czwartek, 24 lutego 2011

Adriana Szymańska "Taja z Jaśminowej"


Taja z Jaśminowej nie jest nowością sensu stricto. Po raz pierwszy została opublikowana w 1988 roku. Obecne wydanie czaruje przepięknymi ilustracjami Lucyny Talejko-Kwiatkowskiej, twardą oprawą, kredowym papierem.

Taja jest niezwykłą dziewczynką. Jej wyjątkowość polega na tym, że patrzy i widzi. Choć, gdyby dłużej się zastanowić, tą cechą obdarzona jest większość dzieci. Ale co Taja (czyli Natalia) widzi? Ano różne Widziadła. Pozwólcie, że zacytuję, bo moje słowa nie oddadzą powieściowej magii.

Złociste pyłki tańczą w słonecznej smudze, która przecina pokój od okna po dywanik przed łóżkiem Tai.
- Cześć! – mówi dziewczynka, siadając na pościeli.
Wyciąga ręce do tańczących Świetlików. (…)
Bierze z półki pod ścianą małą kryształową miseczkę. Unosi ją do oczu i patrzy pod światło. We wnętrzu szkła wirują tęczowe iskry.
-Dzień dobry, Tęczynki – mówi Taja do migoczących w kryształowej czarce kolorów. (…)
Przez dach przebiegały tabuny Deszczowych Galopków.
Galopki uwielbiają wiatr. Są właściwie niewidzialne. To nie Widziadła, tylko Słyszadła. Chociaż Dziadek Filip twierdzi, że podobne są do małych siwych koników. Mają długie grzywy i ogony mieniące się jak deszczowe smugi. Podczas wielkiej ulewy można je czasem dojrzeć, gdy zbiegają z chmur po strużkach deszczu. (…)
Pipitutki to domowe Słyszadła. Mieszkają w zacienionych kątach domu, często za szafą lub pod podłogą. Rzadko wychodzą ze swych kryjówek i, niestety, bywają złośliwe. (…) Wieczorami Taja lubi nawet słuchać ich skrzypliwych kołysanek.
Szymańska, opowiadając o Świętojańskim Dniu malej dziewczynki, tworzy powieść ze wszech miar impresjonistyczną. Przed oczyma czytelnika stają co rusz jakieś Dziwany, Rdenie, Słończyki – niezwykle ulotne, delikatne i mieniące się feerią barw. Jednocześnie akcja toczy się tu tak leniwie, że bohaterka, mimo iż ciągle ją coś goni – a to trzeba popilnować młodszego Dasza, a to mama woła na obiad, a to należałoby pomóc Michałowi pielić grządki – znajduje czas na wszystko. Taja doświadcza świata jak tylko małe dziecko potrafi. Wszystkimi zmysłami, blisko. Odciśnięte na piasku ślady po kroplach deszczu to przecież ślady Galopków. Przecinająca pokój smuga światła to przecież Słończyk, na który można wsiąść jak na konia. Przebogata wyobraźnia pozwala Tai odrywać się od rzeczywistości i uciekać na przykład w przeszłość, jak wtedy, gdy na dnie starej skrzyni pojawiła się praprababcia Ludwika. Szymańska potrafi tkać delikatną fabułę. Wplata w nią piękne klejnoty – wiersze, kołysanki, zaklęcia – skrzące się w trakcie lektury.


Autorka zdaje sobie sprawę, że dzieci różnią się wrażliwością. Wszystkie jednak mają swoje marzenia i projekty, dlatego przeciwstawia Tai Michała – można rzec – racjonalistę, który kpi z Widziadeł koleżanki. Interesujące role wyznacza też dorosłym. Jedni – jak Dziadek Filip – potrafią inspirować dzieci i wyzwalać w nich potrzebę fantazjowania. Inni – jak Duży czy Babcia – sami momentami stają się jak dzieci, jeszcze inni – jak Mama dziewczynki – są okropnie poważni i zwyczajnie nic nie rozumieją.

Powieść otwiera dzieci na piękno świata, zachęca, by doświadczać, oswajać, zaprzyjaźniać się z tym, co zwyczajne i zdawałoby się niezauważalne.

Możesz kupić tutaj: Taja z Jaśminowej

Ilustracje: Lucyna Talejko-Kwiatkowska
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 246
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: W.A.B.
Wymiary: 15 x 19 cm
ISBN: 978-83-7414-833-7

Czesław Janczarski "Jak Wojtek został strażakiem"


Nasza Księgarnia przygotowała serię książek do samodzielnego czytania przez dzieci. Co je charakteryzuje to duża czcionka, sporo kolorowych ilustracji oraz poręczny format. W serii tej znajdujemy historie, bajki autorów starszego pokolenia – Janiny Porazińskiej, Aliny i Czesława Centkiewiczów, Jana Grabowskiego czy Czesława Janczarskiego.

Ten ostatni jest autorem książeczki Jak Wojtek został strażakiem. To wierszowana historia o Wojtusiu, który marzy, aby nosić hełm, gasić ogień i zagrać w strażackiej orkiestrze. Oczywiście jest na to za mały. Kiedy jednak w Kozich Różkach wybucha pożar, malec pokazuje na co go stać – ratuje z ognia małego Henia i bije w dzwon na alarm.

NK przypomina nam twórczość Janczarskiego, którego znamy przede wszystkim jako ojca Misia Uszatka. W utworze o małym strażaku autor podejmuje temat jednego z najważniejszych dziecięcych marzeń – o byciu kimś ważnym, kimś, kto pomaga innym. Jednocześnie też utwór ma zdecydowanie edukacyjny charakter. Historia Wojtusia podpowiada, jak należy się zachować w czasie pożaru (powiadomić dorosłych) oraz wprowadza w świat strażacki – pokazuje typowe atrybuty (hełm, mundur, toporem ze stali) oraz kulturę (orkiestra dęta, zabawy w remizach).

Spodoba się z całą pewnością małym chłopcom.

Możesz kupić tutaj: Jak Wojtek został strażakiem

Ilustracje: Żejmo
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 22
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 19.5 x 22.0 cm
ISBN: 9788310120021

wtorek, 22 lutego 2011

Katalin Szegedi "Lenka"


Z okładki spogląda na czytelnika sympatyczna, pucołowata dziewczynka. To Lenka. Ma duże oczy i bujną czuprynę. Katalin Szegedi – ilustratorka, której prace oglądaliśmy w Narodzinach księżniczki – przedstawia bohaterkę i świat jej rzeczy w krwistej czerwieni. Ten kolor ogniskuje spojrzenie czytelnika, rodząc w nim uczucie sympatii względem dziewczynki. Magnetyzująca czerwień służy też uwypukleniu wyjątkowości małej bohaterki.

