środa, 26 lutego 2014

Zbigniew Dmitroca „Baba Jaga na deskorolce”


Mamy i drugą książkę, którą Marta przeczytała samodzielnie. Zbigniew Dmitroca „Baba Jaga na deskorolce”.

Czasem zaskakują mnie tak zwane zbiegi okoliczności. Fakt pierwszy – córka rozkręca się z czytaniem. Fakt drugi – dostaję od Egmontu książki z serii „Czytam sobie”. Akcja wspierająca naukę czytania trwa już od pewnego czasu. Od początku jej kibicowałam, a dziś – cieszę się – mam okazję napisać kilka słów, jak to wygląda „w praniu”.


„Czytam sobie” to seria książek, które podzielono na trzy poziomy. Pierwszy nazwano „Składam słowa” (krótkie zdania, 150–200 wyrazów, 23 podstawowe głoski, ćwiczenia głoskowania), drugi – „Składam zdania” (dłuższe zdania, 800–900 wyrazów, 23 podstawowych głosek oraz „h”, ćwiczenia sylabizowania), zaś trzeci – „Połykam strony” (2500–2800 wyrazów, zdania złożone, wszystkie głoski, ilustracje czarno-białe). Fajnie oznaczono poziomy na grzbiecie książki. Jeśli ustawić w rządku kilka egzemplarzy z różnych poziomów – rozpoznamy, które są łatwiejsze w czytaniu, a które trudniejsze, po ilustracji przedstawiającej stosik książek (najmniejszy to poziom 1, największy – poziom 3). Ładnie to wygląda:)

„Baba Jaga na deskorolce” to książeczka z pierwszego poziomu. Próbuję odkrywać, co kierowało moją córką, że wybrała właśnie tę do przeczytania jako pierwszą (a mamy dziewięć różnych pozycji). Z całą pewnością było to zaskakujące zestawienie – starsza babcia (która – jak sobie Marta przeczytała – okazała się być Babą Jagą) na deskorolce. Obrazek z okładki jest wesoły i zapowiada ciekawe przygody. Historyjka jest prosta i sympatyczna. Dość trudno napisać zgrabny tekst w 200 słowach, ale opowieść Dmitrocy jest sprawna, bez powtórzeń.


Rewelacyjne pomysły to oczywiście dyplom na skrzydełku okładki oraz zestaw sześciu motywujących naklejek z książkowymi obrazkami i napisami: „Mój sukces!”, „Jestem super!”, „Jaga pozdrawia!”, „To moja książka!”, „Ale jazda!”, „A kysz!”. I jeszcze zakładka. Widzieć w oczach dziecka tę radość, że samo sobie przeczytało, że oto teraz może robić coś w gruncie rzeczy dorosłego, co do tej pory było zarezerwowane tylko dla mamy, taty, dziadków… bezcenne! Inicjacja czytelnicza nabiera rozpędów wraz z serią „Czytam sobie”.

Ale są i małe minusy. Pierwszy – książka jest sklejona i już przy pierwszym czytaniu zapowiedziała nam, że się kiedyś (wkrótce) rozpadnie. To ogromna szkoda, bo ja w domu mam więcej czytelników, którzy będą musieli przejść swoje wtajemniczenie w czytanie. Druga – niektóre słowa są zbyt długie i za trudne na ten poziom („wielofunkcyjna”, „rewelacyjna”, „wyparowała”). Marta jednak się tymi językowymi potknięciami nie przejęła – bardzo dobrze. I wybrała sobie naklejkę z kotem i napisem „To moja książka!”



 Możesz kupić tutaj: Baba Jaga na deskorolce  

 Ilustracje: Joanna Furgalińska
Wydawnictwo: Egmont
Wymiary: 145 x 185 x 5
 Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788323770879

Wanda Chotomska „Kurczę blade. What a cheek!”


