środa, 30 marca 2011

Katarzyna Ryrych "Wyspa mojej siostry"


Czy niepełnosprawność jest literackim tematem tabu? Myślę, że tak. Zwłaszcza jeśli pomyśleć o książkach dla młodych. Dlatego Katarzyna Ryrych Wyspą mojej siostry zapełnia pewną lukę. I pisze tak, że ściska za serce!

Marysia ma starszą siostrę z zespołem Downa. Pippi, bo tak nazywa siostrę Mysia, lubi kolor niebieski, jest gruba i ma duże palce, które nie potrafią zapiąć guzika, ale doskonale kroją warzywa. Pippi świetnie gotuje i ma w głowie komputer, który pozwala jej zapamiętywać długie wiersze, przepisy kulinarne i mapę miasta. Ale czasem Pippi potrafi też się mocno zezłościć, tak mocno, że rzuca ławką o podłogę. Pippi nie toleruje też zmian i dotyku. Mysia nie myśli o Pippi jako o niepełnosprawnej. Widzi w niej starszo-młodszą siostrę, która nauczyła ją sikać do nocnika, która przygotowuje kolację i która uwielbia budować zamki z piasku.
Pomieszczone w niewielkich rozdziałach zapiski Mysi pozwalają nam poznać obie bohaterki – Pippi, ale i jej siostrę. O ile postać niepełnosprawnej jest dość statyczna, o tyle Marysia zmienia się na naszych oczach. Dorasta. Fizycznie – rośnie, kończy kolejne szkoły. Ale przede wszystkim psychicznie, mentalnie – zaczyna coraz bardziej rozumieć, kim jest jej siostra, jaka jest, co jest w jej przypadku możliwe, a co nie. Mysia dojrzewa też do tego, by wejść w relacje z innymi – zaprzyjaźnić się z Anką, zakochać się w Karolu i co niesłychanie ważne – odciąć pępowinę od siostry, a tym samym zacząć żyć na własny rachunek.

Książka Ryrych jest trudna. Przede wszystkim ze względu na bogactwo podjętych zagadnień, tematów. Bo to książka, która nie tylko wprowadza nas trochę w świat osoby z zespołem Downa, pozwala na zerwanie ze strachem wobec inności, uwrażliwia. To także książka, w której pada pytanie o nasze własne wyspy, o nasze własne terytorium, do którego możemy dopuścić innych bądź nie. Tego przykładem staje się osamotniony w wychowywaniu córek ojciec, zbuntowana Anka, zaszczuty przez starszego kolegę Karol czy w końcu żyjąca w funkcji Pippi Mysia.

Widzę, że bardzo trudno pisze mi się o tej książce. Jest naprawdę piękna… Przede wszystkim trzeba ją poczuć.

Możesz kupić tutaj: Wyspa mojej siostry

Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 120
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Stentor Kora
Wymiary: 12.5 x 19.5 cm
ISBN: 9788361245674

poniedziałek, 28 marca 2011

Maciek Blaźniak "Kiedy będę duży, to zostanę dzieckiem"


Czy Wasze dzieci malują po książkach? Moje przeważnie nie. Ale mamy na półkach kilka takich, które zostały naznaczone, przyozdobione, w których coś dopisano dziecięcą rączką. Kiedyś zamówiłam paczkę książek Lindgren. Akurat byliśmy na etapie intensywnego kolorowania. I gdy rozpakowaliśmy między innym Ronję, córkę zbójnika, Janek uznał, że czarno-białe ilustracje Ilon Wikland trzeba uzupełnić o kolory. Nim spostrzegłam, pierwszy obrazek – przedstawiający ucztujących zbójników i Mattisa z maleńką Ronją na rękach – już był pomalowany na niebiesko. Uzupełnienia wymagała też książka O naśladowaniu Chrystusa Tomasza á Kempis. Janek pomieścił w niej naprawdę sporo swoich osobistych uwag. Zresztą jakoś tak często nosi tę książkę pod pachą.

Ale po co o tym przy okazji omawiania książki Blaźniaka wspominam? Ano dlatego że Kiedy będę duży… do takiego uzupełniania o własne teksty i obrazki zaprasza. Autor tworzy postać Franka, któremu – jak się domyślam – ktoś właśnie musiał zadać sławetne pytanie: a kim będziesz, jak dorośniesz? Odpowiada oczywiście przewrotnie: „Chciałbym zostać dzieckiem, gdy będę już duży”. Potrafi też uargumentować dlaczego. Wylicza czynności, które będzie wtedy robił – budowanie zamków z błota, skakanie po kałużach, gra w chowanego, malowanie po ścianie czy jazda na rowerze dookoła domu (i dalej). Kwestie Franka zostały zebrane w rymowane dwuwersy. Każdemu (na osobnej rozkładówce) towarzyszy ilustracja.
Wiersz Blaźniaka otwiera, wprowadzający dawkę humoru, dystych charakteryzujący głównego bohatera. Franek bowiem to postrach porcelany. O tym, że coś jest na rzeczy, przekonujemy się już wkrótce, bo kiedy Franek kończy swą wypowiedź o tym, co będzie robił, gdy dorośnie, kolejny maminy dzbanek rozbity zostaje w drobny maczek. Poza tym wyczytujemy spomiędzy wierszy tę dziecięcą radość życia, chęć odkrywania świata, zabawy i wygłupów. Tekst Blaźniaka to de facto afirmacja dzieciństwa.


Ostatnie strony książki są puste. Pojawia się na nich jedno pytanie: A Ty kim zostaniesz, jak urośniesz? Moje dziecko weszło w ten tekst całym sobą i mocno się z Frankiem zidentyfikowało. Na szczęście Marta nie odpowiedziała, że chce zostać aktorką, tancerką czy nauczycielką. Odpowiedziała, że będzie skakać na skakance, huśtać się na huśtawce i puszczać latawce. Stworzyła nawet własną ilustrację:) Myślę, że właśnie o to autorowi chodziło, aby cieszyć się dzieciństwem. Ale też Blaźniak zaprasza do tworzenia własnych książek. Kto wie, może czytelnicy Blaźniaka będą ją po latach wspominać jako tę, która otworzyła ich na ilustrację dziecięcą i stała się impulsem do tego, by kształcić się w graficznym kierunku.

Możesz kupić tutaj: Kiedy będę duży, to zostanę dzieckiem 

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 48
Rok wydania: 2011
Wymiary: 20.0 x 20.0 cm
Wydawnictwo: Ładne Halo
ISBN: 9788362856848

piątek, 25 marca 2011

Konkurs ze świnką Halinką

Świnka Halinka chce znaleźć nowego przyjaciela. Jeden egzemplarz książki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel Rozmowy ze świnką Halinką do wygrania w konkursie.

Aby wziąć udział w losowaniu wystarczy w komentarzu napisać o ulubionej zabawce, przytulance swojego dziecka (co nią jest).


Na odpowiedzi czekam do niedzieli, 2 kwietnia 2011. Wyniki ogłoszę tego dnia wieczorem bądź w poniedziałek rano. Zapraszam!

Aha, i najlepiej by było, gdybyście zostawiali od razu swój mail. Anonimowi obowiązkowo!

Wydawnictwu Bajka serdecznie dziękuję za przygotowanie nagrody!

Roksana Jędrzejewska-Wróbel "Rozmowy ze świnką Halinką"


Książki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel można rozpoznać z daleka. Nie tylko dlatego, że ilustracje do wielu przygotowała Jona Jung, której styl jest charakterystyczny. Tutaj co prawda obrazki namalowano pędzlem i farbami, a nie kredkami – jak było w przypadku cyklu o Florce czy królewnie Aurelce, jednak duże, okrągłe buzie i oczy, żywa kolorystyka odsyłają natychmiast do Jung. Jędrzejewska-Wróbel powołuje do literackiego życia fikcyjną postać (ryjówka Florka, świnka Halinka, królewna Aurelka), która budzi sympatię czytelnika niesfornością i (dziecięcym) lekceważeniem norm. Autorka Siedmiu wspaniałych chętnie podejmuje też grę z tekstami literackimi i motywami bajkowymi (zwłaszcza z motywem królewny: Królewna , O słodkiej królewnie i pięknym księciu , Maleńkie królestwo królewny Aurelki ) dobrze zapisanymi w świadomości czytelniczej.

Najnowsza książka to zbiór opowiadań – rozmów przedszkolaka Filipa z pluszową świnką Halinką. Krążą one wokół zwykłych tematów – wizyty chłopca u fryzjera, śniadania, pierwszej jazdy na rowerze bez bocznych kółek czy wyjścia do zoo. Jednocześnie wpisane zostają w rytm zmieniających się pór roku, dlatego znajdziemy tu też opowieści o bałwanie, choince, Marzannie czy upale.

Świnka Halinka to wierna towarzyszka zabaw Filipa. Potrafi i chłopca pocieszyć, i dodać mu odwagi (Rower), czasem przypilnować, choć to ostatnie niekoniecznie jej wychodzi (Winda). Zazwyczaj jednak Halinka jest po prostu motorem wielu działań chłopca. Wyzwala w nim potrzebę zabawy, śmienia się i wygłupów.


Coś jest w tego typu książkach, że można dać je dziecku w ciemno i będzie zadowolone. Ważny jest tu i format - a4, twarda oprawa, duże litery, białe tło, i ilustracje - duże, na stronę, wyraziste, i sam tekst - zbiór krótszych opowieści, z życia dziecka. Zebrane razem stanowią przepis na książkowy sukces.
Kolejna udana propozycja duetu Jędrzejewska-Wróbel/Jung.

Możesz kupić tutaj: Rozmowy ze świnką Halinką 

Ilustracje: Jona Jung
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 84
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 9788361824343

"Przewodnik po Dobrych Książkach" Fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom

Przewodnik po Dobrych Książkach

Fundacja informuje:
W tym miejscu gromadzimy warte uwagi tytuły książek dla dzieci i młodzieży, wybrane spośród dostępnych obecnie w księgarniach i bibliotekach.
Tytuły wybiera Rada Literacka Fundacji "ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom"
– grono ekspertów i pasjonatów książki dziecięcej.


