poniedziałek, 28 kwietnia 2014

„12 ważnych opowieści. Polscy autorzy o wartościach”


Centrum Edukacji Dziecięcej to gwarancja bezpiecznych publikacji. Piszę to, ponieważ jest wielu rodziców, którzy krytycznie podchodzą do współczesnej literatury dziecięcej i nie łykają wszystkiego, jak leci. Szczególnie nowoczesności. Dla (po)nowoczesności wartości są „be” – bo ograniczają, upraszczają, wyniszczają… Książki wydane z logo CED uczą i wychowują – to ostatnie też jest „be”, dodajmy! Ci, którzy jakoś regularniej tu zaglądają, myślę, że wiedzą, jak moherowe mam zapędy, dlatego gdy czytam, że wartości i że wychowanie, to czuję się jak u siebie w domu – spokojnie.

O tradycyjnie rozumianych wartościach – jak odpowiedzialność, sprawiedliwość, szacunek czy odwaga – opowiada dwunastu polskich utytułowanych autorów. Są wśród nich Irena Landau, Marcin Przewoźniak, Maria Ewa Letki, Roksana Jędrzejewska-Wróbel i Paweł Beręsewicz. Ich historie osadzone są we współczesności. Dziecięcy bohaterowie na własnej skórze mogą się przekonać, co się dzieje, kiedy nie jesteśmy odpowiedzialni, jak można komuś okazać szacunek i czym jest uczciwość.


Kilkustronicowe opowieści przedstawiają zgrabną sytuację. Dwie najmocniejsze tworzą Przewoźniak i Beręsewicz. Ten pierwszy pisze o miłości. Zaczyna prosto z mostu:

Mati nie lubił taty. (…) Bo tata krzyczał, bo się czepiał, bo ciągle wymagał, nawet gdy było to zupełnie zbędne. Bo wciąż był z syna niezadowolony. Ciągle! Wiecznie! Codziennie! I dawał mu to odczuć. 

Co z tego może wyniknąć, gdy przed supermarketem tata wda się w awanturę z łysym kolesiem?

Beręsewicz tłumaczy nam szacunek, pokazując sytuację na stołówce. Właśnie tam Krysia-Kucharka krzyczy: „Jemu nie dawaj! To Czeczeniec!”. Czy można gorzej – myśli czytelnik? Interesujące zwroty akcji, szczypta humoru, a co za tym idzie brak patosu to przepis na dobry tekst.


Książki CED zawsze dobrze się sprawdzą w szkole i na różnego typu zajęciach. Wszędzie tam, gdzie wartości nie stanowią zagrożenia dla dziwnie rozumianej wolności człowieka.



Możesz kupić tutaj: 12 ważnych opowieści 

Ilustracje: Elżbieta Kidacka
Wydawnictwo: Grupa Publicat/Papilon 
Wymiary: 205 x 265 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324523436

piątek, 25 kwietnia 2014

Łukasz Wierzbicki „Machiną przez Chiny”


Wobec tendencji do unifikacji płci wskazywanie, że jakaś książka jest typowo „chłopakowa”, brzmi jak ciężki zarzut. Ja jestem starej daty i w mojej ręce czasem wpadają zdecydowanie książki dla chłopców. Nie znaczy to, że dziewczyny ich czytać nie powinny. Znaczy to, że książki rozwiną chłopców w naszych chłopcach, dobrze odpowiedzą na ich potrzeby. W książce „Wychowanie chłopców” Steven Biddulph pisze (cytuję za „Wychowanie przez czytanie” Koźmińska, Olszewska):

Nie możemy po prostu serwować chłopcom płatków na śniadanie, dostarczać czystych koszulek i czekać, aż pewnego dnia obudzą się jako dojrzali mężczyźni. Żeby mogli osiągnąć dojrzałość, muszą otrzymać mądre wsparcie ze strony osób, które rozumieją ich potrzeby. 

Dlatego będę się upierała, że potrzebujemy jak kania dżdżu dobrej literatury dla chłopców. Ale co musiałaby tak literatura w sobie zawierać, żeby można było o niej powiedzieć, że odpowiada na potrzeby naszych chłopców? Przygoda? Wyzwanie? Wartości takie jak odwaga, upór w dążeniu do celu? Radość? Przyroda? Szczypta Historii? Technika? Męski bohater? Zdecydowanie tak!