Cztery lata prowadzenia bloga daje już pewną okazję do spoglądania wstecz i zauważania zmian. Czasem ogromnych. Kiedy zaczynałam, moich domowych czytelników było dwóch. Córka miała wtedy cztery latka, a syn – dwa. Dziś mają po te cztery lata więcej, a i mamy w domu dwóch młodszych czytaczy. Przez ten czas obserwowałam, jak rodzi się miłość dzieci do opowieści, czytania, książek, czasopism, ilustracji. Dziś obserwuję córkę, która sama powoli zaczyna sobie czytać. To dla mnie jakiś moment przełomowy – kiedy dziecko odcina czytelniczą pępowinę i samo decyduje, co sobie przeczyta, a ja nie mam na to najmniejszego wpływu (tzn. wpływ mogłabym mieć, ale nie chcę być terrorystą i w tej dziedzinie:P). Gdy Marta szła do pierwszej klasy, sporo dzieci z jej grupy przedszkolnej umiało płynnie czytać. Marta nie umiała, co mnie stresowało ogromnie. Próbowałam jej pomagać, podpowiadać metody na czytanie, ale to nie działało. Więc sobie odpuściłam zupełnie. No trudno, najwyżej będzie chodziła na zajęcia wyrównawcze:) I od kilku tygodni (a do szkoły chodzi przecież od września) obserwuję, że zabiera sobie książki i sama próbuje czytać. Szkoła na pewno zrobiła tu swoje – dodała jej odwagi. Byłam ciekawa, która książka okaże się tą pierwszą, którą Marta przeczyta sobie w całości sama, zupełnie bez mojej pomocy. I OTO JEST! „Kurczę blade” Wandy Chotomskiej z ilustracjami Edwarda Lutczyna. Pewnego dnia Marta przychodzi i mówi trochę zdziwiona: „Mamo, przeczytałam To”. A potem koniecznie chciała się pochwalić, że naprawdę dała radę i przeczytała mnie jeszcze raz. Nie miałabym już – że się tak wyrażę – nic do roboty z tą książką, gdyby nie fakt, że jest napisana w dwóch wersjach językowych. Więc się córci odwdzięczyłam, czytając jej „Kurczę blade” „in English”.


Książka ma sztywne strony i chyba została stworzona z myślą o najmłodszych dzieciach, które nie potrafią się skupić zbyt długo na jednej stronie – dlatego na rozkładówce znajdziemy tylko jedno, dwa wersy/zdania. I oczywiście rysunkowy komentarz Lutczyna, przedstawiający dziadka w różnych konfiguracjach – dziadek łapie się za głowę, dziadek tupie nogami, dziadek w pogoni, dziadek ze szpadą. I oczywiście nieszczęsne kurczę:) Wszystko podane na mocno kolorowej tacy.

A tu wiersz Kerna o Lutczynie:)


Wiersz Chotomskiej łatwo zapada w pamięć. Dlatego gdy Marta mnie go czytała, niektóre całe wersy zgadywała. Fragment „Złapał dziadek kurczę blade: / - Zrobię z ciebie marmoladę!” przeszedł do naszego rodzinnego słownika:)


Książka niepozorna.
Ale dla nas wiekopomna:)



Możesz kupić tutaj: Kurczę blade 

Ilustracje: Edward Lutczyn
Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 180x190mm
 Oprawa: twarda
 Rok wydania: 2010
ISBN: 978-83-931805-2-3

poniedziałek, 24 lutego 2014

Markus Zusak „Złodziejka książek”


O „Złodziejce książek” już się wypowiadałam. Ujęła mnie ta powieść specyficznym językiem (szorstkość niemieckiego), ciekawym konceptem (Śmierć jako narrator) i fabułą, która pozostawia sporo miejsca na refleksję. Po książkę sięgam ponownie z tej prostej przyczyny, że od pewnego czasu na ekranach kinowych możemy oglądać jej adaptację filmową. Pamiętacie może z podstawówki to pytanie: co lepsze – książka czy film? Trochę chcę dziś także i o nie zahaczyć. A także o pytania, które pojawiły się przy okazji mojej recenzji jakiś czas temu.


