piątek, 31 stycznia 2014

Iwona Chmielewska „O tych, którzy się rozwijali”


Mieć w rękach książki Iwony Chmielewskiej jest prawdziwą ucztą dla ducha. Kiedy otwierasz pierwszą stronę, czujesz się, jak gdyby ktoś wyłączył światło, zatrzymał na chwilę Ziemię, przestajesz słyszeć dźwięki z zewnątrz. Wpadasz. Wsiąkasz. Zachłannie czerpiesz z tej nieprzebranej studni. Na końcu wychodzisz naprawdę bogaty.


Nie ma w Polsce drugiej tak wybitnej i mądrej autorki. Jestem przekonana, że Chmielewska to Kopernik/Chopin/Mickiewicz dziecięcej literatury. Jej opowieści zadowolą dziecko w równym stopniu, co dorosłego. Dlaczego? Dlatego że autorka "Czterech stron czasu" konstruuje opowieści wielopłaszczyznowe. Nigdy nie daje gotowych odpowiedzi. Zawsze pozostawia jakieś niedopowiedzenia. Ucieka się do wieloznaczności. Żongluje sensami.

„O tych, którzy się rozwijali” podoba mi się ogromnie. Intrygujący jest już sam pomysł. Autorka znalazła w sklepie z używanymi rzeczami stare nici nawinięte na kartonowe szpulki. One to, stając się korpusami postaci, dały początek fascynującej opowieści o ludziach, którzy się rozwijali.


Ale co znaczy, że się rozwijali? Dla każdego czytelnika coś innego.

Dziecko z pewnością zobaczy nitki, które rozwijają się ze szpulki, aby stać się czymś pomocnym – zwiążą snopek siana, przytrzymają łodygę przy tyczce, czymś, co zapewnia rozrywkę – kłębkiem, którym chłopiec może się bawić albo linę, który umożliwi wspinaczkę. Dziecko może wyczyta z tej opowieści, że to, co wydaje się stare i nieprzydatne, może mieć jeszcze całkiem fascynujące 5 minut.


Dorosły czytelnik pójdzie kilka kroków dalej. Zacznie wnikać w sensy „rozwijania się”. Bo rozwija się to dorastać, zdobyć jakieś umiejętności, doskonalić się, kształtować się, toczyć się w czasie, ale też – co chyba najmocniej podkreślają ilustracje – oddać kawałek siebie drugiemu, zatracić się, stracić coś z siebie. Można też wnikać w to, czym są „nici” albo kim są, ci którzy się rozwijają – ci konkretnie zilustrowani. Na pewno jest wśród nich Korczak, którego znamy z „Pamiętnika Blumki” tej autorki. Ale mam wrażenie, że na innych obrazach są moi bliscy, mama, babcia, wujkowie, ale też sąsiedzi i ludzie, których kiedyś widziałam na ulicy. Tak, tak, z całą pewnością to Oni. Bo przecież wiem, że też się rozwijali.

Książka Chmielewskiej postawi też  pytania, o Ciebie samego – czy się rozwijasz? I choć wydaje się, że w dzisiejszych czas „rozwijać się” ma TYLKO JEDNO znaczenie, z zaskoczeniem, a może zawstydzeniem, odkryjesz, że jest inaczej.



Możesz kupić tutaj: O tych, którzy się rozwijali  

Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 215 x 287 x 8
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-7278-876-4

środa, 29 stycznia 2014

Anna Karwińska „Puszek, Druciak, Zakładka i inne isty”


Wyobraź sobie, że masz dziecku w wieku szkolnym wyjaśnić, co to jest istota społeczna, kultura albo prawo autorskie. Trudne zadanie! – wydaje się w pierwszej chwili. Trudne dlatego, że szkoła odebrała nam kreatywność, wyobraźnię i nauczyła nas wkuwania definicji bez odniesienia ich do życia. Lektura „Puszka, Druciaka, Zakładki…” Anny Karwińskiej uświadamia mi to brutalnie. I jeszcze przed lekturą pojawia się pytanie: ale po co dzieciom tłumaczyć, co to jest kreatywność i władza? – pytanie, które zdradza wrodzony brak ciekawości świata.


Ale nasze dzieci da się jeszcze uratować! Są małe, więc głodne wiedzy, nowych doświadczeń. Wyobraźni też jeszcze nie zastąpił schematyczny sposób myślenia. Publikacja Anny Karwińskiej podpowiada rodzicom, jak wykorzystać dziecięcą ciekawość (na Śląsku mamy fajne określenie na „ciekawski”, które ciśnie mi się na usta, kiedy piszę ten tekst: "wrazidlaty"), jak wykorzystać ten moment, kiedy dziecko przychodzi z problemem i zadaje pytanie. Książka składa się z krótkich dialogowanych rozdziałów. Narratorka – zdecydowanie osoba starsza i doświadczona – utknęła kiedyś razem z nową sąsiadką w windzie. Dowiedziała się od niej, że ma bardzo ciekawską, dziewięcioletnią córkę Alicję. Następnego dnia dziewczynka przyszła do narratorki, niosąc koszyczek, a w nim Druciaka – „giętkiego osobnika złożonego ze skręconych kolorowych drucików i kilku korali”. Z kolejnych rozdziałów dowiadujemy się, że „ist” jest więcej – Puszek, Wełniczka, Zakładka. To właśnie one zadają pytania. Na przykład takie: „Czy ty wiesz, że jesteś istą?”, „Bieda jest kobietą?”, „jaki obraz jest ładny?”, „jak coś jest w internecie, to chyba jest niczyje… Czy może wszystkich?”. Pytania, które zadają stworzonka, zawsze wyrastają z konkretnych problemów. Raz dziewczynka z klasy Alicji podebrała pomysł na zadanie domowej koleżanki, innym razem do szkoły przyszedł artysta i dzieci uznały, że jego obrazy są brzydkie, jeszcze innym razem Druciak i Niciak oglądają mecz i zastanawiają się, czy Francuz, który strzela gola jest Polakiem. Sami przyznajcie – sytuacje zupełnie z życia wzięte, nic abstrakcyjnego.


