piątek, 28 marca 2014

Maria „Mroux” Bulikowska „Mała książka o gwarze warszawskiej”


Takiej uciechy jak z tą książką dawno nie miałam, jak babcię kocham. Pani Ładna (Bulikowską zwana) bierze czarną kredkie i portretuje nam warszawiaka – jego ubiór, zwyczaje, język. Troszkie też przedwojennej stolycy daje nam posmakować.


Ale co z tym cwaniakiem? No to w kaszkieciku sobie chadza, w rymanarce. Na szyi ma apaszkie – jak w kratkie to znać, że z Pragi on, jak w czerwonej to z Czerniakowa. I żaden tam z niego elegant z Pociejowa, bo „co jak co, ale Warszawiak nawet bez floty (pieniędzy) nigdy nie pokaże się z dziurą w portkach”! Co jeszcze charakteryzuje takiego andrusa, to że lubi grandę. Raz i dwa na Pana Starszego zawoła i już rzecze: „Prosimy katolika z kartofelkamy” albo „meduzę i ogóreczka”.

Światek rodaka warszawskiego jest barwny. Każdy tu ma swoje przezwisko – oczywiście logicznie uzasadnione. Sałaciarz to dorożkarz, cierpieciarz to taksówkarz, Parzygnaty to kucharki, Rycerz Miotły to dozorca, a Panna z grzywką to szwaczka. Urocze! Choć warszawiak sporo zrzędzi i wybrzydza, w jego języku tego nie uświadczysz. Język mieszkańca stolycy jest elegancki i pełen uprzejmości, nawet kiedy ów marudzi.


Jak zostać warszawskim cwaniakiem w 15 minut? – tak powinien brzmieć tytuł tej książki („Mała książka…” źle mi się kojarzy). Pozycja obowiązkowa dla każdego małego warszawskiego cwaniaczka:) Będzie mógł ciut przodków poznać i jeszcze sobie pokolorować wedle uznania, bo książka Bulikowskiej także temu służy.

Czasem mnie to niesamowicie zaskakuje. Ale też i cieszy. Że można książkę dla dzieci stworzyć na każdy temat. Że te pomysł na książki leżą pod nogami. I że są genialne. Naprawdę miała mnóstwo uciechy – bo kiedy dorosły ją przegląda, przypomina sobie niektóre filmy, łapie się na tym, że czasem sam trochę cwaniakuje po warszawsku.


Książka dobra dla każdego „słoika” – pomaga się ukorzenić, wtopić w tłum, wyjść ze słoika:)



Możesz kupić tutaj: Mała książka o gwarze warszawskiej 

Ilustracje: Maria „Mroux” Bulikowska
Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 190mm x 268mm
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-62965-05-2

poniedziałek, 24 marca 2014

Anna Czerwińska-Rydel „W podróży ze skrzypcami. Opowieść o Henryku Wieniawskim”


Anna Czerwińska-Rydel ma ostatnio literacko świetny czas. Książki, które pisze, są dostrzegane i nagradzane. Autorka ma też szczęście do ilustratorów – Dorota Łoskot-Cichocka, Agata Dudek, Marta Ignerska. Dobry obraz to prawie połowa sukcesu książki. Myślę, że wydając „Jaśnie Pan Pichon” Czerwińska-Rydel odkryła swoje miejsce na literackiej mapie tematów. Wiele z jej książek to biografie pisane „pod dzieci”. Chcecie tytuły?

„Mistrz. Spotkanie z Witoldem Lutosławskim”, il. Acapulco Studio, Wydawnictwo Muchomor, 2013
„Fotel czasu”, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Fundacja Szeptyckich, 2014 (o Aleksandrze Fredrze)
„Kryształowe odkrycie. Powieść o Janie Czochralskim”, Wydawnictwo Debit, 2013
„Po drugiej stronie okna. Opowieść o Januszu Korczaku”, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Tomek Głowacki/Poważne Studio, Wydawnictwo Muchomor, 2012
„Życie pod psem według Artura Schopenhauera”, il. Agata Dudek, Muchomor, 2012
„Ciepło-zimno. Zagadka Fahrenheita”, il. Agata Dudek, Muchomor, 2011
 „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem”, il. Agata Dudek, Muchomor, 2011
„W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie”, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Bernardinum i Muchomor, 2011

Sporo tego, prawda?

Ja zaś cenię autorkę szczególnie za elegancję literacką. Czerwińska-Rydel jest pisarką-damą. Język jej opowieści jest nieco staroświecki. Sama nie wiem, czy to z uwagi na fakt opisywania czasów przeszłych, czy to kwestia indywidualnego stylu. Słowa autorki "Sekretnika Matyldy" są dystyngowane, uprzejme, ułożone jak najlepiej.

W salonie zapalono wszystkie świece. Goście zasiedli na przygotowanych krzesłach, kanapach i fotelach. Pani Wieniawska częstowała herbatą i kawą, a pan doktor nalewkami własnej roboty, za których zdrowotne działanie ręczył wykształceniem medycznym. 

Nie znajduję w tej elegancji przesady. Raczej, czytając, poprawiam spódnicę i stylowo zakładam nogę na nogę, gotowa na wysłuchanie pierwszego publicznego koncertu Henia Wieniawskiego.