Autorki (i ilustratorka jednocześnie) koncentruje się na dwóch cechach określających Lenkę – jest, jak mówią dzieci, gruba i uwielbia rysować. Oczywiście koleżanki nie mają najmniejszego pojęcia o zdolnościach plastycznych Lenki, jako że w ogóle jej do siebie nie dopuszczają. Zbywają milczeniem, wyśmiewają, upokarzają, odwracają się na pięcie… Nie dziwi więc czytelnika, że mała zamyka się w swoim świecie – niechętnie wychodzi na podwórko i ucieka w świat fantazji, który materializuje się na kartkach papieru. A jeśli mama jednak wygania – co pozostaje? Malowanie kredą po asfalcie… Pewnego dnia jednak Lenka spotyka chłopca, który po prostu patrzy inaczej, dlatego dostrzega jej talent. Ilustracje przedstawiają Palko jako okularnika. Możemy się domyślić, że i on nie został przez rówieśników zaakceptowany.


Książka Szegedi jest interesująca przede wszystkim z tego względu, że nie daje gotowych rozwiązań. Nie znajdziemy tu odpowiedzi na pytanie, jak dziecko ma zaakceptować swoją tuszę czy jak poradzić sobie z podłymi uwagami kolegów i koleżanek. To nie książka terapeutyczna w tradycyjnym rozumieniu. To książka o przyjaźni, która pozwala akceptować drugiego takim, jakim jest. Lenka zapomina o przykrościach, których wcześniej doznała i oddaje się szaleństwu zabawy. A kiedy mija ten dzień, z niecierpliwością wyczekuje następnego, by znów spotkać się z Palko. Przyjaźń chłopca stanowi więc dla dziewczynki remedium, pozwala jej się otworzyć, wyjść z kokonu strachu przed uwagami innych.

PS

Czerwień Lenki podziałała dziś emocjonująco na najmłodszego czytelnika naszej rodziny. Franek, słuchając i oglądając z mamą książeczkę, radośnie gugał i wodził wzrokiem za małą bohaterką. To pierwsza książka przeczytana tylko i wyłącznie jemu:)

Możesz kupić tutaj: Lenka

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 30
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Namas
Wymiary: 17 x 20 cm
ISBN: 978-83-62537-01-3

poniedziałek, 21 lutego 2011

Katarzyna Ewa Kozubska "Myszka Chrapiszka"


Mieliśmy niedawno dzień kota… to ja proponuję wieczór myszy :P

„Myszka Chrapiszka” to cudowny tytuł. Gdy już raz go wypowiesz, przez cały dzień zwrot ten chodzi za tobą. Stale mówisz sobie w myślach „myszka chrapiszka”, jakby to była jakaś puenta, kropka czy myślowy przerywnik. Macie też tak, że czasem jakiś zwrot łazi za wami? Dziś Myszka Chrapiszka chodziła nie tylko za mną, ale i za córką;)

A chcielibyście wiedzieć, dlaczego myszka nazywa się „chrapiszka”? Otóż dlatego, że chrapie, co zupełnie się myszkom nie zdarza. Jak możecie się domyślić, takie chrapanie to rzecz zgoła dla myszy niebezpieczna, bo myszka musi zachowywać się cichutko, nawet jeśli nie siedzi pod miotłą. Bo jeśli mieszkańcy domu usłyszą, czy – nie daj Boże! – zobaczą w swoim domostwie małe gryzonie, zaraz sprowadzą kota, zastawią łapki, no i będzie problem. W przypadku naszej Myszki Chrapiszki było jednak całkiem inaczej. Chrapanie uratowało ją i całą rodzinę. Jak to się stało? – to już musicie doczytać sami.

Historia, która opowiada nam Kozubska, jest bardzo prosta. Autorka skupiła się na charakterystykach Maryli i Henryka, czyli ludzi u których mieszkają myszy. O tytułowej bohaterce w gruncie rzeczy napisano niewiele. Podobnie zresztą jak o jej rodzinie. Może to dziwnie zabrzmi w przypadku recenzji książki dziecięcej, ale brak mi tu pogłębionych charakterystyk postaci. Ta dysproporcja budziła we mnie poczucie niedosytu. Chciałabym o Chrapiszce wiedzieć coś więcej… zwłaszcza że łaziła za mną przez cały dzień.


Świetne ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch trochę te lukę zapełniają. Mają w sobie coś z kreski Beatrix Potter czy Svena Nordqvista. Jej zwierzęcy bohater jest ubrany, otacza się ludzkimi sprzętami i ma rozumne spojrzenie. Ludzie natomiast to osoby dystyngowane i nieco „z poprzedniej epoki”. Przydaje to wszystko opowieści ciepła i klimatu.

Książeczka do schrupania na jeden raz:)

Możesz kupić tutaj: Myszka Chrapiszka

Ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Ezop
Wymiary: 22.5 x 29 cm
ISBN: 978-83-89133-47-2

Wyniki losowania (Kicia Kocia)

Dziękuję za udział w konkursie z Kicią Kocią i wszystkie pytanie, które pozostawiliście w komentarzach.

A szczęśliwcami dziś okazali się:
Goja, jusssi, ansema-12

Proszę o kontakt ze mną (kamienna1@wp.pl) celem podania adresu do wysyłki nagród:)

piątek, 18 lutego 2011

Michael Ende "Momo"


Już od pierwszych zdań Momo zaczęły nasuwać mi się skojarzenia z Dżumą, Rokiem 1984, Folwarkiem zwierzęcym i Nowym, wspaniałym światem. Wydana po raz pierwszy w Niemczech w 1973 roku zapowiada społeczeństwo konsumpcyjne, dominację mediów i konsekwencje z tym wszystkim związane. Choć bohaterką jest tu mała dziewczynka o imieniu Momo i fabuła ma swoje fantastyczne momenty (żółwica, która wyświetla na skorupie swoje wypowiedzi, zarządca czasu, Mistrz Hora czy godzinne kwiaty) lekturze oddać powinni się w równej mierze dorośli, co dzieci. Być może coś wtedy by się zmieniło…

Mała Momo zamieszkuje pewnego dnia w starym, opuszczonym amfiteatrze. Nie ma nikogo, więc ludzie, którzy mieszkają w pobliżu, próbują jej pomóc – dają jedzenie i urządzają pokój. Dziewczynka jest niezwykła, bo potrafi słuchać jak nikt inny. Nieraz nic nie mówiąc, mówi wszystko – łagodzi konflikty, dodaje otuchy, sprawia, że jej towarzysze odzyskują radość, a ich wyobraźnia rozwija się. Dlatego lgną do niej też dzieci, bo zabawa z Momo jest zawsze przepyszna. Wkrótce jednak w ten radosny świat zaczną się wkradać szarzy panowie, którzy oferują usługi Kasy Oszczędności Czasu. Sugerują, że zaoszczędzony czas zostanie kiedyś zwrócony z odsetkami. Póki co jednak trzeba oszczędzać, rezygnując ze wszelkich zbędnych czynności, które nie przynoszą wymiernych korzyści – z zabawy, opieki nad chorą matką, rozmów z przyjaciółmi… Coraz więcej osób daje się omamić agentom.