Narratorka występuje tu w roli autorytetu. Prosto odpowiada na pytania, zwracając jednak uwagę na złożoność problemów, pokazując paletę możliwych rozwiązań w zależności od konkretnej sytuacji. Całość jest niezwykle ciekawa! Tym bardziej, że na końcu każdego rozdziału znajdziemy pytania, które pozwalają zagłębić się w problem, rozwijają ciekawość właśnie. Zachęca się też dzieci, by próbowały coś zrobić – zaprojektować zabawkę, ułożyć reklamę. Wyobrażam sobie, że w ten sposób właśnie odbywa się edukacja domowa, dlatego tę książkę szczególnie gorąco polecam homeschoolersom.


Ilustracje Jana Bajtlika („bajtlik” to po śląsku „portfel”) oglądam „na żywo” pierwszy raz. Przypominają plakaty – są proste, oszczędne, ale śmiałe w kolorach. Sporo w nich aluzji, co zachęca do szukania, kojarzenia z innymi tekstami kultury. Ich adresatami może być tak dziecko, jak i dorosły. Swoją drogą – postać i dorobek Jana Bajtlika, najmłodszego pokolenia polskich plakacistów zachęca do zgłębiania tematu polskiej szkoły plakatu, o której Frank Fox mówił: „Polska była krajem makabry, pudełek w pudełkach, sznurów i oczu, ciał uwięzionych i wspomnień stłumionych, urazów, "ich" i "nas". Sztuka plakatu była sposobem rozliczenia – była walką na arkuszu papieru”. A czym jest dziś?
Plakat Jana Bajtlika


Możesz kupić tutaj: Puszek, Druciak, Zakładka i inne isty  

Ilustracje: Jan Bajtlik
Wydawnictwo: Narodowe Centrum Kultury 
Wymiary: 220 x 220 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
 ISBN: 9788363631765

środa, 22 stycznia 2014

Magdalena Mrozińska, Maria Dek „Paskudki słowiańskie”


Czy mieliście kiedyś do czynienia z paskudkami? Och, pewnie pytacie, co to są te paskudki i to w dodatku słowiańskie? To takie strachy, duchy, które naszym prapraprzodkom, Słowianom (ostatnio temat na nowo wyzyskiwany, nieraz kontrowersyjnie – hihi), uprzykrzały życie – nie pozwalały spać, żniwiarzom przeszkadzały pracować, skwasiły mleko albo w lustrze maszkarę pokazywały ładnej pannie. Takie upierdliwe stworzenia.

Z paskudkami mogliście się spotkać w baśniach i legendach. Ja pamiętam Południcę z utworu Bolesława Leśmiana „Świdryga i Midryga”. Zdarzyło mi się (!) też czytać „Wiedźmina” i tam niektóre z postaci mitologii słowiańskiej można spotkać. Ale patrząc na ich obecność w kulturze polskiej, trzeba szczerze przyznać, że marny ich żywot i nikłe nimi zainteresowanie. A może szkoda?


Magdalena Mrozińska i Maria Dek pomyślały, że warto wrócić do tych postaci. Miały jednak założenie, aby słowiańskie strachy nieco oswoić, tym bardziej że książka skierowana jest do dzieci. Dlatego paskudki musiały się odnaleźć w bardziej współczesnych, ale też i lekko absurdalnych realiach. Koniec końców, budzą sympatię dziecięcego czytelnika. Kogo więc możemy na łamach książki spotkać? Mamunę, która wszystko wszystkim zamieniała, Gnieciucha, który wpadłszy w beczkę śledzi, wygodnie sobie siedzi i Wciąż do niego nie dociera, / skąd ta gęsta atmosfera. Potem mamy Dytka, który w lustrze ładnym pannom stroi miny bardzo brzydkie, Wietrznicę, co to ma dosyć, / że jej wiatr wciąż targa włosy. Zaś Kłobuk – ten straszek / to podstępny złodziejaszek, a skrzat JAROSZEK w dniu schwytania / zmienia się nie do poznania. Płanetnicy wpływali na pogodę, dlatego:

Nie złość się na PŁANETNIKÓW
 za kałuże na chodniku. 
Wyjątkowa ich natura 
- ciągle chodzą z głową w chmurach! 

Błędnik nawet niedźwiedzia umiał wywieść w pole, szczere pole, a Świecek Niedaleko zaś leszczyny / sączył koktajl z koniczyny. I na koniec para dziwnych koleżanek – Południca i Północnica, które choć kłócą się piekielnie, / to przyjaźnią bardzo wiernie. Zaserwowałam Wam taki ogrom cytatów, żebyście choć trochę zakosztowali języka Magdaleny Mrozińskiej. Być może na fali lektury „Baśni i legend polskich” będąc, a może z tęsknoty za piękną polszczyzną – nie potrafię dość się wierszami Mrozińskiej nacieszyć. Pięknie tu brzmią wszelkie typowe dla Słowian głoski. Brzmią, grzmią, syczą, drżą, szumią… Tworzą atmosferę. Doskonale nadają się do zabaw językowych (jeśli macie dzieci z problemami logopedycznymi), doskonale na język uwrażliwiają po prostu. Zawsze kiedy czytam wiersze dziecięce współczesnych autorów, mam ten lęk o rym i rytm. Że się autor na nich poprzewraca. Ale Mrozińskiej się to nie zdarza. Jej słowa płyną. I znów – jak w przypadku najlepszych poetów dziecięcych – wywołują w czytającym pasję recytatorską.


Obrazy Marii Dek są niedopowiedziane. Jak gdyby się ukrywały. Uważam to za rzec cenną, bo zmuszającą oglądające dziecko do poruszenia wyobraźni. Mój Janek natrzaskał chyba z siedem własnych wyobrażeń dytka (obrazki zostały u babci; wkleję innym razem). Chyba właśnie o to w dziecięcej książce chodzi?