Opowieści Czerwińskiej-Rydel to historie wartościowe także z innego względu. „W podróży ze skrzypcami” nie jest jedynie biografią Henryka Wieniawskiego. Autorka podejmuje wątek talentu i wykształcenia skrzypka i wkłada go w ramy współczesnej historii. Maciek ma dwanaście lat i gra na skrzypcach. Ponoć jest geniuszem. Wygrywa kolejne konkursy, od trzeciego roku życia jeździ po świecie, by brać udział w konkursach. Indywidualnie zalicza materiał szkolny w przerwach między wyjazdami. Pewnego dnia chłopak otrzymuje zaproszenie od anonimowego milionera, który raz do roku pozwala młodemu, obiecującemu muzykowi zagrać na legendarnych skrzypcach Wieniawskiego, wykonanych w XVIII wieku przez mistrza Guarneriego del Gesù. Chłopak jedzie. Sam. Bez mamy, która ma ważne sprawy do załatwienia. Ale przecież Wieniawski był cztery lata młodszy od Maćka, gdy rodzice wysłali go na studia do konserwatorium w Paryżu.


Te punkty wspólne to punkt wyjścia do rozpoczęcia opowieści o wielkim talencie, edukacji, ale też ogromnej samotności i szalonej karierze, która zmienia człowieka. Nie zawsze pozytywnie.

Czerwińska-Rydel traktuje swoich bohaterów z wyrozumiałością. Nie osądza życia Maćka i jego mamy. Raczej chce im pomóc. Ma też mnóstwo czułości wobec małego Henia Wieniawskiego. Pokazuje czytelnikowi trudy, jakie musiał znosić na pensji u pani Voislin oraz cierpienia związane z rozłąką. Autorka niczego przed czytelnikiem nie ukrywa. Dowiemy się o smutnych kolejach losu Wieniawskiego – kłótni z bratem, uzależnieniu od hazardu, roztrwonieniu majątku, a także o tym, jak bardzo unieszczęśliwił rodzinę. Umarł na atak serca po jednym z koncertów. Miał niespełna czterdzieści pięć lat.


„W podróży ze skrzypcami. Opowieść o Henryku Wieniawskim” to zatem nie tylko opowieść o Wieniawskim. To głęboka i mądra historia o tym, co w życiu jest naprawdę ważne.



Możesz kupić tutaj: W podróży ze skrzypcami 

Ilustracje: Dorota Łoskot-Cichocka
 Wydawnictwo: Literatura
Wymiary: 165 x 195 x 10
Oprawa: twarda
 Rok wydania: 2014
ISBN: 9788376723020

piątek, 21 marca 2014

Renata Piątkowska „Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie”


Najnowsza książka Renaty Piątkowskiej to powrót do formy sprzed „Wszystkie moje mamy”. Dla mnie to powrót bolesny. Możliwości, które autorka pokazała, wyostrzyły mój apetyt. Jak się zjadło francuskiego croissanta, to trudno się potem zadowolić rogalikiem „7days”.

„Najwierniejsi przyjaciele” nie jest książką złą. Ale do książki o Szymonie Baumanie niestety nawet się nie zbliża. Jest to opowieść zwyczajnie poprawna, której trudno coś zarzucić poza tym, że „ma zdolnego brata”.

Na szczęście książki poprawne też są potrzebne. Trudno mi sobie wyobrazić, że czyta się od małego jedynie dzieła wybitne, że ciągle jest się na czytelniczym haju, w zachwycie, że się pieje nad artyzmem, emocjonuje nad przekazem… można by się doprowadzić do poważnej choroby – alienacji od życia, utraty łączności ze światem realnym.


Poprawna książka Piotrowskiej to dziesięć psich historii. Mamy tu okazje poznać:
  • Barry’ego, który uratował z lawiny Marię Vincenti i jej synka, niosąc go na własnym grzbiecie,
  • Reksa, który nauczył się łowić ryby i karmił nimi pięć wygłodniałych kociaków,
  • Dunaja, który uratował swego psiego przyjaciela, 
  • Azora, poturbowanego przez samochód,
  •  Hachiko, który zawsze wracał na stację po swego pana,
  •  Imkę, która wychowała jeżyki,
  • Czarusia, który uratował Hani życie, ogrzewając ją własnym ciałem,
  • Sabę, która potrafiła symulować choroby,
  • Bratka, który leczył chore dzieci ze smutku,
  • Basko, który poradził sobie ze złodziejem,
  • Karmela – psa niewidomej Agnieszki, który znalazł drogę do domu. 

Historie o psach potwierdzają znaną prawdę: psy to najwierniejsze stworzenia. Kiedy czyta się książkę Piątkowskiej, bardzo to czytelnika zdumiewa… że aż tak wierne. Hachiko przychodził na stację jeszcze przez kilka lat po śmierci swego pana. Barry wrócił po Marię Vincenti mimo ogromnego wyczerpania. Zaskakuje też psia mądrość.


