niedziela, 4 listopada 2012

Mój artykuł w "Uważam Rze"

Jutro (poniedziałek) ukaże się nowy numer "Uważam Rze", a w nim... mój artykuł o obrazie rodziny w skandynawskiej literaturze dla dzieci - "W piekle skandynawskiego raju"


Większość szwedzkich książeczek przeznaczonych dla przedszkolaków przedstawia rodzinę rozbitą, pogrążoną w chaosie, w której matka to potwór, ojca nie ma, a dziecko pozostaje samotne i bezradne

Skandynawię od lat stawia się Polakom za wzór postępu i dobrobytu, ale także otwarcia w dziedzinie obyczajowości. Jeśli chcesz być nowoczesny, to spójrz na Szwecję. Propozycją nie do odrzucenia ma być dla nas „rodzina wielowymiarowa", w której matka odgrywa rolę ojca i odwrotnie, gdzie dziecko ma kilku „przyszywanych ojców" bądź samo jest „dzieckiem bonusowym". Cennym doświadczeniem społecznym ma też być rodzina homoseksualna. Niby mamy do czynienia z rajem, gdzie nikt nikomu nie zadaje gwałtu i każdy żyje, jak chce!

Artykuł można czytać w wydaniu papierowym lub po wykupieniu dostępu w serwisie.

Kika dni temu tknęła mnie refleksja, że pewne rzeczy/sprawy nie wydarzyłyby się w moim życiu, gdyby nie to, że "siedzę w domu z dziećmi". Z ciekawości wpisałam to hasło w Guglu i wyskoczyły różne opowieści mam o tym, jak to "siedzenie" w domu ich tłamsi, jak sprawia, że czują się więźniarkami... A u mnie odwrotnie... gdyby nie to, że od 6 lat siedzę w domu - nie rozwinęłabym się! Nie weszłabym w świat literatury dziecięcej tak mocno, nie założyłabym bloga, nie opublikowała tych kilku tekstów w różnych miejscach, nie współpracowała przy tworzeniu pięciu portali (promama, benc, planujemy dziecko, polskina5, nasze mauchy). Wiecie co bym robiła? Siedziała wieczorami - jak na nauczycielkę języka polskiego przystało - nad klasówkami, sprawdzianami i wypracowaniami... ach, jak tego nie lubiłam.. zajmowało tyle czasu!!! Więc przez tych sześć lat robiłam to, co chciałam i lubiłam, a nie to, co musiałam!!! Cudownie jest to odkryć.

Na koniec jeszcze tylko się pochwalę (może bardziej niż tym artykułem), że spodziewamy się czwartego dziecka. Urodzi się już wkrótce, bo to 37. tydzień ciąży. Zatem da się... można... mieć wiele dzieci, siedzieć w domu i nie zgnuśnieć!!!! :)

41 komentarzy:

  1. Gratuluję :) Chętnie przeczytam jutro Twój artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję!!!
    Czytam Twojego bloga od dłuuugiego czasu z wielką przyjemnością.
    Z tym gnuśnieniem to jest chyba tak, że jak ktoś ma zgnuśniec, to zrobi to wcześniej czy później nawet nie siedząc w domu, a jeśli nie - to nie. :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jutro lecę po gazetki :) A Ciebie i Dzieciątko serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Serdecznie gratuluję! Bloga śledzę od początku i wiele książek odkryłyśmy z córą dzięki Pani. Z przyjemnością zapoznam się z artykułem.
    Na koniec najważniejsze - szczęśliwego rozwiązania! Piękna gromadka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluje przyjścia na świat nowego członka rodziny jak i artykułu w mojej ulubionej gazecie!
    Ja "gnuśnieje" w domu od 12 lat i (oprócz studiów)jest to najszczęśliwszy okres w moim życiu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję przede wszystkim kolejnego członka rodziny, ale i sukcesów zawodowych:), lubię zaglądać na Twojego bloga więc z przyjemnością przeczytam artykuł:).