Wprawdzie oszczędzacze czasu byli lepiej ubrani od ludzi, którzy mieszkali w pobliżu dawnego amfiteatru, zarabiali więcej pieniędzy i mogli też więcej wydawać, mieli jednak markotne, zmęczone i zgorzkniałe twarze i nieżyczliwe oczy.

Szarzy panowie chcą skraść cały czas, który należy do ludzi…

Lektura Momo wprawiała mnie w osłupienie. To zadziwiające, że w latach 70-tych można było wyczytać znaki zapowiadające konsumpcjonizm naszych czasów. Była co prawda telewizja, ale przecież nie miała jeszcze takiego znaczenie jak dziś. Stawiano żłobki i zachęcano matki do wysyłania dzieci tamże, by szybko wróciły do pracy, ale chyba nie w takim stopniu jak teraz Być może były już jakieś elektroniczne cud-zabawki, ale chyba nie zalewały półek tak jak obecnie. Michael Ende, opowiadając dzieciom bajkę, przestrzega rodziców przed pracoholizmem i pogonią za pieniądzem.

Nikt nie chciał się przyznać, że jego życie staje się coraz uboższe, coraz bardziej jednostajne i coraz zimniejsze.
A najdotkliwiej odczuły to dzieci, gdyż także dla nich nikt nie miał już teraz czasu.
Ale czas to życie. A życie mieszka w sercu.
Im więcej ludzie oszczędzali, tym mnie go mieli.

Przeraziły mnie opisy składnic dla dzieci. Być może dlatego, że kiedy czytałam Momo, akurat przez media przetaczała się debata o ustawie żłobkowej. Zatkało mnie, gdy doczytałam do fragmentu, w którym Ende pisze o zatrutym czasie i tajemniczej chorobie, która toczy społeczeństwo. Jestem pewna, że będziecie wiedzieć, o jakiej chorobie pomyślałam:

Z początku jej objawy są prawie niezauważalne. Pewnego dnia człowiek traci ochotę na robienie czegokolwiek. Nic go nie interesuje, nudzi się. Ale to zniechęcenie już nie znika, tylko pozostaje i powoli się nasila. (…) Człowiek czuje się coraz bardziej markotny, coraz bardziej pusty w środku, coraz bardziej niezadowolony z siebie i ze świata.

Powieść Endego czyta się z rosnącym napięciem. Sugestywne opisy szarych panów i ich działalności, które tak mocno „coś nam przypominają”, rodzą w czytelniku zdecydowane emocje. Ja tylko zerkałam, ile stron pozostało do końca, bo bardzo długo nic nie wskazywało na to, że jest jakieś rozwiązanie i że świat może być uratowany. Pisarz doskonale też portretuje postaci, które stają przed nami niemal jak żywe – Beppo Zamiatacz Ulic, Gigi Przewodnik czy sama Momo. Wplata też w opowieść o złodziejach czasu inspirujące opisy zabaw i historie wymyślone przez Gigiego (magiczna bajka o czarodziejskim zwierciadle).

Momo zabierze starsze dzieci w niezwykłą, czasem niebezpieczną, przygodę. Dorosłym da do myślenia. A – kto wie – może i uratuje ich przed jakimś agentem z Kasy Oszczędności Czasu?

Możesz kupić tutaj: Momo

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 258
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Znak
Wymiary: 15.5 x 21.5 cm
ISBN: 978-83-240-1490-3
Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski

"Biblia i Modlitwy małego dziecka"

Ci, dla których wychowywanie w wierze jest ważne, mają zazwyczaj problem z tym, jakie książeczki o treści religijnej zakupić dla malucha. Sporo tu kiczu – fatalne ilustracje pozostawiają dorosłego czytelnika z wrażeniem, że ktoś sobie z nas kpi, infantylne teksty budzą niechęć. Jeśli ktoś mnie prosi o polecenie jakiejś książki o treści religijnej i skierowanej do dzieci, wymieniam jedynie Biblię. W obrazkach oczywiście. Od dziś mam do polecenie jeszcze jedną pozycję, a nawet dwie.

Biblia i Modlitwy małego dziecka to zestaw dwóch książeczek (sprzedawane są jako komplet). Warto od razu zaznaczyć, że pozycje te skierowane są do najmłodszych, tych od 0 do 4-5. roku życia. W dalszej części tekstu wyjaśnię dlaczego. Omawianie zacznijmy od Biblii małego dziecka. Choć książka liczy ponad 150 stron, zamieszczono tu jedynie dwadzieścia historii. Podzielono je oczywiście na staro- i nowotestamentalne. W tych pierwszych Sarah Toulmin opowiada od stworzeniu świata, Arce Noego, Abrahamie, Józefie, Mojżeszu, Jozuem, Dawidzie, Jonaszu i Danielu. Nowy Testament to historia Jezusa. Zatrzymano się na najważniejszych punktach Jego życia i działalności. Bardzo ciekawie przedstawiono na obrazku śmierć na krzyżu. Ilustrator skupił swą uwagę na zasmuconych uczniach i Maryi. Jednak w tle możemy zaobserwować wzgórze, a na nim trzy krzyże. Co ciekawe, namalowano jej z taką prostotą, że zdecydowanie „wybijają się” ponad resztę.

Historie pozbawiono zbędnych szczegółów, czasem uproszczono też kontekst – na przykład faraona nazywa się królem. Ciekawe ilustracje stoją w centrum, natomiast tekst to zazwyczaj kilka zdań, czasem słów. Autorka nadaje Biblii... zdecydowanie dziecięcy charakter. Można rzec, że to książeczka dla maluchów jak każda inna. Znajdziemy tu na przykład zwierzątka z dopisanymi przy nich odgłosami, wyrazy dźwiękonaśladowcze („Pasterz poszedł… tup, tup, tup…”), uogólnienia („Żyła kiedyś pewna para: mąż i żona. Byli bardzo smutni”). Wszystko to sprawia, że podstawową wiedzę biblijną z łatwością można przedstawić już roczniakowi.

Jeszcze ciekawsza wydaje mi się druga część, czyli Modlitwy małego dziecka. Sarah Toulmin zachęca dzieci, ale także rodziców, by modlić się w każdej chwili dnia. Dlatego dzieli modlitwy tematycznie: „Czas przebudzenia”, „Zapracowany dziecięcy dzień”, „Poza domem”, „Miłość”, „Kim będę?”, Błogosławieństwa na noc”, „Modlitwa dziecka”. Każdy rozdział rozpoczyna się od modlitwy rodzica, któremu przy tym autorka uświadamia, że mamy mnóstwo powodów, by błogosławić Boga. I znów, nie znajdziemy tu typowych, rozbudowanych modlitw. I dobrze! Są za to jednozdaniowe „akty strzeliste”:) Albo rymowanki, wyliczanki, wierszyki. Jedne są co prawda udane bardziej, inne mniej (w sensie rymu), ale myślę, że liczy się koncept, który może rodziców zainspirować. Mała próbka:

1,2,3,4,
dziękujemy Ci, Boże,
za to, że żyjemy.