Dzieci chętnie słuchają tych opowieści o czworonogach. Szczególnie Marta lubi książki z psim motywem. Mieliśmy ich już kilka (m.in.: „Kaktus, dobry pies”, „Pięciopsiaczki”, „Pies i jego chłopiec”, „Dżok”).


Z poprawnymi książkami ten kłopot, że trudno coś inspirującego o nich napisać :P


Możesz kupić tutaj: Najwierniejsi przyjaciele 

Ilustracje: Katarzyna Bukiert
Wydawnictwo: Bis 
Wymiary: 165 x 235 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788375513264

środa, 19 marca 2014

Jarosław Mikołajewski, Paweł Pawlak „Para-Mara, czyli o dwóch takich, co próbują straszyć”



Paweł Pawlak jest chyba wariatem. A na pewno nim od czasu do czasu bywa. Domyślam się, że to z jego inicjatywy powstała „Para-Mara”, a wcześniej wydane przez Czerwonego Konika podręczne NIEporadniki: „Młotek”, „Grzebień” i „Rękawiczka”. Co łączy te książki, a także pozwala mi formułować pierwsze zdanie tego tekstu, to silny absurd. Nie elementy absurdu, ale właśnie mega absurd. Jak w "Monty Pythonie", gdzie od pierwszego do ostatniego kadru jesteś w konwencji, która albo cię wciąga, albo jej nie trawisz. Podobnie tutaj. Okładka, wyklejka, kolejne strony wpisują się w konwencję programu telewizyjnego, tyle że „ogląda się go w książce”. Na przedniej okładce ukazuje się nam telewizor (jeszcze taki z czasów PRL, z gałkami) w małym oddaleniu. Na ekranie prezenter zapowiada swój program – „Witamy serdecznie w programie Pary Nie Do Wiary”. Każda kolejna strona (nie ma tu strony tytułowej!) to zbliżenie – najpierw na sam ekran z ukazaniem konturów, a potem już na istotne szczegóły (na stronie czasem przedstawione w komiksowej formie).


Ta pozornie służąca jedynie rozrywce, zabawie, śmiechowi książka jest jednak medium ogromnie bogatym i refleksjogennym. Naczelnym jej tematem jest przedstawienie dwóch strachów – Pana Cieniasa i Pana Kanaletto. Pierwszy straszy rzucanym cieniem, drugi – odgłosami z kanalizacji (czy to dialog z wydaną w 1982 roku książeczką „Co w rurach piszczy” Grabowskiego i Nejmana z ilustracjami Lutczyna?). Prezenter pozwala się bohaterom przedstawić. Prowadzi rozmowę tak, aby wyszły na światło dzienne wewnętrzne dramaty Cieniasa i Kanaletta. Pojawiają się łzy… Łzy na ekranie. Program kończy się gwałtownie, bo Pan Prezenter nic nie rozumie i jest nieczuły. Choć przecież powinien, bo jak pokaże kolejny kadr i on ma swoje wewnętrzne dramaty.

Mikołajewski i Pawlak tworzą więc książkę o dziecięcych strachach. Ubierając temat w szalone kostiumy, pokazują czytelnikowi „ludzkie oblicze” Pary-Mary. Cieniasa i Kanaletta można raczej pożałować aniżeli się zacząć bać. Sami przyznajcie – ujęcie tematu niekonwencjonalne!


Autor i ilustrator, korzystając z okazji, że mają głos, podejmują jeszcze inny temat. Telewizja. Kilkoro autorów zwracało już uwagę na kwestię wpływu oglądania telewizji na rozwój dzieci. Rewelacyjnie rzecz ujął Marcin Szczygielski w „Czarownicy piętro niżej”. W „Parze-Marze” autorzy odwołują się do znanego dzieciom medium – programów telewizyjnych, telewizji śniadaniowej, show typu „opowiedz mi swoją historię”. Purnonsensowy klimat, a także burzliwy przebieg programu wydobywają głupotę, komizm i groteskę tychże telewizyjnych show.


Telewizja Mikołajewskiego, czy raczej Pawlaka, bo to on jest odpowiedzialny za obraz, łączy w sobie elementy nowoczesności z przeszłością. Bliskie tego, co dziś możemy zobaczyć na LCD-ekranie są mikrofony za ucho, nagminny brak używania wołacza („Ty, Prezenter”) i oczywiście odwołania do tego, co dostarczają nas współczesne stacje („świat nie wierzy łzom, a nasz program nie jest programem typu nie do wiary”). Ekran „Pary-Mary” ma w sobie jednak wiele z PRL-u. Prezenter w okularach z ogromnymi oprawkami, o pociągłej twarzy przypomina Suzina, choć nie jest siwy. Wspomniałam już o okładce. Na tylniej znany skądinąd napis „Przepraszamy za usterki. Za chwilę dalsza część programu”. I charakterystyczny obraz zakłóconych fal. PRL-owsko skromne jest też tło.

W tym szaleństwie tkwi metoda! Ja kupuję ten wariacki pomysł na książkę, która odziera strachy z ich potworności, a telewizję z jej rzekomej magii.