    OdpowiedzUsuń
  7. gratulacje podwójne :-)) Ja też mam takie uczucie ,że wychowanie dzieci dodaje sił i pozwala zmienić wieeeeele rzeczy .Na lepsze :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kupiłam, przeczytałam i gorąco polecam Twój artykuł!
    I przyłączam się do grona matek - że macierzyństwo rozwija, poszerza horyzonty, bo wszystko zależy od człowieka!
    Dużo radości z pisania, dzieci i kolejnego Maluszka!!!
    Mamik

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo chętnie sięgnę i gratuluję publikacji:)

    OdpowiedzUsuń
  10. I ja uważam , że siedząc z 2 dziewczynkami w domu absolutnie nic nie straciłam .. no może jedynie stresującą do bólu pracę i totalny zawrót głowy .. Również nie założyłabym bloga , nie przypomniała sobie sztuki fotografowania nie nawiązała współpracy z cudownymi ludźmi .. No może tylko na 3 póki co nie mogę się zdecydować ale Tobie 4 dzidziusia serdecznie gratuluję !!!! tak trzymać !!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratuluję Dzidziusia :)
    Gratuluję publikacji artykułu.
    Ja również siedzę z dziećmi w domu. Nie działam niestety tak twórczo-zawodowo jak Ty ale i nie czuję żebym zgnuśniała ;) Przeciwnie - ostatnio coraz bardziej mnie to zadowala i przynosi radość :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Pewnie, że dobrze, że nie uczysz. :-) Nauczyciel powinien mieć "powołanie". Gratuluję czwartego potomka, to dopiero wyzwanie!

    OdpowiedzUsuń
  13. Gratuluję kolejnego maleństwa! Cieszę się, że tak się wspaniale rozwijasz. Często zaglądam na Twojego bloga i lubię Cię czytać. Przeczytałam Twój artykuł i zapewne wiele w nim racji. Piszę "zapewne", gdyż po prostu nie znam przytoczonych przez Ciebie przykładów. Wybierając książki dla Twojego dziecka kieruję się swoim gustem, a więc one akurat nie zyskały mojego uznania.:)
    Ze skandynawskiej literatury dziecięcej miałam do czynienia jedynie z książkami Catariny Kruusval i Evy Susso, a tam akurat przedstawione rodziny są pełne i szczęśliwe. Zastanawiam się teraz nad kupnem "Gości na Boże Narodzenie" Svena Nordqvista i chyba muszę zrobić dokładniejszy przegląd opinii na temat tej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Kupiłam i przeczytałam.
    Zastanowiło mnie to co napisałaś we wstępie - że krytykuje się Musierowicz nie doceniając tego, że od tylu lat jest tak chętnie czytana. Myślę sobie, że ktoś na siłę tworzy modę dzięki której powstaje popyt i zysk.
    Bullerbyn uwielbiam, zaczytuje się w nim moja córka już od zerówki, dziwi mnie więc taka zmiana w literaturze skandynawskiej. Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na to co te książki (opisane jako przykłady) opisują, jaki obraz świata prezentują.

    OdpowiedzUsuń
  15. Moniko GRATULUJĘ!!!! Jestem pełna uznania... czwórka dzieci!:) szczerze Ci powiem, że cichutko Tobie nawet zazdroszczę:) I piękne to co napisałaś. Zgadzam się w 100% Będąc w domu z dziećmi można się rozwijać. Chcieć to móc!

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nie każdą rodzinę stać na życie z jednej pensji. Mam dwoje dzieci, każde z nich było w domu po opieką mnie lub męża do 3 roku życia. Chciałabym mieć trzecie dziecko, ale nie stać nas na bezpłatny urlop wychowawczy. Nie każdy dziedziczy mieszkanie po dziadkach, wiesz, że większość rodzin spłaca kredyty mieszkaniowe i to jest poważna pozycja w budżecie? Mam trzydziestokilkuletnią koleżankę, która do tej pory wynajmowała mieszkanie, teraz będzie spłacać kredyt, ma nadzieję, że stać ją jednak będzie na dziecko (dzieci?)
    Chętnie bym się porozwijała bez konieczności wykonywania pracy zarobkowej (chociaż lubię swoją pracę, chętnie bym ją wykonywała na część etatu, żeby mieć czas na rozwój innych zainteresowań). Mój mąż zresztą tak samo:)
    Życzę szczęśliwego rozwiązania!

