wtorek, 23 kwietnia 2013

„Pierwsza (i ostatnia?) Książka Mojego Dziecka”

Jeśli jesteś rodzicem, któremu zależy na tym, co czytają i oglądają Twoje dzieci, przeczytaj artykuł. Dziś dzień książki! Nie można go lepiej świętować niż podpisując PETYCJĘ!!!

Tekst mojego autorstwa.

„Pierwsza (i ostatnia?) Książka Mojego Dziecka” 


W czterech województwach o najniższym odsetku czytelnictwa (świętokrzyskie, podkarpackie, podlaskie i warmińsko-mazurskie) matki, które urodziły dziecko – w okresie od 6 lutego do wyczerpania nakładu – przy wypisie ze szpitala będą otrzymywały bezpłatny pakiet multimedialny (książka oraz płyta DVD z filmem edukacyjnym „Jak kochać dziecko?” oraz z „Kołysankami i śpiewankami dla Najmłodszych”) zatytułowany „Pierwsza Książka Mojego Dziecka”. Ten pilotażowy projekt, który w przyszłości ma objąć cały kraj, przygotowała Fundacja „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” wraz z Narodowym Centrum Kultury. Honorowy patronat nad przedsięwzięciem objął Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdan Zdrojewski. Zdawać by się mogło, że akcja wzbudzi szczery zachwyt, tymczasem w środowisku ilustratorów i osób zainteresowanych książką dziecięcą zawrzało. Nikt nie zaprzecza, że pomysł rozdawania książek jako swoiste becikowe, to strzał w dziesiątkę. Podobne akcje za granicą cieszą się sporą popularnością od lat, by wymienić tu choćby Bookstart, która została zainicjowana w 1992 roku. Kontrowersje budzi jednak poziom ilustracji i tekstów. Wielu pyta, jak to możliwe, że ministerstwo, które powinno promować jedynie sztukę na wysokim poziomie, przykłada rękę do faszerowania dzieci ilustracyjnym disco-polo. I to od kołyski!

Ładne kwiatki 

Kontrowersje budzi przede wszystkim jakość obrazków. Tym bardziej, że polscy graficy książki dziecięcej przeżywają właśnie swój dobry czas. Jego owocem są nagrody w tej dziedzinie, by wymienić choćby ostatnie Bologna Ragazzi Award 2012 w kategorii Non Fiction dla Marty Ignerskiej za „Wszystko gra”. Prace polskich ilustratorów są też mile widziane w świecie. Iwona Chmielewska większość swoich książek autorskich wydała w Korei Południowej, z kolei rewelacyjne „Mapy” Aleksandry i Daniela Mizielińskich wydano właśnie we Francji. Nagrody zdobywa tak starsze pokolenie twórców – Józef Wilkoń, Krystyna Lipka-Sztarbałło czy Maria Ekier, jak i młodsze – Marianna Oklejak, Agata Dudek czy Katarzyna Bogucka. Lista świetnych artystów grafików jest zdecydowanie dłuższa.


„Pierwszą Książkę Mojego Dziecka” zilustrował jednak litewski reżyser filmów animowanych, Ilja Bereznickas. Polacy o nim nie słyszeli… Może nie ma to aż tak wielkiego znaczenia, jeśli pracę wykona się dobrze. Niestety jest inaczej! Pierwszy rzut oka na obrazki przyprawia o zawrót głowy. Ostre, kontrastowe kolory kłują niemiłosiernie. Czujemy się jakbyśmy trafili na kolorowy, wiejski jarmark. Paweł Pawlak, autor świetnych ilustracji choćby do „Dwóch serc anioła”, stwierdza, że w pracach Bereznickasa „zbyt dużo jest banału i estetyki wzorowanej na schematycznych rysunkowych animacjach filmowych”. Wątpliwości grafika budzą nie tylko obrazki, ale także projekt graficzny. Krystyna Lipka-Sztarbałło, przewodnicząca Sekcji Ilustratorów przy Oddziale Warszawskim ZPAP, formułuj sąd jeszcze surowszy: „Cała kampania została ubrana w kostium estetyki rodem z etykiet produktów spożywczych w supermarkecie. Skoro skorzystano z tekstów uznanych autorów i kompozytorów – dlaczego więc przyszłemu odbiorcy odmówiono tych samych standardów w plastyce?”. Schematyzm, banał, pstrokacizna – tak można by podsumować estetykę książki.