Rzadko mamy okazję czytać, jak pracuje ilustrator. Bardzo mi się spodobała wypowiedź Marii Dek dla Kopca Kreta – bloga Macieja Gierszewskiego. Maria mówi tak: „Wszystko rysuję na tekturze lub kartonach z fakturą, wycinam, a następnie skanuję gotowe części ilustracji. W komputerze bawię się tymi elementami – zmieniam trochę kolory, lekko je ścieram, żeby uzyskać przezroczystości, nakładam dodatkowe faktury, które wcześniej narysowałam (wszechobecne kreseczki). Staram się, żeby ilustracje zachowały tradycyjny wyraz, bardzo nie lubię prac w całości stworzonych w komputerze. Czasami coś krzywo przytnę, ołówek lub kredka zboczą z „trasy” rysunku i dzięki temu powstaje coś naturalnego, z gestu”.

O „Paskudkach słowiańskich” napisali już chyba wszyscy blogerzy książkowi:) Myślę, że w pełni książka ta zasłużyła na to, by o niej mówić.


Możesz kupić tutaj: Paskudki słowiańskie 

Ilustracje: Maria Dek
Wydawnictwo: Myślanki
Wymiary: 270 x 205 mm
Liczba stron: 32
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-62755-56-1

wtorek, 21 stycznia 2014

"Danuta Wawiłow dzieciom"


W ramach „aksamitnej serii” – jak ją nazywam – Nasza Księgarnia publikuje także zbiory wierszy (często też opowiadań) wybitnych poetów dziecięcych. Czytaliśmy Osiecką, Kerna, Brzechwę, Chotmoską i Kasdepke. Jakiś czas temu ukazał się także zbiór utworów Danuty Wawiłow, do którego ja mam szczególny sentyment.

Danutę Wawiłow pamiętam z „Filipinki”, czasopisma dla dziewcząt (czy jeszcze wydawane?), jako osobę niezwykle ciepłą, pogodną, o szalonych pomysłach. Wydawało się, że potrafi tylko chwalić młode poetki. Nie stosowała w swoich felietonikach krytyki, nie przemawiała tonem mentora, a jedynie podpowiadała, jak radzić sobie z poezją, która – tak twierdziła! – tkwi w każdym z nas. Nikomu nie odbierała prawa do bycia poetą, nie rezerwowała natchnienia tylko dla wybranych. Te wszystkie cechy widoczne są również w jej wierszach dla dzieci.


Danka Wawiłow nie poucza więc nachalnie swoich małych czytelników, jak zwykły to robić poetki starszej generacji (ot, choćby Konopnicka). Całkowicie zaś skupi się na świecie dziecka i wręcz można by powiedzieć, że odda maluchom pióro, bo to oni mówią, ich oczyma patrzymy na świat i w końcu ich kategoriami zaczynamy (my-dorośli) oceniać świat. Dziecko jest w centrum tego poetyckiego świata. Ono mówi. Dlatego znajdujemy w utworach typowe dla maluchów błędy językowe (Kiedy się bawię z tatem,/ to jestem straszny piratem „Wiersz o mnie”) i charakterystyczne dziecięce powiedzonka (jak ją rąbnę niechcący; wstrętna ropucha „Moja siostra królewna”). W wierszu „Strasznie ważna rzecz” obserwujemy ponadto próbę odzwierciedlenia dziecięcego pośpiesznego sposobu mówienia:

były sobie dobre wróż… 
jedna miała krótkie nóż… 
druga miała dwie papuż… 

Bohater poezji Wawiłow potrafi jednak także złościć się, kaprysić, buntować się , narzekać i po prostu być niegrzecznym. Zdarza się również, że stosuje ono szantaż emocjonalny („Pożałuj mnie!”).

Jak się będziesz gniewać na mnie, 
to ołówki ci połamię (…) 
Z kuchni wezmę ci zapałki, 
potnę obrus na kawałki

Przede wszystkim jednak dziecko obserwuje świat dorosłych i negatywnie go ocenia. Zauważa więc nieustanny pośpiech dorosłych („Szybko!”), nie godzi się na obojętność wobec przyrody ożywionej i przedmiotów martwych („Pomniki”). Zupełnie wyjątkowym wierszem, by nie rzec porażającym, w kwestii oceny zachowania dorosłych jest „Wędrówka”.


Pewnego dnia

wyjdę z domu o świcie,

tak cicho,

że nawet się nie zbudzicie.

I pójdę,

i będę wędrować po świecie,

i nigdy mnie nie znajdziecie.

I nie wezmę ze sobą nikogo,

Tylko tego małego chłopaka,

Co wczoraj bał się wrócić do domu,

A dlaczego –

to tego

nie chciał powiedzieć nikomu.

I jeszcze weźmiemy ze sobą

tego czarnego kotka,

co miauczy zmarznięty na progu

i każdy odpycha go nogą,

i nie chce go wpuścić do środka.

I to nie obchodzi nikogo,

że on tak płacze na progu.

Mam więc wrażenie, że jeśli Wawiłow próbuje kogoś pouczać i moralizować, to z pewnością nas-rodziców.


Poetka wpuściła w swój świat poezji dziecko i pozwoliła mu rozpanoszyć się w nim do woli. Dziecko oczywiście skorzystało z kuszącej oferty. Podporządkowało sobie cały ten świat i już nie mogło być mowy, żeby go opuścić, bo pewnie zaczęłoby wołać:

będę płakać coraz gorzej,
 aż napłaczę całe morze. 

Cyba wyszło to jednak poetce na dobre.

Ale w tomie „Danuta Wawiłow dzieciom” znajdziemy nie tylko poezję. Pomieszczono tu obok „wierszyków wesołych i smutnych” „Dziwne bajeczki” (m.in. „Trójkątna bajka”, „Bajka o stu królach Lulach”), „Opowiadania” („Chcę mieć przyjaciela”, „Kiedy byłam mała” znane nam z „Poczytaj mi, mamo”) oraz „Teatrzyk Parapet”.


Mnie urzekł „Wstęp” Natalii Usenko. Przytoczę Wam jego fragment, który pokazuje skrawek z życia rodzinnego Danki. To pomysł na bycie z dziećmi – może go wykorzystacie.