Książki zamieszczone poniżej to książki wskazane przez minimum trzech ekspertów, sprawdzone przez nich w trakcie głośnego czytania dzieciom lub sprawdzone przez młodzież czytającą samodzielnie.


Drodzy Rodzice i Opiekunowie!


"Przewodnik po Dobrych Książkach" to jedynie próba wybrania spośród mnóstwa książek na rynku tych najbardziej wartościowych.


Pamiętajcie jednak o indywidualnych preferencjach Waszych dzieci!!!


Na pewno nie jest tak, że każda książka z tej listy zaspokoi indywidualne potrzeby każdego dziecka. Namawiamy, aby włożyć wysiłek w dopasowanie lektury do wrażliwości, poczucia humoru i możliwości intelektualnych własnych dzieci. Satysfakcję z dobrze dobranej lektury trudno porównać z czymkolwiek innym :).

wtorek, 22 marca 2011

Tove Jansson "W Dolinie Muminków"


Nie wiem, czy się przyznać… ale niech będzie… to chyba żadna ujma?… nie poznałam Muminków w dzieciństwie. Tych książkowych oczywiście. Nawet nie wiedziałam, że takowe istnieją. Kilka razy mignęła mi bajka w telewizji, ale naówczas wydała mi się co najmniej dziwna. I drętwa. Dziś mogę powiedzieć, że chyba w końcu do Muminków dojrzałam. Dlatego powieść o fińskich trollach przeczytałam z największą przyjemnością.

Co mnie najbardziej zachwyciło w tej książce to narrator, którego ślady obecności można wyczytać tu i tam – najczęściej w nawiasach bądź przypisach. Ów opowiadacz – którego przecież w filmowych wersjach nie uświadczysz – zazwyczaj komentuje zachowania czy powiedzonka bohaterów. Jego dygresje w gruncie rzeczy nie mają wpływu na akcję. Są raczej wejściem w dialog z czytelnikiem, któremu być może w trakcie lektury zaczęły nasuwać się istotne (z tym można polemizować:) ) pytania lub wątpliwości. Ale co ja tu będę… posłuchajcie:

Wówczas Ryjek wygładził swoje zmięte od snu uszy i zszedł po linowej drabince. (Należy tu może powiedzieć, że drabinki linowe były we wszystkich oknach, gdyż chodzenie po schodach zabierało masę czasu).

albo:

- A kuku! – zawołał. (Był tak podniecony, że nie mógł wymyślić nic mądrzejszego).

Czytelnik czuje się ważny, zauważony przez samego narratora, który decyduje się zawiesić opowieść, aby mu coś wyjaśnić.


Przeczytałam zaledwie jedną część opowieści o Muminkach, ale to wystarczy, aby rozpocząć zabawę pod tytułem: którym z bohaterów Tove jesteś? Bo Jansson portretuje swoje postaci (a czasem i przedmioty) wyraziście, są albo przerażające (jak Buka), albo nieco wyalienowane (jak Włóczykij), albo w sobie zakochane (jak Tatuś Muminka), albo strachliwe (jak Ryjek), albo zbyt poważne (jak Piżmowiec). Także ich przygody – pełne pasji, nieraz dziwnych pomysłów – są tak naprawdę skrojonymi na dziecięcą miarę wersjami naszych „przygód”. I kiedy czytasz, na twarzy pojawia ci się delikatny uśmieszek, bo myślisz sobie: „tak, tak! to zupełnie o nas”.

Dolina Muminków to taka kraina mocno melancholijna. Nie jest całkowicie sielska, jak moglibyśmy się spodziewać po książce dla dzieci. Raz po raz bohaterom przydarza się coś, co mrozi krew w żyłach. Na przykład wielka burza i napad naelektryzowanych Hatifnatów, po którym Panna Migotka traci swą cenną grzywkę. Albo spotkanie z Buką, która pozostawia za sobą śniegowy ślad. Albo to gdy cały dom Muminków zostaje porośnięty roślinami wyrosłymi z Czarodziejskiego Kapelusza. Jest tu też miejsce na strach czy tęsknotę (Muminka za odchodzącym Włóczykijem). Ale nawet te trudne uczucia odchodzą, przemijają. Wpisane w rytm życia ustępują temu, co radosne i dobre, chociażby wielkiemu sierpniowemu festynowi.

Ponieważ sama nie mam za bardzo wspomnień związanych z Muminkami (a takie reminiscencje bardzo lubię!), poprosiłam Igirisu o jej kilka słów. Oto co pisze:

<

Moje wspomnienia o Muminkach wiążą się z serialem animowanym emitowanym swego czasu na telewizyjnej Jedynce. Jako mała dziewczynka niecierpliwie oczekiwałam ukochanej dobranocki, która niezmiennie przykuwała mnie do ekranu na całe 20 minut. Już sama piosenka tytułowa rozbudzała nadzieję na doświadczenie kolejnej niesamowitej przygody, która pewnikiem wydarzy się w Dolinie Muminków. W tamtym czasie najbardziej oddziaływała na mnie sceneria, bohaterowie i przepiękna muzyka towarzysząca serialowi. Doskonale pamiętam niesamowity dom Muminków, który do dzisiejszego dnia stanowi wzór wymarzonego miejsca w którym chciałoby się spędzić kawał życia (zwłaszcza gabinet Tatusia Muminka, roztaczający jedyną w swoim rodzaju atmosferę). Także kamienna kuchnia Mamusi Muminka rozbudzała we mnie specyficzne poczucie tajemniczości odbywających się weń ‘prozaicznych’ rytuałów. A propos tajemniczości, przenika ona cały serial i każdego z jej bohaterów. Nawet ci, z pozoru, najprostsi i nieskomplikowani mieszkańcy Doliny nie są nigdy do końca scharakteryzowani, posiadają własne tajemnice, dziwactwa i sprzeczności. Z drugiej strony bajka ta nie jest żadną sielanką. Jako małe dziecko często chowałam się pod kocem, kiedy sprawy w Dolinie i poza nią przybierały niespodziewanie złowrogi obrót. Niepokojący klimat Muminków przypomina mi dzisiaj klasyczną atmosferę baśni, w której zawsze ma się do czynienia z ciemną stroną ludzkiej natury i grozą otaczającego świata. O dziwo, właśnie te posępne, często niezrozumiałe dla małego dziecka momenty najlepiej utkwiły mi w pamięci. Chodzi mi zwłaszcza o przygody z Buką (była naprawdę straszna), czarownicą, pływającym teatrem, zimowymi nocami i duchami. Właśnie ten klimat przyciągnął mnie jako małą dziewczynkę do Muminków i sprawił, że stały się moją ukochaną bajką z dzieciństwa. Oczywiście nie mogę zapomnieć też o Włóczykiju, którego niesamowity spokój w każdej sytuacji i te wielgachne oczęta uczyniły zeń mojego idola na bardzo długi czas.

Obie dziś bardzo książki o Muminkach polecamy:)

Możesz kupić tutaj: W Dolinie Muminków 

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 208
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 12.5 x 17.0 cm
ISBN: 9788310120106
Tłumaczenie: Irena Szuch-Wyszomirska

poniedziałek, 21 marca 2011

Rozmowa z Anitą Głowińską – autorką serii "Kicia Kocia"

Dziś zapraszam Was do lektury pierwszego wywiadu na tym blogu. Udzieliła go Anita Głowińska, autorka serii o Kici Koci. Od razu dziękuję jej za wyczerpujące odpowiedzi, ale także Wam za pytania, które pozostawiliście w komentarzach.


Bohaterką serii uczyniła Pani kotkę, co zdecydowało o wyborze kota na bohatera książeczek? Czy Kicia Kocia ma jakiś realny pierwowzór?


– Czasami mam wrażenie, że to nie ja, tylko Kicia Kocia zadecydowała, że stała się bohaterką książeczek. Koty są przecież wszechobecne! – na podwórku, w ogródku u babci, przy śmietnikach i... na kanapie. Ja miałam dwa koty. Pierwszy pojawił się, kiedy jeszcze studiowałam. Wspólnie z obecnym mężem uratowaliśmy czarnego dachowca z rąk energicznego trzylatka; drugiego wyciągnęliśmy kilka lat później spod kół naszego samochodu. Przyjaźń i codzienne obcowanie z kotami było dla mnie niezwykłym doświadczeniem (w dzieciństwie miałam psa). Obecność miauczącego indywidualisty nie tylko zreformowała moje wyobrażenia na temat kociego charakteru, ale - przede wszystkim - nauczyła mnie cierpliwości w poszukiwaniu wspólnego języka z ludźmi!

Kicia Kocia powstała, kiedy nasze zwierzaki były już w kocim niebie, ja zaś byłam absolutnie szczęśliwą mamą. I patrząc na moje dzieci - córkę i synka – trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ich zabawy, spryt, indywidualizm i potrzeba czułości – są już mi znane... Dlatego nie potrafię określić, kto tak naprawdę jest pierwowzorem Kici Koci – prawdziwe koty, czy te kociaki, z którymi oboje z mężem uwielbiamy chichotać po pracy.


Jakie cele przyświecają autorom i wydawcom tego typu książeczek (seria z głównym bohaterem)? Czy bohaterowie tych książeczek nie są przeidealizowani?


– Oczywiście mogę wypowiadać się jedynie we własnym imieniu, choć podejrzewam, że mój wydawca ma podobną motywację. Tego typu książeczki dla dzieci mają służyć pomocą i przynosić radość, a serie są lepiej zauważane i chętniej kupowane. Istnienie zarówno wydawców, jak i autorów ma sens tylko wówczas, kiedy ktoś dostrzega ich pracę. Ktoś, czyli czytelnicy. Po prostu. Jeśli zaś chodzi o sugestię zawartą w pytaniu, że Kicia Kocia jest przeidealizowana – zastanawiałam się nad tym i chyba się z nią zgodzę. Owszem, Kicia Kocia: nie pluje, nie wali łopatką po głowie, nie wyzywa babci... Proszę mi jednak wierzyć, że Kicia Kocia jest dokładnie taka, jaka jest większość naszych dzieci. Płacze, kiedy się zdenerwuje, boi się wizyty u lekarza, dokazuje z przyjaciółmi. Oczywiście sprząta klocki i myje zęby przed snem, ale dokładnie to samo robią wszystkie te dzieci, które mają dostosowane do ich wieku, jasne komunikaty. Podam przykład: kiedy poprosiłam mojego czteroletniego synka, aby posprzątał bałagan, nie zrobił kompletnie nic. Ja się wściekłam – synek płakał. Klops. Uświadomiłam sobie dopiero później, że on po prostu nie wiedział, o co mi chodzi. Bo skąd miał wiedzieć, czym jest dla mamy bałagan? Dla niego samochodziki w cieście biszkoptowym były jak najbardziej na miejscu!

