wtorek, 30 lipca 2013

Pernilla Stalfelt "Hurrraa!! Alla barns ratt"

Znalezione "na ciuchach". Złotówka.
Książka chyba przygotowana na jakąś rocznicę podpisania konwencji (20 lat), ponieważ pod tytułem znajduje się dopisek "En bilderbok om Barnkonventionen 20 ar". A tytuł - domyślam się - znaczy coś w stylu, że "wszyscy są równi/wolni" ???

Intrygujące, jak okładki skandynawskiej literatury dla dzieci nie zapowiadają tego, co można znaleźć w środku! Przyjrzyjcie się uważnie!









czwartek, 25 lipca 2013

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Paweł Pawlak "O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku"


Roksana Jędrzejwska-Wróbel napisała romansidło dla dzieci…

Melania czuła, że Melchior jest kimś, kto jak nikt inny potrafiłby ją zrozumieć. Zaś Melchiora w Melanii urzekało wszystko – od tłustych kopytek po figlarny loczek na szczecince. 

Są nawet sceny…

Leżeli bez ruchu, czując, jak ciemnoczerwony rumieniec ogarnia ich od czubka ogonków po końce różowych uszu. 

...które Paweł Pawlak świńsko odmalował…


Hahaha:) To nie książka o seksie, a o... nieśmiałości!
Brawo! Lekko i bez nadęcia (czyżby nowe tchnienie natchnienia u autorki?). W dodatku zilustrowane jak się patrzy!


Możesz kupić tutaj: O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku 

Wydawnictwo: Bajka 
Wymiary: 205 x 260 x 8
Oprawa: twarda
Ilość stron: 32
 Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-61824-60-2

wtorek, 23 lipca 2013

Karina Schaapman "Mysi domek. Sam i Julia w teatrze"


Mysi domek budzi zachwyt! Czytelnik otwiera na pierwszej stronie (w zasadzie jest to jeszcze wewnętrzna strona okładki) i rozdziawia buzię. Nic nie mówi. Jedynie wydaje z siebie achy i ochy. Toż to cudowne… I tak trwa przy tej pierwszej stronie z 10 minut co najmniej. Bo ilustracja tu zamieszczona przedstawia wnętrze mysiego domku, czyli poszczególne pokoje. To prawdziwy majstersztyk! Cacko! Każdy z pokoi został urządzony z dbałością o detale. Są to miniaturowe przedmioty – maciupkie krzesełeczka, malutkie koszyczki na motki wełenki, tyci-tyci książeczki… sami widzicie, że zdrabniać się człowiekowi zachciewa, kiedy się naogląda tego mysiego domku. Ten zachwyt od razu rodzi uznanie dla twórcy. To się Schaapman musiała napracować… Jakąż ma niesamowitą wyobraźnię… I że też wcześniej nikt nie wpadł na podobny pomysł. Bo przecież każda dziewczynka miała kiedyś mały domek dla lalek – miniaturowe mebelki i ubranka.

sypialnia w domku babci Sama

Ilustracje mysiego domku robią wrażenie podwójnie prawdziwych. Po pierwsze – ponieważ to fotografie, mysi domek i poszczególne scenki wydają się prawdziwe. Gdzieś tam sobie istnieje kraina małych myszek, które mieszkają w uroczej kamienicy, mają swoje przygody, problemy, ot, zwyczajne życie. W istocie mysi domek jest prawdziwy. Media Rodzina informuje: „Mysi domek jest projektem Kariny Schaapman, która zbudowała go jako tło dla tej książeczki. Mysi domek powstał z kartonowych pudeł i papieru mâché. Do wykonania wnętrz Karina wykorzystała autentyczne tkaniny z lat 50., 60. i 70. XX wieku oraz przeróżne materiały. Mysi Domek można oglądać od frontu, tyłu i z boku, a liczy on przeszło setkę pokoików, przejść, zakamarków wyposażonych w mnóstwo potrzebnych sprzętów”. Setka pokoików??? W drugiej części opowieści o Samie i Julii możemy oglądać m.in.: laboratorium i gabinet taty Sama, sypialnię u babci Sama, atelier malarza, magazyn szmaciarza, sklep z torebkami, pracownię stolarską wujka Jana, teatr, pokój szpitalny, kotłownię.