Mnie film bardzo rozczarował. Choć w sumie nie wiem, czy mogę pisać o rozczarowaniu, skoro z góry wiedziałam, że będzie to tylko marna prób żerowania na sukcesie, jaki odniosła powieść. Przede wszystkim nie sposób oddać tej postaci narratora, który ma tak wiele do powiedzenia, który daje nam tę specjalną optykę – jego oczami patrzymy na świat przedstawiony. Film zawsze uprości to, co mogą zdziałać słowa w wyobraźni czytelnika.

(scena, w której Śmierć opowiada o zbombardowaniu Himmelstrasse) 

Dobrze zorganizowana rodzina Fiedlerów grzecznie leżała w łóżkach, każdy nakryty po szyję. Pfiffikusowi wystawał spod kołdry tylko nos. 

U Steinerów przejechałem dłonią po gładkich, pięknych włosach Barbary, poważnie popatrzyłem na poważnego nawet we śnie Kurta i po kolei ucałowałem wszystkie maluchy na wieczne dobranoc. 

Był jeszcze Rudy. 

O Boże, Boże, Boże, Rudy… 

Trudno mi też zrozumieć, dlaczego filmowcy zmieniają coś, co jest tak dobre. Łzawa, sztuczna i nieprawdziwa jest scena śmierci Rudy’ego. Umiera równie teatralnie, co bohaterowie eposów rycerskich.

Choć podobają mi się kreacje aktorskie Geoffrey’a Rusha (Hans Hubermann) i Emily Watson (Rosa Hubermann) – w mojej wyobraźni grają tysiąc razy lepiej. Ben Schnetzer w roli Maxa Vandenburga nieznośnie kojarzy mi się z wymuskanym gejem (przepraszam za porównanie, w sumie nie mam nic do gejów) i nie mogę na niego patrzeć po prostu! A Barbara Auer jako Ilsa Hermann pozostaje dla mnie bez emocji, bez wyrazu.

Okładka nowego wydania nie budzi chyba tylu emocji ani kontrowersji, co ta poprzednia. Na przedniej okładce fotos z filmu. Zaś na tylnej – już nie cytaty z „USA Today” („Markus Zusak nie przeżył II wojny światowej ani Zagłady, a mimo to jego Złodziejka książek zasługuje na miejsce obok Dziennika Anny Frank”), ale nasi, swojscy komentatorzy, którzy jakoś – mam wrażenie – do kontrowersyjnej wypowiedzi „USA Today” nawiązują. Szczególnie wypowiedź Jarosława Lipszyca: „To nie są wspomnienia, Złodziejka książek nie rości sobie pretensji do oddania historycznej prawdy, tylko raczej – historycznej sprawiedliwości. Wysiłek godzien zastanowienia”.

Zestawienie przeżyć Liesel i Anny Frank oburzyło Hannah, która tak komentowała pod poprzednim postem o książce: „Złodziejka… stępia tego typu wrażliwość i pozwala porównywać fikcyjną dziewczynkę, która przeżyła wojnę mogąc się cieszyć swobodnym oddechem i względną swobodą poruszania się, a potem dożyła szczęśliwej starości na drugiej półkuli, z realną dziewczynką, która przeżyła część okupacji ściśnięta z całą rodziną i rządkiem słoików na mocz w jednym pokoju, a potem zginęła w obozie zagłady” (poprawiłam pisownię). To prawda, że porównywanie wydarzeń fikcyjnych z realnymi jest nie na miejscu.

 Ja odnoszę wrażenie, że Zusakowi zależało na ukazaniu krzywdy, jakiej doznali sami Niemcy – ci zwyczajni, którzy nie wzięli udziału w wojnie, kobiety, dzieci. Nawet to jednak rodzi szereg pytań i kontrowersji – czy można mówić o „skrzywdzonym narodzie niemieckim”? czy jest coś takiego jak odpowiedzialność zbiorowa? czy „Niemiec” i „nazista” to synonimy? Nie zamierzam na te pytania odpowiadać. Rzucam je raczej po to, żeby pokazać, że książka prowokuje (a takie książki, przedmioty, ludzi, wydarzenia… uwielbiam), że stanowi dobry punkt wyjścia do dyskusji, świetny materiał na lekcje z młodzieżą. Myślę, że także ta zadziorność zdecydowała o sukcesie tej powieści.