Na dwunastym piętrze bloku na warszawskich Jelonkach, między Niebem a Ziemią, (…) dwójka poetów i ich dzieci żyła we własnym magicznym świecie, pełnym zwierzaków, książek, muzyki, folkloru z różnych stron świata i wspólnie pisanych wierszy, których tworzenie stanowiło naszą ukochaną rozrywkę. Wystarczyło wziąć z półki dowolny tomik, strzelić palcem na oślep – wybrany wers stawał się tematem, który można było wykorzystać jako inspirację lub zacząć od niego własny wiersz. (…) Dzieła odczytywano na głos, a forum rodzinne reagowało burzliwie, bijąc brawo, gwiżdżąc i tupiąc. Najlepsze wpisywaliśmy do grubego zeszytu, zatytułowanego „Wieczorny dzwon”. Życie na szczycie bloku kipiało od słów i kolorów, w niczym nie przypominało mrocznych legend o szarych blokowiskach. 

Czujecie trochę tę magię? Jeśli chcecie jej więcej – zajrzyjcie do jej poezji!

PS Ilustracje cudne Joli Richter-Magnuszewskiej!



Możesz kupić tutaj: Danuta Wawiłow dzieciom

Ilustracje: Jola Richter-Magnuszewska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Wymiary: 165 x 215 x 21
Stron: 280
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788310124012

poniedziałek, 20 stycznia 2014

"Baśnie i legendy polskie"


O tej książce mogę powiedzieć, że towarzyszyć będzie czytelnikowi wiernie od najmłodszych lat do późnej starości. To książka, która się nie zestarzeje, której teksty (fabuły) zna prawie każdy Polak. Bo czy jest tu ktoś taki, kto nie potrafi nic powiedzieć o Popielu, o Warsie i Sawie, kto nie zna Twardowskiego, Janosika czy historii Szewczyka Dratewki? Jeśli kupisz swojemu maluchowi „Baśnie i legendy polskie” Naszej Księgarni wyposażysz go na całe życie. Bo dasz mu do ręki klucz do rozumienia otaczającego go świata. Bo dasz mu poczucie przynależności, dasz mu korzenie, umiejscowisz go w świecie.

Brzmię może jakby mnie NK na swojego PR-owca wynajęła, ale nic z tych rzeczy. To naprawdę doskonała rzecz. Co się na jej doskonałość składa? Trzy sprawy.

Dobór fabuł. Pierwsze baśnie i legendy zamieszczone w tym tomie odnoszą się do czasów sprzed 966 roku. Opowiadają o założeniu państwa („Orle gniazdo”), pierwszych władcach (Popiel, Piast Kołodziej), aby potem odnosić się do konkretnych rejonów naszego kraju. Przeczytamy baśnie związane z Poznaniem („Założenie Poznania”, „Przedziwna historia o koziołkach poznańskich”), Pomorzem („Królowa Bałtyku”, „Lwy z gdańskiego ratusza”), Mazurami, Warszawą, Krakowem, Śląskiem, Podhalem. Dlatego możecie wziąć tę książkę na wakacje, i gdy będziecie w Ojcowie (lub nim wyruszycie z wyprawą), przeczytać „Grotę króla Łokietka”. Ja poszłam do przedszkola mojego syna, aby przed Dniem Górnika i wycieczką dzieci do kopalni, przeczytać im „Legendę o Skarbniku”. Dzieci wiedziały, jak należy się w kopalni zachować, jak witają się górnicy. Malowały też Skarbnika i – jestem pewna – wypatrywały go później w kopalni. Ten świat – pełen rycerzy, królów, bohaterskich górali, ale też postaci fantastycznych jak utopce, Syrena, Bazyliszek czy Boruta – jest dla dzieci niezwykle atrakcyjny i doskonale działa na wyobraźnię. Mój syn bardzo się takimi lekturami emocjonuje. Od razu po przeczytaniu zaczyna się przebierać, tworzy rekwizyty, przygotowują z siostrą przedstawienia.

Ilustracja do "Toruńskie pierniki"

Dobór tekstów. Baśnie i legendy można dostać opowiedziane przez jakiegoś współczesnego autora. Ale nie tu. Tutaj opowiadają prawdziwi znawcy tematu – Artur Oppman (Or-Ot), Maria Krüger, Janusz Korczak, Wanda Chotomska, Janina Porazińska, Gustaw Morcinek, Władysław Ludwik Anczyc, Jan Kasprowicz, Marian Orłoń, Ewa Szelburg-Zarembina… I to jak opowiadają – soczystą, melodyjną polszczyzną, w której ukryta jest jakaś tajemnica szczególna. Dzięki niej opowiadana rzecz jest tak plastyczna, że zaraz się zjawia przed oczami czytającego, słuchającego. W tekstach pojawiają się archaizmy i dialektyzmy, jednak nie przeszkadzają w rozumieniu sensu (niektóre wyjaśniono w przypisach). Dzieciom przedszkolnym bardzo się podobał ten fragment z „Legendy o Skarbniku”, czytany sugestywnie:

- A szczęść Boże, panie Skarbniczku! Pięknie witam! – zawołał Trąbala. 
- Ty giździe zagiźdżony. Ty przegrzeszony ślimoku! – wrzasnął Skarbnik. 
- Nale Jeckusie, dyć tak nie wrzeszcie, panie Skarbniczku… Dyć ja wiem, o co chodzi. 

Pewnie wielu z Was pamięta niektóre z tych opowieści z naszych PRL-owskich podręczników (ja szczególnie pamiętam „Waligórę – Wyrwidęba”). Nie wiem, czy dzieci w swoich podręcznikach też mają teksty Orłonia, Siemieńskiego czy Krűger. Myślę, że powinny, bo to właśnie one tworzą coś, co nazywamy tradycją literacką, ale też stanowią kontekst dla literatury i kultury polskiej.