Możesz kupić tutaj: Para-Mara 

Ilustracje: Paweł Pawlak
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 205 x 290 x 10
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014 ISBN: 9788361824671

PRZECINEK I KROPKA 2013

Tegoroczne nominacje w Konkursie na Najlepszą Książkę Dziecięcą PRZECINEK I KROPKA 2013
 

Åsa Lind Il. Joanna Hellgren "Chusta babci"
Wyd. Zakamarki, 2013


Marcin Szczygielski Il. Magda Wosik "Czarownica piętro niżej"
Wyd. Bajka, 2013


Małgorzata Kur Il. Joanna Rusinek "Król zwierząt"
Wyd. BIS, 2013


Marcin Wicha Il. Marcin Wicha "Łysol i Strusia"
Wyd. Znak Emotikon, 2013


Joanna M. Chmielewska Il. Agnieszka Żelewska "Muszla"
Wyd. Bajka, 2013


Neil Gaiman Il. Chris Riddell  "Na szczęście mleko..."
Wyd. Galeria Książki, 2013


Davide Cali Il. Benjamin Chaud "Nie odrobiłem lekcji, bo..."
Wyd. Dwie Siostry, 2013


Roksana Jędrzejewska-Wróbel Il. Paweł Pawlak "O Melanii, Melchiorze i panu Przypadku"
Wyd. Bajka, 2013


Wanda Chotomska, Bohdan Butenko "Panna Kreseczka "
 Muza SA., 2013


Renata Piątkowska Il. Maciej Szymanowicz "Wszystkie moje mamy "
Wyd. Literatura, 2013

Głosowanie do 29 kwietnia 2014.

poniedziałek, 17 marca 2014

Aleksander Kamiński „Kamienie na szaniec”


Wobec „Kamieni na szaniec” nie sposób pozostać obojętnym. Lektura ta zmusza do reakcji. Można poczuć się spadkobiercą Rudego, Alka i Zośki na przykład. Bo przecież „walka toczy się dalej, (…) rodzi się polski świat Jutra, zamglony chaosem chwili”. Rodzi się świat, który wymaga dziś wierności, odwagi, bohaterstwa, niezłomności. Może inaczej dziś realizowanych, ale przecież jednako rozumianych.

Kamykowa opowieść o grupie chłopców, którzy walczyli z wrogiem, ale też z własnymi wadami, pokazuje, jak wykuwały się wielkie charaktery. Przez pracę żmudną nieraz i nudną, wzajemne współzawodnictwo, ale też wzajemne na siebie oddziaływanie. Przywracają też „Kamienie na szaniec” wiarę w ideały, przekonuje o konieczności samodoskonalenia, patrzenia na siebie nie jak na osobowość doskonałą i gotową (którą jedynie można się zachwycić), ale zawsze jak na „weksel bez pokrycia” (słowa Alka o sobie). W jednej z dysput z chłopakami Profesor, ojciec Zośki, ostrzega:

Ten z was, który zacznie sądzić o sobie, że jest specjalnie wartościowym i specjalnie cennym człowiekiem, że do specjalnych w przyszłej Polsce musi być przeznaczony celów – ten się skończył i przepadł, gdyż roztrzaskany zostanie o najgroźniejszą z raf – rafę własnej, unicestwiającej człowieka pychy. Samouwielbienie powinno pozostać przywilejem małych dzieci i dzikich szczepów. 

Refleksje Alka przed śmiercią poruszają mnie bardziej niż wszystkie opisy bohaterskich walka z opisem akcji pod Arsenałem na czele.

Śmierć? (…) Tyle setek razy już o niej myślał, tak zawsze gotów na jej przyjecie, że zżył się z nią i niemal zaprzyjaźnił. Swoją część roboty „odwalił”. „Odwalił” ją tak dobrze, jak tylko mógł. To najważniejsze! (…) Rozumiał już, że gra jego życia dobiega końca. Rozumiał i nie przestawał sie uśmiechać. Jakże to wielka była gra

Kamiński pokazując Alka, Rudego i Zośkę, niemo pyta: a ty? w jakiej grze bierzesz udział? jak tam twoja „robota”? To pytania jedne z najważniejszych w naszym życiu.

Jesteśmy w ciekawym punkcie historii. W kinach „Kamienie na szaniec”, za wschodnią granicą wielki niepokój, nieznane jutro, w naszych domach poruszenie. Jeszcze moje pokolenie może pamięta i jakoś identyfikuje się z Rudym, Alkiem i Zośką, choć wielu chyba bardziej identyfikuje się z Dolarem i Euro. Ale młodsze pokolenie? Im wmówiliśmy, że patriotyzm to zakurzona forma pielęgnowania chorobliwych spraw i rzeczy. Wmówiliśmy, że jeśli parady, to tylko równości, a orzeł to tylko czekoladowy i w towarzystwie różowych balonów… trzeba mieć refleksję! Trzeba zadawać sobie wielkie pytania. „Kamienie na szaniec” w tym pomagają.

