, i uczy. To ciekawy sposób na zaspokojenie ciekawości, która z całą pewnością została rozbudzona po wakacyjnych wojażach do dinolandów, których w Polsce coraz więcej.

Możesz kupić tutaj: Dinozaury?!

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Media Rodzina
ISBN: 9788372784360

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Drugie losowanie na FB

Poszło jak burza, która u nas przed chwilą za oknem...:)

Już przeszło 100 osób lubi Czytanki-przytulanki na FB.

Drugie losowanie właśnie za nami. Tym razem wygrała Anna Karolina Lewandowska. Otrzymuje książkę "Czarna operacja" Agnieszki Błotnickiej. Obie panie (także Kingę Dziopko) poproszę o kontakt mailowy: kamienna1@wp.pl

 

 

"Ilustracja to pojęcie historyczne" - wywiad z Grażką Lange w "GW"



Kilka ostrych słów pod adresem wydawców i ilustratorów padło z ust Grażki Lange, graficzki zajmującejsię wymyślaniem i projektowaniem książek.


Żenuje mnie, jak się pisze i projektuje dla dzieci. Nie uznaję ocenzurowanego obrazu świata. Infantylizacja i zakłamanie w książkach dla dzieci są grzechem największym. Kiedy byłam dzieckiem, czytałam i oglądałam różne rzeczy, nie wszystko rozumiałam, ale jakoś mi nie zaszkodziło, wprost przeciwnie - ciekawiło i wabiło. Tak samo z filmami. Jako piętnastolatka oglądałam Bergmana i Bunuela, co ja z tego rozumiałam, to z dzisiejszej perspektywy wiem, że niezbyt dużo, ale zostają fascynacja, pragnienie zgłębienia.


Żenuje mnie więc, że dla dzieci książki są cenzurowane.


Z czego to wynika?


- Hipokryzja panuje. Protekcjonalny sposób traktowania, bo się wie lepiej, bo chce się oszczędzić? Ale czego? I te zmiękczenia wszystkie! Te nadmiernie wesołe uśmiechy. I żeby to było schodzenie do poziomu dziecka, to jest schodzenie poniżej wszelkiego poziomu! Może należy zacząć wspinać się do poziomu dziecka!


Prawda jest taka, że gust jest u nas "przaśniacki" a wszelkie eksperymenty niepożądane. Typografia jest chyba słowem nieznanym. Sfera wizualna, traktowanie grafiki w przestrzeni to Dziki Zachód i prawo pięści. W projektowaniu książek to się już zmieniło.


Kiedyś wyobrażałam sobie, że tylko u nas jest tak potwornie. Wiele lat temu pojechałam po raz pierwszy do Bolonii na targi książki dla dzieci, a tam gigantyczna kolejka się wije. Patrzę, a ona stoi do wydawnictwa, co ma książeczki z brokatowymi rybkami. Ohyda istnieje wszędzie, chodzi jednak o to, żeby ją zrównoważyć innymi, zdrowszymi daniami.

Pozostałą część tekstu, między innymi o jej planach na następne książki, znajdziecie tutaj.

Losowanie na FB

Zgodnie z zapowiedzią po tym, jak polubiła nas 50. osoba, odbyło się losowanie książki.

Polegało ono na tym, że Marta otwarła książkę na dowolnej stronie (książka miała 51 stron). Wypadło na 13, a ten numerek na liście wpisanych ma Kinga Dziopko. Otrzymuje w nagrodę książkę Danuty Parlak Kapelusz Pani Wrony:) Gratulacje:)



Proszę o kontakt ze mną na maila: kamienna1@wp.pl

To chyba teraz czekamy na setną osobę?

niedziela, 15 sierpnia 2010

Saviour Pirotta "Biblia. Historia zbawienia opowiedziana dzieciom"

Kilka dni temu przeczytałam recenzję książki dla dzieci Boga przecież nie ma Patrika Lindenforsa. Autor tekstu, Rafał Witek, pisze na portalu Qlturka:

Polski koturnowy katolicyzm nie znosi wolnomyślicieli, stado nie znosi odszczepieńców, wszyscy nie znosimy, jak ktoś chłosta batem nasze święte krowy. Szczególnie, kiedy tym kimś jest dziecko, istota mocą społecznej i przysłowiowej ugody pozbawiona prawa głosu. Dziecko ma się bawić, ładnie uśmiechać, przynosić szóstki ze szkoły i klepać paciorki przed zaśnięciem, a w niedzielę dziecko ma wzuwać lakierki i ładnie wyglądać na mszy.
A co, kiedy dziecko nie chce chodzić na mszę? Wtedy warto mu poczytać książkę Patrika Lindenforsa. (...) W ujęciu autora ateizm to równoprawna postawa światopoglądowa, której nikt nie ma prawa dziecku wyrzucać ani perswadować.
Powiedzmy to prosto z mostu (bo przecież nie z ambony): zmuszanie wątpiących dzieci do udziału w lekcjach religii, mszy świętej czy komunii jest taką samą przemocą psychiczną jak każda inna. 