Łukasz Wierzbicki pisze pod chłopców. Choć dziewczęcy odbiorca także doskonale odnajdzie się w jego książkach. Autor ten dobrze jest znany dziecięcym czytelnikom z „Afryki Kazika” i „Dziadka i niedźwiadka”. „Machiną przez Chiny” autor przypieczętowuje założenia swojego literackiego programu, który brzmi tak:

Trzeba dać do rąk dzieciom XXI wieku nowe książki, które im pomogą, wciągną je w jakąś przygodę czy pokażą jakiś wzorzec patriotyzmu – podróż przez Afrykę z biało-czerwoną flagą, postawy wobec świata, wobec ludzi, spotkanych na szlaku. Wtedy powiedziałem sobie, że ja tego pisarza muszę znaleźć w sobie, muszę usiąść i spróbować. 


Mamy tu więc postaci autentyczne i wielką przygodę – Halinka i Stach Bujakowscy wyruszyli w 1934 roku z Druskiennik do Szanghaju. Ich wyprawa trwała dwa lata. To chyba najdłuższa podróż poślubna, o jakiej słyszałam. A wszystko zaczyna się od tego – opowiada Wierzbicki – gdy Jeremi wraz z mamą Haliną mają wyruszyć w daleką podróż samolotem do Indii. Właśnie tam czeka na nich tata. Tata, którego Jeremi z powodu toczącej się wojny nie miał okazji poznać. Mama, aby urozmaicić synkowi podróż, po raz tysięczny opowiada synowi historię wielkiej wyprawy poślubnej.


Przygody niezwykłego małżeństwa zebrano w serii krótkich rozdziałów. Razem z Haliną i Stachem wartko przemierzamy Azję na machinie, czyli motocyklu angielskiej produkcji. Stajemy oko w oko z tygrysem i obserwujemy jak młoda kobieta całuje go w nos, pchamy motocykl przez błotniste kałuże, mieszkamy przez trzy miesiące w dżungli. Spotykamy też dobrych ludzi – siostrę Assuntę, małego Iqbala i mądrego On Sam-Je. I powoli dajemy się przekonać, że „chcieć to móc”, że nawet z największych tarapatów zawsze jest jakieś wyjście i że świat jest bezsprzecznie cudowny.


Książka Wierzbickiego składa się jednak z dwóch części. Ta druga stanowi w pewnym sensie przeciwwagę dla pierwszego. Halina i Stach zostają rozdzieleni przez wojnę – najpierw chińsko-japońską, potem po raz drugi przez tę światową. Ten czas naznaczony jest samotnością i troską o Stacha-lotnika z jednej strony, z drugiej zaś osłodzony narodzinami synka Jeremiego. Na bohaterów spada też wieść, że powojenne Druskienniki stały się częścią obcego państwa, Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Rodzina musi się więc przenieść do Gdańska. Ta druga część zatytułowana „Pamiętnik Haliny” wnosi nieco realiów życia, sprowadza czytelnika na ziemię. Zachwycony niezwykłością przygód młodego małżeństwa mógłby bowiem popaść w przekonanie, że życie upływa ludziom bez trosk.


Świetnie spisała się Marianna Oklejak. Obok ilustracji w żywych żółto-zielono-pomarańczowych barwach znajdziemy tu też fotografie Bujakowskich. Te sprytnie włączono w opracowanie graficzne książki.



Możesz kupić tutaj: Machiną przez Chiny 

Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo: Poradnia K
 Wymiary: 166 x 240
 Oprawa: twarda
Stron: 176
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788393342082

czwartek, 17 kwietnia 2014

Iwona Chmielewska „Dwoje ludzi”



Moja pierwszoklasistka omawiała w szkole wiersz „Wielkanocny pacierz” ks. Jana Twardowskiego. Pani pochwaliła ją za aktywność. Mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło, że jej wychowawczyni interpretuje z dziewczynkami poezję już od samego początku. Wiem, że zadawała trudne pytania: czy świętość może być dziurawa? co to znaczy, że „wiatr gra mi na kościach mych psalmy”? Za tym idą następne pytania: po co jest poezja? co ona nam daje? czy nie można rzeczy wyłożyć wprost? – tak pyta przede wszystkim młodzież w szkole średniej. Wiem z praktyki.

Zamyślam się dziś nad poezją, bo w „Dwoje ludzi” Iwona Chmielewska objawia mi się przede wszystkim jako poetka. Autorka zamyka myśli w krótkich zdaniach, dopowiadając obrazami. Zdania te są na wskroś metaforyczne.

Gdy dwoje ludzi żyje razem, mogą być jak dwie osobne wyspy na wielkim oceanie, narażone na te same sztormy i ogrzewane tym samym słońcem.
Jednak każda z nich ma swój własny kształt, tylko swoje wulkany, doliny i wodospady…


Genialna jest zdolność Chmielewskiej do łączenia prostoty z bogactwem, konkretności z ogólnością. Za prostym porównaniem dwojga ludzi do dwóch wysp stoją ogromne możliwości interpretacyjne. Podobnie zresztą z dość konkretnym wskazaniem „dwoje ludzi”, jednak na tyle ogólnym, że możesz w to włożyć różnorakie relacje.