Tworząc historyjki o Kici Koci, nie pisałam o takich sytuacjach. Skupiłam się na czymś innym. Chciałam w sposób czytelny, choć nie nachalny, pomóc dzieciom w porządkowaniu świata i wskazać zachowania słuszne, a nie – naganne. Równocześnie chciałam otworzyć dzieci na nowe pomysły do zabaw, do których nie potrzebują kolejnych samochodzików czy lalek. Chciałam też pokazać im, że wszelkie uczucia, jakie przeżywają (nieważne, czy to jest strach, złość czy śmiech) – to są uczucia jak najbardziej normalne. Tak jest choćby w historyjce o basenie. Kicia Kocia boi się wejść do wody i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Poza tym, pisząc o Kici Koci, miałam również nieśmiałe marzenie, że moje książeczki mogą pomóc niektórym rodzicom. Jeśli po przeczytaniu przygody o wspomnianym basenie jakiś tata (lub mama) pozwoli swojemu synkowi na lęk przed wodą i zamiast uporczywie go namawiać, by do niej wszedł – przytuli go i pogodzi się z faktem, że jego pociecha nie zanurzy stóp w morzu przez kolejne dwa sezony – to wspaniale! (przyjdzie czas, że zacznie pływać jak ryba). Jeśli jakaś mama (lub tata) poświęci nieco więcej czasu i wspólnie z dzieckiem przyrządzi kolację, nie bacząc na umazany masłem stół i rozciapany pomidor na białej bluzce – to znaczy, że moje pisanie ma sens! ...Ale wezmę pod uwagę to pytanie i - jeśli czytelnicy będą chcieli, aby Kicia Kocia rozwijała swe skrzydła – w kolejnej książeczce dodam Kici Koci pazurki.


Dlaczego tego typu serie zdobywają sobie serca najmłodszych czytelników? Co w nich takiego jest?


– Przyznam, że wzruszyło mnie to pytanie. Bardzo chciałabym, aby tak właśnie było! Kicia Kocia jest przecież prawie jak moje trzecie dziecko. Jej powstanie i powstawanie to proces niezwykle osobisty. Wynik zetknięcia rodzicielskiej miłości z potrzebami twórczymi. Tak, tak, wiem, że to brzmi patetycznie, ale nic nie poradzę. Kocham swoje dzieciaki bezgranicznie i zwyczajnie. I taka jest Kicia Kocia. Zwyczajna i szczera. A przy tym dałam jej wyrazistą kreskę, aby z daleka było ją widać :). Jeśli więc Kicia Kocia zdobywa serca innych dzieci – to może właśnie dlatego? Dzieci mają instynkt. Nie jest łatwo je oszukać. Wyczuwają fałsz na milę.



Czy w najbliższym czasie ukaże się więcej książek z serii z Kicią? Proszę opowiedzieć o swoich planach.


– To, czy Kicia Kocia się ukaże, zależy tylko od dzieci i ich rodziców. We mnie oczywiście kłębią się pomysły, ale tak to już jest, że kto raz zacznie pisać, temu trudno przestać. Obecnie pochłonięta jestem pracą dla wydawnictwa wydającego podręczniki szkolne, mam też trochę innych zobowiązań. W wolnym czasie chciałabym skończyć opowiadania, które są kontynuacją przygód zebranych w wydanych kilka lat temu tomikach „Mela” oraz „Franio”. (Któraś z mam na blogu wspominała o „Meli”– dziękuję za miłe słowo. Cieszę się, że książka się podoba!).


Czytelnicy bloga mieli kilka całkiem prywatnych pytań, inspirowanych Kicią Kocią. A zatem: Czy lubi Pani gotować? Czy gra Pani na jakimś instrumencie? i Czy Kicia Kocia ma młodszą siostrę?


– Bardzo lubię gotować. Warunek jest jeden – nie muszę się spieszyć, a tak niestety zdarza się rzadko. Całe szczęście mam rewelacyjną mamę i wspaniałą teściową. Często korzystam z ich pomocy. (Takie babcie to rarytas). Mąż bardziej nadaje się do zmywania, choć historyjka o wspólnym pieczeniu ciasteczek babci i Kici Koci była zainspirowana właśnie jego działaniem. Któregoś popołudnia postanowił ugotować kopytka. Do wspólnego gotowania zaprosił dzieci. Pamiętam, że większość kopytek była rozdeptana na kuchennych deskach, a te, które znalazły się na talerzu – wyglądały... hm... artystycznie. Ale były dobre!

– Nie, nie gram, chociaż zawsze chciałam. Mam jednak pewne doświadczenie. Kiedyś pofolgowałam swoim marzeniom i kupiłam pianino. Nauczyłam się brzdąkać na dwie ręce! Teraz to pianino służy moim dzieciom. Starsza córka gra na skrzypcach. Radzi sobie wspaniale. Synek jeszcze jest zbyt mały, abym mogła powiedzieć o graniu, niemniej często siada przy klawiszach, a jeszcze częściej przy bębnie. Dzieci czasami dają nam wspólny koncert... Współczuję sąsiadom.

– Kicia Kocia ma młodszego brata... albo może Kicia Kocia ma starszą siostrę. Nie, to raczej Kić Koć ma starszą siostrę. Sama nie wiem. Pogubiłam się.


W jaki sposób pracuje Pani nad książką? Czy najpierw powstają ilustracje, a potem tekst, czy odwrotnie? A może tworzy Pani symultanicznie?


– Najpierw piszę, chociaż zdarza się, że jakiś obrazek staje się inspiracją dla przygód. Tak było z Kicią Kocią policjantką. Mój synek zażyczył sobie portretu Kici Koci w policyjnym mundurze. Musiałam spełnić to życzenie. Historyjkę o policjantce napisałam później... chyba opowiedziała mi ją sama Kicia Kocia :).


Co inspiruje Panią do tworzenia książeczek dla dzieci? Skąd przychodzą pomysły na książki?


– Czasami jest to jakieś wspomnienie, czasami zapach, ale przede wszystkim – dzieci. Gdyby nie one – książeczki by nie powstały.

Czy jest jakieś ulubione miejsce/czas, w którym lubi Pani pisać?


– Książkę zaczynam pisać w nocy, tuż przed zaśnięciem, w łóżku. Tak powstaje pomysł (pewnie dlatego cierpię na bezsenność, bo rozbudzam się wymyślaniem). Następnego dnia siadam przy swoim biurku. Stoi przy oknie, dzięki czemu mogę spoglądać na zewnątrz. Tuż pod oknami rośnie wielka tuja. Zabiera trochę światła, ale jest wiecznie zielona i zadomowiło się w niej wiele ptaków. Dzięki córce wiem, że to nie tylko wróble, ale też sikorki, kosy i kowaliki. Trochę lasu w środku miasta. Bardzo to lubię.

Czy pisanie książek jest spełnieniem Pani marzeń z dzieciństwa?


– Tak. Choć zdałam sobie z tego sprawę dopiero niedawno. W dzieciństwie jednym z moich ulubionych zajęć było wymyślanie różnych historii. Głównie horrorów. Straszyłam nimi moje przyjaciółki. One to uwielbiały. Pisałam też wiersze i chodziłam na kółko literackie. Potem o tym zapomniałam. Cały czas szukałam pomysłu na siebie. Śpiewałam w chórze, malowałam. Myślałam o studiach filozoficznych, psychologii. W rezultacie skończyłam Konserwację i Restaurację Dzieł Sztuki, ale i to okazało się nie dla mnie, mimo – pochwalę się – wspaniale obronionego dyplomu i pracy magisterskiej, o której mój recenzent powiedział, że to pierwsza praca od 20 lat, którą czytał z taką przyjemnością.

Czy przy pisaniu asystuje jakiś „dziecięcy recenzent-podpowiadacz”?


– Oczywiście. Mam ich dwoje. Córka (starsza) bardziej się czepia. Synek przede wszystkim zadaje pytania. Nie doceniamy bystrości i zdolności logicznego myślenia naszych dzieci!


Jaka jest Pani ulubiona książka z dzieciństwa?


– Jest ich trochę... Z tych najmłodszych lat: „Plastusiowy pamiętnik” oraz „Nils Paluszek”. Potem zachwyciłam się „Tajemniczym ogrodem” oraz (jakżeby inaczej) „Anią z Zielonego Wzgórza”. Wreszcie – uwaga, uwaga – zakochałam się w „Winnetou”! (taak, wiem, co pisze się na temat autora i jego książek).

Twórczość którego ze współczesnych pisarzy dziecięcych poleciłaby Pani rodzicom?


– Obecnie można cieszyć się coraz większą liczbą książek napisanych przez polskich autorów, również tych bardzo młodych. W znajdowaniu czegoś interesującego sprawdza się przyjaźń z bibliotekarką, która śledzi nowości. Ja zazwyczaj szukam wskazówek w sieci, choćby na blogu „Czytanki – przytulanki”:). Takie blogi są tworzone przez ludzi z pasją, ich opinie warto brać pod uwagę. Oczywiście internet nie wyczerpuje bogactwa, jakie kryje się w gąszczu (nie zawsze świetnych) pozycji wydawniczych. Przy wyborze książki często musimy się kierować pierwszym wrażeniem. Zdarza się, że buszując z dziećmi w księgarni, przeczytam kilka zdań i książka ląduje w koszyku. Ale bywa, że potem w domu spotyka nas rozczarowanie. Wiele o książkach może powiedzieć wydawca, choć i to bywa niesprawiedliwe, zwłaszcza dla wydawnictw mało znanych.