Czasem infantylizm myślowy dorosłych mnie zatrważa. Bo skąd powiedzmy u ośmio- czy nawet dziesięcioletniego dziecka nagle postawa: nie chcę iść na mszę? To przecież proste jak linijka – z poczucia, że msza jest dla malucha nudna albo z braku przekazywania wiary w rodzinie, a co za tym idzie braku poczucia sensu robienia czegoś. Mówienie o dziecku, że jest wątpiące to już gruba przesada. Owszem, może ono wątpić w sens pewnych rytuałów (mszy, strojenia choinki czy spożywania wspólnie Wigilii) – do kryzysu wiary jednak jest mu jeszcze dość daleko. I nawet jeśli jako nastolatek przeciwko wierze swych ojców się zbuntuje – ok! Nie ma dramatu, a nawet rzekłabym, że to moment niezwykle ważny i potrzebny. Właśnie wtedy młody człowiek decyduje w pełni niezależnie, kim chce być i w co wierzyć. Jeśli rodzice nie zaniedbali w dzieciństwie wprowadzenia w wiarę, mimo buntu nastolatek przyjmie ją jako swoją. A czym jest owo przekazywanie wiary? Z całą pewnością nie li tylko prowadzaniem na mszę. To nawet śmiem twierdzić potrafi wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku. Matka z ojcem przekazują dziecku wiarę, gdy wspólnie z nim się modlą, gdy pokazują mu, iż każde doświadczenie, wydarzenie w życiu ma odniesienie do Boga, gdy interpretują wydarzenia swojego życia w kontekście wiary i w końcu także gdy czytają mu Pismo i wskazują, że nie jest to tylko piękna i mądra opowieść, ale słowo życia, historia także jego (dziecka) zbawienia.


 Czytamy z dziećmi Pismo w niedzielę. Czyta ojciec – to przecież także ważny znak. Wspólnie interpretujemy dzieciom historię zbawienia, pokazując, jakie znaczenie ma ona dla naszego życia, jakie nauki z niej płyną. Dziś czytaliśmy o Rebece i Izaaku, mówiliśmy o znaczeniu małżeństwa i rodziny. Staramy się nie robić z Boga Bozi, nie infantylizujemy. Nie zakładamy, że dzieci zrozumieją wszystko od razu. Raczej prowadzimy rodzinny dialog o Bogu, ufając, że pomiędzy nami działa Duch.

Korzystamy z Pisma, które jest bogato zdobione, konkretnie z wydania Biblia. Historia zbawienia opowiedziana dzieciom przez Saviour Pirotta. Dzieci nie mogą się doczekać tej chwili, gdy siadają u taty na kolanach :) Potem jeszcze długo wspólnie oglądają, zadając od czasu do czasu jakieś pytanie. Szczerze mówiąc, dochodzi czasem do małych przepychanek, kto ma przewracać strony i u kogo na kolanach ma spoczywać Pismo. Wspomniane tu wydanie zostało pomyślane jako szereg opowieści – wystarczająco długich, by zrelacjonować dane wydarzenie, ale na tyle krótkich i nieatakujących szczegółami, by dzieci mogły ogarnąć daną historię. Wszystko zaczyna się od stworzenia świata, a kończy na zesłaniu Ducha Świętego. Dołączono też do książki – co myślę przyda się za czas jakiś, gdy dzieci pójdą do szkoły – mapki, kalendarium, słownik pojęć oraz wypis najbardziej znanych cytatów. Biblia wydana jest solidnie, na kredowym papierze, z twardymi okładkami. Dodatkowo książkę chowa się w zabezpieczającym „pudełku”.

Dziecko nie będzie wierzyć w Boga, jeśli rodzic będzie miał inicjację religijną w głębokim poważaniu lub zepchnie obowiązek jej przekazywania na katechetę. Jak mówi Pismo: „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10, 17).

Możesz kupić tutaj: Biblia. Historia zbawienia opowiedziana dzieciom

Ilustracje: Anne Yvonne Gilbert, Ian Andrew
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 304
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Jedność
Wymiary: 18.8x25.0cm
ISBN: 9788376601281
Tłumaczenie: Piotr Żak

piątek, 13 sierpnia 2010

"Podróże małe i duże. Niezwykłe gry i zabawy dla dziewczyn/chłopców" Bailey/Moran


Jeśli ktoś jeszcze jest przed urlopem, a ma w domu córkę lub syna w wieku szkolnym, niech się zaopatrzy w te książeczki (są dwie wersje – jedna dla dziewczynek, druga dla chłopców). Co możemy tu znaleźć? Na sześćdziesięciu stronach dostajemy mnóstwo rozrywki, która wypełni dzieciom czas spędzony w samochodzie lub w domu, gdy pada deszcz albo na plaży podczas opalania ;) A konkretnie? Są tu i kwizy, i łamigłówki, i gry, i rysgroły (tam uprawiamy radosną twórczość), sugestie dotyczące rzeczy do zrobienia (np. zbuduj własny namiot) oraz inne pomysły na zabawy.