"Przerwany hejnał"

Ilustracje. Obrazy Mirosława Tokarczyka (rocznik 1934) mają w sobie coś z ilustracji sprzed lat. Być może dlatego, że Tokarczyk współtworzył serię „Poczytaj mi, mamo”, ale też zilustrował ponad dwieście książek dla dzieci i młodzieży wydanych niegdyś przez Naszą Księgarnię (w jej najlepszych latach). Te ilustracje dopełniają teksty, ale przed nie nie wybiegają. Stanowią doskonałe tło.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że tę książkę warto mieć u siebie?



Możesz kupić tutaj: Baśnie i legendy polskie 

Ilustracje: Mirosław Tokarczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Wymiary: 170 x 220 x 20
Oprawa: oprawa twarda
Ilość stron: 280
 Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-10-11484-6

piątek, 17 stycznia 2014

Hannele Norrstrӧm, Sven Nordqvist "Guldflickan"

Na ciuchach ciekawe rzeczy można wygrzebać. Na przykład skandynawskie książki naszych ulubionych ilustratorów aż za 1 zł. Wydawnictwo Opal 1995.















Mój aparat jest słaby, ale mam nadzieję, że choć trochę radości Wam sprawiłam tymi ilustracjami:)

Dodam jeszcze, że nieznajomość języka w niczym nam nie przeszkadza. Ilustracje są na każdej stronie, więc moje dzieci od razu zaczęły opowiadać sobie całą historię. A czy ma to jakieś znaczenie, czy zgodnie z tym, co napisano? Żadnego przecież!

wtorek, 14 stycznia 2014

Stefan Themerson, Franciszka Themerson „Był gdzieś haj taki kraj. Była gdzieś taka wieś”


Wydawnictwo Widnokrąg jest chyba młodsze niż mój blog, a jednak widać, że dziecko to charakterne i wie, czego chce. Do tej pory książki, które wydali, mieszczą się w trzech grupach. Pierwsza to publikacje mające przybliżyć dzieciom kulturę innych krajów, uwrażliwić je na inność, wzbudzić w nich ciekawość („Apetyt na Maroko. Tadżin” czy „Myślobieg…”). W ramach drugiej grupy mieszczą się książki, które zostały uhonorowane międzynarodowymi nagrodami („Emigracja” czy „Czarna książka kolorów”). Trzecia grupa – na razie liczy jedną pozycję – to reprinty. Widnokrąg przywraca tu dziecięcym czytelnikom Themersonów i ich picturebook "Był gdzieś haj taki kraj. Była gdzieś taka wieś".

Właśnie! Do Themersonów i ich twórczości pasują wszystkie modne dziś określenia – art book, picturebook, typografia, architektura książki, książka obrazkowa, liberatura… Themersonom jakby nie dość tego. Dodają swoje określenie – jak bardzo na czasie! – stwierdzają bowiem, że książki nie tyle powinny być bestsellerami, co BESTLOOKERAMI! Ładne, prawda! Już to proste przywołanie terminów używanych do opisywania współczesnej literatury dziecięcej odkrywa przed nami Themersonów i ich książki jako wyjątkowo aktualne, na czasie i których zwyczajnie nie naruszył ząb czasu. Aa!! Bo chyba tego jeszcze nie napisałam, że „Był gdzieś haj…” ukazał się w 1935 roku!


Ale cóż tu takiego aktualnego? Przede wszystkim to założenie, że książka musi być dziełem integralnym (och, naczytałam się Zabawy), a więc stanowić idealne połączenie słowa i obrazu, co realizuje się także w szczególnym pochyleniu autorów nad architekturą i typografią książki.

Zatem słowo. Wiersz Stefana Themersona jest uwolniony. Słowa mają tu prawo wykluwać się w głowie pisarza bez większych ograniczeń. Wyobraźnia językowa swobodnie sobie poczyna, sterowana jedynie melodią i rymem.

Poleciała mucha tse-tse do lisa. 
I tak rzekła, nie po polsku, a po lisio-rudemu: 
-Chytjes rysteś lis, 
jadłbyś z cudzych mis 
inspryt teny res 
dozro bienia jest 
kara wara bas 
tasprze nioda kwas. 

Podobnie zresztą jak i cała fabuła. Najlepiej żeby była zabawą, grą prowadzoną ze spostrzegawczością czytelnika. „Był gdzieś haj taki kraj. Była gdzieś taka wieś” to dwie historie, które stanowią w pewnym sensie lustrzane odbicie (zresztą uważny czytelnik dopatrzy się tych zwierciadlanych odbić więcej – w nazwach, w ilustracjach). W afrykańskim Alibajdadzikafrajdawtomigraju mieszkają Sabarawarak i Karawarabas. Są bardzo pracowici. Odwróć książkę, a zaraz trafisz do bardzo błotnistej wsi, gdzie „Ludzie byli / tacy lenie… / Wciąż mówili // tylko, że n i e…”. Jednak - autorom nie dość - wszystko jeszcze raz (tym razem fabularnie) przewróci się do góry nogami. Niech Wam się jednak nie wydaje, że autorzy książki tworzą ją tylko dla zabawy. Łatwo wyczytać z tych lustrzanych opowiastek morał, co ja odkrywam z zadowoleniem.

Zatem obraz. Franciszka Themerson także się bawi. Jej kreska jest prosta. Spójrzcie na tego hipopotama – niby nic, kilka łagodnych zawijasów, kilka pociągnięć… wydaje się proste do zrobienia:) Do tego szczypta humoru – delikatny parasol i mocno nietrwały zamek z błota…


Czy bawi się też dziecięcy czytelnik? O tak! Najpierw otwiera oczy ze zdumienia, gdy słyszy, jak rodzic zmaga się z Alibajdadzikafrajdawtomigrajem, a potem sam próbuje powtórzyć. Zaskakuje go też możliwość odwrócenia książki i czytania jej od końca. „A co się stało z tamtymi obrazkami?” – pyta. „Wywróciły się” – odpowiada rodzic i razem się śmieją.