Przyznam, że nie czuję się ekspertem od literatury dziecięcej, niemniej mogę powiedzieć, jakie książki można znaleźć w naszej domowej biblioteczce. Ponieważ pytanie dotyczy współczesnych pisarzy, nie będę wymieniać nieżyjących już (choć żywych) ikon minionego wieku. Nawet nie wspomnę o Astrid Lindgren i uwielbianych: Roaldzie Dahlu i Gianni Rodari :). ...Chociaż zrobię wyjątek dla „Momo” Michaela Ende. Uważam, że to obowiązkowa pozycja nie tylko dla dzieci, ale przede wszystkim – dla RODZICÓW!

Wracając do meritum – moje dzieci czytają bardzo różne książki. Oczywiście inne są książeczki dla młodszego synka, inne dla starszej córki, ale nawet te „maluszkowe” książeczki chętnie są oglądane przez dorosłą dziewięciolatkę, a synek – mimo że lubi już książki o bardziej skomplikowanej fabule – z przyjemnością wraca do tych prostszych, zwłaszcza jeśli czyta mu siostra. Na naszych półkach, obok uroczych, pełnych ciepła opowiadań Eli Pałasz, stoją zadziorne historyjki Lauren Child, zaraz dalej – poetyckie historie Zofii Beszczyńskiej, obok nich – książki Wojciecha Widłaka, Anny Onichimowskiej i wiersze Agnieszki Frączak, za nimi leżą kapiące kolorem książki Lili Prap i zabawny kot Roba Scottona - ups! – widzę „Koralinę” Neila Gaimana, którą ostatnio zaczytywała się córka (trzęsąc się ze strachu – a na filmie się nie bała!), dalej kuszą nasi skandynawscy ulubieńcy: Sven Nordqvist, Birgitta Stenberg, obok – o! – to chyba coś mojego. Mogłabym wymieniać i wymieniać.


Proszę opowiedzieć o swoich ulubionych mistrzach ilustracji, jeśli tacy istnieją...


– Niewątpliwie duży wpływ na mnie miały studia. Jak wspomniałam, skończyłam konserwację malarstwa. Na studiach poznałam też męża, niepoprawnego studenta grafiki warsztatowej. Mój charakter, a także mieszanka atmosfery szacunku dla sztuki dawnej – z jednej strony, oraz wariactwa i eksperymenty studentów grafiki – z drugiej, sprawiły, że kocham różnorodność. Przechodzi mnie dreszcz, kiedy widzę piękne obrazy średniowieczne, kocham malarstwo Georges’a de La Toura, Vermeera. Zatyka mnie przed pracami Egona Shiele, prerafaelitami i fowistami. Dada?, surrealizm?, Max Ernst? – och! Dawid Hockey, grupa Twożywo – tak. Świat jest piękny.

Piękny również dlatego, że jest wielu fantastycznych ilustratorów. Ale tutaj stosuję nieco inne kryteria. Lubię ilustratorów, którzy malują „ładnie”. Wiem, że mogę tym słowem narazić się niektórym twórcom, ale jako mama dwójki dzieci, w książkach dla nich poszukuję ciepła i „ładności” właśnie. Kilka razy nie mogłam się oprzeć i kupiłam opracowania – nazwę to – odważne, w których zacierała się granica między literą a grafiką, lub opracowania z drapieżną, nawet dziwaczną ilustracją. Moje dzieci tych ksiażek co prawda nie odrzuciły, ale też i nie sięgają po nie. Wolą inne. Te książki zatem nie stały się częścią dziecięcej biblioteki. Stoją teraz na naszej (dorosłej) półce. Owszem. Cieszą, ale nas. Dzieci nie są nimi zainteresowane (może kiedyś...).

Dlatego chylę czoło przed tymi ilustratorami, którzy potrafią pogodzić wysoki poziom artystyczny z szacunkiem dla młodego czytelnika. Tacy ilustratorzy kochają i rozumieją dzieci. Z rodzimego podwórka wymienię choćby Pawła Pawlaka (doczekał się zresztą wielu naśladowców; wystarczy przejrzeć trochę książek, aby przekonać się o ich „pawlakowości”). Szalenie lubię genialne rysunki Bohdana Butenki. Nieustannie podziwiam wycinanki Ewy Kozyry-Pawlak i nastrojowe rysunki Renaty Liwskiej. Ostatnio urzekły mnie ilustracje Nicoletty Ceccoli. Podziwiam ilustracje Briana Wildsmitha. Mogłabym podać jeszcze długą listę. Jest jednak dwóch artystów, których sztukę cenię szczególnie: to Piotr Fąfrowicz i absolutnie zadziwiający, magiczny Shaun Tan.

Dziękuję Pani serdecznie za wywiad! :)

piątek, 18 marca 2011

Frances Hodgson Burnett "Tajemniczy ogród"


Tajemniczy ogród to książka dla nas ważna. Marta miała około półtora roku, gdy ją czytałyśmy. Pewnie niewiele z niej wtedy zrozumiała, ale potrafiła słuchać (leżąc w łóżku i pijąc mleko). Wyraźnie się ożywiała, gdy czytałam fragmenty o rudziku. Dla mnie lektura Tajemniczego ogrodu dziecku stanowiła wielką frajdę. Wydanie, z którego wtedy korzystałyśmy, było załącznikiem do margaryny Rama:) Promocyjny egzemplarz nie posiadał ilustracji. Na szczęście wykorzystano przekład Jadwigi Włodarkiewicz z 1914 roku (dla Naszej Księgarni).

Wydanie, które dziś trzymam w ręku, jest o wiele bardziej dopieszczone. Na pewno zainteresuje Was fakt, że tłumaczenia dokonał Paweł Beręsewicz! Tak!, ten od Kaśki Kwiatek, Ciumków i czykolady. Próbowałam z ciekawości porównywać oba przekłady. Oczywiście język Jadwigi Włodarkiewicz trąci myszką, jednak i u Beręsewicza zdarzają się archaiczne formy, na przykład szyk przestawny:

W ten oto dziwny i nagły sposób dowiedziała się Mary, że nie ma już ojca ani matki, bo oboje umarli, a ich ciała zabrano w nocy.

Najważniejsze jednak dla mnie pozostaje to, że za sprawą autora przekładu Tajemniczy ogród czyta się z ogromny zaciekawieniem.

Uwagę zwracają też ilustracje Alicji Rybickiej. Mamy ich w książce dwa rodzaje. Każdy rozdział poprzedzony został obrazkiem jakby wyjętym z leksykonu florystycznego. Przedstawia bowiem kwiat wraz z krótkim jego opisem. Pozostałe ilustracje odnoszą się do akcji powieści i namalowano je w brązowej tonacji. Na niektórych pojawia się czasem dodatkowo inny kolor – najczęściej zielony i fioletowy.

O treści pisać nie będę, bo kto nie zna Tajemniczego ogrodu. Dodam jedynie, że mnie spodobało się zestawienie samolubnej kapryśnicy (u Beręsewicza przetłumaczono jako „panna zbuntowana”) Mary z rozwiezionym Colinem. Nie sądziłam, że dzieci dawno, dawno temu też potrafiły wpadać w histerię i rozstawiać tym samym dorosłych po kątach. Dlatego proponuję ją dziś rodzicom, którzy właśnie takie zbuntowane maluchy mają w domu.

Możesz kupić tutaj: Tajemniczy ogród 

Ilustracje: Alicja Rybicka
Oprawa: twarda
Ilość stron: 320
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 240x165 mm
ISBN: 978-83-7437-559-7

czwartek, 17 marca 2011

"Butenko, uczeń Matejki" - rozmowa z Butenką w "Wielkim Formacie" (GW)


Musiał pan napsuć sporo krwi wydawcom swoimi pomysłami. Wycięte w stronach dziurki od klucza, czarne strony, puste miejsca do wypełnienia przez czytelników. Zawsze bez zastrzeżeń przyjmowano pana pomysły?

- Na ostatnim roku ASP - był to rok akademicki 1954/55 - trzeba było odbyć roczną praktykę, zwykle w wydawnictwie. Ja zgłosiłem się do Domu Słowa Polskiego, wielkiej, najnowocześniejszej w owym czasie drukarni w Warszawie, pracującej na offsetach. Dzięki temu poznałem różne tajemnice tego fachu. To ułatwia mi życie do dziś. W sytuacjach, kiedy pan drukarz mówi, że czegoś się nie da zrobić albo że coś jest za trudne, to ja mu mówię - może by pan spróbował tego czy tamtego. I rozmowa od razu staje się inna. Zależało mi kiedyś na czarnym kolorze stron, bez tego nie byłoby sensu wydawać tej książki. Wydawca zapewniał mnie, że mają bardzo dobrego drukarza, ale powiedziałem, że chętnie bym się z nim spotkał. Drukarz pokazał mi próby. Jak się na stronę patrzyło wprost, faktycznie była czarna, gdy się ją odchyliło - wychodził kolor brązowy. To dlatego że drukarz podłożył sobie pod tę czerń czerwień, to są takie techniczne szczegóły. Zakomunikował mi, że inaczej się nie da. A ja go spytałem, czy on ma drabinkę.

Drabinkę?

- On też się zainteresował: po co panu drabinka? Ja mu na to, że skoro on nie może mi pomóc, to ja wejdę po tej drabince na maszynę i zobaczę, co się da zrobić. Posmutniał i odparł: to ja już sam tam wejdę. Rozstaliśmy się, następnego dnia czekały na mnie cztery dobre próby, a pan drukarz zapytał mnie: no to którą wybieramy? Wybraliś-my wspólnie najlepszą.

Odwiedzałem go przez kolejny tydzień. Ostatniego dnia przychodzę, a koło maszyny leży cała sterta arkuszy z mojej książki. Spytałem o nie. - A, to do wyrzucenia - powiedział pan drukarz. Okazało się, że był tam błąd drukarski, który normalnie bez mrugnięcia okiem zostałby włączony do nakładu. W tym przypadku on sam postanowił pozbyć się tych stron. Rozstaliśmy się jak najlepsi przyjaciele. Książka ta dostała potem nagrodę w konkursie na najpiękniejszą książkę roku Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. To był nasz wspólny sukces. Nie zawsze mi się jednak udaje.