Co najważniejsze to fakt, iż książeczki są wyraźnie sprofilowane i odpowiadają na potrzeby płci. Wersję dla chłopaków stworzył Paul Moran, doskonale wyczuwając zainteresowania tychże. Proponuje im podróże podwodne i te po niebie, kreuje zabawy sportowe czy zwyczajnie budzi zainteresowanie światem. Jest więc w tym świecie miejsce na spontaniczność i szaleństwo. Gry i zabawy dla dziewcząt z kolei stworzone zostały przez Ellen Bailey. Tu głównie proponuje się takie pomysły, które wiążą się z nawiązywaniem relacji, towarzyskością, ale i gromadzeniem drobiazgów, pamiątek czy dbaniem o styl. Świat panienek jest więc bardziej stonowany, nastawiony na tu i teraz.

Moje maluchy jeszcze za małe. Ale przechowam im te książeczki na odpowiedni czas, który pewnie pojawi się szybciej niż mi się wydaje :) Choć  przyznam szczerze, że już kilka razy mnie ciągnęło, by samej te łamigłówki i kwizy porozwiązywać :P

Możesz kupić tutaj: Podróże małe i duże. Niezwykłe gry i zabawy dla chłopców

Możesz kupić tutaj: Podróże małe i duże. Niezwykłe gry i zabawy dla dziewczyn

Oprawa: oprawa broszurowa
Ilość stron: 64
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Jedność
Wymiary: 19 x 24.5 cm
ISBN: 978-83-7660-053-6

czwartek, 12 sierpnia 2010

Bajki-grajki. "Na jagody "


Wczoraj zabrałam dzieci do lasu na grzyby. Las rośnie za domem moich rodziców i w tym roku opanowały go komary. Dlatego dopiero pierwszy raz w tym sezonie wyszliśmy na dłuższą przechadzkę, opryskawszy się wprzódy specyfikami przeciw insektom. Grzybów nie było (pewnie grzybnia odpoczywa po zeszłorocznej ciężkiej pracy), dzieci jednak znalazły sporo jeszcze jagód (z ich poziomu łatwiej było wyłowić na krzaczkach pojedyncze niebieskie koraliki), więc wróciły umorusane. Pod drodze też spotkaliśmy – niespodzianka! – Pana Ropucha:) Jakiż więc był mój uśmiech, gdy po powrocie do domu włączyłam bajkę-grajkę Na jagody, a tam wypisz-wymaluj nasze przygody ;)

Nikt wam tego nie opowie,
Moje panie i panowie,
Jakie tam ogromne drzewa,
Ile ptaszyn na nich śpiewa,
Jakie kwiatków cudne rody,
Jakie modre w strugach wody,
Jak dąb w szumach z wichrem gada,
Jakie bajki opowiada!
(...)
Posłuchajcie, jak w poranek
Na czernice, na jagody
Szedł do boru mały Janek,
Jakie w boru miał przygody
Ledwo ranne słonko wstało (...)

Czy pamiętacie, jak patrzyliście na świat, gdy byliście dziećmi? Ja pamiętam doskonale. Ponieważ większość mojego dzieciństwa przepędzona była w owym lesie za rodzinnym domem, mam w głowie do dziś obrazy mchu, paproci, niektórych drzew (które stanowiły w zależności od potrzeb prywatne królestwo, siedzisko bądź miejsce, gdzie można ukryć jakieś skarby). Wszystko to, widziane z perspektywy metra ponad ziemią, miało swoje znaki szczególne, zostało sfotografowane przez moją pamięć z dbałością przede wszystkim o detale. Nie wiem, czy umiem dobrze to oddać słowami – ale kiedy byłam nizołkiem, świat wydawał mi się przebogaty, a jednocześnie tak dobrze, od podszewki!, poznany.

Kiedy słucham bajki Konopnickiej, wyrywa mi się okrzyk zachwytu pod adresem mądrości tej autorki. Jak bardzo dobrze musiała znać świat dziecka, jego wrażliwość, jego sposób patrzenia! Właśnie dlatego mogła napisać bajkę tak zmyśloną, a jednak tak prawdziwą. Ów mały Janek, który wyrusza na jagody, by zrobić mamie na imieniny niespodziankę i zebrać tychże choć kobiałkę, jest dziś moim dwuletnim Jankiem. Co zobaczył w czasie naszej wycieczki? Czy ujrzał brodatego krasnoludka, a może samego Jagodowego Króla? A panny Borówczanki? A może leśne licho? Tak, na pewno któreś z tych choć mrugnęło do niego swoim błyszczącym okiem.