5,6,7,
dziękuję Ci, Boże,
za to, co jem.

8,9,10,
święć się Twoje imię, święć.
Amen.
Warto poświęcić osobny akapit ilustracjom. Są kolorowe, ale nie przekoloryzowane. Charakteryzują się miękką, łagodną kreską. Postaci, o dużych, sympatycznych buziach, rodzą ciepłe uczucia. Na niektórych obrazkach w Biblii... pojawiają się typowo dziecięce motywy – baranki, zajączki, lisek – które dodają tym opowieściom swojskości.

Schwaliłam dziś omawianą rzecz, ale to dlatego że naprawdę cieszy mnie, iż nie trzeba się tej książeczki wstydzić przed dzieckiem. I że rodzic nie musi mieć poczucia winy z tytułu dania maluchowi czegoś kiczowatego. Ta publikacja w szczególności nadaje się na prezent (kartonowe etui, kartka z dedykacją, kredowy papier) – z okazji chrztu, na pierwsze urodziny…

Możesz kupić tutaj: Biblia i Modlitwy małego dziecka

Ilustracje: Kristina Stephenson
Oprawa: Etui kartonowe
Ilość stron: 224
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: WAM
Wymiary: 15 x 18.5 cm
ISBN: 978-83-7505-486-6

wtorek, 15 lutego 2011

Konkurs z Kicią Kocią

Czy spodobała Wam się Kicia Kocia? Jeśli tak, możecie wygrać książeczki o rezolutnej bohaterce. Ponieważ zamierzam przeprowadzić wywiad z autorką, Panią Anitą Głowińską, konkurs będzie związany z tym przedsięwzięciem. Warunkiem udziału w losowaniu jest umieszczenie w komentarzu do tego posta pytania do Pani Anity.

Pytania wpisujcie do niedzieli 20 lutego. Losowanie urządzimy po tym terminie (pewnie wieczorem lub w poniedziałek). Czekają trzy książeczki :)

Formułę konkursu podpatrzyłam u blogowej koleżanki - Prowincjonalnej_nauczycielki

Anita Głowińska "Kicia Kocia gotuje", "Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny"


Wyraziści bohaterowie, których przygody możemy poznać w serii książeczek, szybko znajdują sobie wielbicieli wśród dzieci przede wszystkim w wieku do 3. roku życia. Fenomen takich postaci, jak Pan Kuleczka, Basia, Tupcio Chrupcio, Franklin czy Martynka, pozostaje dla mnie w jakimś sensie zagadką. Domyślam się, że dzieci kochają wymienione postaci za to, że są do nich tak bardzo podobne w przeżywaniu i doświadczaniu świata. Na rynku wydawniczym pojawiła się nowa postać, z którą najmłodsi mogą się identyfikować. To Kicia Kocia – biała, rezolutna koteczka. Poznajemy ją w dwóch pierwszych częściach – Kicia Kocia gotuje oraz Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny. W przygotowaniu kolejne trzy.

Kicia Kocia gotuje przedstawia nam bohaterkę, która razem z babcią zabiera się za pichcenie. Wspólnie przygotowują zupę jarzynową i ciasteczka. Ot i cała fabuła:) Opowieść o gotującej Kici Koci jest tu jednak okazją do przemycania bardzo ważnych – z punktu widzenia dziecka – informacji. Przede wszystkim zanim bohaterka cokolwiek zacznie w kuchni robić, sprząta swoje zabawki. Potem myje ręce. W trakcie gotowania zupy i pieczenia ciasteczek babcia podkreśla, że trzeba bardzo uważać, bo garnek, piekarnik i ciasteczka są gorące. Pozornie błaha historia zawiera więc pożyteczne wskazówki. Rodzice często powtarzają swoim dzieciom „uważaj, bo piec jest gorący” albo „Umyj ręce przed jedzeniem”, ale kto by tam ich słuchał. Jeśli jednak te same zdania padają z ust ulubionej bohaterki, och, jak szybko przekonują! Kicia Kocia, której wspólne z babcią gotowanie przyniosło mnóstwo radości, może również stanowić inspirację. Ciekawe, ilu małych czytelników zechce spróbować swoich sił w gotowaniu po lekturze tej książki.


Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny posiada walor bardziej edukacyjny niż wychowawczy. Tym razem bohaterka postanawia założyć z przyjaciółmi zespół i dać koncert. Zanim jednak to się stanie, trzeba wybrać instrumenty! I nie tam jakieś cymbałki czy zwykły bębenek. Kicia Kocia wybiera ambitnie – harfa, tuba, akordeon… Mały odbiorca ma więc okazję poszerzyć horyzonty i zapoznać się z instrumentami, na których grają dorośli. I tym razem kotka może sugerować maluchom zabawę – granie, koncertowanie, muzykowanie…


Na okładce widnieje informacja, że książeczki przeznaczone są dla czytelnika w wieku 2-6. To chyba jednak jakaś pomyłka. Ja przesunęłabym te granice na 0-3. Moja pięciolatka co prawda chętnie wysłuchała historii o Kici Koci, ale już od dłuższego czasu czytamy o wiele bardziej rozbudowane fabuły, więc ta wydaje mi się jakimś krokiem wstecz w jej przypadku. Trzyletni Janek za to, który uwielbia instrumenty i nie potrafi jeszcze skupić się na dłuższych tekstach i opowieściach bez obrazków, zakumplował się z Kicią Kocią od razu.

Seria o białej kotce charakteryzuje się prostotą tak pod względem językowym, jak i graficznym. Krótkie zdania, budowane według schematu podmiot+orzeczenie+dopełnienie/przydawka/okolicznik świetnie się sprawdzą w przypadku najmłodszego czytelnika. Przedszkolakowi mogą się już wydać nużące. Nasycone zdecydowanymi barwami, proste ilustracje zachęcają do chwytania za pędzel i namalowania małej bohaterki. Zdecydowanie więc seria o Kici Koci ma szansę stać się sukcesem wydawniczym. Już dziś wiadomo, że seria zyskała rekomendację Fundacji ABC XXI - Cała Polska Czyta Dzieciom!

Możesz kupić tutaj: Kicia Kocia gotuje i Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny 

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 24
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Media Rodzina
Wymiary: 19.5 x 19.5 cm
ISBN: 978-83-7278-432-2

„Świerszczyk” nr 04/2011


Choć pogoda za oknem cudowna, słońce świeci wiosennie – dzieci na podwórku nie widać. prawdopodobnie chorują. Tak jak my. katary, kaszle… nic przyjemnego. Co robić, gdy nic się tak naprawdę nie chce? W takich sytuacjach najczęściej włączamy maluchom TV i jakoś próbujemy przeczekać ten trudny, bo marudny, czas. Ale można też inaczej. Leżenie w łóżku sprzyja czytaniu, rozwiązywaniu zagadek i wypełnianiu krzyżówek. Zatem zaglądamy do „Świerszczyka”, by odgonić nudę. Tym bardziej, że ten numer o chorobach traktuje właśnie!