To jednak z kilkunastu książek, która mają u mnie status „przeczytana po wielokroć”.


Możesz kupić tutaj: Złodziejka książek

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
 Wymiary: 153 x 230 x 36
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788310126450

poniedziałek, 17 lutego 2014

Renata Piątkowska „Wszystkie moje mamy”


Byłam ogromnie zdumiona, kiedy dowiedziałam się, że Renata Piątkowska napisała książkę o wojennym doświadczeniu dziecka. Autorkę tę znam bowiem z opowieści osadzonych we współczesności, skrzących się humorem, usprawiedliwiających dziecko, pokazujących je jako nieco naiwne, interpretujące świat właśnie zupełnie po swojemu, ignorujące (nieświadomie) reguły świata dorosłych. Wydawało mi się, że – w związku z powyższym – Piątkowska jest niezdolna do tego, by zmierzyć się z wojennym tematem. Bo przecież nie będzie mogła obrócić niczego w żart. A jeśli pokaże naiwne dziecko – zbanalizuje zupełnie temat. Bardzo więc czekałam na możliwość przeczytania „Wszystkie moje mamy”. I po lekturze naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy to wciąż jedna i ta sama Renata Piątkowska. Jej opowieść o Szymonie Baumanie dowodzi niezbicie, że Piątkowska jest autorką wyjątkowo utalentowaną. „Wszystkie moje mamy” to bowiem rzecz tak bardzo od dotychczasowego dorobku odmienna.


Piątkowska przede wszystkim zmieniła perspektywę narratorską. Do tej pory oglądaliśmy świat oczami dziecka. To ono tłumaczyło nam, dlaczego zlizało czekoladę z orzeszków. Tutaj mamy podwójnego narratora – zawsze dorosłego. Przede wszystkim jest nim narratorka-autorka, która wyznaje, iż pewnego dnia spotkała w parku pewnego starszego pana, Szymona Baumana.

W długim płaszczu i czarnym kapeluszu spaceruje asfaltowymi alejkami. Gdy się zmęczy, siada na ławce, przymyka oczy i wygląda, jakby drzemał. Ale on nie śpi i chyba nikt z was nie zgadłby, o czym myśli. Pewnego razu zapytałam go o to i wtedy opowiedział mi te właśnie historię. 


Narratorka raz po raz wtrąca się, aby opowiedzieć o zachowaniu pana Szymona – „wstał”, „zamilkł”, „zaczął niespokojnie przemierzać parkowe alejki”, „wydawało się, że już nic więcej nie powie”. Innym razem dopowiada („Zapytacie, co to takiego to getto?”) lub streszcza opowieści głównego bohatera (jak tę o urodzinach). Zasadniczo jednak słowa płyną z ust dorosłego Szymona Baumana. To on opowie nam o swojej mamie, która odmawiała sobie jedzenia i potem bardzo się rozchorowała, o siostrze, którą z getta zabrali Niemcy, o pani Jolancie, która Szymona z getta wyprowadziła, o mamie Marii, u której mieszkał jako Staś Kalinowski i mamie Ani, u której był Maćkiem. Bauman przypomina sobie to dziecko, którym był, jednak świat wojny oglądamy dorosłymi oczami. I choć bohater skupia się na przedstawianiu faktów, wyczytujemy z nich emocje. Wojna, getto, żołnierze, opaska z gwiazdą pozostają gdzieś w tle. Na pierwszy plan wysuwają się ludzie – kobiety i relacja małego Szymka do nich właśnie. Przeczytamy i o tym, że uciekając z getta – Szymek bardzo się bał, ale przede wszystkim dowiemy się, że mama (po prostu „mama” – ta, która nie potrzebuje imienia, bo po prostu jest Mamą) „jest taka chuda, że można policzyć jej kosteczki”, a siostra Jolanta „ze wszystkiego żartowała i sprawdzała, czy mam łaskotki”. I jeszcze:

Pani Ania opiekowała się nami jak najprawdziwsza mama. Zawsze starała się czymś nas zająć, żebyśmy się nie martwili i nie tęsknili, a kiedy widziała, ze pociągamy nosem i chowamy się po kątach, brała na kolana, tuliła i opowiadała bajki. 