sklep z torebkami

Interesująca jest opowieść o małych myszkach. Ma ona w sobie coś z doszywania kolejnych skrawków materiału do większej całości. O tu leży kawałek materiału, wezmę go i doszyję do tej tu sukienki. Trzonem tej historii jest opowieść o występie Sama. Ma on wkrótce zagrać na trąbce (razem z nim wystąpi Ella, tancerka) w teatrze. Przygotowuje się i jednocześnie bardzo boi. Te doszyte skrawki materiału to wtrącenie o śmierci dziadka Sama, przygotowywanie trumny i ozdabianie jej oraz wizyta sąsiadów, muzułmanów, którzy skończyli Ramadan i obchodzą właśnie święto słodyczy. Dla mnie w szczególności te dwa „skrawki materiału” pasują jak kwiatek do kożucha. Wszystko idzie dość sielsko, milutko, a tu nagle – buch! – wszyscy malujemy trumnę. Może to taki sposób na oswajanie tematu śmierci? Dziwny nieco. O co chodzi z tym Ramadanem? Czy też o oswajanie z islamem? Nie przyćmiewa to jednak na zbyt długo zachwytu nad pracą Kariny Schaapman!


Możesz kupić tutaj: Mysi domek. Sam i Julia w teatrze 

Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 260 x 302
Oprawa: twarda
Ilość stron: 66
Rok wydania: 2013
 ISBN: 978-83-7278-828-3

wtorek, 9 lipca 2013

Eliza Piotrowska "Ciocia Jadzia. Szkoła"


Nie wiem, czym się w tym poście zająć – książką czy jej autorką.

Mam ewidentne problemy ze sklasyfikowanie twórczości Elizy Piotrowskiej. To autorka, która – w moim odczuciu – ma ciut talentu i bardzo duże parcie na księgarskie półki. Są teksty, których Eliza Piotrowska powinna się wstydzić („Pierwsza Książka Mojego Dziecka”), są takie, z których może być dumna czy choćby zadowolona („Paproch”, „Bajka o czasie”), są też i jakieś dziwne tłumaczenia („Tupcio Chrupcio”). Rzuca się trochę autorka na różne propozycje, ku różnym zadaniom. Pamiętam moją mailową rozmowę z Pawłem Pawlakiem, który odmówił wzięcia udziału w konkursie na PKMD raz z racji ciekawszych rzeczy do zrobienia, stworzenia, dwa – „wystraszyły mnie założenia projektu, z których odczytałem oczekiwanie na tradycyjną, grzeczną, bezpieczną ilustrację, przy ocenie której poziom estetyczny nie będzie najważniejszym kryterium”. Niektórzy jednak nie odmawiają. Ze szkodą dla siebie.


„Ciocia Jadzia. Szkoła” jest dobrą realizacją. Widać tu, że autorkę stać na więcej. Opowieść Piotrowskiej (narracja) ma swoje charakterystyczne cechy. Narratorem jest tu dziewczynka, która opowiada żywo, więc akcja posuwa się sprawnie. Bohaterka zachowuje się jak „mały dorosły”. Przede wszystkim ciągle coś czytelnikowi tłumaczy:
„Depresja to choroba, którą leczy się czekoladą” (moja córka dziko zaczęła się śmiać),
„Pogłos to jest głos, który oddzielił się od człowieka”,
„Sedno to ta część historii, na którą czeka się najbardziej”.
W tych definicjach pobrzmiewa głos dorosłego, który z cierpliwością próbuje tłumaczyć co i jak. One też, stanowiąc pewien przerywnik w opowieści, wprowadzają element humorystyczny. Ot, czytelnik się uśmiecha.

Mała narratorka oprócz tego, że jest małym wszystkowiedzącym dorosłym, jest też w rzeczy samej nieświadomym niczego dzieckiem, który ciągle się dziwi.
„Było mi trudno wyobrazić sobie ciocię Jadzię w szkole (może dlatego, że jest taka duża), ale jeszcze trudniej – że pilnuje porządku”.
Oczywiście i to wprowadza element humorystyczny.

Ciocia Jadzia jest ciekawą postacią. To rozumiejący dorosły – w odróżnieniu do nerwowej pani Scholastyki, która zachowuje się jakby połknęła kij, czy nieco wystraszonej i nieśmiałej pani Amelki – wychowawczyni. Ciocia Jadzia – woźna w szkole narratorki – ma receptę na wszelkie problemy, jest wyrozumiała i pomysłowa. Dzieci w szkole kochają ją za ciuchy z lumpeksu, motor jej narzeczonego, Zenka i wygraną w konkursie radiowym. Generalnie kochają ją za luz.


Nie kupuję zupełnie obrazków Elizy Piotrowskiej. Poza tym, że mnie się najzwyczajniej w świecie nie podobają, dodałabym, że niczego nie wnoszą do tej opowieści. Po prostu są. Tyle że nic w nich nie ma. Ja nawet  na chwilę nie zawieszam na nich oka.

Możesz kupić tutaj: Ciocia Jadzia. Szkoła

Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 210 x 227
Oprawa: twarda
Ilość stron: 56
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-7278-836-8