Mnie powrót do tej lektury z czasów szkoły podstawowej sprawił ogromną radość. Nie ukrywam, że była to książka, który miała ogromny wpływ na to, kim jestem i jakich wyborów dokonywałam. Podobnie zresztą jak wiersz Słowackiego. I choć mój czas „wielkiej rzeźby” przypadł na okres spokojny, przecież dylematów także moralnych nie brakowało, ani nie brakuje. Każdy ma swoją „robotę” do wykonania…

PS
Moje wydanie sprzed lat nie miało kilkunastu-kilkudziesięciu stron. Pech chciał, że akurat z rozdziału „Akcja pod Arsenałem”. Najnowsze wydanie Naszej Księgarni wynagradza mi tamte braki. To specjalna edycja zawierająca obok tekstu właściwego:
• wstęp Barbary Wachowicz, autorki sławnej wystawy „Kamyk na szańcu” i cyklu „Wierna rzeka harcerstwa”;
• kilkadziesiąt zdjęć Bohaterów Szarych Szeregów, Alka, Rudego i Zośki, ze wszystkich okresów ich życia;
• osobisty tekst Wojciecha Feleszki, wnuka Autora;
• tekst literaturoznawczyni doktor Ewy Hoffmann-Piotrowskiej;
• kolorową wkładkę ze zdjęciami z planu opisanymi przez reżysera, Roberta Glińskiego.

PSS
Moje dzieci starsze (8 i 6) słuchają z tatą w drodze do szkoły płyty Panny Wyklęte. Ciary idą po ciele, gdy jedziemy wszyscy, a dzieci wydzierają się śpiewając te refreny:



Martwy krzyk w oddali
W piwnicy mrok
Serce wyłamali
Ciężkich butów krok
Dzień zwycięstwa – o nas zapomniał świat
Moich 17 lat, zabił czyjś syn i brat
Powiedz bliskim zachowałam się jak trzeba
nie dla medalu,
tam już nagród nie potrzeba
to dla ciebie kropelka Polski
daj ją dzieciom
gdy nie wiedzą o czym śnić
Niech obejrzą się za siebie
Tam gdzie dym i mrok
Będę blisko, obok w niebie
To tylko jeden krok
Twego życia jedna chwila
Życie wraca mi
W jednej chwili mnie zabrakło
 Ale jesteś teraz Ty




Możesz kupić tutaj: Kamienie na szaniec 

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2014
 Liczba stron: 272 + 8 s. wkładki kolorowej ze zdjęciami z filmu
Format: 146x204 mm
ISBN: 978-83-10-12649-8

środa, 12 marca 2014

Stephan Lomp „Auta”, „Na budowie”


Książki z ilustracjami Stephana Lompa zniknęły z mojego pola widzenia od razu po tym, jak pojawiły się w naszym domu. Nie, nie za sprawą magii. Za sprawą moich dwóch synów. Książki też są dwie, więc chłopcy zgodnie – jak rzadko! – się nimi podzielili. Franek (3l.) zabrał „Auta”, jako że pojazdy i maszyny poruszające się stanowią jego główny temat zainteresowań. Frank ma swój mały plecak, w którym przechowuje skarby – hot wheels’y, auta z „Cars” i samoloty z „Planes”. Czasem plecak się nie dopina i wtedy jest ryk. Franek się z plecakiem nie rozstaje – śpi z nim, schodzi na śniadanie i jeździ do babci. Auta rules! – dwoma słowami. Książka Lompa „Auta” trafiła więc w serce mojego małego bohatera. Możliwość sycenia oczu i rozpoznawania na czterech potężnych obrazkach (format a4, tekturowe) różnych typów pojazdów… – delicje! Tu wóz strażacki, tu garbus, tu śmieciara, a tam… Kubica (czy Wasze dzieci też w ten sposób określają bolidy F1?). Cztery obrazki pozostają w związku ze sobą i – ponieważ książka nie zawiera tekstu – historię trzeba opowiedzieć samemu. A historii tych jest mnóstwo, podobnie jak mrowie tu pojazdów. Można więc śledzić trasę śmieciary albo sprawdzić, czy plany szalonego profesora się powiodły i jego maszyna wzleciała w powietrze.


Jankowi (6l.) trafiło się więc „Na budowie”. Tutaj aut też jest sporo. Tym razem jednak miejsce akcji jest dość statyczne – będziemy obserwowali, jak wznoszą się budynki. Poszczególne fazy budowy to też kolejne pory roku. Uważne dzieci bez trudu odkryją też wspólnych dla obu książeczek bohaterów (choć nie wszystkich) – Profesora Śmigiełko, Kotka Urlopka, Babcię Pudelę, Policjantkę Kiki i złodzieja Mopsa. Książki bez słów dają możliwość świetnej rodzinnej współpracy, polegającej na wspólnym zmyślaniu historyjek (ćwiczenia wyobraźni), na zgadywaniu: a gdzie jest? (ćwiczenia spostrzegawczości) oraz na… nauce dzielenia się – im książka cenniejsza w oczach dziecka, tym trudniej oddać ją bratu.


Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 260 x 335mm
 Oprawa: twarda
 Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-62965-03-8

poniedziałek, 10 marca 2014

Michael Ende „Nie kończąca się historia”


Ja też jestem z pokolenia, które słuchało Limahla i oglądało film Wolfganga Petersena. Tylko że mnie film zupełnie nie wciągnął. Zawsze miałam jakiś uraz do fantastyki. Wydawała mi się dziecinna (sic!). Dlatego w młodości nigdy też nie sięgnęłam po Tolkiena, Le Guin czy Sapkowskiego. Na tyle się chyba zestarzałam, że tęsknota za dzieciństwem, dziecinnością się we mnie stale odzywa. I sobie nadrabiam różne w fantastyce zaległości.