    OdpowiedzUsuń
  17. To dziwne, że odebrałaś moją pochwałę macierzyństwa jako atak na kobiety, które pracują... na pocieszenie powiem Ci, że mamy kredyt na dom, mąż pracuje sam i nie pływamy w luksusach - wręcz przeciwnie. Ja mam inne priorytety. Nie oznacza to, że wymagam od innych, aby mieli takie same jak ja!

    OdpowiedzUsuń
  18. Przeczytałam i nie będę się odnosić do opisów książek, w których widzisz często rzeczy, których tam nie ma. Sama nie raz pisałaś - różnimy się tak bardzo, że dyskusja nie ma sensu.
    Chciałam tylko zaznaczyć, na wypadek, gdyby ktoś nie zauważył, że opisałaś kilka książek a wstęp do Twojego tekstu brzmi "Większość szwedzkich książeczek przeznaczonych dla przedszkolaków przedstawia rodzinę rozbitą, pogrążoną w chaosie, w której matka to potwór, ojca nie ma, a dziecko pozostaje samotne i bezradne". Nie pokazałaś większości,tylko wybór.
    Pokazałaś książki, które omawiają jakieś problemy. Trudno mi uznać, że nie warto ich poruszać. Nikt o zdrowych zmysłach nie czyta dziecku tylko takich książek. Istnieją takie rodziny na świecie. Warto to zauważyć.
    I jeszcze kwestia pytania o to gdzie jest Bullerbyn - zwróć uwagę, że u Lindgren rodzice też zbyt często nie rozmawiają z dziećmi. Dzieci bawią się same, oczywiście w grupie innych dzieci, ale partnerem do rozmów najczęściej są służące.

    OdpowiedzUsuń
  19. Oczywiście, że pokazałam wybór, bo łamy "Uważam Rze" nie dają możliwości opublikowania referatu naukowego.
    Artykuł miał pokazać dwie rzeczy: że Skandynawia nie jest obyczajowym rajem, jak próbują nam wmówić, a pokazuje to choćby obraz rodziny, który z ich książek się wyłania (a więc omawiania książek stanowiło tylko pretekst). Druga: zadanie pytania - jakie zadania ma literatura dla dzieci?

    OdpowiedzUsuń
  20. Chodziło mi o to, że książki, które przedstawiają niepełne rodziny nie stanowią większości wydanej u nas literatury skandynawskiej, tylko część (na moje oko jest pół na pół, przy czym w ofercie eneduerabe, które specjalizuje się w trudnych tematach, takich książek jest większość, ale w zakamarkach już nie). Więc dokonałaś pasującego do Twojej tezy wyboru spośród całości literatury (i też nie całej skandynawskiej, tylko skandynawskiej przetłumaczonej na polski).
    Z książek skandynawskich wyłania się wiele różnych obrazów rodziny. Są też fajne rodziny Karusi, Binty, Astona (!!!:) wcale nie trzeba cofać się do Bullerbyn (zresztą Lindgren opisywała też sieroty!)
    Co to znaczy, że omawianie książek stanowiło pretekst? Do czego? Pokazania obrazu szwedzkiej rodziny? Na podstawie fikcji literackiej? Moim zdaniem odpowiedniejsze byłyby badania socjologiczne, przeprowadzone zgodnie z zasadami (przepraszam, studiowałam nauki społeczne i nieuzasadniona generalizacja była tam nie do przyjęcia).
    Jakie zadanie ma literatura dla dzieci? Dobre pytanie. Moim zdaniem ma zadań bardzo wiele. Na przykład pokazywanie dzieciom różnych sytuacji, w których znajdują się one lub ich rówieśnicy, odpowiadanie na pytania, zachęcanie do dyskusji, pocieszanie. Wszystko to wymienione przez Ciebie książki mogą w odpowiednich okolicznościach zapewnić. Nie można nie zauważyć, że samotne matki po prostu są na świecie (ale chyba nie stanowią w Szwecji większości, skoro Tilda u Angerborn wstydzi się braku ojca i musi wymyślać dlaczego go nie ma?). W "Tacie" najczęściej widziany jest ojciec zmarły, ale ok, Ty widzisz podróżującego. Mieszkam na Pomorzu, wielu tu marynarzy, którzy wypływają na półroczne rejsy. Nie można o tym wspomnieć w książce?
    Rozumiem, że ostatnim akapicie piszesz, czego literatura dla dzieci robić nie powinna? Ale dlaczego uważasz, że wszystkie książki, które wymieniłaś odbierają dzieciom marzenia?
    I ostatnie pytanie - kto Ci próbuje wmówić, że Skandynawia jej obyczajowym rajem?