A jeśli choroba, to lekarz! Jeśli lekarz, to paniczny strach! Przed otwieraniem buzi, przed szczepieniem, przed borowaniem… O lęku przed dentystą i czy w ogóle trzeba się bać opowiada Bajetan Hops. Polecam lekturę tego opowiadania zwłaszcza przed wizytą z dzieckiem u dentysty.

Ten numer pomógł nam poznać wiele nowych wyrazów. Bardzo fajny schemat znaleźliśmy w „Chcę wiedzieć więcej…”, z którego dowiadujemy się, czym zajmuje się m.in. logopeda, ortopeda, okulista czy alergolog. Do tego krzyżówka, która polega na odgadywaniu, co jest przedstawione na obrazku. A więc parawan, recepta, kozetka, pieczątka, czepek – to nasze najnowsze słowne znaleziska.


A na dokładkę w „wielkim czytaniu” opowieść o złym dniu Hipolita Kabla autorstwa jednej z naszych ulubionych pisarek, czyli Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.

Marta coraz częściej sama zagląda do archiwalnych numerów. Zanim życie w naszym domu się obudzi, ranny ptaszek zdejmuje z półki kilka numerów i sobie przegląda. To chyba najlepsze świadectwo dla „Świerszczyka”, czyż nie?

Strona "Świerszczyka"

poniedziałek, 14 lutego 2011

Przemysław Wechterowicz "Opowieść o chłopcu, który chciał zostać delfinem, czaplą, wyżłem i... stonogą"


Fajnie być pisarzem. A zwłaszcza bajkopisarzem. Można do woli bajdurzyć, zmyślać, kręcić, opowiadać niestworzone historie i nikt nie ma o to pretensji. Można też dawać upust swoim marzeniom albo opowiedzieć o sobie, ale tak, żeby nikt się nie domyślił. Nie udało się to ostatnie Przemkowi Wechterowiczowi! Bo jestem dziś pewna, że Opowieść o chłopcu, który chciał zostać delfinem, czaplą, wyżłem i... stonogą wcale nie jest bajką, wydarzyła się naprawdę, a w roli głównej wystąpił sam autor;) A może i przydarzyła się wam? Na pewno – jeśli tylko trochę się zastanowicie – przypomnicie sobie pewną ciocię, która lubiła szczypać w policzki, głaskać pod włos i generalnie wszystko wiedziała lepiej. A może były nawet i cztery takie ciocie. I może zdarzyło wam się nierozsądnie (w mniemaniu niektórych) na cioci pytanie odpowiedzieć. Bohater Opowieści... zapytany, kim chce zostać w przyszłości, odparowuje: „kilkoma zwierzętami naraz”, a konkretnie delfinem, czaplą, wyżłem i stonogą. Mnie te odpowiedzi wcale nie dziwią. Pisałam kilka dni temu, że na identyczne pytanie córuchna odrzekła, że chciałaby zostać pomidorem. No ale ciocie, jak to ciocie, na taki stan rzeczy zgodzić się nie mogą. Policzki nadymają, dopytują, podważają, sapią, wydymają wargi jak obrażone sumy... w końcu – zdawszy sobie sprawę, że delikwenta nijak się naprostować nie da – wychodzą ze znaczącym „nic tu po nas” na ustach.

Niepozorna książeczka Wechterowicza pokazuje świat dziecięcej wyobraźni, która niczym nieskrępowana może podążać w dowolnych kierunkach. Chłopiec natychmiast przeobraża się to w wyżła, to w czaplę i ripostuje: „Czy ścigając własny ogon można się nudzić?! (...) Albo licząc przed snem swoje nogi?!”. Zderzony ze światem dziecka świat dorosłych odmalowuje się w nieciekawych barwach. Wszystko tu z góry urządzone, dobrze przemyślane i zupełnie bez fantazji. Choć bywają tacy dorośli, którzy co nieco jednak rozumieją – na przykład mama chłopca :)


Przy okazji książki Wechterowicza po raz kolejny myślę o tym, jak ważne są ilustracje. Fatalna szata graficzna potrafi wysłać w czytelniczy niebyt nawet najpiękniejszą fabułę i na odwrót. Opowieść o chłopcu... zwróciła moją uwagę przede wszystkim z uwagi na ilustrację właśnie. Tekst z obrazkami współgra tu jednak idealnie. Opowieść... bywa momentami trudna, wyjęte z kapelusza odpowiedzi chłopca-wyżła-czapli-delfina-stonogi sprawiają, że historia momentami ociera się o absurd, co może utrudniać odbiór najmłodszym czytelnikom. Robert Romanowicz nieco tę bajkę porządkuje, sprowadza ją na ziemię, choć absolutnie nie można o tych ilustracjach powiedzieć, że są czymkolwiek skrępowane. Zdecydowanie nie brakuje im wariactwa. Interesująca kolorystyka, wzory, kreska skupiają wzrok czytającego.

Ciekawa jestem Wechterowicza! W przygotowaniu jego książka Alfabet, do której ilustracje stworzyła Marta Ignerska.

Blog pisarza i blog ilustratora - zajrzyjcie!


Możesz kupić tutaj: Opowieść o chłopcu, który chciał zostać delfinem, czaplą, wyżłem i... stonogą

Ilustracje: Robert Romanowicz
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: G+J
Wymiary: 20.5 x 19 cm
ISBN: 978-83-62343-18-8

piątek, 11 lutego 2011

Baśń i psyche... "Magazyn Literacki" - "Tygodnik Powszechny" 1-2 (6/11)



O tym, co stało się z baśnią, jak jej motywy wykorzystują współcześni artyści - pisarze, filmowy... w dodatku do "Tygodnika Powszechnego". Zajrzyjcie!

  •  Zawód: gawędziarz /Książki w Tygodniku/

    Mats Rehnman: Opowiadanie baśni to metoda stawiania czoła rzeczywistym niebezpieczeństwom. Wchodząc w czyjąś skórę, spotykamy siebie. Rozmawiali Jerzy Franczak i Grzegorz Jankowicz  »  Mats Rehnman
  • Porządkowanie chaosu /Książki w Tygodniku/

    Dla Bruno Bettelheima baśń stanowiła użyteczny podręcznik, z którego dziecko uczyło się „czytać we własnym umyśle”. Bez tego elementarza nie znaleźlibyśmy drogi w lesie rzeczywistości.  »  Jerzy Franczak
  • Emancypacja Śnieżki /Książki w Tygodniku/

    Podobnie jak szczęśliwe narody, tak i szczęśliwa kobieta nie tworzy [baśniowej] historii, w najlepszym razie przemykając jak uśmiech przez zakończenie.
    Pierre Péju
      »  Grzegorz Jankowicz
  • Nowe przygody Królewny /Książki w Tygodniku/

    Śnieżka jest nosicielką najważniejszych cech baśniowych dziewcząt. Zapowiada wszystkie księżniczki, które masowo produkuje nasza kultura.  »  Tomasz Z. Majkowski
  • Magia czy kapusta /Książki w Tygodniku/

    Twórczość Le Guin można nazwać fabularyzowanymi dziejami ludzkiej duszy. Metafory i symbole zostają opowiedziane tak, jakby wydarzyły się naprawdę.  »  Wit Szostak

czwartek, 10 lutego 2011

Barbara Sudoł "Kogutek Ziutek w Australii", "Kogutek Ziutek w Pieninach"


Seria książeczek o kogutku Ziutku to okazja, by podróżować, nie ruszając się z domu. Dwie, które mamy w naszej biblioteczce, pozwalają nam wyruszyć w Pieniny i do Australii. Barbara Sudoł wykreowała kogutka Ziutka na małego mądralę. Choć obok niego stoi i gąska Lutka, i myszki, i jeżyk, Ziutek jest postacią centralną.