Istotny pozostaje jednak także układ kompozycyjny – tu odnosi się wrażenie, że postaci i rzeczy wysypały się grafikowi z rękawa i upadły na rysunek bez ładu i składu. Postaci zaś mają miny niewydarzone, z wiecznie rozdziawioną buzią, co niby ma przypominać uśmiech. I choć powiedzenie mówi: „Nie oceniaj książki po okładce”, w tym konkretnym przypadku nie ma ono zastosowania – z każdą kolejną stroną coraz gorzej.


Podobnie rzecz ma się z tekstami. Pomieszczono tu kilka wierszyków znanych i cenionych klasyków: „Lokomotywa” Juliana Tuwima, „Idzie niebo” Ewy Szelburg-Zarembiny, „W kredensowym zamku” Joanny Papuzińskiej, „Na Wojtusia”, „Ta Dorotka” Janiny Porazińskiej oraz „Letnia piosenka” Zofii Beszczyńskiej. Pozostałe teksty to radosna twórczość Elizy Piotrowskiej, która brzmi na przykład tak: „W szafie Franka są ubranka. / Siostra Zosi śpioszki nosi. / Gdy Jaś idzie na spacerek, / Wkłada czapkę i sweterek”. Powstaje pytanie, czy rzeczywiście są to teksty o wybitnych walorach literackich, co do których chcemy, aby stały się prawdziwym „dziedzictwem narodowym”.

Ministerstwo… od Siedmiu Boleści 

Na polskich półkach księgarskich podobnych do „Pierwszej Książki…” kwiatków jest od groma. Skąd to nagłe oburzenie? Być może nikt nie podniósłby głosu, gdyby nie fakt, że nad książką patronat objął Minister Kultury, co przecież powinno gwarantować jakiś poziom. Na forum publicznym głos w sprawie książki zabrała Monika Obuchow, promotorka kultury dla dzieci, nagrodzona w 2008 roku za upowszechnianie czytelnictwa: „Gdyby Ministerstwo Zdrowia dawało swoje rekomendacje chipsom i wprowadzało je ustawą do szkolnych bufetów też bym się zbulwersowała. Nie wychowasz zdrowego smakosza, dając mu do jedzenia substytuty jedzenia”. I choć niektórzy przebąkują, że dzieci lubią, gdy jest kolorowo i że przecież w księgarniach mnóstwo jest tej jakości propozycji, a także że nie należy straszyć dzieci nowatorstwem i awangardą, Obuchow dodaje: „ Idąc dalej tym tropem: minister winien ogłosić rok 2014 rokiem disco-polo, ponieważ tegoroczny Lutosławski nie zachęci Polaków do słuchania muzyki. Problem tkwi w tym: wysokich standardów z kultury wysokiej nie przykładamy do kultury dziecięcej”.



Od razu też pojawia się kolejne pytanie: za czyje to pieniądze? Za państwowe. W 2008 roku Fundacja „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” otrzymała grant w kwocie 40 tys. zł od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na wyprodukowanie książki, w tym zamówienie wierszy i ilustracji. Egzemplarze testowe zostały wydrukowane dzięki wsparciu Banku PKO BP. Wkrótce „Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego uznał projekt „Pierwsza Książka Mojego Dziecka” za cenne uzupełnienie strategii rozwoju czytelnictwa w Polsce i objął go Honorowym Patronatem. W ślad za tym Narodowe Centrum Kultury podjęło współpracę z Fundacją, której efektem była partia pilotażowa PKMD (6 tys. egz.)” (z materiałów prasowych Fundacji i NCK).

Zbyt wielkie wymagania? 

„Żal mi tego, że ludzie, których nie stać na kupno książek, nigdy nie dowiedzą się, co to znaczy dobrze zaprojektowana książka obrazkowa, którą można „przeżywać” na nowo przez całe życie. Cieszyć się z jej posiadania. Po co wydawać pieniądze na książkę, którą wielu ludzi wyrzuci do śmieci? A była taka szansa!” – Monika Obuchow wyraża rozgoryczenie wielu grafików, pisarzy, czytelników i rodziców. Kultura dziecięca rzeczywiście jest banalizowana. Poważne czasopisma krytyczno-literackie nadal nie zajmują się literaturą dla dzieci. W miesięcznikach dla mam więcej artykułów poświęca się kupom, nocnikom i wymiotom aniżeli przeglądom sztuki skierowanej do najmłodszych. Tymczasem współczesna kultura dziecięca znajduje swoje wybitne realizacje tak w słowie, jak w obrazie. Jest czym się chwalić i cieszyć! Ponadto nikogo dziś już chyba nie trzeba przekonywać, że wszystko, czym otaczamy małe dziecko, ma wpływ nie tylko na jego rozwój emocjonalny, na jego wychowanie, ale także na poczucie estetyki.

I co teraz? 