I jeszcze... czy próbowaliście czytać kiedyś tę bajkę Konopnickiej – dla siebie lub dziecku? To karkołomne, czy raczej językołomne, zadanie! Tekst pełen archaizmów i szyku przestawnego bywa trudny w zrozumieniu, zwłaszcza gdy czyta się go bez pasji, bez wyczucia i de facto zrozumienia. Z adaptacją, której mamy okazję słuchać, jest zupełnie inaczej. Po pierwsze, Halina Borowiak dostosowała tekst do współczesnych potrzeb małego słuchacza. Istotne jest również, iż pojawia się tu wiele piosenek, które natychmiast wpadają w ucho. Najlepszy dowód – Marta śpiewała refreny już przy pierwszym odsłuchaniu. Po drugie, jak za starych dobrych czasów mamy do czynienia z wieloma wykonawcami. Są nimi aktorzy Teatru „Baj" w Warszawie. Ich interpretacja, zaangażowanie, wykonanie w niczym nie odstaje od poziomu bajek-grajek sprzed kilkudziesięciu lat (tu rok nagrania to 1996).

Możesz kupić tutaj: Na jagody

Nośnik: CD
Tekst bajki: Halina Borowiak wg Marii Konopnickiej
Muzyka: Teresa Ostaszewska
Czas trwania bajki: 34'49''
Aktorzy: Aneta Czaja, Elżbieta Bielińska, Elżbieta Bieda, Piotr Michalski, Henryka Korzycka, Andrzej Arciszewski, Mikołaj Müller, Hanna Kinder-Kiss.
Rok nagrania: 1996
Ilustracje strona tytułowa: Artur Gołębiowski

środa, 11 sierpnia 2010

"Boom na bezszelestne książki" - artykuł w "RP"

Audiobooki - jest tyle osób za, co i przeciw. Ja początkowo była nastawiona raczej negatywnie - pozbawienie siebie możliwości obcowania z papierem, ilustracją, rezygnacja ze swoistego rytuału czytelniczego (wygodna pozycja, kawka bądź herbatka) wydawały mi się nie do przecenienia. Nadal nie słucham audiobooków dla dorosłych. Zmieniłam jednak zdanie co do książek bezszelestnych dla dzieci. Odkąd odkryłam bajki-grajki:) Zgadzam się z tymi tezami artykułu w 100%:

Obok sezonowych hitów świetnie sprzedaje się za to audioliteratura dziecięca. Czy to troska, czy tylko wygoda rodziców? A może mama-lektor zuboży wartość „Fizi Pończoszanki”?
– Któż odważyłby się tak twierdzić!? – pyta się ze śmiechem prof. Czapliński.
Jego zdaniem to właśnie matczyna recytacja uczy nas w dzieciństwie „słyszenia” literatury. Cudzy głos i intonacja budzą wyobraźnię językową. Recytowany podział na role wprowadza nas w teatr ludzkiej mowy. A wydobyte z opowieści emocje uczą ich przeżywania.
– Pamiętajmy, że początkiem czytania jest słuchanie. Bo nikt nie rodzi się alfabetą – podkreśla profesor.
Zdaniem psychologów audiobook jest dla dziecka doskonały. Tyle że zamiast kreskówki na wideo czy w podróży. Nie zastąpi jednak bajki na dobranoc czytanej przez rodzica. Dlaczego?
– Bo nie chodzi tu jedynie o poznanie literatury, ale o pewną magiczną więź między rodzicem a dzieckiem. Nie stworzy jej mechanicznie odtwarzana treść audiobooka – tłumaczy psycholog Maria Skrzypiec-Sjoholm.
Mówi, że do wspólnego czytania potrzebny jest czas, wolny od pośpiechu. Wtedy cała uwaga rodzica poświęcona jest dziecku. A ono może doświadczyć prawdziwej bliskości. Poczucia, że jest dla rodzica kimś naprawdę ważnym.

Pozostałą część tekstu - choć krótką, ale za to bardzo ciekawą - znajdziecie w Rzepie.