    OdpowiedzUsuń
  21. A ja myślałam, że wyłączyłaś komentarze... ;)
    Gratuluję kolejnego dziecka :) To super, ale mam wrażenie, że jednak Twój punkt widzenia to perspektywa "pełnego brzucha" (bez urazy, to nie jest przytyk do Twojej ciąży ;)
    Na świecie istnieją także Ci (TE), których życie może wyglądać inaczej...

    Nie sądzę, że decyzje o rodzicielstwie podyktowane są tym, z jakim literackim obrazem spotykamy się w czymś, co nazywa się FIKCJĄ LITERACKĄ. Podobnie jak i poczucie dziecka w jakim świecie żyje (Bosz, a Korczak?? Co on powypisywał o świecie dzieciom?!!)


    A artykuł? Trudno mi dyskutować z czymś, co raczej nie pretenduje do tego miana. Być może to felieton, bo nie posądzam Cię o aż taki brak rzetelności (dziennikarskiej?), mijanie się z prawdą - faktami, stronniczy i przekłamany obraz literatury skandynawskiej. Wybrałaś sobie przykłady do wcześniej już założonej tezy i zobaczyłaś tam, co chciałaś. Żeby udowodnić rację swojego osobistego punktu widzenia.

    I chyba nie ma co dopominać się o rzetelność, bo jednak podejmowane próby felietonistyczne dobitnie pokazują, że ich specyfiką jest prześlizgiwanie się po temacie, nie jego zgłębianie. Większość felietonistów uprawia takie osobiste złośliwości, tylko kto to zrozumie?
    Nie wszystkie nauczycielki potrafią zrezygnować z zawodu, kiedy odkryją, że się męczą albo ich powołanie leży gdzie indziej.

    PS> a ja też lubię rodzić dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
  22. 1. "Większość szwedzkich książeczek przeznaczonych dla przedszkolaków...(..)" - doliczyć się w artykule można całych sześciu tytułów. Jakaś statystyka może byłaby potrzebna. A może lista tych "przerażających" książeczek w ogóle książek dla dzieci. Gołosłowne twierdzenie.
    2."Skandynawię od lat stawia się Polakom za wzór postępu i dobrobytu, ale także otwarcia w dziedzinie obyczajowości.(..)" - a to niczym nie pokryte stwierdzenie skąd się wzięło. Co to znaczy "od lat" i kto niby stawia nam ją za wzór. Jakieś przykłady? Acha, ale miarodajne.
    3. Dzięki za namiary na tych parę postępowych książek. No właśnie, a może Twój artykuł to reklama?

    OdpowiedzUsuń
  23. chciałam dorzucić trochę moich refleksji po przeczytaniu Twojego artykułu.
    Przykłady książek ,które przytaczasz z pewnością nie należą do miłych, ciepłych czytanek - przytulanek przed snem ;-) Pokazują problemy ,z którymi mogą borykać się dzieci ( lub ich rówieśnicy) w świecie urządzonym przez nas dorosłych. Dzieci nie mają wpływu na fakt,że ich rodzice wychowują je samotnie ,czy w innych związkach,nie decydują o liczbie posiadanego rodzeństwa,.... Jeśli nawet mają mamę - potwora ( one z pewnie nie kupują ksiązek ;-) - sporo ich,niestety, na świecie- to chyba lepiej ,że przedstawia się je w takim sposób ,niż zakłada ,że "wszystkie mamy kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej" . Myślę ,że niezauważanie, bagatelizowanie wielu problemów rodzi gorsze traumy i problemy w dorosłym życiu .
    Czytając książki nie ograniczamy się tylko do tej czynności . To dopiero początek do rozmowy na dany temat ,prawda :-) ?