W części Kogutek Ziutek w Pieninach bohaterowie zostają zaproszeni przez swych kolegów ze szkoły w Szczawnicy, aby odwiedzili Pieniny. Razem z „zerówkowiczami” wyruszają do wąwozu Homole, mkną kolejką na szczyt Palenicy, wspinają się na Trzy Korony i spływają Dunajcem. Mają przy tym okazję obserwować lokalną faunę i florę. Podobny schemat fabularny znajdziemy w części Kogutek Ziutek w Australii. Ziutek i przyjaciele założyli kapelę i właśnie jadą koncertować do Australii. Czeka tam na nich mnóstwo ciekawych miejsc, zwierząt i roślin.


Barbara Sudoł w swych rymowanych opowieściach próbuje zainteresować geografią. Nie znajdziemy tu co prawda jakichś szczegółowych informacji na temat Pienin czy Australii, które by młodzi czytelnicy mogli wykorzystać w szkole. To raczej takie zebranie najważniejszych informacji, któe powinny nam się kojarzyć z danym miejscem. Bo jeśli Australia to gmach opery w Sydney, sawanna, święta góra Ayers Rock, koala, kangury i tubylcy.

Książeczki z kogutkiem to lektury dla mało wymagających – przeciętne ilustracje, proste rymowanki, zwyczajna fabuła. Do przeczytania na jeden raz.

Możesz kupić tutaj: Seria o kogutku Ziutku

Ilustracje: Agata Nowak
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 29.0 x 19.5 cm
ISBN: 978-83-7437-621-1

Jan Brzechwa "Wiersze i wierszyki dla najmłodszych"


Teksty klasyków nic a nic się nie starzeją. Taki Brzechwa na przykład wciąż mnie umie rozbawić... dziś szczególnie uwielbiam czytać tego autora dzieciom. Popisuję się możliwościami interpretacyjnymi, a dzieci to uwielbiają. Coś jest w rymach Brzechwy i Tuwima, że zachęcają do modulowania głosu, do odgrywania scenek, do zabawy z tekstem. Kiedy czytam pierwszy wers, od razu narzuca mi się (to pozytywne określenie!), jak mam czytać – szybciej lub wolniej, głośniej lub ciszej, akcentując dane słowa, z dużym ładunkiem emocji. Niektóre fragmenty dzieci znają na pamięć i kończą razem ze mną. A zatem... Brzechwa się nie starzeje.

Wydawcy o tym wiedzą. Dlatego tak chętnie Brzechwę (czy Tuwima) wydają. Poszczególne wydania różnią się jedynie dbałością o szatę graficzną. Jedni starają się bardziej, inni wcale.

Przygotowane przez Wilgę Wiersze i wierszyki... skierowane są do najmłodszego czytelnika, czyli tego w wieku do trzech lat. Dlaczego?, skoro Brzechwę czytać można i starszakom? Tu przede wszystkim pomyślano o twardych, kartonowych stronicach, które maluchom łatwiej przewracać. Trudniej też o jej zniszczenie. W książeczce pomieszczono wiersze Brzechwy, których bohaterami są głównie zwierzęta. Mamy więc wierszyki Żuk, Żaba, Wrona i ser, Ślimak, Zoo, Żółw, Psie smutki, Jeż czy Kwoka – a zatem klasyka klasyki. Całkiem sympatycznie książkę zilustrowano. Marianna Jagoda-Mioduszewska przygotowała obrazki bajecznie kolorowe, wzorzyste i ciepłe. Myślę, że najmłodszym się spodobają.

Omawianej książeczce więc daleko do wydanej niedawno przez Wytwórnię Brzechwy, ale też jednocześnie w niczym nie przypomina wydanych byle jak, zalewających półki pseudo-książek z tekstami klasyka. Nie trzeba się więc wstydzić i można śmiało dziecku dać w ręce.

Możesz kupić tutaj: Wiersze i wierszyki dla najmłodszych

Oprawa: oprawa twarda
Ilość stron: 33
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Wilga
ISBN: 978-83-259-0038-0

poniedziałek, 7 lutego 2011

Renata Piątkowska "A może będzie właśnie tak"


Gdy byłam mała, chciałam zostać nauczycielką. Prowadziłam dziennik lekcyjny, wystawiałam oceny wirtualnym uczniom i wykładałam temat jak należy. Kiedy po wielu latach edukacji w końcu dopięłam swego i zasiadłam po drugiej stronie biurka, kiedy w końcu do prawdziwego dziennika miałam wpisać pierwszy temat i pierwszą ocenę… było mi jakoś dziwnie. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Podejrzewałam nawet chwilami, że wciąż jestem tą małą dziewczynką i że moje marzenia przybrały bardzo realną postać:)

O takich dziecięcych planach traktuje książka Renaty Piątkowskiej A może będzie właśnie tak. W sześciu opowiadaniach czytamy o pragnieniach zostania strażakiem, aktorką, malarką, lotnikiem, lekarką i piratem. Wychodzi na to, że zawód strażaka nadal stoi wysoko w hierarchii dziecięcych „jak będę duży, to zostanę…” ;)

Styl autorki skrzy się humorem. Dzieci-bohaterowie to osóbki z charakterem i wyobraźnią. Odważnie biorą marzenia w swoje ręce i realizują je tu i teraz. Nie potrzebuję specjalnych zachęt czy inspiracji. Basia, która zostanie aktorką, dokleja sobie sztuczne paznokcie z płatków pelargonii, wkłada mamine buty na obcasach i wpisuje autografy w zeszycie do matematyki brata. Krzyś, który zostanie pilotem, ćwiczy „na sucho”, zbiegając po schodach niczym odrzutowiec. Swoją książką autorka zachęca młodych czytelników do popuszczania wodzy wyobraźni. Pytam więc córkę – a Ty kim chciałabyś zostać? Dziś, po lekturze odpowiada, że pomidorem albo konikiem:) Ale najczęściej mówi: żoną i mamą :)

Mnie spodobało się opowiadanie o malarce Ani. Dziewczynka poszła z tatą oglądać wystawę sztuki nowoczesnej. Zainspirowana pewnym obrazem mówi:

Okropnie mnie kusiło, żeby namalować mamie takie krzesło ze skrzydełkami, a na nim tatę, ale nie na golasa, bo miałam za mało pomarańczowej farby.