Zapraszam do lektury bardzo ciekawej rozmowy z Bohdanem Butenką. Całość przeczytacie TUTAJ

wtorek, 15 marca 2011

Katarzyna Pranić "Ela-Sanela"


Debiutancka powieść Katarzyny Pranić przeznaczona jest dla młodzieży w wieku od 10 do 14 lat. Tematyka, podjęte zagadnienia, przesłanie pozwalają jednak odsyłać do tej książki i starszych czytelników. Pranić dotyka tu kwestii pochodzenia, korzeni, tożsamości, ale także wojny i bolesnych, splątanych ludzkich losów. To bardzo poważna powieść, która przypomina mi porcelanową filiżankę. Piękną i delikatną.

Delikatna jest przede wszystkim główna bohaterka – Ela. Autorka daje nam ją poznawać stopniowo. Czytelnik zaskoczony odkrywa nowe fakty dotyczące życia dziewczynki. Wpierw obserwujemy zwyczajną, dość nieśmiałą, dwunastolatkę. Czujemy wobec niej sporo sympatii. Nieobce jest przecież każdemu nastolatkowi to poczucie niepewności wobec samego siebie – na ile mnie stać? Czy jestem kimś wyjątkowym czy jestem zupełnie zwyczajny? Czy odważyć się zagrać w przedstawieniu czy lepiej dać sobie spokój – zastanawia się Ela. Kilkadziesiąt stron dalej autorka odkrywa kolejną kartę. Oto nauczycielka zwraca się do dziewczynki „Sanela Hasani”. O ile do tego momentu byliśmy przekonani, że czytamy książkę o dojrzewaniu, szukaniu siebie – swoich pasji, realizowaniu marzeń, tak nagle zdajemy sobie sprawę, że biografia Eli jest o wiele bardziej skomplikowana. Wkrótce dowiadujemy się, że Ela jest Bośniaczką, która została rozdzielona od rodziców i rodzeństwa, gdy na Bałkanach wybuchła wojna. Dziewczynką zaadoptowała polska lekarka, którą Ela nazywa Babcią.

Nie chciałabym tu odkrywać zbyt wielu szczegółów powieściowej akcji, ponieważ autorka stosuje zabieg stopniowego dozowania wiedzy o losach Saneli. Czytelnik czuje się coraz bardziej zaskoczony, ale i zaciekawiony. W którymś momencie – podczas lektury – nie ma już odwrotu: powieść musi być przeczytana do końca, natychmiast.

Powieść Katrzyny Pranić podejmuje wiele zagadnień. Autorka nie rości sobie jednak prawa do bycia wyrocznią. Raczej zaprasza czytelnika do refleksji. Podsuwa mu tematy, nad którymi warto się zastanowić. Wielokrotnie odwołuje się do Małego Księcia, pokazując jak bardzo aktualne i wieloaspektowe pozostają wypowiedzi Lisa, na przykład ta, że „jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Autorka nie waha się też pokazać, że życie – także nastoletniej dziewczynki – może być niesamowicie skomplikowane. Dojrzewanie rozumiane jako odkrywanie własnej tożsamości jest procesem zwyczajnie bolesnym, choć zdecydowanie potrzebnym i w gruncie rzeczy pozytywnym.

Ela-Sanela została nagrodzona w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren. Bardzo cieszy mnie fakt, że pisze się dla młodych książki o czymś, książki trudne, zmuszające do przemyśleń.

Możesz kupić tutaj: Ela-Sanela

ilustracja na okładce: Ola Cieślak
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 248
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Stentor Kora
Wymiary: 12.5 x 19.5 cm
ISBN: 9788361245667

poniedziałek, 14 marca 2011

„Świerszczyk” nr 06/2011


Każdy jest inny! – a jednak wielu osobom, dzieciom trudno ten fakt zaakceptować. Maluchy potrafią być wyjątkowo okrutne wobec kolegi, który ma piegi czy koleżanki, która została adoptowana. Dlatego nauki tolerancji nigdy za wiele.

Czego mogą się nauczyć dzieci z najnowszego „Świerszczyka”? Na początek tego, że jeśli będziemy innym narzucać swoje zdanie i punkt widzenia, to wkrótce nawet najwytrwalsi mogą się od nas odwrócić (Krasnoludkowe ubranka Małgorzaty Strzałkowskiej). Następnie tego, że inność jest fajna, bo czyni nas wyjątkowymi. Każdy z nas jest niepowtarzalny – mówi Bajetan. Odmienność może też stać się z czasem największym atutem, o czym pouczają przykłady wymienione w dziale „Chcę wiedzieć więcej...”.

Najpiękniejsze przesłanie płynie jednak z opowieści O Panu Wielorybie i Malej Szu. Dziewczynka na pytanie, czy widzi w wielorybie coś dziwnego, odpowiada „nic”. Uwalnia tym samym wieloryba od pewnej klątwy. Dzięki jej słowo, góry się rozstępują i wieloryb może wypłynąć na pełne morze. Tak naprawdę dziewczynka uwalnia go jednak od kompleksów. Akceptując go takim, jaki jest (a jest różowy), daje mu prawdziwą wolność wewnętrzną.


Zajrzyjcie też na powyższy obrazek (w tym na ciekawy sposób konstruowania krzyżówek dla maluchów, które nie potrafią czytać). Nawet przez rozrywkę dzieci mogą uczyć się, że:

Jeden lubi to,
drugi lubi to!
No i co? I nic?
No i co? I pstro!

Strona "Świerszczyka"

Wyniki losowania konkursu z Prymulką

Przepraszam, że tak późno, ale net przestał działać przez chwilę.

Z radością ogłaszam, że wylosowana osoba to Justyna, mama Kaliny i Gai:)
Proszę o kontakt na mail: kamienna1@wp.pl

Śledźcie bloga uważnie, bo niebawem kolejny konkurs z książkową nagrodą:)

piątek, 11 marca 2011

Przemysław Wechterowicz, Marta Ignerska "Alfabet"


Dość nieufnie podchodzę do niektórych ilustracji w książkach dla dzieci. Myślę, że nie jestem w tym odosobniona. Oczekujemy, że obrazki będą ciepłe, pogodne, cieszące oko. Łagodna kreska i spokojne barwy wydają nam się tym, czego dzieci potrzebują. Dlatego takie ilustracje, jak te w najnowszej książce Przemysława Wechterowicza i Marty Ignerskiej budzą w rodzicach (w każdym razie u większości) pewien niepokój. Po pierwsze, możemy tu zapomnieć o łagodnej kresce i stonowanych kolorach. Po drugie, sami nie zawsze jesteśmy pewni, co zostało namalowane. Po trzecie, czujemy, że przełamuje się w tej książce dziecięcej jakieś tabu estetyczne albo inaczej – wychodzi się poza ramy estetyki, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Podobnie zresztą jest z tekstem.

Nieufność jednak nie oznacza odrzucenia na starcie. Dlatego skonfrontowałam książkę z małym odbiorcą, czyli córką, która literami zaczyna się żywo interesować (zna kilka, potrafi nazwać i zapisać). I co? I zero zdziwienia tak formułą książki, jak ilustracjami. Mało tego książka jej się podobała bardzo. Być może dlatego że potraktowałam Alfabet jak zachętę do zabawy. Można bowiem na niej wymyślać zadania na spostrzegawczość, rysowanie paluszkiem, zgadywanki, ćwiczenia języka, wymyślanie własnych historyjek, gimnastykę ciała. Innymi słowy, książka Wechterowicza/Ignerskiej pobudza do kreatywnych rozwiązań. Zdumiało mnie to, ile pomysłów na obcowanie z tą pozycją przyszło mi (nam) do głowy. Przecież nikt nie napisał nam poleceń, a jednak odnosi się wrażenie, że gdzieś tam pomiędzy kreską, ciapką a wyklejką ktoś pochował haczyki, za które wystarczy pociągnąć, aby wyskoczyło zadanie do wykonania.


Książka pomyślana została jako zbiór historyjek ludzików, którym towarzyszą litery. Na poszczególnych rozkładówkach znajdziemy: po lewej – literę zapisaną drukiem, prawie na całą stronę, oraz zazwyczaj jedno zdanie tekstu komentującego ilustrację (przy czym litera-bohater w tekście została wytłuszczona i nie jest to bynajmniej litera rozpoczynająca słowo), po prawej zaś znajdziemy wyklejkę-postać lub postaci, których ciało (ciała) układa się w literę właśnie. Ignerska rzadko podąża za oczywistymi skojarzeniami, że jeśli B to brzuch, a jeśli M to mama (choć jest U jak Usta i O jak Oko). Jej ludziki żyją swoim życiem i, można powiedzieć, w nosie mają alfabet. Ilustratorka próbuje tu pokazać, że litery mogą kryć się wszędzie i za wszystkim, nie tylko w zeszycie i książce. Zaprasza tym samym do otwierania oka na świat i szukania znaków w ludzkich pozach czy przyrodzie.

Teksty Wechterowicza z kolei to wypowiedzi, komentarze ludzików. Czasem dowcipne, zazwyczaj mocno zachęcające, by coś od siebie dopowiedzieć. Moje ulubione to te spod literki R i N. Zupełnie jednak nie zrobiłyby tu na was żadnego wrażenia, gdybym zacytowała, oderwawszy od ilustracji. Teksty są podporządkowane obrazkom i same nie miałyby racji bytu.


Alfabet zaskoczył mnie więc dość mocno. Wydawałoby się, że książka jest dość oszczędna, a tu proszę – ile kryło się w niej możliwości.