    Aaaaa....Wiele lat temu książki A.Lindgren temu też budziły wiele sprzeciwu i kontrowersji wśród dorosłych ;-)

    OdpowiedzUsuń

  24. Ja rozumiem, że forma artykułu wyklucza pełne opracowanie tematu. Problem w tym, że wybrałaś TYLKO książki pasujące do Twojej tezy. Postawionej bardzo kategorycznie i wykluczającej wszelką dyskusję. I zdaje się jednak, nieprawdziwej.

    OdpowiedzUsuń
  25. Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Ja Ciebie też serdecznie pozdrawiam. :) Co nie zmienia faktu, że moim zdaniem ten artykuł / felieton jest kiepski.

    OdpowiedzUsuń
  27. Przepraszam, że tą drogą, ale moja odpowiedź nie zmieściła się w przepisowych 4096 znakach. Link.

    OdpowiedzUsuń
  28. juz chciałam pisac elaborat, ale aneta mnie ubiegła i moge sie pod nia podpisac. czytajac 'tato' poryczałam sie jak bóbr, bo akurat ojciec mojej coreczki wtedy umyslił sobie ze zrywa kontakty 'bo tak bedzie dla dziecka lepiej'. czytajac filipa i mame smoka zrywałam boki ze smiechu bo widziałam siebie - moja córka kazała to sobie czytac 8 razy i tylko jej sie nie podobało ze mama juz smokiem nie jest na koniec. 'inne zycie' tez mocno po łebkach potraktowałas, pominełas całkiem fakt ze mateusz tez zazdrosci domu bohaterce, dla mnie ta ksiazka nie jest pocieszeniem dla dzieci z rozbitych rodzin, tylko ilustracja znanej prawdy ze trawa jest zawsze zieleńsza po drugiej stronie. nusi i braci łosi tez za bardzo nie lubie, bo przedstawia trudny aspekt posiadania rodzeństwa, wole bardziej cukierkowo - jak w 'ja tez chce miec rodzeństwo'

    OdpowiedzUsuń
  29. Jeżeli chodzi o elaborat, nie jest mój, tylko Pani Zorro.

    Mnie interesuje jeszcze jedna sprawa - czy Uważam Rze byłoby zainteresowane tekstem o pozytywnym wydźwięku. Dotyczącym dobrych książek,które nie idą wbrew ich poglądom. Czy byliby zainteresowani "niesieniem kaganka oświaty" czy interesuje ich tylko straszenie złą literaturą i złymi przykładami z Zachodu i Północy?
    Czy próbowałaś, Moniko w URZ czy Frondzie, do której pisałaś wcześniej, zamieścić tekst pozytywny?

    OdpowiedzUsuń
  30. Poprawię tylko przypadkowy błąd w tekście. Miało być "poczucie humoru", nie samo "humoru". Starałam się skrócić wszystko, żeby tu upchnąć i przypadkiem zgubiłam jedno słowo.

    OdpowiedzUsuń
  31. Wojciech Widłak12 listopada 2012 15:41

    Bardzo dziękuję za ten tekst w "Uważam Rze".