Urocze, czyż nie?

Możesz kupić tutaj: A może będzie właśnie tak

Ilustracje: Artur Nowicki
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 72
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: Bis
Wymiary: 21.5 x 23.5 cm
ISBN: 978-83-7551-076-8

Innej książki tej autorki:
"Dziadek na huśtawce"
"Piegowate opowiadania"
"Cukierki"

Wyniki losowania

Losowanie nam się ciut przesunęło:)

Oto wyniki konkursu z Lidią Miś.
 Książki otrzymują:
Julonkowo, jid2, Hannah

Poproszę o wysłanie adresów na mój mail: kamienna1@wp.pl

piątek, 4 lutego 2011

Maciej Wojtyszko "Bromby i Fikandra wieczór autorski"


Z Brombą… wiąże się pewna, całkiem prawdziwa, historia miłosna. Otóż jeden pan spotkał jedną panią. Pan się panią najwyraźniej zauroczył i poprosił o jej adres. Po kilku dniach pani otrzymała list. A w nim... odbite na ksero opowiadanie o Fikandrze i Malwince, ich pierwszym spotkaniu i wyjątkowym uczuciu. Była jeszcze dedykacja... No więc tej pani zrobiło się wyjątkowo ciepło na serduchu na myśl o tym panu. Dalej historia rozwijała się pomyślnie. Teraz są małżeństwem i mają troje dzieci...

Kto nie czytał nigdy Bromby…, wiele stracił. To prawie tak, jakby nie zjeść obiadu… albo zapomnieć kurtki zimą. Bromba… powinna być lekturą obowiązkową – choć niekoniecznie szkolną, bo to źle książkom robi. Powinna być przepisywana na receptę wszystkim smutasom i w ogóle będącym w potrzebie duchowej. Zaaplikować sobie Wojtyszkowych Psztymucla, Gżdacza, Glusia czy Kajetana Chrumpsa zwłaszcza w okresie obniżonego nastroju ma moc oczyszczającą.
 
Lektura książki Bromby i Fikandra wieczór autorski przywołała wiele wspomnień. Autor opowiada nam tym razem o spotkaniu mieszkańców Naszej Okolicy w bibliotece Pućka. Tam to Bromba i Fikander wygłaszają swoje wiersze, poddając je i się krytyce. Przede wszystkim znanego recenzenta Gwiazdonosa Dolka. Choć to postać najmniej sympatyczna ze wszystkich, bo ciągle ma jakieś „ale”, mnie jego wypowiedzi rozbawiły najbardziej (być może dlatego że ciut, ciut się z bohaterem identyfikuję).

- Ależ łosie są bardzo nietowarzyskie. Nigdy nie rozmawiałem z żadnym łosiem – stwierdziła Lala.
- Ja właściwie też nie rozmawiałam z łosiem. Rozmawiałam z klępą. I właśnie ta klępa wyznała mi, że łosie czują się niedowartościowane – powiedziała Bromba.
- To bardzo interesujące – wtrącił się Gwiazdonos. – Zrymowałaś wyznania klępy?
- Można tak to określić – potwierdziła Bromba.
- A co ona chciała wyznać?
- Że jest jej smutno.

Myślę, że możecie już po przeczytaniu powyższego cytatu mieć trochę wyobrażenia o tym, jak się przedstawiają liryki Bromby i Fikandra. Gwiazdonos co prawda twierdzi, że to „głupawe rymowanki”, ale kto by go tam słuchał. Fumowi Żużu i innym te łamańce językowe bardzo się spodobały i nastroiły ich do ciekawych rozważań o relacjach dziadka z wnuczkiem, żywiołowych wyżłach, uszatkach z Kamczatki itd. Poniżej mała próbka! Jak sądzę, i wielu z Was natchnie refleksyjnie, bo życiowa jest bardzo!

Łże małżonce małż odrobinę,
iż żuł w Iłży małżowinę.
Lży małżonka małża fałsze
(że o małżowinie małż łże).

/Właśnie doszłam do wniosku, że to nie tylko łamańce językowe, ale także klawiaturowe!!!/


A teraz już całkiem poważnie! Myli się ten, kto sądzi, że u Wojtyszki tylko same wygłupy i wierszyki bez sensu. Pomiędzy wierszami kryje się myśl, że mądrość czasem chowa się za prostym, zwyczajnym, czasem nawet wydawałoby się głupiutkim przebraniem. Kto ma oczy i uszy dobrze otwarte, dostrzeże ją bez problemu. Zapatrzeni w swój gwiaździsty nos nie ujrzą niczego szczególnie istotnego, choćby nie wiem jak poprawiali okulary na nosie.

Możesz kupić tutaj: Bromby i Fikandra wieczór autorski

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 80
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Ezop
Wymiary: 15.0 x 24.5 cm
ISBN: 978-83-89133-43-4

czwartek, 3 lutego 2011

A. Miś, E. Stadtmuller, D. Zawadzka "Piosenki dla przedszkolaka 3. Kołysanki"


Ukazała się trzecia część Piosenek dla przedszkolaka. Tym razem na płycie zebrano kołysanki dla maluszków. Podobnie jak w opisywanej przeze mnie części drugiej, tak i tu na wydawnictwo składa się śpiewnik (piosenki z nutami; nawet dość sympatycznie zilustrowane) oraz płyta CD z nagranymi utworami.

Warstwa tekstowa wydaje mi się o wiele ciekawsza i bardziej urozmaicona niż w poprzedniej części. Nadal jednak nie umiem się przekonać do wykonania. Śpiewa siostra Adriana Miś z typową dla zakonnic emfazą, która mnie drażni niemiłosiernie. Trzeba jednak przyznać to otwarcie, że kołysanki spełniają swoje zadania - odsłuchanie pierwszego utworu sprawiło, że powieki zaczęły mi się kleić... tylko czy to komplement? ;)




Piosenki przedszkolaka 3. Kołysanki

teksty: Ewa Stadtmüller, s. Adriana Miś, Danuta Zawadzka
ilustracje: Agnieszka Kłos
muzyka: s. Adriana Miś
oprawa: miękka
24 strony
CD gratis
wiek: 3+
wydawnictwo: Skrzat

środa, 2 lutego 2011

Konkurs z Lidią Miś

Jakiś czas temu opowiadałam Wam o książce Pani Lidii Miś Opowieści biblijne dziadzia Józefa. Autorka wówczas odebrała nasze - moje i komentujących - uwagi bardzo poważnie. Zdecydowała wziąć sprawy w swoje ręce i założyła własne wydawnictwo Dreams. W podziękowaniu - książki dla czytelników bloga:)


Proponuję Wam dziś konkurs, w którym będziecie mogli wygrać książkę Opowieści biblijne dziadzia Józefa.
To wydanie zostało poszerzone o kolejne opowieści - tym razem o stworzeniu świata i o Samsonie. No i korektorki wykonały swoje zadanie ;)

Dziadzio Józef żył naprawdę.
Mieszkał w domaradzkiej wsi Poręby, w drewnianym domku pokrytym starą ceglaną dachówką. To właśnie tu, z dala od miejskiego zgiełku, schodziły się nie tylko jego wnuki, ale całe gromady dzieciaków, by posłuchać ciepłych biblijnych opowieści. Książka zawiera opowiadania: Synowie Jakuba, Stworzenie świata, Siła Samsona.
Ci, którzy chcieliby przygarnąć książkę - a mamy aż 3 egzemplarze - proszeni się o pozostawienie śladu w komentarzach.
Wyniki losowania w niedzielę, po 20tej.