Ale opowieść Piątkowskiej ma jeszcze jednego bohatera. A może Bohatera. Jest nim Irena Sendlerowa – owa siostra Jolanta. Szymona Bauman, opowiadając o sobie, opowiada historię Sendlerowej – historię niezwykłą. A Piątkowska, opowiadając historię tych dwóch, chce powtórzyć za Sendlerową:

Dopóki będę żyła, dopóki mi sił starczy, zawsze będę mówiła, że najważniejsze na świecie i w życiu jest Dobro.


Możesz kupić tutaj: Wszystkie moje mamy  



Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo: Literatura
 Wymiary: 168 x 220
Oprawa: twarda
Ilość stron: 48
Rok wydania: 2013
 ISBN: 978-83-7672-256-6

piątek, 14 lutego 2014

Hervé Tullet „Turlututu. A kuku, to ja!”


Męcząca ta książka potwornie! Dlaczego? Dlatego że jak już raz przeczytasz dziecku, to ono będzie chciało, żebyś przeczytał jeszcze i jeszcze, i jeszcze… raz. Choćbyś zakopał książkę gdzieś w garderobie pod stertą ubrań – maluch wywęszy i zaraz przyleci z tekstem, że chce „jeszcze raz” albo że „chce To”. Jeśli „pożyczysz sąsiadowi”, to się dziecko twoje własne zaraz na ciebie obrazi, bo jak mogłeś, skoro ono chciało i w ogóle To jest jego.

Ja poszłam na kompromis i powiedziałam, że owszem czytam, ale tylko raz dziennie. Tylko… kurka… mam czworo dzieci i każde chce mieć swoje 10 minut z książką.


 Ale do rzeczy. Co też takiego ta książka zawiera, że dzieci się przyssały. Pomysł jest podobny jak w książce „Naciśnij mnie”. Tyle że tu ilustracje są naprawdę brzydkie :P Hervé Tullet tworzy książkę, która wymaga od czytelnika zaangażowania nie tylko intelektualnego. Tu trzeba się poruszać, potrząsać, przytulać, dmuchać, ciągnąć (delikatnie) za ucho, robić piskusa czytającemu. To ostatnie jest rewelacyjnym zabiegiem. Dziecko bowiem staje się sprzymierzeńcem Turlututu w robieniu czytającego (najczęściej rodzica) w konia. Wypowiada zaklęcie „Abrakadabra” i rodzicowi zaczyna się wszystko mylić – o obrazku przedstawiającym kwiatek mówi, że to żółty ser, o okularach, że to biała mysz, a o ślimaku, że to Pampuńć. Śmiechu jest co niemiara.


Jako rzekłam – zmęczyć się można. To jeszcze zaproponowałam, żeby sobie czytali sami albo sobie nawzajem. Podziałało. „Czytają” sobie obrazy. Ale potem wpadają na pomysł jeszcze lepszy – że będą czytali mnie. To znaczy Franek (3) tak wymyślił. „Naciśnij zielony”. Naciskam. „Nie ten, ten (pokazuje na czerwony)”. Naciskam, dodając konieczne „cyk”. I tak dalej… a spróbowałabym coś zmienić, coś po swojemu pokombinować:)

Lektura, która cię zmęczy niczym... Chodakowska. Ale za to jaka potem radość:
Hervé Tullet dostaje dziś od nas walentynkę razy pięć:)


Możesz kupić tutaj: Turlututu. A kuku, to ja!  