    Myślę, że wszyscy rodzice chcą jak najlepiej wychować swoje dzieci (szokujące wyjątki tak chętnie przytaczane przez media to są właśnie wyjątki i nie o nich mówię). Literatura może im w tym pomóc albo nie.
    Polska i świat - jak widać choćby po głosach zamieszczonych wyżej - są podzielone w opiniach na temat tego, co jest pomocne w tym dziele, a co raczej przeszkadza lub nawet jest szkodliwe. Można o tym dyskutować, choć jakoś nie wydaje mi się, żeby dobrym elementem dyskusji były opinie, że adwersarz generalnie nie ma racji, poczucia humoru, jest nierzetelny i w ogóle pisze felietony. ;-) Ale może jestem staroświecki.
    Najprościej rzecz ujmując, wydaje mi się, że rodzice wychowują dzieci zgodnie z wyznawanymi wartościami. Tak samo dobierają np. książki dla dziecka. Twierdzenie że jest inaczej - odważę się powiedzieć - byłoby naiwne. A zatem - jeśli ktoś uważa np. że rodzina jest wartością (czasem trudną, ale jednak), nie będzie chciał dziecku czytać książek, które to (wprost czy pośrednio) negują. Jeżeli ktoś uważa, że rodzeństwo jest wartością (czasem trudną, ale jednak), nie będzie chciał dziecku czytać książek, które to (wprost czy pośrednio) negują. I tak dalej. Nie ma to moim zdaniem nic wspólnego z "zamiataniem problemów pod dywan". Jeśli dobrze odczytuję intencje artykułu, nie chodzi o to, że Szwedzi (Niemcy, Chińczycy, Marsjanie, ktokolwiek) piszą o trudnych kwestiach, ale o to, jak o nich piszą i jakie sugerują rozwiązania.
    Problemem jest też język, który podlega manipulacji albo - mówiąc łagodniej - ideologizacji. Co to bowiem jest np. "rodzina patchworkowa"? Mówiąc po ludzku - rodzina rozbita, ewentualnie posklejana z rozmaitych kawałków (podczas gdy inne, pozostałe kawałki może nadal pozostają rozbite). My dorośli potrafimy naprawdę utrudniać naszym dzieciom życie. Zabiegi lingwistyczne tego faktu nie zmienią. I to raczej je należałoby nazwać "zamiataniem problemów pod dywan", choć może to temat na inne opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  32. Panie Wojciechu, sugeruje Pan, że osoby, które mają zastrzeżenia do tekstu M. Moryń nie uważają, że rodzina jest wartością?
    Uważam rodzinę za najważniejszą rzecz w MOIM życiu, ale znam przypadki z cudzego życia, gdy małżeństwo przestawało mieć sens albo było zagrożeniem dla dobra jej członków. I tych małżeństw nie uznawałabym za rodzinę. Według mnie rodziną jest także rodzic z dzieckiem, nie musi ich być dwoje. Pewnie różnimy się w rozumieniu pojęcia rodzina, ja uważam, że niekoniecznie musi ona składać się z biologicznych rodziców i więcej niż jednego dziecka. Pracuję z dziećmi specjalnej troski. Od wielu lat. Dzięki tej pracy poznałam wiele rodzin. Nierzadko zdarza się, że ojciec nie radzi sobie z sytuacją i odchodzi, ucieka w pracę albo po prostu ciężar zrzuca na matkę. Matki często świetnie radzą sobie same. A znam i kilka rodzin, w których pojawił się nowy "tata" o wiele bardziej dbający o rodzinę niż biologiczny. Tak, rodzina taka - patchworkowa - ma swoje problemy, ale gdy widzę szczęście takich rodzin, nie mam wątpliwości, że dobrze się stało.
    Mam dwoje dzieci i cieszę się, że nie wychowuję jedynaka (nie ze względu na to, że mógłby wyrosnąć z niego egoista, znam egoistów z rodzin wielodzietnych i empatycznych jedynaków), dlaczego jednak miałabym czytać im tylko książki, gdzie występuje dwoje dzieci?
    Książka pokazująca inną sytuację rodzinną niż nasza jest pretekstem do ciekawej rozmowy. Dlaczego miałabym omijać te książki?
    A jakie zaproponowałby Pan rozwiązania sytuacji opisywanych w prezentowanych przez autorkę tekstu książkach?
    Jeżeli chodzi o nasze zastrzeżenia do tekstu - tak, ja też uważam, że MM napisała coś w rodzaju felietonu, bo posłużyła się głównie subiektywnymi odczuciami i wyobrażeniami. Być może w dziennikarstwie zachodzą zmiany i artykuł nie musi już przedstawiać rzetelnej prawdy, ale dla mnie taki tekst nie jest artykułem. A tekst MM zawiera wiele stwierdzeń nie popartych dowodami.

    OdpowiedzUsuń
  33. Która z wymienionych w artykule książek NEGUJE istnienie rodziny? Czego dowiedział się Pan o tym, jak piszą Szwedzi o trudnych kwestiach? Jakie sugerują rozwiązania i komu? Teza jest jedna - Szwecja to piekło, niczego się od nich nie możemy nauczyć (a tajemnicze siły sugerują, że powinniśmy) - a wniosek dla zabierających dyskusję następujący: nie ma o czym dyskutować, bo tak jest. Przypomnę: elementem dyskusji są opinie, punkty widzenia na to, co prezentuje druga strona. I ja uważam, że druga strona jest nierzetelna, jeśli ocenia literaturę szwedzką na podstawie pięciu ksiązek.