A Wy, słuchacie audiobooków?

wtorek, 10 sierpnia 2010

Anna Czerwińska-Rydel "Sekretnik Matyldy"


U Matyldy, bohaterki trzeciej już powieści Anny Czerwińskiej Rydel, wiele się zmieniło. Przede wszystkim jej rodzice, którzy po wielu latach rozstania, odnaleźli się, w końcu zamieszkują razem. Nasza mała bohaterka wchodzi w wiek dojrzewania – nie tylko zaczyna przyglądać się swemu ciału, ale przede wszystkim zaczyna stawiać sobie i światu trudne pytania. Matylda daje się też poznać od strony towarzyskiej – spotykamy się z jej przyjaciółką Julką i nieśmiało obserwujemy z nią chłopca, który gna gdzieś na rowerze. Wiele zmienia się też w świecie przedstawionym – odchodzi kotka Zwrotka, ale za to pojawia się wybranka serce kota Gawota – Gama i jej siedmioro kociąt. Nadal jednak całość spaja muzyka – największa pasja naszej bohaterki, którą ta potrafi usłyszeć nawet w szumie morza.

Podoba mi się mądrość książek z serii o Matyldzie. Autorka pozwala, by jej bohaterka stawiała naprawdę trudne pytania – czym jest miłość i jak ją poznać? czym jest wolność i odpowiedzialność za drugiego? Czerwińska-Rydel wskazuje tu na postać pani Alicji (starszej i samotnej nauczycielki Matyldy) oraz jej syna Mateusza, który szuka wolności w Brazylii, gdzie ma grać na bębnach i dokąd koniecznie chce zabrać mysz Elę. Subtelnie wyjaśnia czytelnikowi różnicę między wolnością i swawolą. Sporo miejsca poświęca też kwestii młodzieńczego buntu, relacjom dzieci z rodzicami. Na kartach powieści pojawia się też postać kapucyna, ojca Marka, który tym razem zastępuje panią Alicję w roli pocieszyciela i dobrego ducha. To jego rady i sugestie zdają się leczyć relacje.

Nie znajdziemy tu na szczęście nachalnego dydaktyzmu. U Czerwińskiej-Rydel świat jest jakiś taki naturalny, porządek, który triumfuje w końcu nad chaosem, okazuje się tak oczywisty! Podoba mi się to nazywanie rzeczy po imieniu, wyraźne wskazywanie na autorytety, odwoływanie do wartości. To zdecydowanie książka o czymś, książka mająca ambicję poprowadzić młodego czytelnika (chyba przede wszystkim czytelniczkę) przez gąszcz pytań, które z całą pewnością mu się nasuwają.

Powieści o Matyldzie uwrażliwiają. Na muzykę – wielokrotnie pojawiają się tu tytuły utworów muzyki klasycznej, ale także wskazuje się na obecność tejże w świecie nas otaczającym. Na literaturę – piękne i mądre cytaty z książek Tove Jansson czy Przygód Piotrusia Pana dają do myślenia i stanowią swoisty komentarz dla wydarzeń.

Ciekawa jestem, czy Anna Czerwińska-Rydel zdecyduje się na kolejną część. Ja bym sobie następnej życzyła:)

Możesz kupić tutaj: Sekretnik Matyldy

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 136
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Bernardinum
Wymiary: 17.5x23.0cm
ISBN: 9788373807334

Konkurs "Rymsa"

Informacja ze strony "Rymsa". Tam też regulamin.


Niejednemu z nas książka pomogła przetrwać chwile trudne, chwile nudne, także dni nasączone upałem. Więc może pomyślicie nad zgrabnym hasłem promującym lato i czytanie? To temat naszego wakacyjnego konkursu. Nagrodą jest wór z dobrymi książkami - dla autorów najciekawszych haseł po jednym losowo przez jury wybranym tytule.

Na hasła czekamy do 23 sierpnia, przysyłajcie je na mejla ewa.skibinska@ryms.pl

Oto ufundowane przez wydawnictwa nagrody - książki, którym patronuje "Ryms":
"Co jedzą ludzie?" Agnieszka Popek-Banach i Kamil Banach, wyd. Albus
"O snach" Sylvie Baussier, il. Ilya Green, wyd. Amea
"Włosy mamy" Gro Dahle, il. Svein Nyhus, wyd. EneDueRabe
"Prawda według Niny" Oscar Brenifier, il. Iris de Mouy, wyd. Czarna Owca
"Szczęście według Niny" Oscar Brenifier, il. Iris de Mouy, wyd. Czarna Owca
"Zarafa" Adam Jaromir, il. Paweł Pawlak, wyd. Muchomor
"Jaśnie Pan Pichon" Anna Czerwińska-Rydel, il. Józef Wilkoń, wyd. Bernardinum
"Tajemnica człowieka z blizną" Paweł Beręsewicz, il. Olga Reszelska, wyd. Literatura
"Kiedy zegar wybije dziesiątą" Agnieszka Błotnicka, wyd. Nasza Księgarnia
"Czarna operacja" Agnieszka Błotnicka, wyd. Nasza Księgarnia
"Esterhazy. Historia o zającu" Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger, Michael Sowa, wyd. Nisza
"Straszna książka, czyli upiorna zabawa w rymy" Małgorzata Strzałkowska, il. Kacper Dudek, wyd. Czarna Owca

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Kristin Dahl, Mati Lepp "Matematyka ze sznurka i guzika"


Ostatnio w naszym domu, w naszych podróżach, plecakach dominują książki praktyczne. Takie, których zawartość w dni deszczowe dostarcza pomysłów na zabawę i zmienia pochmurne popołudnie w chwile pełne emocji, nowych wyzwań i wiedzy po prostu. Bo kto powiedział, że wakacje mają być czasem, kiedy nie trzeba myśleć i niczego nowego się nie nauczyć.