 Endego znam z „Momo”, która zrobiła na mnie ogromne i pozytywne wrażenie. Autor dostał więc u mnie spory kredyt zaufania. Zwyczajnie też byłam ciekawa, jaka jest naprawdę „Nie kończąca się historia”.

Jest zdumiewająca.

Na dwie kwestie tylko chciałabym zwrócić uwagę. Pierwsza – przebogata wyobraźnia autora. Ende jest Demiurgiem. Stwarza światy w tej powieści. Tworzy świat Bastiana (pomarańczowa czcionka), zwyczajny, szary, z problemami, jakie ma każdy z nas – poczucie samotności, kompleksy, brak matki, nieobecny mentalnie ojciec… W ten świat wkrada się świat inny – Fantazjana, świat książki (niebieska czcionka) ukradzionej przez głównego bohatera z antykwariatu. Ta z kolei nie jest szara nic a nic. Bajeczne stworzenia, wymyślne krainy i barwne przygody, które przeżywa Atreju, zielonoskóry Wielki Poszukiwacz. Jednak i ten świat naznaczony jest cierpieniem. Dziecięca Cesarzowa jest śmiertelnie chora. Fantazjanę pochłania Nicość. Bez interwencji Wybawcy Dziecięca Cesarzowa umrze, a Fantazjana przestanie istnieć. W pewnym sensie Fantazjana rzeczywiście się kończy. Jej odradzanie będziemy obserwowali – można rzec – na własne oczy. Bastian – wielki Wybawca – odbuduje ją krok po kroku. Czytelnik musi się zachwycić tym, co ujrzy. Bastian dostanie możliwość wykorzystania wszystkich swoich pragnień, by stworzyć Fantazjanę na nowo. Niczego sobie nie będzie żałował. Wszystko jest przebogate, pełne przepychu. Z całą pewnością czytelnik znajdzie w tej opowieści niejeden swój sen, swoje marzenie czy wyobrażenie.

Kwestia druga. „Nie kończąca się historia” to opowieść głęboka i bardzo mądra. Można z niej wyczytać na przykład to, że człowiek potrafi wszystko zniweczyć swoją zachłannością, ale też ma tę moc, żeby oddać swoje życie, by dać życie czemuś/komuś innemu. Człowiek – to najpiękniejsze i najobrzydliwsze stworzenie. Jest też książka ta opowieścią o dojrzewaniu, odkrywaniu tego, co naprawdę ma znaczenie. Ende mówi, że w życiu ważne jest tylko jedno: kochać drugiego. Autor pokazuje też wartość literatury, która może uratować życie człowieka. Niby to takie oczywiste… przy okazji lektury „Nie kończącej się historii” czytelnik więc patrzy wstecz i zastanawia się, które książki ocaliły go, zmieniły, nadały nowy bieg jego historii, by w finale lektury odkryć, że w jakimś sensie stał się bohaterem tej „nie kończącej się historii”.

Każda prawdziwa historia jest Nie Kończącą Się Historią.

PS
Wydawnictwo zachowuje rozdzielną pisownię partykuły „nie” z imiesłowami przymiotnikowymi – co jednak jest trochę zaskakujące. Nie jest błędne, lecz dla mnie zaskakujące (wszyscy piszą raczej łącznie, ciekawi mnie więc uzasadnienie pisowni rozdzielnej), bo:




Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni nie z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

W tekście pojawia się też "nie opodal". Tu też jest ciekawie, bo Rada podaje

Na pytanie o poprawną formę przysłówka nieopodal odpowiedziała sekretarz Rady:

[…] uprzejmie wyjaśniam, że pisownię [tego] wyrazu można znaleźć w słowniku ortograficznym. Jak podaje „Nowy słownik ortograficzny PWN” pod red. E. Polańskiego (Warszawa 1997, s. 452), nieopodal pisze się łącznie.

2002 r.
Słownik PWN dopuszcza obie pisownie. W Poradni językowej PWN Mirosław Bańko z właściwą sobie swadą opowiada o problemie:

W latach 1992-1996 Komisja Kultury Języka Komitetu Językoznawstwa PAN wprowadziła jednak szereg drobnych zmian w pisowni, m.in. zalecono pisać łącznie nieopodal ze względu na znaczne rozpowszechnienie takiej formy, a także przez analogię do nieomal. W rezultacie najnowsze wydania Nowego słownika ortograficznego PWN podają obie pisownie jako równorzędne.