    OdpowiedzUsuń
  34. Podkreślę jeszcze: moje zarzuty są pozadogmatyczne. Gdyby wyznawca słońca wyprowadzał podobnie wywody, równie mocno bym je krytykowała. Jedyną nierzetelnością, jakiej być może się dopuściłam, jest domniemanie, że autorka nie ma poczucia humoru. Przepraszam Cię, Moniko, wszelkie inne powody, które mogłyby tłumaczyć równie prostolinijne odczytanie tekstu literatury odrzuciłam z uwagi na wiarę w człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  35. Wojciech Widłak13 listopada 2012 16:06

    No, pięknie. Przed chwilą napisałem elaborat, obnażyłem męską duszę, podzieliłem się doświadczeniem i - wszystko mi zeżarło. Widać - nomen omen - nie pisane mi było nic wyjaśniać.
    W każdym razie dziękuje Paniom za uwagi i pytania.
    Pisałem do pani Anety i pani Zorro, ale teraz może choć krótko odpowiem pani Anecie:
    "sugeruje Pan, że osoby, które mają zastrzeżenia do tekstu M. Moryń nie uważają, że rodzina jest wartością?"
    Nie. Na pewno nie.
    "ja uważam, że niekoniecznie musi ona składać się z biologicznych rodziców i więcej niż jednego dziecka."
    Uważam podobnie. Napisałem taką książkę "Dwa serca anioła", gdzie może to troszkę widać. Niemniej, kiedy mówię "dom", to widzę to, co zwykle rysują dzieci - mury, dach, okno, drzwi i komin, z którego leci dym (choć przecież wiem, jak różne bywają domy). Kiedy mówię "rodzina" to widzę... No właśnie?
    "Nierzadko zdarza się, że ojciec nie radzi sobie z sytuacją i odchodzi, ucieka w pracę albo po prostu ciężar zrzuca na matkę."
    To święta prawda, oczywiście. Ogromnie nad tym boleję, ale tak jest. Z 10 lat temu miałem okazję przeprowadzić dla "Dziecka" wywiad z Davidem Blankenhornem, autorem książki "Ameryka bez ojców". Mówił o zjawiskach, które wtedy były nam obce, a teraz niestety nie są.
    "Matki często świetnie radzą sobie same."
    To prawda! Czapki z głów. Podziwiam kobiety w ogóle, a te, które tak sobie radzą - w szczególności. I mówię to absolutnie serio. Chodzi mi jednak o to (i ma to też związek z rozumieniem pojęcia rodziny), że te kobiety sobie radzą, bo muszą. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby NIE musiały. Drogą do tego jest coś, o czym w ogóle się nie mówi (albo czego nie słyszę): wzmacnianie facetów - tak żeby mogli uwierzyć w siebie, żeby nie bali się zakładać rodziny i brać za nią odpowiedzialności. To oczywiście temat na znacznie większe opowiadanie.
    "znam i kilka rodzin, w których pojawił się nowy "tata" o wiele bardziej dbający o rodzinę niż biologiczny."
    Ja oczywiście też. Niemniej jednak myślę, że w takich rodzinach pozostają pewne poważne problemy (relacje dziecko-tata, dziecko-ojczym, mama-tata). Z pewnością, jako fachowiec, wie Pani o tym więcej ode mnie.
    "rodzina taka - patchworkowa - ma swoje problemy". Przepraszam, ale to określenie... Okropnie mnie denerwuje, przepraszam. Spróbuję wyjaśnić... Otóż odbieram je jak zaklinanie rzeczywistości. Patchwork kojarzy (mi) się z wielobarwnością, ciepłem, wzajemnym uzupełnianiem się. W tym sensie rodzina jest patchworkowa. Natomiast do określenia takiej rodziny, o jakiej tu mowa, bardziej by pasowało "posklejana", choć i to nie wiem, czy na pewno.
    "Książka pokazująca inną sytuację rodzinną niż nasza jest pretekstem do ciekawej rozmowy."
    Święte słowa! I wedle mojej opinii pani Monika proponuje jeden ze sposobów, w jaki o tych książkach można rozmawiać. Jak widać - skuteczny. :-)
    Niestety, nie wyszło krótko, a jeszcze pytanie o sugerowane rozwiązania jest bardzo ciekawe... Wymagałoby jednak i czasu i miejsca.
    Jeszcze myślałem o tym określeniu "felieton". No i pomyślałem, że to jeden z trudniejszych gatunków dziennikarskich.
    Pozdrawiam jak najcieplej wszystkie Panie i dziękuję za możliwość (konieczność?) porozważania różnych ważnych kwestii.