Po książeczkach rozwijających zdolności artystyczne przyszedł czas na te, które rozwijają umiejętność logicznego myślenia. Na tapecie Matematyka ze sznurka i guzika. Zabawy w liczenie, mierzenie i układanie. A że byliśmy przez kilka dni na wsi, gdzie Marta i Janek mieli okazję spotkać się z czteroletnią kuzynką, Olą – chętnych do zabawy było więcej, a zatem i „czytelnicza” przygoda z matematyką weselsza.

Książeczka Kristin Dahl przeznaczona została dla dzieci w wieku około 4-8 lat i rzeczywiście nie wszystkie zabawy mogliśmy wykorzystać. Dziewczynki jednak doskonale radziły sobie z liczeniem dziurek w guzikach (także swoich, tych na ubraniach), wyszukiwaniu w pokoju przedmiotów, które mają kształt kwadratu, kółka czy trójkąta, segregowaniem butów w pary. Dochodziło nawet do drobnych konfliktów, bo każda chciała być szybsza. Ola odkryła przy tym nowe słowo: „Marta mnie wypierwszyła”:) Dwuletni Janek nie chciał być w tyle i uczestniczył po swojemu, coś jednak mu pozostało w małej główce, bo na drugi dzień wskazywał na zegar, podkreślając dobitnie, że to jest kółko.



Z matematyką jest tak, że albo ją lubimy, albo zdecydowanie nienawidzimy. Ja szczęśliwie należę do tych, którzy trafili na dobrych nauczycieli, więc mam miłe skojarzenia z tą dziedziną nauki. Nigdy też nie próbowałam przeczyć tezie: „Matematyka królową nauk”. Ta rzeczywiście pełni ważną rolę w naszym życiu. Żadna pani domu nie może się obejść bez przeliczania miar (ile łyżeczek suchych drożdży to 10g drożdży żywych?). Tym bardziej więc warto zadbać o pozytywne doświadczenia dzieci związane właśnie z matematyką. I trzeba też uczciwie przyznać, że o ile na rynku sporo jest książeczek do kolorowania, tych, które by nastawiały się na liczenie, mierzenie, ważenie – jak na lekarstwo. A przecież – jak sugeruje Kristin Dahl – matematyka to świetna zabawa!

Możesz kupić tutaj: Matematyka ze sznurka i guzika

Ilustracje: Mati Lepp
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 44
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Zakamarki
Wymiary: 19.5x24.5cm
ISBN: 9788360963784
Tłumaczenie: Agnieszka Stróżyk

środa, 4 sierpnia 2010

Marek Janczyk "Antonówka"


Kolejną książką, którą młodzież może czytać w wakacje, jest Antonówka. To powieść o rodzącym się uczuciu, dylematach młodych ludzi, remoncie domu na wsi, skarbach ukrytych w ziemi i przyjaźni po prostu. Jeśli lubicie propozycje książkowe Marty Fox i ta lektura wam się spodoba.

Powieść zaczyna się trochę jak Kerstin i ja Astrid Lindgren. Rodzice Juliana postanawiają wyremontować domek dziadków na wsi i tam zamieszkać. Miejsce to rodzi w chłopcu wiele ciepłych wspomnień, zwłaszcza pień ściętej niedawno antonówki, na której w dzieciństwie przesiadywał z kuzynką długie godziny. Na wsi mieszka też Kalina, piękna dziewczyna o czarnych włosach, koleżanka z dzieciństwa. Czas wakacji upływa więc Julkowi na pomaganiu przy odnawianiu domu, spotkaniach z Kaliną, ale i pakowaniu na siłowni w mieście. Wszystko to poprzetykane drobnymi epizodami jak bójka, znalezienie skarbu, oczyszczanie stawu czy rozmowy z kumplem zwanym Pampą.