I coś się porobiło w moim wydaniu ze spisem treści, bo nijak nie da się odszukać rozdziałów na podanych stronicach. „Coś się machło” o 200 stron:)


Możesz kupić tutaj: Nie kończąca się historia  

Tłumaczenie: Sławomir Błaut
Wydawnictwo: Znak 
Wymiary: 130 x 180 x 44
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324028832

środa, 5 marca 2014

Marta Dzienkiewicz „Pionierzy, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków”


Książka o polskich pionierach ma zapach. Oczywiście jest to zapach farby drukarskiej. Jej intensywna woń, mająca zapewne związek z typem ilustracji i zastosowanym papierem, odsyła (może tylko mnie?) jednak (jakoś!) do treści książki. Co to za zapach? Zapach pracy, wytężonej pracy, laboratorium, nieprzespanych nocy, zmęczenia i trudu. Zapach-dominacja. Zapach-pasja. Z nim współgrają ilustracje, do których stworzenia użyto dużej ilości czarnej farby. Przypominają z jednej strony drzeworyty (mnie przypominają przede wszystkim prace z plastyki w szkole podstawowej – kartkę zamalowywało się na różne kolory, potem pokrywało woskiem i malowało czarną farbą, a potem wydrapywało rysunek w wosku), ale też szkice węglem. Swoją prostotą odsyłają do malowideł ludowych. Matowe kolory zwiastują jednak coś wyjątkowego, jakąś przygodę.


Miło więc obcuje się z książką jako taką. Jeszcze milsze jest spotkanie z narracją Marty Dzienkiewicz. Jej opowieści o pionierach, czyli „niewiarygodnie pracowitych Polakach” nie mają w sobie nic z przynudzających notek biograficznych. Choć konkretne, zawierające fakty, nie wywołują odruchu ziewania. Autorka wie, że historia musi zaskakiwać od pierwszego zdania, że czytelnika trzeba zaciekawić. Dlatego rozpoczyna opowiadać o chemikach, antropologach, wynalazkach, odnosząc się do czegoś praktycznego, pokazując jakieś wyzwanie lub coś intrygującego.

Kto z was był ostatnio na poczcie, żeby wysłać list – taki odręczny, na kartce, w zaadresowanej kopercie ze znaczkiem? (o Janie Heweliuszu) 

Bocian rzadko lata, używając siły swoich mięśni. Najczęściej wykorzystuje jedynie powierzchnię ogromnych skrzydeł i prądy powietrza. A gdyby tak wyciągnąć stąd naukę – i spróbować samemu poszybować w chmury? (o Czesławie Tańskim) 


Dzienkiewicz opowiada, jakby znała swoich bohaterów osobiście. Mało tego – opowiada, jakby gotowała makaron ze Skłodowską-Curie, z Ignacym Domeyko konno przemierzała Chile, z Marianem Rejewskim deszyfrowała Enigmę. Jej portrety przedstawiają nam nie tylko wybitnych naukowców i podróżników. Pokazują też ich – tak, to dziwnie brzmi! – ludzką twarz. Czytelnik ma szansę dowiedzieć się, kto miał w szafie ubrania poukładane, a kto wrzucał je na kupę, kto dbał o swój strój, a kto nie chodził obtargany tylko dzięki uprzejmym podstępom żony. Właśnie te zdawałoby się nieistotne informacje nakreślają obraz Pioniera. Gdzieś ponad unosi się myśl, że był pionierem ten, który nosił w sobie szaleństwo, dziecięctwo, brak przywiązania, bezkompromisowość, ale też – nieraz – ogromną samotność. Dzienkiewicz wiele razy zwraca uwagę na wysokie morale bohaterów:

Gdy zwrócono mu uwagę, że pomaga zbyt wielu ludziom, odpowiedział: Lepiej dać dziewięćdziesięciu dziewięciu niewyciągającym ręki niż pominąć jednego potrzebującego. Nazywano go „ojcem Ignacym” (o Ignacym Łukasiewiczu).

„Pionierzy, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków” wywołuje z mroków zapomnienia postaci, bez których nasze dziś nie byłoby takie, jakie jest.

 Spis treści: 

Jan z Kolna, żeglarz, który ponoć dotarł do Ameryki przed Kolumbem
Jan Heweliusz, twórca największego laboratorium astronomicznego swoich czasów
Ignacy Domeyko, odkrywca złóż naturalnych i reformator szkolnictwa w Chile
Ernest Malinowski, budowniczy kolei transandyjskiej
Ignacy Łukasiewicz, wynalazca lampy naftowej
Stefan Drzewiecki, konstruktor łodzi podwodnej
Zygmunt Wróblewski, fizyk, który uzyskał ciekły tlen
Czesław Tański, prekursor polskiego szybownictwa
Maria Skłodowska-Curie, odkrywczyni polonu i radu
Kazimierz Żegleń, wynalazca kamizelki kuloodpornej
Helena Rubinstein, twórczyni przemysłu kosmetycznego
Henryk Arctowski, badacz Antarktydy
Kazimierz Prószyński, wynalazca kamery filmowej
Kazimierz Funk, odkrywca witamin
Bronisław Malinowski, antropolog i etnolog, który zamieszkał wśród dzikich plemion
Maria Czaplicka, badaczka Syberii
Jan Czochralski, twórca metody otrzymywania monokryształu
Stefan Banach, twórca analizy funkcjonalnej
Kazimierz Nowak, podróżnik, który samotnie przemierzył Afrykę na rowerze
Kazimierz Michałowski, badacz starożytnego Egiptu
Marian Rejewski, kryptolog, który złamał szyfr Enigmy
Jacek Karpiński, konstruktor pierwszego polskiego minikomputera
Wanda Rutkiewicz, zdobywczyni dwóch najwyższych szczytów Ziemi