    OdpowiedzUsuń
  36. Panie Wojciechu, jeżeli Pan się we wszystkim ze mną zgadza to w czym się Pan nie zgadza, bo mam dysonans poznawczy? A dokładniej - za co Pan dziękuje Monice Moryń?
    Sprostuję - użyłam określenia "rodzina patchworkowa" cytując Pana, fachowe określenie brzmi "rodzina zrekonstruowana". Ja, opisując w pracy rodzinę moich pacjentów, nie określam jej żadnym słowem - wymieniam kto należy do rodziny.
    Tak, napisał Pan "Dwa serca anioła", także polecana przez MM Barbara Gawryluk opisuje rodziny bez taty. Myślałam o tym fakcie wcześniej - dlaczego MM uznała, że przedstawienie "takich" rodzin w literaturze szwedzkiej oznacza rozpad rodziny w Skandynawii a nie uznała za stosowne pokazać, że w polskiej literaturze dla dzieci też "takie" rodziny się pojawiają? Nawiązuję tutaj do jej wypowiedzi:
    "Artykuł miał pokazać dwie rzeczy: że Skandynawia nie jest obyczajowym rajem, jak próbują nam wmówić, a pokazuje to choćby obraz rodziny, który z ich książek się wyłania (a więc omawiania książek stanowiło tylko pretekst). Druga: zadanie pytania - jakie zadania ma literatura dla dzieci?"
    Z zakończenia jej tekstu w URz wynika, że literatura nie ma za zadanie odbierać dzieciom marzeń o szczęśliwej rodzinie. Czy w polskiej literaturze dla dzieci problem ten jest inaczej rozwiązany? Jak miałby być? Tata nagle wraca? Rozumiem, że to jedyne właściwie rozwiązanie?
    Napisał Pan: "I wedle mojej opinii pani Monika proponuje jeden ze sposobów, w jaki o tych książkach można rozmawiać. Jak widać - skuteczny. :-)"
    Jak widać Monika pozdrowiła nas serdecznie po czym rozmowę zignorowała. Trudno uznać, że nie dlatego, że była dla niej niewygodna. Może Pan być dalej jej adwokatem, ale mnie się na tych łamach rozmawiać odechciało.
    Jeszcze jeden cytat z Pana wypowiedzi: "Jeszcze myślałem o tym określeniu "felieton". No i pomyślałem, że to jeden z trudniejszych gatunków dziennikarskich." Oczywiście, są felietony i "felietony". Przyznaję, że poziom wypowiedzi w mediach (i to nawet nie merytoryczny, ale tez językowy czy formalny) od dawna zniechęca mnie do zawracania sobie nimi głowy. Jestem wierna Tygodnikowi Powszechnemu, który trzyma poziom (chociaż nie każdy autor).
    Pozdrawiam


    OdpowiedzUsuń
  37. Wojciech Widłak14 listopada 2012 15:38

    Przyznam, że nie bardzo wiem, co mógłbym teraz napisać.

    Na pewno życzę pani Monice szczęśliwego dotrwania do narodzin, a wszystkim nam - wielu inspirujących i budujących lektur.
    Pozdrawiam i wracam do rzeczywistego świata, bogatszy o to doświadczenie.

    OdpowiedzUsuń
  38. Jako mama trójki dzieci potwierdzam "da się... można... mieć wiele dzieci, siedzieć w domu i nie zgnuśnieć " :)
    Gdyby nie to, że jestem mamą, mamą trzech córek i to, że "siedzę w domu" pewnie nigdy nie powstałaby żadna z moich kolorowych lal :)

    Życzę wszystkiego dobrego !

    OdpowiedzUsuń
  39. Szkoda, że pisze Pani dla URZ...

    OdpowiedzUsuń