Antonówka napisana jest sprawnie i dobrze oraz szybko się ją czyta. Pierwsze strony opisujące wieś, stary dom i remont przenoszą nas od razu w krainę sielską i wywołują tęsknotę za ciszą, szumem starych drzew, wiejskimi psiakami o rozumnych oczach. Autor maluje ten pejzaż sugestywnie i po chwili kujemy tynki razem z Julianem i jego ojcem. A rodzinka to bardzo sympatyczna, tym bardziej więc czujemy się z bohaterami zaprzyjaźnieni. Prym wiedzie tu matka bohatera, która w gruncie rzeczy dowodzi placem budowy, sama palca przy tym nie brudząc. Wyczuwamy jednak, że mąż na to dyrygowanie przystaje z miłości, ale i z pewnym dystansem czy poczuciem humoru. Także syn jest obdarzony dowcipem, dlatego bajeruje Kalinę od pierwszych słów. Chce się rzec – miło było spędzić z tą rodzinką wakacje:)

Janczyk próbuje podejmować też ważkie problemy młodych ludzi. Odsłania przed nimi tajniki zakochiwania się. Pojawiają się też kwestie związane z pakowaniem na siłowni i koksem. Z jednej strony autor pokazuje, że dbanie o tężyznę fizyczną może przynieść młodemu człowiekowi wiele radości i korzyści, z drugiej jednak – przesadne skupienie się na rozroście tkanki mięśniowej może zniszczyć całkiem sympatycznego młodzieńca.

Zatem, nim młodzież wróci do szkolnych ław, powinna zajrzeć i do tej powieści.

Możesz kupić tutaj: Antonówka

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 192
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Telbit
Wymiary: 12.5x19.5cm
ISBN: 978-83-62252-02-2

Interesująca nowość lipca

Wakacje to chyba okres urlopowy także dla wydawców, dlatego przeglądając ich oferty nie znalazłam zbyt wielu nowości. Każdy ma prawo odpocząć. Sierpień zapowiada się na szczęście pod względem wydawniczym o wiele ciekawiej.
Tym razem chcę więc zwrócić uwagę tylko na jedną książkę.

Tomasz Diatłowicki GRUNWALD 1410
ilustrator: Jan Bajtlik Agnieszka Malmon



W przeddzień 600 tnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem dziadek opowiada Wice i Wiktorowi jej historię .O Krzyżakach, Polakach i Litwinach, chrześcijanach, poganach i wyprawach krzyżowych, walecznym królu Jagielle, pięknej i mądrej królowej Jadwidze , o wojnie i wielkiej bitwie…
Dla dzieci od lat 10.

Notka pochodzi z wydawnictwa Muchomor.

Możesz kupić tutaj: Grunwald 1410

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Gerry Bailey, Karen Foster "Paleta Leonarda"


Cieszy mnie, że mam pretekst do czytania dziecięcych książek. Z niektórych dowiaduję się rzeczy, o których nie miałam pojęcia, bo jakoś szczególnie mnie nie interesowały. Zwłaszcza biografie znanych osób, które jawiły mi się jako flaki w oleju datami bogato okraszone. Kolejna publikacja z serii „Tajemnice słynnych ludzi” przedstawia nam życie, twórczość i pasje Leonarda da Vinci. Oczywiście sposób podania w niczym nie przypomina typowych życiorysów. Jest ciekawie, kolorowo i po prostu zachęcająco. Trudno się więc dziwić, że Darek, wsłuchujący się w opowieść pana Bibelota o słynnym artyście, postanawia pójść w ślady Leonarda.

Kolejna część spisana została na podobnej zasadzie jak Kamień księżycowy Armstronga i Miseczka Matki Teresy. Narracja biegnie dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy wciąż przy straganie pana Bibelota i słuchamy jego opowieści o da Vinci, z drugiej zaś, czytamy niemalże encyklopedycznie przedstawione informacje o jego rodzinie, pracy, największych dziełach. Podobnie z ilustracjami – z jednej strony obrazkowa historia Darka i Hesi na bazarze, z drugiej – reprodukcje obrazów, kopie zapisków i rysunków przedstawiających wynalazki twórcy. Lektura ta posłuży i młodszym dzieciom (jak moja przedszkolna Marta), które skupią się przede wszystkim na historii Darka i Hesi, ale również tym starszym, które mają już dość sprecyzowane zainteresowania i szukają konkretnej wiedzy na przykład, by przygotować referat czy poszerzyć wiedzę.

Seria o słynnych ludziach ma za cel przedstawiać inspirujące biografie. Jestem pewna, że starsze dzieci chwytają po lekturze Palety Leonarda za pędzel i tworzą własne dzieła. W omawianej książce wielokrotnie podkreśla się, iż da Vinci był wszechstronnie wykształcony, że interesował się różnymi dziedzinami wiedzy – od skamielin, przez matematykę, po anatomię. Właśnie to sprawiło, że jego obrazy sprawiały wrażenie żywych. Autorzy nie omieszkali też wspomnieć o pewnej wadzie artysty, a mianowicie o tym, że często porzucał swoje projekty, nie dokończywszy ich.