Wydawnictwo: Babaryba
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 80
Format: 200x210 mm
ISBN: 978-83-62965-01-4

środa, 12 lutego 2014

Rozalia Niedźwiecka „Zagadki jeża Pepe. Kości”, „Zagadki jeża Pepe. Orzechy”


Czasem zgłasza się do mnie ktoś, kto własnym sumptem wydał książkę. Podziwiam takich ludzi. Ich determinację w dążeniu do realizacji marzeń. Gdybyście przeczytali te maile… są pełne wiary, pasji i przekonania. Trzeba rzeczywiście wiele samozaparcia, żeby przebić się z książką. Myślę, że my-blogerzy robimy mrówczą pracę w kwestii kampanii promujących książki. O książkach jest głośno, bo my o nich mówimy, bo dzięki nam są miejsca w Internecie, które Google wynajduje, choćby nie chciał.

Najczęściej jednak nie przyjmuję do recenzji tych książek wydanych na własną rękę, bo już na pierwszy rzut oka coś mi nie pasuje, a nie chciałabym podcinać komuś, kto zaczyna, skrzydeł. Zaczynam od sprawdzenia ilustracji. Jeśli te są dobre, to ryzykuję.

przepiękny!

Raducha też się do mnie zgłosiła:) I do wielu innych – nie tylko książkowych – blogerów. Ale mają dobry produkt – „Zagadki jeża Pepe”. Na razie są dwie zagadki – o kościach i o orzechach.

szkoda, że tak przepołowiony

Angelice Salskiej wróżę dobrą karierę. Dziewczyna ma pomysł, oko i intuicję. Każda z części tonie w innym kolorze. Kości są zielone, a orzechy pomarańczowe. Postaci – nieco geometryczne, jakby niedopracowane, proste – czasem wtapiają się w tło. Ale dzieci doskonale sobie radzą z odszukiwaniem zwierząt (zagadki także w tym wymiarze?).

pies Muchomor

Książki Niedźwieckiej to kryminały skrojone na dziecięcą miarę. Obserwujemy jakąś wiejską zagrodę, gdzie czasem coś komuś zaginie – a to psu kości, a to wiewiórce orzechy. Stary jeż Pepe jest specjalistą od rozwiązywania tych zagadek. Zatem gdy rodzice chłoną serial o Sherlocku Holmesie, dzieciaki mogą tropić z Pepe przestępców z zagrody. Autorka zaprosi małych czytelników do współpracy, dlatego nie zdradzi nam, kto podbiera orzechy i jak znikają kości, do samego końca. Dzieci będą musiały ruszyć trochę szare komórki – ale z pewnością zrobią to z przyjemnością. Akcja na szczęście posuwa się sprawnie.

...i jego kości

„Zagadki jeża Pepe” to lektura na jedno posiedzenie. Podobała się moim dzieciom, ale też mnie (bo czasem czytanie dzieciom powoduje, że nagle ogarnia mnie potworne ziewanie). Jak na debiut – wydawnictwa (autorki, ilustratorki?) – naprawdę dobry start!



Możesz kupić tutaj: Zagadki jeża Pepe  

Ilustracje: Angelika Salska
Wydawnictwo: Raducha 
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 28
Format: 21x21 cm
ISBN: 978-83-938454-0-8 i 978-83-938454-1-5

poniedziałek, 10 lutego 2014

Katarzyna Bajerowicz, Marcin Brykczyński „Opowiem ci, mamo, co robią mrówki”


Pozostajemy w kręgu książek, które śmiało można zaproponować najnajmłodszym czytelnikom. Publikacje z kategorii wiekowej 0-3 najczęściej rozpoznajemy po sztywnych, kartonowych stronicach. „Opowiem ci, mamo, co robią mrówki” wyrysowane przez Kasię Bajerowicz właśnie takie stronice posiada. A oprócz tego jeszcze ogromne (prawie a4) obrazy i tekstu w sam raz, by maluch się nie zdążył znudzić. A że nie znudzi się to Wam gwarantuję. Każda z czternastu rozkładówek przedstawia świat owadów – mrówek i ich sąsiadów – w różnych okolicznościach przyrody. Maluch może najpierw szybko przewertuje książkę… jeśli tak – tu rola jest rodzica. Wystarczy wtedy skorzystać z wierszyków-zagadek Marcina Brykczyńskiego, aby skupić dziecko na obrazie. A jak już raz spojrzy uważniej… będzie samo po wielokroć wracać do tego świata.