Nadal jednak zastanawiam się, czy jest to książka dobra dla dzieci. Mam wrażenie, że nie spodoba się wszystkim. Raczej tylko niektórym. Tym bardziej wyrobionym. Nie ma co ukrywać, niektóre dzieci mają większe doświadczenie książkowe i taka Ignerska ich nie zrazi. A nawet wręcz przeciwnie. Inne zaś rzucą okiem, stwierdzając szybko, że wolą książeczki z kucykami pony. I nic w tym szczególnie dziwnego, w świecie takich książek się przecież zawsze obracały. To tak, jak z dorosłymi. Jedni lubią jazz, inni go nie znoszą. Albo z malarstwem abstrakcyjnym – jedni się zachwycają, inni twierdzą, że to głupie bohomazy. Co kto lubi…

Możesz kupić tutaj: Alfabet 

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 54
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Znak emotikon
Wymiary: 32.0 x 24.0 cm
ISBN: 9788324015320

Książki-Laureatki II Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren

środa, 9 marca 2011

Rafał Klimczak "Nudzimisie"


Ach, jakżebym chciała, żeby moje dzieci odkryły, że można zawołać nudzimisia i świetnie się z nim bawić. Zamiast przywoływać te stworki jednym: „nudzi mi się”, moje łobuzy wołają „mamo, pobaw się ze mną”. Efekt jest chyba w sumie podobny:)

Rafał Klimczak opowiada nam o Szymonie, który wciąż się nudzi. Pewnego dnia tata sugeruje mu, by wołał do zabawy nudzimisie, czyli małe stworki z dużymi uszami, które przybywają, aby bawić się z dziećmi. Bohater początkowo nie jest zbyt do tego przekonany, ale postanawia spróbować. I oczywiście jest dokładnie tak, jak mówił tata. Odtąd Szymek nie tylko się nie nudzi, ale też bardzo się zmienia.

Akcja powieści toczy się naprzemiennie w świecie chłopca i w Nudzimisiowie. Wpierw poznajemy środowisko domowe Szymka, aby po chwili przenieść się wraz z nudzimisiem Hubkiem do jego krainy. Chłopiec jednak nie ma tam dostępu – jedynie czytelnik zyskuje ten przywilej, by zobaczyć, jak żyją dziwne stworki, jak wyglądają ich domy, co jedzą i czym się zajmują. Następnie wędrujemy z Szymonem do przedszkola. Właśnie tam dzieci dowiadują się, że można przywołać nudzimisia i z tej propozycji chętnie korzystają w swoich własnych domach.


Sympatyczna powieść Rafała Klimczaka powinna przemawiać do dzieci, które nie potrafią się same bawić bądź którym brakuje wyobraźni. Być może lektura tej książki wyzwoli w nich odruch wymyślania własnych zabaw, rozmawiania z wyimaginowanymi postaciami i doda też nieco odwagi. Bo autor próbuje również zwrócić uwagę na bardzo ważne problemy. Na przykład na kwestię dokuczania słabszym, zazdrości, objadania się słodyczami czy dotrzymywania tajemnicy. Treści wychowawcze zostały tu sprytnie przemycone i młody czytelnik nie musi się czuć moralizowany, ale raczej zachęcany, ponieważ pokazuje mu się negatywne konsekwencje pewnych zachowań. Nudzimisie to więc postaci, które nie tylko pomagają naszym dzieciom się nie nudzić, ale także je wychowują.

PS
Jeszcze jedna uwaga (przypomniało mi się po czasie, więc edytuję). Hubek-nudzimiś sepleni. I ja nie jestem przekonana, żeby to był dobry zabieg w literaturze dziecięcej. Maluch czyta bądź słyszy wtedy mowę (język) niepoprawną.

Możesz kupić tutaj: Nudzimisie 

Ilustracje: Agnieszka Kłos-Milewska
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 128
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 17.0 x 25.0 cm
ISBN: 9788374376280

Przecinek i kropka 2010 - plebiscyt na najlepszą książkę


Konkurs na Najlepszą Książkę Dziecięcą „Przecinek i kropka” to pierwszy na polskim rynku plebiscyt dotyczący książek dla najmłodszych, w którym zwycięzcę wybierają bezpośrednio czytelnicy: rodzice i dzieci. Celem Konkursu jest wyłonienie i promocja najbardziej wartościowej, a zarazem najpiękniej wydanej książki dla dzieci od 5 do 8 lat.

W tym roku do nagrody „Przecinek i Kropka” 2010 wydawcy zgłosili ponad 100 tytułów. Wśród nich znalazły się zarówno formy literackie (bajki, baśnie, opowiadania, wiersze) jak i poradniki czy książki edukacyjne. Zgłoszone zostały również książki, które w 2010 roku ukazały się w nowym tłumaczeniu, bądź nowej szacie graficznej.

Spośród nadesłanych książek jury konkursu wytypowało 10 nominacji do nagrody „Przecinek i Kropka”. Wyboru zwycięzcy dokonają czytelnicy w głosowaniu internetowym za pośrednictwem portalu przecinekikropka.pl. Plebiscyt trwa od 9 marca do 30 kwietnia.

Pozycja, która uzyska największą liczbę głosów, zostanie Najlepszą Książką Dziecięcą „Przecinek i Kropka” 2010 i będzie polecana przez Empik rodzicom oraz najmłodszym czytelnikom jako wyjątkowy tytuł, po który warto i należy sięgać (długofalowa promocja w salonach Empik w całej Polsce oraz na Empik.com). Oficjalne ogłoszenie wyników Konkursu i wręczenie nagrody nastąpi 12 maja podczas 2. Warszawskich Targów Książki.

Głosujcie!

Nominowane książki to:

Nagroda Literacka im. Władysława Reymonta 2010


Obradujące 3 marca 2011 roku Jury pod przewodnictwem Jerzego Bartnika, Prezesa Związku Rzemiosła Polskiego, ogłosiło laureatów

17. już edycji Nagrody Literackiej im. Reymonta.

W kategorii „książka roku 2009” nagrodę otrzymał

Henryk Bardijewski - za książkę "Wyprawa do kraju księcia Marginała"

wydaną w dziale literatury dziecięcej i młodzieżowej KORA przez Wydawnictwo STENTOR.

Nagroda Literacka im. Władysława Reymonta została ustanowiona w 1994 roku przez Związek Rzemiosła Polskiego we współpracy ze Stowarzyszeniem Pisarzy Polskich i Związkiem Literatów Polskich. Nominowanych do Nagrody rekomendują: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Związek Literatów Polskich, Związek Rzemiosła Polskiego oraz członkowie Jury. Kandydatów do nagrody za książkę roku mogą zgłaszać również wydawnictwa. W skład Jury wchodzą: laureaci poprzednich edycji Nagrody, członkowie Prezydium Zarządu Związku Rzemiosła Polskiego prezesi związków twórczych pisarzy.


W tym roku w kategorii „za twórczość całego życia” nominowano 6 pisarzy, a w kategorii „za książkę roku” aż 36 autorów.

O książce:
Wszystko zaczęło się od tego, że zachorował pan od geografii, a na zastępstwo przyszedł do klasy woźny Mikołaj, który znał mnóstwo przedziwnych opowieści... Świetna lektura dla dorosłych i dla dzieci. Zabawna, oparta na subtelnym dowcipie, aluzjach i grach językowych bajka o dziwnym księstwie, w którym nie ma środka, a wszystkie sprawy toczą się na marginesie. Nieco groteskowy świat pełen absurdalnych sytuacji, w których mimo wszystko daje się dostrzec zadziwiające podobieństwo do znanej skądinąd rzeczywistości.

Informacje pochodzą od wydawcy.

wtorek, 8 marca 2011

„Bluszczyk” nr 4/2011


W naszym domu zagościło jeszcze jedno czasopismo literackie skierowane do dzieci. To „Bluszczyk”. Jest miesięcznikiem, a jego mama nazywa się „Bluszcz”. Redaktorem naczelnym „Bluszczyku” jest Iwona Hardej, kierująca portalem bromba.pl oraz forum o książkach dla dzieci i młodzieży.

Kiedy byłam małą dziewczynką, bardzo lubiłam pisać listy. Słałam je do Pankracego i Zielonych Półnutek, do „Świerszczyka”, a nawet do TVP po prostu. Ach, jakże emocjonująca była ta chwila, gdy w radiowej audycji z Zieloną Półnutką przeczytano mój list. A jeszcze bardziej ekscytujący był moment, gdy za sprawą mojego (byłam o tym święcie przekonana :) ) apelu wyemitowano w wakacje serial „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek”. Dlaczego piszę o tym teraz? Ano „Bluszczyk” jest miesięcznikiem zdecydowanie interaktywnym, nastawionym na kontakt z czytelnikiem. Na co drugiej stronie zaprasza się małych odbiorców do wzięcia udziału w konkursie, drukuje obrazki i listy! I od razu ożył we mnie ten duch małej dziewczynki, która śle listy:)

Pewnie jesteście ciekawi, co można znaleźć w środku. Przede wszystkim cztery opowiadania, przy czym – mam wrażenie – niektóre publikowane są cyklicznie. Czy tak jest – dowiemy się z kolejnym numerem.

W czwartym numerze czytamy więc opowiadanie Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o Filipku (Filipek z Oliwią w wybielaczu). Bohater przypomina trochę Mikołajka. Podobnie jak on ładuje się w kłopoty. Choć mówi bardzo poważnie, czytelnik ciągle się uśmiecha.
Kolejna historia to przygody dobrze nam znanych Kuby i Buby (Grzegorza Kasdepke). Coś mi się wydaje, że kroi się nowa książka o zacięciu zdecydowanie lingwistycznym. Aa!! Słuchajcie, babcia Kuby i Buby wzięła w końcu ślub z panem Waldemarem.
Małgorzata Strękowska-Zaremba jest także autorką cyklu o zaczarowanym pudełku, Marysi i papudze Ambrozji. To opowiadanie najbardziej dziwne, być może dlatego, że bohaterowie wyruszają „w czarodziejską podróż po linii prostej, która nie ma początku ani końca”.
Czwarta historyjka zachęca do odgadywania. Franek opowiada nam swój sen. Zadaniem czytelnika jest odgadnąć, jaki był temat balu karnawałowego i za kogo przebrany był Franek.

„Bluszczyk” zawiera również krzyżówkę, test, lekcję języka angielskiego, rebusy i stronę poświęconą zwierzętom i roślinom zagrożonym wyginięciem, wpisanym do tzw. Czerwonej Księgi. Jest jeszcze skrzynka pocztowa i „Bluszczyk poleca”. Brakuje mi jedynie jakiegoś fajnego plakatu:)


Magazyn różni się od wielu innych miesięczników skierowanych do dzieci dbałością o szatę graficzną i poziomem tekstów. To ciekawa alternatywa dla wielu czasopism, które zalewają półki w kioskach.