Irena Koźmińska, prezes Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” na pytanie o zarzuty, które stawia się wobec ilustracji, odpowiada: „Przeprowadziliśmy konkurs na ilustracje do Pierwszej Książki Mojego Dziecka, w którym wzięło udział dziesięciu ilustratorów. Celem PKMD nie jest wyrabianie wyrafinowanego smaku estetycznego u odbiorców. Jeśli dzięki niej rodzice wychowają zapalonego czytelnika – a taki jest zamysł Fundacji – to zarówno oni, jak i ich pociechy sięgną później po tytuły z bardziej wysmakowaną ilustracją dziecięcą. Jeśli nie zaszczepi się im miłości do książek i potrzeby czytania, nawet nie będą wiedzieli, że istnieją też książki o innych stylistycznie, wyrafinowanych ilustracjach. Poza tym nie ma jednej obowiązującej estetyki. Nasza propozycja adresowana jest do blisko 400 tys. osób (tyle dzieci rodzi się rocznie w Polsce), powinna być zatem – z szacunku dla odbiorcy – dopasowana do percepcji jak najszerszego grona. Poza odosobnionym głosem środowiska IBBY i pojedynczych grafików, książka powszechnie została odebrana z entuzjazmem”. Cele Fundacji wydają się jasno określone, dlatego trudno tu stawiać jej jakieś zarzuty.

Inaczej rzecz ma się z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które cele ma znacznie szersze i poważniejsze. Na konferencji prasowej dotyczącej „Pierwszej Książki Mojego Dziecka” poinformowano, że można zadać z sali tylko cztery pytania, bo… minister spieszy się na samolot. Także na fejsbukowym profilu MKiDN krytyczne wypowiedzi zbyto milczeniem. Samozadowolenie ministerstwa pozostaje niezachwiane. Ale czego się spodziewać po ministrze Zdrojewskim, który myli Stachurę ze Stachurskim i dofinansowuje festiwal, na którym występuje amerykańska gwiazda porno… Jaki minister, takie książki!

Podpisz PETYCJĘ!!! 

Jako wydarzenie na FB


(skany: Monika Obuchow)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Elżbieta Pałasz "O smoku, który lubił krówki"


Książka Elżbiety Pałasz „O smoku, który lubił krówki” realizuje kilka nowoczesnych trendów w literaturze dla dzieci.

Przede wszystkim gra z językiem. Pierwsze dwa rozdziały „dzieją się” za sprawą dwuznaczności słów: krówka (zwierzę-cukierek), pieczarka (mała pieczara-rodzaj grzyba), smoczek (ten dla dzieci-mały smok), jaszczurek (jaszczurka-ja, szczurek). Te dwa rozdziały przygotowują zasadniczą akcję, dlatego ich celem staje się przedstawienie bohaterów. A przedstawiają się oni właśnie w rozmowie będącej nieporozumieniem językowym.


Następnie gra z konwencją. Pałasz przywołuje tradycyjne motywy – porwania królewny, walki rycerza ze smokiem, zdejmowania uroku – jednak przedstawia je na nowo. Porwanie jest, ale na prośbę królewny i – koniec końców – za obopólną zgodą. Rycerzy jest kilku, jednak… jeden ma nieprawdziwy miecz, a drugiemu zacina się przyłbica. W końcu za sprawą pocałunku zostaje zdjęty urok. Ale nie z żaby, a krówki, która okazuje się królewną, a nie królewiczem.


Nowoczesne jest zatem i podejście do czytelnika. Zakłada się bowiem, że dziecko ma wiedzę o tych tradycyjnych motywach, że będzie umiało rozpoznać, iż autor się bawi i – podobnie jak on – będzie czerpało przyjemność (z lektury).


Przyjemność czerpać czytelnik może także z samego fizycznego obcowania z książką. Ma duży format (a4) i duże litery, i przeogromne obrazy. Te ostatnie są niesamowicie wesołe. Bohaterowie Rychla zazwyczaj są uchwyceni, kiedy wykonują swoje niezborne ruchy:) Niektóre ilustracje zajmują całą stronę (albo i dwie) i kuszą, żeby taką stronę sobie wyciąć i powiesić w rameczce:) Ale tego się książkom nie robi! Dlatego pozostaje mieć nadzieję, że wydawnictwa pokuszą się o drukowanie plakatów z ilustracjami i będą te sprzedawać także!


Możesz kupić tutaj: O smoku, który lubił krówki 

Ilustracje: Piotr Rychel
Wydawnictwo: Bajka 
Wymiary: 235 x 305 x 10
Oprawa: twarda Ilość stron: 48
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-61824-57-2