piątek, 27 września 2013

Aleksander Fredro "Paweł i Gaweł"


Fredro dzieciom? Znany z mniej lub bardziej lubianych (w zależności od odbiorcy) komedii-lektur Fredro został zapomniany jako autor wierszy. A po lekturze skromnego wyboru jego utworów przygotowanych przez Bajkę chce się zawołać: „my z niego wszyscy”. Myślę, że wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo Fredro zadomowił się w języku codziennym:

„w to mi graj!”
„osiołkowi w żłoby dano”
 „zupa z gwoździa”
„jak ty komu, tak on tobie”

- to wszystko z Fredry. W jego utworach jest może i zbyt oczywisty dydaktyzm (morał przypięty do opowiastki jak gdyby czytelnik nie miał dość rozumu, by go sobie wyczytać z tekstu samodzielnie), ale jest też i humor. To takie dobroduszne wytykanie ludzkich wad – co tam!, po lekturze Pawła i Gawła ciśnie się pod pióro „przywar”. Bo też i Fredrowy język jest nieco archaiczny, śpiewny, z wyraźną średniówką. Jednak współczesny – także dziecko – doskonale rozumie. Ba!, oddaje się melodii słów i podobnie jak przy Brzechwie czy Tuwimie wpada w recytacyjną pasję… no, w każdym razie ja na pewno:)


„Paweł i Gaweł” trzymają się mocno. Dzieci zachwycone. Janek po chwili w przebraniu gajowego, Gawłem będąc, poluje w mieszkaniu na dziką zwierzynę. Franek wczuwa się w rolę lwa i drze się jak odzierany ze skóry. A Marta (czy może Paweł?)… jak to dziewczyna… ucieka do swojego pokoju, by zażyć choć chwili spokoju. Zgubne jest czasem dla uszu matki czytanie dzieciom…

Znajdziemy tu także: „Małpa w kąpieli”, „Osiołkowi w żłoby dano”, „Sowa”, „Dwa koguty”, „Zupa z gwoździa”, „O czterech podróżnych”, „Wiatr i noc”.


Słówko o ilustracjach. Prac Adama Pękalskiego nie znam wcale. Z jego portfolio wynika, że dopiero się rozkręca. Mnie się podoba. Zgadzam się z Nieparyżanką, że trochę tu mieszania stylów. Spis treści powodu oczopląs w pierwszej chwili. Brakuje też konsekwencji w stosowaniu vintage’owych odbitek. Ale ogólne wrażenie jest dobre.


Kolejne „Cacko z dziurką” zadowala. Przyszła mi do głowy myśl, że do Fredry pewnie Olek zwyczajnie mówili, a nie żaden tam „Aleksander, Aleksandrze”. To raz. A dwa – gdzie tu dziurka? :) OTO jest pytanie? W serii "Cacko z dziurką" dziurka to osobna opowieść... można powiedzieć, że dziurka nie jedno ma imię:):):) Wiem, że brzmi tajemniczo, tym bardziej zachęcam Was do kupienia wszystkich trzech do tej pory wydanych!

PS
Nie mogłam się oprzeć, żeby nie wkleić tego niżej dla porównania:


 

Możesz kupić tutaj: Paweł i Gaweł 

Ilustracje: Adam Pękalski
Wydawnictwo: Bajka 
Wymiary: 210 x 210 x 10
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-61824-62-6

poniedziałek, 23 września 2013

Julian Tuwim "Rzepka"; il. Jona Jung


Seria Cacko z dziurką ma swoje założenia. Takie: „wydajemy małe antologie klasyków polskiej literatury dla dzieci w autorskim opracowaniu graficznym współczesnych mistrzów ilustracji. Istne cacka literackie i graficzne. Lektura obowiązkowa i ozdoba biblioteczki każdego małego Czytelnika!” Rzeczywiście książeczki wydane przez Bajkę powinny zastąpić te wszystkie pstrokacizny, które na pewno leżą gdzieś tam w kątach i próbują udawać książki. Sami zobaczcie, jak potraktowano Tuwimową „Rzepka”.

Przykład pierwszy – Disney jak się patrzy. Dziadek ma tu zdecydowanie twarz Geppetta. Że też komuś zapłacono za to „kopiuj-wklej”.







Przykład drugi – pstrokaty. Wciąż mnie zastanawia, skąd w ludziach to przekonanie, że dzieciom się coś takiego – okropnie przekoloryzowanego – spodoba.


Przykład trzeci – PORAŻKA. Komputerowe obrazeczki ucznia pierwszej klasy.


„Rzepka” zilustrowana przez Jonę Jung wygląda tak.



Prace tej ilustratorki charakteryzują się prostotą. Jung nie kombinuje, jej styl ma w sobie coś z dziecięcych rysunków.

„Rzepka” obok „Lokomotywy” jest najczęściej czytanym przez nas tekstem. W tej chwili może mniej, ale mieliśmy bardzo intensywny czas czytania tych dwóch wierszy. „Rzepkę” uwielbiają. Kochają. Znają prawie na pamięć. Czytamy razem, bawiąc się tym tekstem – ja rozpoczynam dzieci kończą. Mamy przy tym ogromną radochę.

Bajkowa „Rzepka” zawiera kilka innych tekstów: „Słoń Trąbalski”, „Trudny rachunek”, „Idzie Grześ”, „Okulary”, „Ptasie plotki”, „Dwa Michały”, „Spóźniony słowik”, „Dyzio Marzyciel”, „Cuda i dziwy”.