„Świerszczyk” nr 03/2011


Nowy numer „Świerszczyka” mnie zawstydza. Zima to – mimo mrozu – piękna pora roku. Jak dowodzą teksty tego numeru, warto wtedy uprawiać jakieś zimowe sporty. Z kilku względów ten sezon spędzamy głównie w czterech ścianach. Od czasu do czasu jedynie maluchy wychodzą na sanki, turlają się wtedy po śniegu i robią śnieżne anioły. Dlatego moje dzieci dziś mogłyby się zidentyfikować przede wszystkim z Bodziem i Pulpetem, którzy swoje ferie spędzili aktywnie, grając w hokeja, skacząc na nartach, rywalizując z poważnymi przeciwnikami… tyle że przed komputerem:)

No to chociaż o zimowych sportach sobie poczytaliśmy. O niektórych dzieci słyszały po raz pierwszy. Na przykład o bobsleju opowiedział nam Grzegorz Chomicz w otwierającym numer wierszyku Mały bobsleista. Sporo też w „Świerszczyku” o zawodach i ściganiu się. Bajetan pisze w pamiętniku o zupełnie nowej konkurencji – mistrzowskim lepieniu bałwana – i o tym, jak zawody zmieniły się w grupowe lepienie jednego bałwana.


Najbardziej jednak zainteresowało nas, co w zimowym numerze robią piękne, pomarańczowe, naprawdę dorodne marchewki. Czyżby zaproponowane w „Ukrytych obrazkach” i „Wycinankach Pana Janka” smakołyki królika miały, niczym amerykański świstak Phil, zapowiadać rychłe nadejście wiosny?

Strona "Świerszczyka"

wtorek, 1 lutego 2011

Ildikó Boldizsár, Katalin Szegedi "Narodziny księżniczki"


Być kobietą... córką... matką... żoną... choć role te grane są, odkąd poczęła się Ewa, wcale nie jest nam łatwiej. Mam wrażenie, że szczególnie dziś zmagamy się ze swoim powołaniem. Rozmyły się podstawowe kategorie. Nie rozumiemy swojej kobiecości, dlatego z takim uporem wchodzimy w role typowe dla mężczyzn. Stajemy się twarde, nieraz nieczułe, nasze serca przenikają negatywne emocje. Często z tym wszystkim nie dajemy sobie rady i uśmiech znika z naszej twarzy.

Ten wstęp, bardzo ogólnikowy w swym przekazie, to wprowadzenie do lektury Narodzin księżniczki, którą to książkę powinna czytać codziennie, przed snem, każda dziewczynka, dziewczyna, kobieta. Być może wtedy bardziej cieszyłybyśmy się naszą kobiecością i umiały dostrzec, jak cudownie nas obdarzono.

Boldizsár, węgierska folklorysta, pisarka i bajkoterapeutka, czerpiąc z naturalnego pragnienia każdej dziewczynki, aby być królewną, tworzy opowieść o tym, że wszystkie jesteśmy wyjątkowe, jesteśmy księżniczkami właśnie. Nie na koronie i pięknej sukni jednak nasza godność się opiera. Autorka, wyjasniając, przywołuje motyw obdarowywania dziecka z okazji jego przyjścia na świat:

Za każdym razem, kiedy rodzi się dziewczynka, niebiańskie księżniczki przybywają, by ją pobłogosławić. Ale co to znaczy błogosławić? To znaczy życzyć komuś tego, co może go uszczęśliwić. Błogosławieństwo oznacza serdeczne życzenie.

Dziewięć niebiańskich księżniczek przynosi w darze życzenia: piękna, czystego serca, zdrowia, wytrwałości, dobra, wesołości, cierpliwości, prawdomówności i wdzięku. Jednocześnie też zachęcają one do tego, by tych skarbów strzec. Dziewczynka nie pozostaje jednak z tymi darami sama. Słońce, księżyc, góry, ptaki czy śnieg są jej braćmi i siostrami, zawsze gotowymi do pomocy.


Ta piękna, poetycka i niezwykle mądra opowieść o byciu kobietą czerpie z różnych kręgów kulturowych, sprawiając, że czytelniczce udziela się wrażenie harmonii świata. Czuje ona również, że gdziekolwiek by się nie znalazła, znajdzie pokrewną sobie duszę – tak w świecie ludzi, jak w świecie przyrody. W sposób szczególny ta wielokulturowość uwidacznia się w ilustracjach Katalin Szegedi, które robią na oglądającym olbrzymie wrażenie. Mogące stanowić osobne obrazy, wykonane techniką kolażu przykuwają natychmiast oko. Ich piękno kryje się w bogactwie zdecydowanych kolorów, wzorów, zdobień, szczegółów. Jednocześnie też jest w nich jakaś poetyckość, niedomówienie i tajemnica. Doskonale ze sobą współgrają – tekst i ilustracje – zapraszając do osobistych refleksji o sobie, swoim życiu, powołaniu...

 obrazek pochodzi z bloga Katalin Szegedi

Naszym – moim i Marty – udziałem stał się jakiś rodzaj „codziennej” magii, który wkradł się pomiędzy nas, kiedy tylko otwarłyśmy na pierwszej stronie. Matka i córka... takie same, choć zupełnie różne. Kiedy więc wspólnie czytałyśmy (od razu po odpakowaniu, natychmiast; tej książki nie da się odłożyć na półkę do przeczytania „na potem”) i rozmawiałyśmy o tym, co znaczy być cierpliwą, prawdomówną..., zdałam sobie sprawę, jak obie jesteśmy piękne i wyjątkowe, jak cudowna nić nas łączy.

Jeśli jesteś kobietą – zrób sobie prezent i oddaj się lekturze tej książki. Jeśli masz córkę – podaruj jej Narodziny księżniczki. Jestem pewna, że to jedna z tych książek, które zmieniają rzeczywistość nas otaczającą (albo zmieniają nasze na nią spojrzenie) i wpływają na to, kim jesteśmy.

Możesz kupić tutaj: Narodziny księżniczki

Ilustracje: Katalin Szegedi
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 34
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Namas
Wymiary: 23 x 32 cm
ISBN: 978-83-62537-00-6