Na obrazach Bajerowicz sporo się dzieje. Ta książka przypomina nam inne – „Miasteczko Mamoko”, „Gdzie jest tort” czy nawet „Mapownik”. Je się przede wszystkim ogląda, aby budować własne historie, pobudzać wyobraźnię. Bajerowicz ma poczucie humoru, a ponieważ jej mrówki posiadają cechy ludzkie, biegają z papierem toaletowym do ubikacji, grają na gitarze miłosne pieśni dla królowej, malują jajka… ale oprócz tego oczywiście sporo pracują. Mają też sporo znajomych – turkucia podjadka, biedronki, dżdżownice, ślimaki. Możemy też podglądać owady raz w kopcu, raz przy stawie, nocą, zimą… trudno się znudzić:)

Wierszyki-zagadki Brykczyńskiego ćwiczą dziecięcą spostrzegawczość. Wyławiają jeden z elementów obrazu i na nim się skupiają. Czytelnik zaś ma odnaleźć ten element – mrówkę lecącą na dmuchawcu lub zapylającą kwiat miotłą – bądź odpowiedzieć na pytanie (ile mrówki mają mioteł?). Są też zadania „na całą stronę” jak: odnaleźć siedem różnic w dwóch obrazkach czy labirynt.


Wydaje mi się, że nieodłączną częścią tej książki jest strona internetowa „Mrowisko”. Tu rodzice doszkolą się w nazwach owadów – ja miałam kilka wtop, kiedy dzieci pytały, co to jest, a ja nie umiałam im odpowiedzieć. Możecie też ściągnąć kolorowanki, które – podobnie jak „Naciśnij mnie” – stwarza szansę, by zrobić książkę w domu:)



 Możesz kupić tutaj: Opowiem ci, mamo, co robią mrówki  

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 28
Format: 200x280 mm
ISBN: 978-83-10-12538-5

piątek, 7 lutego 2014

Hervé Tullet „Naciśnij mnie”



Mamy w domu kilka książek Hervé’a Tulleta (jeszcze o nich napiszę), dlatego nie zawaham się powiedzieć, że twórca ten słabo rysuje. Nieporadnie. Gdybym chciała być złośliwa, powiedziałabym nawet wprost, że jego ilustracje są brzydkie. ALE! Autor ten nadrabia pomysłowością. Jego książki można opisać takimi określeniami, jak zaskakujące, atrakcyjne, zabawne. Tullet pokazuje, że książka dziecięca nie musi być niczym statycznym, że można nią się bawić, można nią zagrać (także czytelnikiem można zagrać).


„Naciśnij mnie” jest odpowiedzią dla rodziców, którzy często zgłaszają się z problemem: „a mój trzy-, czterolatek nie chce, żeby mu czytać – ucieka, przewraca strony, gdy jeszcze nie przeczytałam, nudzi się”. Wychowywanie do czytania jest procesem. Trzeba tu i czasu, i pomysłu, i cierpliwości. Kiedyś już o tym pisałam, że czytam maluchom, które – wydaje się – nie słuchają, bo bawią się swoimi zabawkami. Mój sześcioletni syn na przykład – nie ma takiej zabawy, której by nie przerwał w końcu, aby przysiąść się do mnie i zaglądać mi przez ramię do książki. Jest w tym coś naprawdę fascynującego – opowieść tak bardzo dzieci wciąga, że zostawiają swoje klocki, autka, lalki, malowanki, by słuchać.