Ilustracje: Jona Jung
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 210 x 210 mm
 Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2013
 ISBN: 978-83-61824-63-3

wtorek, 17 września 2013

„Świerszczyk” nr 17/2013


Już dawno nie pisałam o „Świerszczyku”… a mamy każdy numer:) Marta stale do nich wraca. Ponieważ stoją ustawione na półkach z książkami, wyciąga kilka egzemplarzy i przegląda. Jeszcze o tym nie pisałam, ale Marta jest tegoroczną pierwszoklasistką. Wielka to dla niej przygoda – to chodzenie do szkoły. Wstaje rano chętnie, cieszą ją wszystkie zajęcia i bez ociągania się odrabia zadania domowe. To cieszy! Szkoła sporo zmieniła w naszym rozkładzie dnia. Pewnych spraw trzeba bardziej dopilnować, zatem włącza się u nas coś nowego – obowiązek:)

Na wrześniowy numer „Świerszczyka” spoglądam więc zupełnie „po nowemu”. Patrzę oczyma mojej rozpoczynającej edukację córki. Patrzę, z czym już wkrótce będzie umiała sobie poradzić sama. W sensie pierwszych czytanek. Na pewno z komiksem o kotku Mamrotku (który tu wspomina wakacje), ale też ze „wstępnym” wierszykiem. Bardzo je zresztą lubię. Otwieram „Świerszczyka” i pierwsze co dostaję, to poezję. Opowiastki Małgorzaty Strzałkowskiej są co prawda ciut dłuższe, ale za to bez „ą”, „ę”, „ć”, „rz” czy „ch”. Wyobrażam sobie też, jak stawia swoje pierwsze litery w krzyżówce, myląc się przy tym i próbując gumować, bo się na przykład w słowie tak długim przecież jak "latawiec" "w" zgubiło:)

Ja w dniu rozpoczęcia roku szkolnego jakoś nie wyglądałam na najszczęśliwszą,


więc pozostaje mi zrobić sobie coś takiego („Wspomnień czar” strona 29).


Kupujecie „Świerszczyka”?

Strona „Świerszczyka”

poniedziałek, 9 września 2013

Agnieszka Ginko "Tutlandia"


Moje starsze dzieci (7 i 5 lat) nie mają jeszcze wyrobionego wyczucia smaku czy estetyki. Zwłaszcza w kwestii czytania. Przy okazji lektury „Tutlandii” tknęło mnie, że dla nich nie liczy się tak naprawdę, co im czytam. Istotne jest samo czytanie, które wciąż dla nas integralnie związane jest z przytulaniem, bliskością. Dlatego nie zdziwiło mnie, że opowieść im się spodobała. Jankowi fragmenty o zimie i padającym śniegu. Marcie fragment, w którym „zepsuta zynka” w końcu wraca do rodziców i malutkiego braciszka. Rozumiem dlaczego. Marta od razu zaczęła opowiadać, jak to ja byłam w szpitalu i rodziłam Marysię i przyszedł tata i pokazał zdjęcia, a potem dziadek na kamerze malutką i jak skakali po łóżku, kiedy dostali wiadomość, że Marysia już jest.


Ja tyle zachwytu i przyjemność z lektury nie miałam. Doczytałam do ostatniej strony tylko ze względu na małych słuchaczy i ilustracje. Dlaczego? Przede wszystkim rozdrażnił mnie już pierwszy rozdział. Akcja toczy się jakby autorka sama nie wiedziała, o czym chce pisać, więc po prostu pisała zdanie za zdaniem, oczekując, że jedno zdarzenie na pewno wywoła drugie samo.
Mamusi nie było i nie było. Tutce przypomniało się, że jest sobota i nie trzeba wcześnie wstawać. Ale akurat zaczęły jej podskakiwać nogi: fik, fik, fik. A jak tak się dzieje, to człowiek już na pewno nie zaśnie… Postanowiła, że pójdzie do pokoju brata i zobaczy, czy wstał. 
Zanim w pierwszym rozdziale przejdziemy do zasadniczej akcji (jest nią wyjście do teatru) mamy więc kilka podakcji: przeciąganie się, naciąganie kołdry na uszy, rozmyślania o „koniom dać”, oczekiwanie na mamę, która nie przychodzi, decyzja o wyjściu z łóżka, przejście do brata… i to wszystko na jednej stronie. I od razu przypomina mi się to:
Widziałem taką scenę kiedyś... Na przykład, no ja wiem? Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa... I proszę pana patrzy tak: w prawo... Potem patrzy w lewo... Prosto... I nic... Dłużyzna proszę pana... To jest dłu... po prostu dłu... dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna. 
I w dodatku o nic nie chodzi.
No! Może chodzi o kilka nowoczesnych temacików, jak warsztaty odchudzające (bo mamie brzuszek został po świętach) czy tata zarabiający na chleb za granicą (nic to, że jakoś się to pierwsze z drugim wyklucza).

Się zmęczyłam przy tej lekturze. Ale wielu recenzentom się podoba.


Możesz kupić tutaj: Tutlandia 

Ilustracje: Ewa Poklewska-Koziełło
Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 210 x 227
Oprawa: twarda
 Ilość stron: 54
Rok wydania: 2013
 ISBN: 978-83-7278-837-5