Do kupienia w empiku (póki co).

„Świerszczyk” nr 5/2011


Wczoraj musiałam się przejść do szkoły podstawowej w moim mieście. Spotkaliśmy tam chłopczyka, który zaskoczył nas swoim dobrym wychowaniem. Grzecznie odpowiedział na pytania, zaproponował, że nas zaprowadzi do sekretariatu... A tyle się mówi, ze młodzież dziś źle wychowana, że z kultura osobistą u nich na bakier. Może trochę przesadzamy? Nie zmienia to jednak postaci rzeczy – dzieci wychowywać trzeba. Wpajanie zasad bon-ton to nie przeżytek. To konieczność. I choć wydawać się może, że to całe ustępowanie miejsca staruszkom w autobusie i całowanie kobiet w rękę to zdecydowanie passe, w rzeczywistości jest inaczej. Savoir-vivre jest nam wszystkim bardzo potrzebny.

Podobne przemyślenia ma chyba też „Świerszczyk” skoro ten numer poświęcony jest właśnie kulturze osobistej. Sugeruje się w nim, że dobre maniery mogą obłaskawić nawet największego potwora (Opowiastka Natalii Usenko) – to bardzo mądra rada. O potworach traktuje też opowiadanie Marii Ewy Letki Dom na uboczu. Jak zwykle w przypadku tej autorki, nic nie jest tu jednoznaczne i powiedziane wprost. Ja wyczytuję z tej historii przewrotną myśl, że najwięcej chamstwa spotykamy nie na ulicy, a w... telewizji. Trudno mi się nie zgodzić:) Nie sądźcie jednak, że ten numer tylko o potworach. Nie, nie! Małgorzata Strzałkowska oraz kury i kogut w opowiadaniu Płot piętnują wandalizm, a Bajetan Hops podpowiada, jak to zrobić technicznie, by „przepuścić kobietę przodem w drzwiach”.


Bardzo lubimy zabawy z masą solną. „Świerszczyk” stawia w tym numerze na stołową elegancję i proponuje wykonanie świecznika i pierścienia na serwetkę – bardzo inspirujące! Jak zwykle też mnóstwo zagadek tematycznie związanych z kwestią dobrego wychowania.

I sprzed chwili - rozmowa mojej córki z babcią:

Babcia: Wiesz, chciałam ci kupić sukienkę królewny, ale sprzedawczyni powiedziała, że można ją tylko wypożyczyć. I nie chciała mi sprzedać.
Marta: Powinnaś była poprosić ładnie.
:)

Strona "Świerszczyka"

Beata Naklicka "Wiewiórka Prymulka poznaje..." (seria)


Seria z wiewiórką Prymulką to do tej pory pięć książeczek edukacyjnych. Dzieci razem z małą bohaterką poznają kształty, kolory, wielkości, przeciwieństwa i zbiory. Każda część składa się z historyjki, w której Mama bądź Tata Prymulki opowiadają o danym zagadnieniu, oraz kilku pytań do tekstu i ćwiczeń. Seria przeznaczona jest dla najmłodszych dzieci, które dopiero oswajają pewne pojęcia (jak kwadrat, prostokąt, duży/mały, czarny/biały czy ciepły/zimny). Zadania są proste, więc przedszkolak poradzi sobie już bez najmniejszego trudu.

Podoba mi się pomysł na zapoznawanie dzieci z nowymi kategoriami poprzez opowiadanie o nich. Opowieści o Prymulce są dość sympatyczne, wyzwalają w odbiorcy potrzebę zadawania pytań, więc spełniają swoją stymulującą i edukacyjną funkcję. Pewne zastrzeżenia można mieć za to do pytań do tekstu – na niektóre trudno odpowiedzieć nawet dorosłym, bo stawiają na zapamiętanie treści, zamiast na jej rozumienie. Ciekawsze i bardziej urozmaicone mogłyby być także ćwiczenia. Niestety, także ilustracje nie trafiają w mój gust.

Stron: 24
Oprawa miękka
Ilustrowały: Jolanta Ludwikowska, Ewa Ludwikowska

niedziela, 6 marca 2011

Konkurs z Prymulką


Prymulka jest małą, ciekawą świata wiewiórką. Poznając jej przygody, każdy maluch rozwinie wyobraźnię, nauczy się klasyfikować poszczególne przedmioty i dowie się, jak ze względu na pewne cechy i przydatność tworzyć z nich zbiory. Książeczki zawierają ćwiczenia, które pozwalają utrwalić poznane wiadomości.

Dziś chcę zaproponować Wam konkurs, w którym będziecie mogli wygrać zestaw pięciu książeczek o wiewiórce Prymulce. Są to:

  • Wiewiórka Prymulka poznaje zbiory
  • Wiewiórka Prymulka poznaje kształty
  • Wiewiórka Prymulka poznaje kolory
  • Wiewiórka Prymulka poznaje wielkości
  • Wiewiórka Prymulka poznaje przeciwieństwa

Co trzeba zrobić? Wystarczy pozostawić komentarz, w którym wpiszecie imię swojego dziecka/dzieci. Anonimowych proszę o pozostawienie namiaru mailowego.


Konkurs potrwa do niedzieli 13 marca do 19tej.

Nagrody ufundowało wydawnictwo Dreams.

piątek, 4 marca 2011

Paweł Beręsewicz "A niech to czykolada!"


Już dawno nie czytałam tak enigmatycznej i zachęcającej notki do książki. Na okładce znajdziemy takie oto słowa:

Ta książka jest jak mistrzowski pokaz sztuki magicznej. Czytelnik (choć oczywiście ani trochę w magię nie wierzy!) jak dziecko daje się zwieść iluzji. Zafascynowany, ulega sprytnym sztuczkom autora, brnie coraz głębiej w kreowany przez niego świat, a potem… dziwi się, że tak łatwo dał się nabrać, i śmieje z własnej naiwności. Na koniec jednak zostaje z dziwnym poczuciem, że właściwie sam już nie wie, gdzie przebiega granica między rzeczywistością a iluzją. Bo czy świat, w którym żyjemy, nie jest tak naprawdę światem wyczarowanym z kapelusza przez zręcznego magika? Wyśmienita lektura dla starszych i młodszych opatrzona znakomitymi ilustracjami Piotra Fąfrowicza.

Sami powiedzcie, czy nie poczuliście się zaintrygowani. Wiernych czytelników Pawła Beręsewicza od razu chcę ostrzec. Nie jest to kolejna dowcipna powieść o perypetiach młodego bohatera. Najnowsza powieść jest dziwnie dziwna! Począwszy od tytułu, przez fabułę, po ilustracje Fąfrowicza.

Jak nigdy, dziś nie napiszę ani słowa o bohaterach i akcji, bo wtedy powieść straciłaby swój smak. Skupię się za to na odczuciach czytelniczych. Bo wyobraźcie sobie, że znajdziemy tu co prawda młodego bohatera i fantastyczny świat oraz wydarzenia, ale kiedy czytelnik zaczyna być przekonany, że tę niezwykłą fabułę ogarnia, że już mnie więcej wie, co, gdzie i dlaczego, następuje zwrot akcji. A właściwie wprowadzenie zupełnie nowej fabuły. Zupełnie tak jakby ktoś nagle wyciągnął królika z cylindra, mimo że wcześniej włożył do niej chusteczkę. Autor staje się więc sztukmistrzem, który sprytnymi manewrami wyprowadza czytelnika w pole.

Świetna powieść Beręsewicza pozwala czytelnikowi zobaczyć, jak się robi powieść, jakie miejsce zajmuje w niej autor, narrator, bohater i czytelnik. [Jako polonistka zacieram ręce i kręcę się podekscytowana w fotelu, bo już mam w głowie pomysł na lekcję z A niech to czykolada!] Bo – pisarz zwraca uwagę – wszyscy czterej są ze sobą powiązani niewidzialną nicią i czytelnik, jeśli autor trochę się postara, może stać się elementem składowym opowiadanej historii, a co za tym idzie – przeżyć fantastyczną przygodę.


Równie enigmatyczne pozostają ilustracje Piotra Fąfrowicza. Utrzymane w ciemnej tonacji budzą swoisty niepokój, zachęcają do stawiania dodatkowych pytań i przydają powieści powagi.

Książka zdobyła III miejsce w kategorii książek dla młodzieży w wieku 10–14 lat w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren zorganizowanym przez Fundację ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom

Możesz kupić tutaj: O A niech to czykolada! 

Ilustracje: Piotr Fąfrowicz
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 104
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Stentor Kora
Wymiary: 165x165 mm
ISBN: 978-83-61245-65-0

środa, 2 marca 2011

Interesujące nowości lutego 2011


Agata Baranowska O Zającu, który szukał Swojego Miejsca

Historia o zabawce, która ma dość tkwienia na wystawie sklepu i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Opowieść o tym, że choć czasem nie od razu odnajdujemy właściwe miejsce do "bycia", to warto go szukać. Że nie trzeba poddawać się przeciwnościom i żałować kolejnych prób, bo wszystkie te doświadczenia złożą się na naszą niepowtarzalną, a przez to bardzo cenną drogę. To pochwała aktywnej postawy w życiu i próba dodania dzieciom odwagi do działania w przyszłości, kiedy przyjdzie czas na podejmowanie przez nie życiowych decyzji. Nietypowe jak na literaturę dziecięcą tematy ilustracji (m.in. komin fabryczny, uliczne latarnie) rozbudzają w najmłodszych odbiorcach zainteresowanie różnymi motywami, co w przyszłości może zaprocentować ich większą otwartością na sztukę.

Wydawnictwo: Ilustratornia

Możesz kupić tutaj: O Zającu, który szukał Swojego Miejsca 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Antoni Marianowicz Raz czterej mędrcy

Zbiór przezabawnych wierszy dla dzieci pióra mistrza dowcipnych rymów Antoniego Marianowicza.
"Raz czterej mędrcy..." to wesoła mieszanka absurdalnego poczucia humoru, wpadających w ucho rymów, pełnej wdzięku zabawy słowem i świetnych ilustracji wielkiego Janusza Stannego. Jednym słowem - gwarancja dobrej zabawy dla małych i dużych czytelników.