Możesz kupić tutaj: Był gdzieś haj taki kraj. Była gdzieś taka wieś 

Wydawnictwo: Widnokrąg
 Wymiary: 155 x 205 x 8
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
 ISBN: 9788393298495

piątek, 10 stycznia 2014

Krystyna Zabawa „Rozpoczęta opowieść”


Pochylam się dziś nad książką naukową. To „Rozpoczęta opowieść. Polska literatura dziecięca po 1989 roku wobec kultury współczesnej” Krystyny Zabawy. Być może nie będziecie zainteresowani tego typu lekturą i rzeczywiście nie będę Was namawiała, by ją mieć u siebie na półce. Książka ta jednak jest bardzo ważna z kilku względów:

a) Na ile mam wiedzę – to pierwsza próba opisu dwudziestolecia 1989-2009 w literaturze dziecięcej. Autorka porządkuje zjawiska w literaturze, których jesteśmy świadkami – to bardzo trudne zadanie. Warto je docenić.

b) Pokazuje czytelnikom, że literatura dziecięca ma się dobrze, że „mamy twórców, na których w przyszłości możemy liczyć”.

c) Pokazuje również, że warto się literaturą czwartą zajmować – z jej bogactwem tematów, wartościowymi realizacjami tak tekstowymi, jak plastycznymi, z jej nową jakością. 

Mnie wyjątkowo zainteresowała część pierwsza, w której Zabawa zajmuje się książką dziecięcą jako dziełem integralnym. Autorka bada relacje słowa, obrazu, dźwięku. Przygląda się książce z ilustracjami i picturebookowi – każdemu poświęcając osobny rozdział. Ten fragment książki pokazuje, jak rzeczywiście poszło wszystko do przodu. Jak ten symboliczny rok 1989 otworzył nowe możliwości dla książki dziecięcej, jak potrafi się ona dostosowywać do potrzeb odbiorców, odnajdywać się w nowych warunkach także technologicznych. Myślę, że jako uzupełnienie tej części książki warto doczytać sobie tekst Małgorzaty Cackowskiej „Co ma książka obrazkowa do interaktywnej aplikacji książkowej?” opublikowany na stronach Rymsu. Pojawiają się tu takie nowe pojęcia, za którymi stoją nowe formy książek – aplikacja książkowa, app picturebook, augmented book.

Drugą część badaczka poświęciła poezji dla dzieci. Charakteryzując najważniejsze zjawiska, upomina się o poważne podejście. Poezja dziecięca nie może być traktowana tylko jak obszar „wielkiej zabawy”, ale miejsce poetyckiego zamyślenia. Ta perspektywa interesują ją bardziej, dlatego w jednym z rozdziałów zajmuje się obecnością tematów ostatecznych w liryce. Interesujący jest też rozdział w całości poświęcony książce Małgorzaty Strzałkowskiej i Piotra Fąfrowicza „Zielony i Nikt”.

W części trzeciej próbuje dać syntezę zjawisk, które zaszły w prozie. Z zadowoleniem odnotowuje dużą obecność mężczyzn wśród autorów. Interesuje ją jednak problematyka narratologiczna – przede wszystkim relacje autor-narrator i narrator-bohater. Te badania z kolei doprowadziły ją do problematyki genderowej. Wpisuje się więc jej praca także w modny sposób odczytywania literatury z perspektywy płciowej. Tu pochyla się nad „Maleńkim królestwem królewny Aurelki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (co ciekawe, obie szerzej opisane publikacje wydała Bajka).

Myśl, z którą nas Zabawa zostawia to ta, że najlepszy czas literatura dziecięca ma dopiero przed sobą, że oto teraz mamy dopiero „rozpoczętą opowieść”.

PS
Zapomniałam dopisać, że w przypisach jednego z rozdziałów pojawia się link do mojego bloga (konkretnie do posta o "Nudzimisiach"). Zrobiło mi się miło, bo autorka podlinkowała tylko do trzech blogów:)

Możesz kupić tutaj: Rozpoczęta opowieść 

Wydawnictwo: WAM
Format: 156x232 mm
Oprawa: miękka
Stron: 332
Data wydania: 2013
ISBN: 978-83-7767-994-4

czwartek, 9 stycznia 2014

Vala Þórsdóttir, Agnieszka Nowak „Þankaganga Myślobieg”


Islandia. Mnie kojarzy się z chłodem, bielą (niekoniecznie śniegu), surowością i ascetyczną wręcz prostotą. Ciekawe, jak Islandczykom kojarzy się Polska. I jeszcze ciekawe, jak to jest, kiedy jesteś i Polakiem, i Islandyczkiem. Właśnie tego ostatniego próbują się dowiedzieć autorka Vala Þórsdóttir i ilustratorka Agnieszka Nowak. Obie chyba z własnego doświadczenia wiedzą co nieco o tym, jak to jest być obcokrajowcem. Ale głos oddają dziewczynce. Súsanna ma 10 lat i mamę Islandkę oraz tatę Polaka. Jej opowieść złożona jest z dwóch części – „Zuzanna na Islandii” i „Zuzanna w Polsce”, bo dziewczynka zasadniczo mieszka na wyspie, ale czasem, na wakacje w tym przypadku, przyjeżdża do naszego kraju.


„Þankaganga…” nie jest jednak książką edukacyjną, jakimś skrojonym na dziecięcą miarę studium porównawczym. Súsanna wcale nie skupia się na tym, by nam ładnie, klarownie opowiedzieć, jakie stroje, potrawy, zwyczaje czy tradycje są typowe dla obu krajów. Jej narracja przypomina raczej pamiętnik. Dziewczynka odnotowuje wydarzenia rodzinne – ważne jak przeprowadzka czy pożar domu, ale także te mnie istotne z czytelniczego punktu widzenia, jak zakup flaków, plażowanie czy hipnotyzowanie kur. Zapisuje też swoje emocje – strach, złość, radość, zdziwienie. Przy tej okazji podglądamy trochę życie Islandczyków i Polaków. I może ktoś się ze mną nie zgodzi – ale różnice nie są drastyczne, co mocno potwierdzają ilustracje. Nowak sugeruje, że i tu, i tu mamy to samo niebo, jest morze, rowery, koty i kwiaty (na Islandii kwiaty? to nie pasuje do moich wyobrażeń chłodnej wyspy). I jest głoska „s”. Kłopotliwa i tu, i tam. A jednak nasza bohaterka ma problem. Choć czuje się, jak u siebie, wielu daje jej odczuć (nie zawsze po to, by zrobić jej przykrość), że jest inna – bo śmiesznie mówi, bo śmiesznie się zachowuje, bo nie zna/nie rozumie pewnych rzeczy (na przykład wypchanych zwierząt) albo wręcz przeciwnie zna rzeczy, które są dziwne (na przykład wspomniane flaki). A więc kim jest? – to dręczące pytanie. Zwłaszcza, gdy jest się istotą, która uprawia „myślobieg/pankaganga”, czyli „myślenie bez przerwy”.