Wracając do „Naciśnij mnie”… to jeszcze jeden pomysł na to, jak przedstawić dziecku książkę, aby stało się jego „najlepszym przyjacielem”. Przewracanie stron – zachęcam, by całkowicie oddać tę czynność dzieciom (nawet dwuletnim) – staje się czymś magicznym. Dziecko czuje się jak superbohater, który ma moce. Rodzic oddaje swój głos narratorowi (zachęcam, by stanąć za dzieckiem), który podpowiada, jak wydobyć super zdolności – teraz naciśnij, a teraz potrząśnij, klaszcz, dmuchaj, przewracać, a potem zobacz, co się stanie. Mały czytelnik zostanie też pochwalony przez narratora-rodzica, co jeszcze bardziej przywiążę go do książki.

Tak naprawdę pomysł Tulleta jest banalny i prosty. Taką książkę możesz sobie zrobić sam w domu. Wystarczą trzy farbki, blok i twoja wyobraźnia. Albo inaczej – po lekturze możemy stworzyć swoja wersję „Naciśnij mnie”. I w ten sposób dziecko zapamiętuje, że książka to dobra zabawa.

Ta książka to konkurencja dla tableta:)



Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 220x220
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2011
 ISBN: 978-83-931805-3-0

środa, 5 lutego 2014

Joanna M. Chmielewska „Muszla”


Obrodziło autorkami o nazwisku Chmielewska w dziecięcej literaturze:)

Joanna M. Chmielewska specjalizuje się w historiach podejmujących temat trudnych emocji. I robi to dobrze, bez narzucania się, miękko, bez gotowych scenariuszy, czasem stawiając mu (dziecku) pytania. Powiedziałabym też, że robi to po naszemu, po swojemu. Bardzo się oglądamy na Skandynawów i ich sposób opowiadania o emocjach dziecka. A tymczasem mamy swoich autorów, którzy – rozumiejąc polskie dziecko – potrafią świetnie o braku tolerancji, depresji, tęsknocie, śmierci opowiadać.

cudowna jest ta łuska smocza na ilustracjach!

Najnowsza opowieść autorki „Niebieskiej niedźwiedzicy” dotyka kwestii opuszczenia, tęsknoty, depresji, samotności. To, co od razu zauważamy, że różni tę publikację od podobnych skandynawskich, to brak dosłowności. Autorka pokazuje nam zwierzęcych bohaterów – bociana Felka i smoka Jędrka. Przez chwilę obserwujemy ich powoli rodzącą się przyjaźń – pierwsze spotkanie na skraju łąki, stereotypy, które im wpojono, potem wspólne zabawy, poznawanie inności drugiego, godzenie się na to, że drugi nie jest taki jak ja. Ale zasadniczy trzon tej opowieści rozgrywa się w momencie, kiedy Felek musi odlecieć do ciepłych krajów. Jędrkowi trudno się z tym odejściem pogodzić, wpada w depresję. Jest z nim naprawdę źle. Na szczęście pojawia się Mędrzec z Lasu, który nie rozwiązuje problemu, nie leczy ran smoka, ale pomaga mu przez to trudne doświadczenie przejść. Daje mu zaczarowaną muszlę – coś, co pozwala się wygadać, ale też pokazuje tęsknotę tego drugiego („będzie czuł (bocian – przyp. nacz.-glin.), że o nim pamiętasz”).

i te dmuchawce!

W opowieści Chmielewskiej jest miękkość, delikatność, jest troska o czytelnika. To nie jest lektura, która by czytelnikiem dziecięcym wstrząsnęła, choć przecież podejmuje bardzo trudne tematy. Takie też są ilustracje Agnieszki Żelewskiej. Ich prostota, oddziecięcość sprawia, że maluch może się tu czuć jak u siebie, bardzo bezpiecznie.

wszystko, co złe, kiedyś się kończy!


Możesz kupić tutaj: Muszla 

Ilustracje: Agnieszka Żelewska
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 195 x 270 x 10
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788361824664