Raz maleńki Karaluszek,
Jadąc z Muszką do Koluszek,
Tak na uszko
Rzekł do Muszki:
"Patrzaj, Muszko,
Już Ko-
luszki".
Zła niezmiernie
Rzekła: "Pleciesz!
To są Skiernie-
wice przecież".

Antoni Marianowicz (1924-2003) - prozaik, poeta, satyryk i tłumacz. Wieloletni redaktor i współpracownik tygodnika "Szpilki". Autor licznych zbiorów wierszy satyrycznych i zbiorów wierszy dla dzieci. Twórca adaptacji sztuk teatralnych i musicali. Przełożył między innymi Alicję w krainie czarów Lewisa Carolla.
Janusz Stanny (ur. 1932) - grafik, ilustrator, plakacista, twórca rysunków satyrycznych. Profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której przez wiele lat prowadził Pracownię Książki i Ilustracji. Zilustrował ponad 200 książek. Jest laureatem wielu nagród krajowych i zagranicznych w dziedzinie ilustracji, w tym Medalu Polskiej Sekcji IBBY za całokształt twórczości dla dzieci i młodzieży.

Wydawnictwo Dwie Siostry

Możesz kupić tutaj: Raz czterej mędrcy 
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Svein Nyhus, Gro Dahle Grzeczna

Mała Lusia jest tak grzeczna, tak grzeczna. Tak grzeczna, że aż pewnego dnia znika.
Grzeczna to kolejna, po "Włosach mamy", książka mistrzowskiej pary Gro Dahle i Sveina Nyhusa. Opowieść o dziewczynce, która staje się niewidoczna, ponieważ nie wolno jej, albo nie ma odwagi, robić niczego innego niż to, o co jest proszona. A prosi się ją by była grzeczna, pilna, śliczna i czyściutka. Czy będąc grzeczną uda się Lusi znaleźć drogę do siebie samej?

Wydawnictwo EneDueRabe

Możesz kupić tutaj: Grzeczna 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak Bibi Dumon Zwierzaki cudaki. Księga najdziwniejszych zwierząt świata

Pasjonująca książka o najciekawszych i najbardziej zadziwiających zwierzętach żyjących na ziemi.
Jak wygląda jak?
Czy latająca ryba ma skrzydła?
Po co zebrze paski?
Z czego strzela strzel bombardier?
Czy jaszczurka Jezusa Chrystusa jest święta?

Oto Zwierzaki cudaki - fascynujący przegląd 40 najbardziej niesamowitych zwierząt świata! Bibi Dumon Tak opisała je z lekkością, werwą i poczuciem humoru, zamieniając solidną porcję przyrodniczej wiedzy w pasjonujący zbiór barwnych zwierzęcych portretów.

Wydawnictwo Dwie Siostry

Możesz kupić tutaj: Zwierzaki cudaki 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Maciek Blaźniak Kiedy będę duży to zostanę dzieckiem
"Ładne halo! - wykrzyknął Maciek Blaźniak, kiedy postanowił otworzyć wydawnictwo i wydać własną książkę dla dzieci. Do tej pory jego ilustracje można było znaleźć w prasie, internecie i na korytarzach Wyższej Szkoły Sztuki i Projektowania w Łodzi, ale jeszcze nigdy na półkach księgarni. Pomysły, które powstają, gdy nie można zasnąć, Maciek zapisywał w swoim kieszonkowym "pomysłowniku".
Książka, pt. "Kiedy będę duży, to zostanę dzieckiem" jest świetnym przykładem realizacji jednego z nich. Ciekawe, jak Wam się spodoba...

Wydawnictwo Ładne Halo

Możesz kupić tutaj: Kiedy będę duży to zostanę dzieckiem 

Barbara Tylicka "Generał Ciupinek"


Unifikacja płci jest dziś bardzo trendy. Chłopcy powinni się bawić lalkami, a dziewczynki autkami. Mężczyźni powinni zostawać z dziećmi w domu, a kobiety iść do pracy, by zarabiać na chleb. Oczywiście generalizuję, ale jestem przekonana, że ktoś wykonuje krecią robotę, aby wmówić nam, że „nie jesteśmy na swoim miejscu”. Rzadko też dziś (albo i wcale) pisze się ambitniejsze książeczki dla dzieci z myślą o konkretnej płci. Być może dla dziewczynek jeszcze coś tam znajdziemy. Ale żeby dla chłopców? Coś o samochodach, rajdach, walkach, byciu rycerzem, żołnierzem… nie, nie, nie – nie należy utrwalać w dzieciach stereotypów dotyczących płci. Młody chłopak ma wiedzieć, że nie musi być tygrysem, może być łagodnym barankiem. Ja temu mówię „nie” – mężczyzna ma być mężczyzną. Inaczej kobieta jest nieszczęśliwa. I w nosie mam, że myślę stereotypami.

Dlatego tak mnie cieszy Generał Ciupinek w naszej biblioteczce – pozycja specjalnie dla moich chłopaków! Ciupinek to syn państwa Waporków, którzy mieszkają w Łysobykach Wielkich. Jak każde dziecko, Ciupinek chodzi do szkoły, zbiera czasem pały, pije tran (no chyba że babcia nie widzi, to wylewa do doniczki z kwiatem). Po szkole jednak staje się generałem Ciupinem – musztruje swoich żołnierzy, Buraczka i Zapałkę, tworzy mapy, przygotowuje strategię obrony ruin starego browaru, bo właśnie wojska Wielgusa z piątej „b” zajęły ruiny i wywiesiły na nich swoją flagę. Ciupinek de facto psoci tak, że osiwieć można.

Powieść Barbary Tylickiej z ilustracjami kultowego Papcia Chmiela czyta się dziś wybornie. Być może właśnie dlatego, że została ona napisana w 1965 roku, w czasach bez telewizora, elektronicznych zabawek, komputera i innych gadżetów współczesności, odbierających zupełnie wyobraźnię i wolę zabawy na świeżym powietrzu. Temperamentne i trafiające w chłopięce oczekiwania wydają mi się też czarno-białe, oszczędne ilustracje Papcia Chmiela.

Wspaniałe w książce o generale Ciupinku jest to przypomnienie, że można się świetnie bawić, używając wyobraźni. Budować wyrzutnie ziemniaków, gromadzić kasztany i groszek na amunicję, tworzyć plany zmylenia wroga, mówić żołnierskim żargonem i przeżywać przygody wynikłe ze spotkania osób o równie bogatej fantazji. Co ciekawe, w zabawę chłopców w jakimś stopniu zaangażowane zostaje całe miasto ze wszystkimi mieszkańcami. I choć zupełnie o tym nie wiedzą, fundują chłopakom kolejne atrakcje. Właśnie to zobrazowanie mieszkańców – pana Zebranko, Dziadka Patatajko, Babci, pana Rivanola, opowieść o rozwoju Łysobyków, tym, jak to telewizja zawitała do miasteczka wydaje się najciekawsze. Autorka zapewne odwołuje się do realiów tamtych czasów – zwłaszcza zebrań, ambitnych planów rozwoju miasta, honorowych gości i odznaczania. Dla naszych dzieci będzie to już nieczytelne, ale nie ma to chyba takiego znaczenia. Ważne, że książkę napisano lekko i z humorem. Chłopcy łatwo odnajdą w Ciupinku siebie samych i te marzenia, by działać, organizować, dowodzić. Mamom, które chcą podsunąć swym synom Ciupinka, już dziś podpowiadam, by zabrały się za przygotowanie atrybutów prawdziwego żołnierza.

Możesz kupić tutaj: Generał Ciupinek

Ilustracje: Henryk J. Chmielewski
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 184
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Wymiary: 17.0 x 20.0 cm
ISBN: 9788376485850

wtorek, 1 marca 2011

Dorota Gellner "Zając"


Zając Doroty Gellner wprawił mnie w niemałe zdumienie. Znam twórczość tej pisarki i kojarzy mi się przede wszystkim z ciepłym fantazjowaniem, z pogodą i lekkim humorem. W Zającu Gellner objawia się jako autorka tekstów absurdalnych, w których żart skrojony został na ambitną miarę.

Na książkę składa się piętnaście historyjek-dialogów. Tytułowy zając rozmawia z dzieckiem bądź swoją narzeczoną. Ich krótkie wypowiedzi dają jednocześnie charakterystykę postaci. Zając to czysty wariat – opiera się zębami o stół (uwielbiam to!), jeździ tramwajem bez biletu, ale za to z kapustą i generalnie robi ze wszystkich durnia. Dziecko to jego przeciwieństwo – ciągle strofuje zająca i – ku własnej rozpaczy – daje mu się podejść. Jak w restauracji:

- Słuchaj – zdenerwowało się dziecko – czy mógłbyś w końcu przynieść coś dla mnie?
- Jasne! – pisnął zając. I przyniósł dziecku rachunek.

A narzeczona – jak to narzeczona – ma anielską do zająca cierpliwość, choć sama aniołem zdecydowanie nie jest.


Gellner wydobywa absurd dzięki grze frazeologizmów. Jej historyjki to odbijanie piłeczek słownych między rozmówcami. Świetnie się czyta! Choć dla dzieci ten typ poczucia humoru jest jeszcze dość trudny do zrozumienia. Moja pięciolatka w każdym razie chyba jeszcze nie wyłowiła absurdu. Wcale jej to jednak nie przeszkadzało prosić „czytaj dalej”. Dla dziecka dużą pomoc stanowią ilustracje Piotra Rychla. Ilustrator próbuje w nich zobrazować słowne żarty, dodając czasem coś od siebie – na przykład zgrabną muchę na talerzu dziecka. Zając na obrazkach Rychla jest zazwyczaj w ruchu, najczęściej w dziwnych pozach, podpierający się wielgachnymi zębami lub uszami. No i z ogromną czerwoną kulą na nosie. Budzi zdecydowaną sympatię:)

Możesz kupić tutaj: Zając

Ilustracje: Piotr Rychel
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 36
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 26.6 x 21.1 cm
ISBN: 978-83-618-2419-0