Przygody Súsanny czyta się sprawnie. Dzieci odnajdują się w jej małych szaleństwach. Ale długie minuty spędza się tak naprawdę nad ilustracjami – są szczegółowe, choć minimalistyczne, wesołe i po prostu urocze. Szczególnie intrygujące okazuje się badanie znaków stóp, które oznaczają rozdziały, a także tropienie królika w polskiej części.


Autorki książki (ilustracje przeplatają się z krótkimi opowieściami i mają w tej publikacji swoje, równorzędne z tekstem, miejsce) starannie przygotowały się do napisania o Zuzannie. Pytały dzieci – których rodzice są jedno Polakiem, drugie Islandczykiem – o ich codzienność, o to, jak radzą sobie z językami. Podróżowały też po Polsce, aby Vala lepiej zrozumiała nas – naszą kulturę, potrawy… Obie części ukazały się na Islandii w wersji dwujęzycznej. U nas najpierw pojawiła się część pierwsza (o Islandii) i zdobyła spore uznanie.


Możesz kupić tutaj: Pankaganga Myślobieg 

Ilustracje: Agnieszka Nowak
 Wydawnictwo: Widnokrąg
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
 Ilość stron: 235
Rok wydania: 2013
 ISBN: 9788393298488

środa, 8 stycznia 2014

„Poczytaj mi, mamo. Księga czwarta”


To już czwarta część… kto by pomyślał… Dopiero, co czytaliśmy pierwszą i wydawało nam się, że czekać na drugą cały rok będzie okropnie trudne. A tymczasem przeczytaliśmy i trzecią, i nawet zdarzyło nam się czytać „jeszcze raz”. Znak, że czas upływa. Nie wiem, jak u Was, ale w naszym domu – tak jak niegdyś dla nas – znaki koniczynki, motyla, domku, stały się rozpoznawalne. No może doszedł jeszcze jeden element rozpoznawalny – aksamitna okładka. „O, nowe Poczytaj mi, mamo. Poczytasz nam?”… i czytam, będąc ciekawą dwóch rzeczy. Pierwsza – co tym razem znajdziemy. Druga – które opowieści przypadną któremu z moich szczególnie do serca.

Tym razem znaleźliśmy klasyków albo inaczej – prawdziwe starocie.

Jest Konopnicka ze swoim „Stefkiem Burczymuchą”. Ilustrował Włodzimierz Terechowicz. Tekst, którego zakończenie dzieci bardzo dobrze znają. Jednak po raz kolejny z emocjami przyglądały się przechwałkom bohatera szczegółowo i dość realistycznie zobrazowanym. Dodam też, że to genialny tekst do interpretacji głosowej. Ja w każdym razie uwielbiam być Stefkiem. Ponosi mnie do tego stopnia, że zaczynam wymachiwać rękoma…:P
Drugi z klasyków to „Chory kotek” Stanisława Jachowicza z ilustracjami Marii Uszackiej. I to drugi z tekstów, który dzieci znają doskonale i prawie na pamięć, więc „czytają” ze mną. Czytany po wielokroć przez babcię, która z kolei doskonale udaje i doktora, i chorego kotka. Mam wrażenie, że też wiele razy czytany w przedszkolu. Tu, co ciekawe, także tekst został wpisany w ilustracje (jest ich integralną częścią).


Ulubiony tekst mojego syna-melancholika nosi tytuł „Piernikowy rycerz”. Tekst Hanny Łochockiej z ilustracjami Anna Stylo–Ginter. Przygody rycerza mało tu rycerskie. Stanowią rozwinięcie tej myśli, że „w toruńskich piernikach od wieków kryją się czasem najróżniejsze moce i czasy…”

„Niezwykłe zdarzenie” Ryszarda Marka Grońskiego z kolei najbardziej spodobało się Marcie. Myślę, że znacznie przyczyniły się do tego kwietne obrazy Krystyny Michałowskiej. To opowieść rodem z krainy snu. „Oto na przykład – szedł LISTONOSZ. Dźwigał ciężką torbę, wypchaną listami i przesyłkami. Spojrzał i aż się zachłysnął: zamiast torby niósł kosz bzu”. Jest jeszcze fragment o milicjancie, który zamiast pałeczki trzyma czerwony goździk i o komendancie straży pożarnej, któremu z ust wypada bukiet pierwiosnków. Wyobrażam sobie, jak ten tekst czytało się w PRL-u. Ale i dzisiaj, mam wrażenie, może on spełniać swoją rolę odrywającą od rzeczywistości.

„O Ali, Wojtku, Kocie i rysowaniu na płocie” Marii Łastowieckiej jest tekstem zdecydowanie wychowawczy. Opowiada nam o dzieciach, które się pokłóciły i w złości niezbyt ślicznie siebie odmalowały na sztachetach. Co z tego wyniknie, jeśli wtrącą się wiatr, krzak bzu i kot?