Jaki wniosek z tego spisu? Warto synka nazwać Kazimierz:) I najlepiej Malinowski:)



Możesz kupić tutaj: Pionierzy…  


Ilustracje: Joanna Rzezak, Piotr Karski
Wydawnictwo: Dwie Siostry 
Wymiary: 200 x 250
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788363696054

poniedziałek, 3 marca 2014

„Czytam sobie Fakty”

Nowością w ramach akcji „Czytam sobie” jest seria książek opierających się na faktach. W trzech książkach znajdziemy opowieści o wielkich wydarzeniach i odkryciach XX wieku – wyprawie na biegun (Rafał Witek „Wyprawa na biegun”), rejsie Titanica (Zofia Stanecka „Historia pewnego statku”) i podróży na Księżyc (Ewa Nowak „Apollo 11”).

Lektura kolejnych części tego cyklu utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to nie lada wyzwanie dla autora zmieścić się w dwustu słowach. Żyjemy co prawda w czasach SMS-ów, nie oznacz to jednak, że dobrze z pisaniem krótkich wiadomości sobie radzimy. Opowiedzieć historię lakonicznie i do tego zgrabnie – mistrzostwo! Każdy, kto mieni się być pisarzem, powinien zapodać sobie takie ćwiczenie jako wyznacznik tego, ile jego pisanie jest warte.

Rafał Witek „Wyprawa na biegun” (poziom 1) 


 Z literackim Rafałek Witkiem miałam do czynienia raz i było to spotkanie niestety przykre. Nie zapałałam miłością do jego twórczości – choć, jak twierdzą niektórzy, autor to niejednorodny. Nawet zdecydowałam ostatnio spróbować się zbratać z Witkiem ponownie i wypożyczyłam „Julka Kulka, Fioletka i ja”. „Wyprawa na biegun” pokazuje, że Witek dobrze odrobił zadanie domowe. Język jego opowieści przypomina czytanki z „Elementarza” Falskiego.

To „Fram”.
A nad „Framem” – albatrosy.
(…) Obok statku wypływa wieloryb.
Co za fontanna!

Sporo tu równoważników zdań i wykrzyknień, co może sprawiać, że mały czytelnik czuje się swojsko, jak u siebie w podręczniku. Ale też Witek wplata wyrazy fachowe – wszak to książka o ważnym odkryciu. Mamy więc „banderę”, „globtrotera”, „ekwipunek”, „ekspedycję”. Czytanka ma więc i walory edukacyjne. Ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło też jakoś wpisują się w klimat elementarza sprzed lat. Mają w kresce coś ze stylu dawnych mistrzów ilustracji.

Zofia Stanecka „Historia pewnego statku” (poziom 2) 
 

Jeszcze więcej nowych dla dziecka słów, wyrazów fachowych jest w opowieści Staneckiej. Przede wszystkim są to nazwy związane z żeglugą – „kuk”, „ładować do luku”, „zwodować statek”, „zbiec po trapie”. W tej historii z drugiego poziomu pojawia się już kilkoro bohaterów, mamy punkt kulminacyjny, napięcie wzrasta, aby potem opaść, język jest też żywszy. Myślę, że zasadnicza trudność, jaką miała tu autorka, wiązała się z tym, aby opowiedzieć o katastrofie, o śmierci w sposób delikatny. Stanecka nie dotyka w ogóle tego, co stało się z ojcem głównej bohaterki – Ewy Hart (postaci autentycznej). Wiemy, że nie wsiadł na pokład szalupy ratunkowej, i wiemy, że statek zatonął. Reszty musimy się domyślać.

Ewa Nowak „Apollo 11”
 

Ewa Nowak, która jest specjalistką od obyczajówki, objawia mi się tutaj w nowym wcieleniu. Jej opowieść o misji Apollo 11, podróży na księżyc trzech astronautów – Neila Armstronga, Michaela Collinsa i Buzza Aldrina – jest naprawdę wciągająca. Szczególnie dla chłopców. Autorka podaje mnóstwo faktów – dane misji kosmicznej, trasę przelotu załogi Apolla 11, budowę skafandra księżycowego, daty i miejsca, ale także odpowiada na pytania, które na pewno pojawiają się w głowach ciekawskich czytelników, czyli co jedli, a także – skoro jedli – to jak się załatwiali i co z tym robili. Nowak wprowadza tu pojęcie „rozdziału”, pojawiają się elementy dialogu – to wszystko przygotowuje dziecko do czytania powieści. Ilustracje Tomka Kozłowskiego są czarno-białe i przypominają zdjęcia, to także przydaje książce dorosłego charakteru.

Seria „Czytam sobie Fakty” na pewno przede wszystkim przypadnie do gustu chłopcom. Pokazuje wielkie przygody silnych facetów. Ta męska dominacja mnie w niczym nie przeszkadza. Wręcz cieszy mnie, że jest porządna literatura chłopakowa!



Możesz kupić tutaj: Czytam sobie  

Wydawnictwo: Egmont 
Wymiary: 145 x 185
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2014