Moja córka uwielbia malować i choć bliżej jej póki co do malarstwa współczesnego, wspólne przeglądanie dzieł Leonarda bardzo ją wciągnęło.

Jej prace:



Możesz kupić tutaj: Paleta Leonarda

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Jedność
Wymiary: 23.0x25.0cm
ISBN: 9788374429665

Moje dziecko u lekarza / w szpitalu - książki oswajające


Wizyta u lekarza, gdy dziecko jest chore, bywa traumatyczna. Zwłaszcza jeśli trzeba malca zaszczepić, pobrać krew. Jeszcze trudniej jest, gdy nasze dziecko musi iść do szpitala. Przygotowanie już trzyletniego malucha to podstawa! O ile młodsze dzieci jeszcze niewiele rozumieją, o tyle przedszkolak zdaje sobie sprawę z nietypowości sytuacji, a zatem zaczyna się bać tego, czego nie zna. To naturalne i potrzebne, strach jednak trzeba oswajać, dając dziecku jak najwięcej wiedzy.

Proponuję dziś listę książek, które oswajają z omawianymi kwestiami.

Warto czytać:

 

Janosch Ja Ciebie wyleczę, powiedział Miś. Opowieść o tym, jak Tygrysek pewnego razu zachorował
Mechthild Hoehl Będę badany, ale jak? Objaśniamy dzieciom badania
Wojciech Feleszko, Ignacy Czwartos Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie
Wojciech Feleszko Nóż w palcu. Skaleczenie
Paulette Bourgeois Franklin idzie do szpitala
Mirosława Lis Igiełka Tusia
Maria Molicka Bajki terapeutyczne
Arkadiusz Lubowicki Z łupiny do doniczki
Justyna Piecyk Biedroneczka Klara
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier Martynka jest chora
Joceline Sanschagrin Kamyczek. U doktora
Petigny Aline, Delvaux Nancy Kamilka idzie do szpitala
Tomasz Szwed Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce
(poniższe są trudno dostępne)
Stephen Cartwright, Anne Civardi Ja i mój świat (ostatni rozdział)
Ciliotta Claire, Livingston Carole Dlaczego idę do szpitala? Ilustrowany poradnik dla chorych dzieci
Marcin Rawicz Julka w szpitalu. Elementarz dla dzieci i rodziców

Proponuję również przeczytanie wywiadu z dr Wojciechem Feleszką, autorem dwóch wymienionych książek, na portalu ebobas.pl

Co zainspirowało pana do napisania książki o niemal kryminalnej fabule, w której walczą ze sobą banda Rinowirusa i bohaterski pluton Limfocyta? Jak przekłada pan wiedzę medyczną na język i umysł dziecięcy?
Będąc pediatrą, trzeba komunikować się z dziećmi przystępnym i prostym językiem. Wydaje mi się że staram się to robić na co dzień. Na przykład mówię pacjentom, że wirusy to takie małe robale, które trzeba jak najszybciej zatruć, przepędzić, a dzieci kiwają główkami i pomagają mi w wypędzeniu tych obrzydliwości, chętniej przyjmując leki, rozumiejąc konieczność przykrych procedur. Do napisania książki namówiła mnie Marta Lipczyńska-Gil z wydawnictwa Hokus-Pokus. Trafiła do mnie jakiś czas temu ze swoimi synami, którzy bez przerwy chorowali i wygadałem się, że mam za sobą pewne próby literackie. Przeczytała je i zaczęło się. W mojej rodzinie od trzech pokoleń pisze się książki, więc potraktowałem to jako wyzwanie przodków (śmiech). Pisząc swoją książkę, przeniosłem na papier, to w jaki sposób rozmawiam z małymi pacjentami o chorobie.
 Całość tutaj.


Można też obejrzeć filmik z programu "Dzień dobry TVN", w którym także rozmowa z dr Feleszką o tym, jak wytłumaczyć dziecku, że jest chore. Zajrzyjcie tutaj!

niedziela, 1 sierpnia 2010

Warszawa, dzieci, 1 sierpnia 1944...

Wyniki konkursu

Wpierw przepraszam za opóźnienie w ogłaszaniu wyników:)

Losowanie odbyło się przed chwilą, wczesnym rankiem. Sierotką Marysią była moja córka. Jednak - żeby nie przedłużać - nie robiłam zdjęć. Za wszystkie wypowiedzi bardzo dziękuję!

Spośród szesnastu komentarzy (bo jeden był mój i jedna osoba skomentowała dwa razy) Marta wylosowała ten, który jest szósty na liście. Należy on do Mamymisia (czyli Izy).

Gratulacje! Mamomisia podaj mi swój adres na mail: kamienna1@wp.pl