Sympatycznie rodzinę przedstawia Piotr Wojciechowski w „Błękitnej tajemnicy”. Jest tajemnica, jest fajna postać ojca, są trzy dzielne siostry. To chyba moja ulubiona poczytajka w tym tomie:)

Prosta historyjka o misiu, który wyszedł na „Pierwszy spacer” (Marii Łastowieckiej), uświadamia, jak niewiele trzeba, by stworzyć dobrą opowieść. Podobnie zresztą jak „Pomysł” Joanny Papuzińskiej – rzecz o chłopcu, co to mu się nie chciało ubrać samemu i sobie wymyślił, że czary mu pomogą.

Przypomniano też opowieść Sławomira Grabowskiego i Marka Nejmana „Nie zjem cię, jak opowiesz”. Tym razem jest zabawnie za sprawą pewnego kornika, który ma ochotę zabrać się za drewniany żaglowiec. Jednak czym jest słowo i dobra opowieść… może uratować cię przed pożarciem:)

Na zakończenie spotykamy się jeszcze raz z Marią Konopnicką i jej wesołym wierszem „Parasol”.

To udany tom. Jak chyba wszystkie – w mojej opinii.

Możesz kupić tutaj: Poczytaj mi, mamo. Księga czwarta

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Wymiary: 165 x 215 x 21
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788310124524

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Wyniki konkursu:) wreszcie....:)

Na pewno czekacie z niecierpliwością na wyniki konkursu z okazji czwartych urodzin bloga.

Oto one:)

Nadeszło 21 prac konkursowych. Wszystkie zdjęcia bardzo nam się podobały i widać, że w dzieci w Polsce czytają, bo to, co można było podejrzeć w tle - czyli półki - uginało się od książek:) BRAWO!

Ale nagród jest tylko 9. Wybraliśmy te, które były najbardziej kreatywne, zauroczyły nas pomysłem. Później komu jaka książka to już losowałam, żeby było sprawiedliwie. Większość chciała "Mysi domek" :)

Niektórzy przesłali więcej niż jedno zdjęcie. Wybrałam do pokazania tutaj po jednym, ale w wolnej chwili umieszczę je w postach o książkach, do których zdjęcia się odwoływały. 

OTO ZWYCIĘSKIE ZDJĘCIA!

Agnieszka przesłała zdjęcie, na którym zobaczyć możecie "Kolorowy pociąg". Aga pisze: "Wybraliśmy do zdjęcia pociąg ze wstążeczkami, bo to jedna z naszych pierwszych i długo ulubionych książek, cały czas cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem, a teraz jeszcze doszła do tego fascynacja wszystkim, co ma koła. Zrobiliśmy (ze śmieci ;)) identyczny pociąg na żywo, synek malował i przyklejał".
Otrzymują "Czarną książkę kolorów" :)

To zdjęcie Tymka i jego rodzeństwa. Jest ich czworo:) Jeszcze dwoje i będzie jak w Bullerbyn:) Tymek ma 11 lat i tak pisze: "Postanowiliśmy na konkurs wysłać zdjęcie z książką, którą właśnie przeczytała drugi raz moja siostra, Weronika, a ja (Tymek) czytałem ją już trzy razy. To książka Astrid Lindgren "Dzieci z Bullerbyn". Książka ta jest ulubioną książką naszego Taty z dzieciństwa (czasami ją czyta, jak jest chory i leży w łóżeczku, choć to ostatnio na szczęście rzadko się zdarza).
Wybraliśmy scenę z rozdziału "Ollemu rusza się ząb".
Aktorzy:
Olle - Tymoteusz
Lisa - Weronika
Lasse - Tytus
Kerstin - Tobiasz
Svipp - pies przytulanka".
Tymek i załoga otrzymuję "Mysi domek".


Czarna Cytryna przesłała zdjęcie, które pokazuje chwilę, gdy "Córka pochłania "Mitologię" Kubiaka, popijając Tuwimem" ;)
Dziewczyny otrzymują "Czarną książkę kolorów".


Pierwsze zdjęcie, które do mnie dotarło, było od dragonfly. Otrzymuje "Mój dom".


Kasia przesłała trzy zdjęcia do "Uwaga, budowa!". "A zdjęcia są "z etapów budowy" - w trakcie, finisz (Melka jest specjalistką od budowania, jakoś "lalkowo" jesteśmy w tyle, a architektoniczne rozrywki królują!), z kolei trzecie zdjęcie to artystyczne przetworzenie autorstwa taty, pasjonata eksperymentów fotograficznych;)".
Otrzymują nagrodę ufundowaną przez Elżbietę Wasiuczyńską, czyli audiobook "Ten najpiękniejszy świat" Ewy Bem


Monika pisze: "Przesyłam moje kreatywne zdjęcie konkursowe, zainspirowane fantastyczną książką "Księżniczki i smoki". :-) Korona widoczna na zdjęciu i kawałek tiulowej spódniczki są całkowicie moim dziełem. (Jestem mamą - maniaczką szycia. Przy okazji wspólnej zabawy konkursowej, zapraszam do odwiedzenia mojego bloga Mamo, szyć!) Dla kontrastu jest też tam latarka! Księżniczki niczego się nie boją i mają odwagę zajrzeć w każdy zakamarek. ;-) Prawda".
Otrzymuje "Mysi domek"


Bożena przesłała sugestywnę ilustrację do "Książki wszystkich rzeczy".
Dostaje "Sklepy".


Na wielu zdjęciach pokazały się "Mapy". Między innymi u Ani, której córka czyta książkę tak, jak widzicie niżej:)
Dziewczyny dostają "Zaczarowane historie".


Ania napisała: "Podsyłam fotki "Srebrnego dzwoneczka" Emilii Kiereś, książki dobrej zarówno na lato, jak i zimowe czytanie. Niestety, nie mam dobrego aparatu, ale mam nadzieję, że się spodobają;-)". Nieważny aparat - ważne oko i pomysł:)
Ania dostaje "Bajkę o smoku Mlekopiju".


Dziękuję wszystkim, którzy świętowali ze mną urodziny, biorąc udział w konkursie.
Jeszcze raz dziękuję wydawnictwom - Media Rodzina, Bajka, Widnokrąg, Entliczek, Ładne Halo oraz Pani Eli.

Zwycięzców proszę o mailowy kontakt ze mną!