Jak to jest, kiedy dwoje ludzi żyje razem? Opowieść Chmielewskiej nie jest słodkim love story. To historia szczera, w której pokazuje się radości i trudy, miłość i nienawiść, uśmiech i łzy, różę i jej kolce. „Gdy dwoje ludzi żyje razem”, gdy dwoje ludzi łączy się ze sobą, różne historie z tego wynikają. Ja wyczytuję z nich jednak afirmację związku, osadzoną jednak na prawdzie.


Z pewnością jest pewnym wyzwaniem czytać tę książkę z dziećmi. Szczególnie wtedy, gdy traktujemy literaturę i czytanie dzieciom jak obowiązek, jeden z tych, które mają się przyczynić rozwojowi naszych maluchów. Czytamy, zamykamy książkę i dziecko idzie spać – to według mnie duże nieporozumienie. Książka to nie usypiacz, który ma tak malucha zanudzić, ze w końcu padnie. Literatura, także dziecięca, to okazja do spotkania drugiego, do wymiany myśli, do poznania, podjęcia refleksji i podzielenia się nią. Dlaczego nie dyskutować z dziećmi o ich lekturach? Dlaczego nie rozmawiać o Chmielewskiej?

 Chmielewska na tym blogu:
"Pamiętnik Blumki"
"O tych, którzy się rozwijali"
"Cztery strony czasu"


Możesz kupić tutaj: Dwoje ludzi 

Wydawnictwo: Media Rodzina
Wymiary: 200 x 283 x 10
 Oprawa: twarda
 Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788372789334

wtorek, 15 kwietnia 2014

Martin Ernstsen „Pustelnik”


Ostatnio przyglądam się komiksom dla dzieci. Mam syna. Nawet dwóch. Wydaje mi się, że świat komiksu wyjątkowo na nich działa. Podobno mężczyźni są wzrokowcami. Chyba dlatego komiks tak bardzo ich wciąga – mogą nasycić swój wzrok do woli.

Z komiksami współczesnymi dla dzieci trzeba być wyjątkowo ostrożnym. Radzę rodzicom szczególnie wnikliwie je przeglądać. Po pierwsze, wiele z nich jest nieoznakowanych wiekowo. A powinny! Komiksowa kreska, która czasem ma tak wiele wspólnego z kreską stosowaną w dziecięcych publikacjach, bywa myląca. Kiedy widzisz okładkę, jesteś przekonany, że to zupełnie dla dzieci. Ale potem otwierasz i widzisz, że to zupełnie nie dla dzieci (na przykład komiks „Louis na plaży”). Komiks zawsze ocierał się o brutalizm i seksualizm i – mam wrażenie – że twórcom komiksu czasem się zapomina, do kogo rzecz kierują. A może myślą, że żyjemy w takich czasach, że pewne rzeczy już można?

Z „Pustelnikiem” na szczęście tak nie jest. „Pustelnik” to fajna opowieść. Choć przyznam, że opis na okładce: „Historia przedstawia rozwój przyjaźni między dwojgiem bohaterów. Autor podejmuje też problem odróżnienia przez małe dziecko fantazji od rzeczywistości” – uznałam za głupawy, a nawet nieprawdziwy.


Według mnie autor nie podejmuje tu wcale problemu odróżniania przez małe dziecko fantazji od rzeczywistości. Ernstsen raczej pokazuje potęgę dziecięcej wyobraźni. Nasz mały bohater jedzie na wakacje do babci mieszkającej na pustkowiach północnej Norwegii. na pustkowiach – jak to nieraz już w literaturze bywało – miejskie dzieci się nudzą. W telewizorze tylko „jedynka”, kolegów brak. Co zatem zostaje? Eksplorowanie terenu! Konkretnie brzegu. I tak od kroku do kroku… tu się znajdzie muszelkę, tu wodę w wiadro zaczerpnie… jest jeszcze stara szopa, a w niej mnóstwo skarbów – siano, stary skuter i zabawki sprowadzone z Chin. Nadal jednak nic szczególnego się nie dzieje. Z pomocą przychodzi babcia, która patrząc na brzeg przez lornetkę, stwierdza: „Chyba coś wielkiego wychodzi z morza!”. Wnuczek wchodzi w tę fantazję jak w masło – „To gigantyczny rak pustelnik!”. Więc się ratują – babcia każe poszukać kasków ochronnych (za które służy wiadro i garnek) oraz broni (sprzęty kuchenne). Zabawa na całego!


Ernstsen tworzy opowieść dość leniwą. W zasadzie przez większość czasu nic spektakularnego się tu nie dzieje. Ot, zwyczajny dzień za dniem. Jednak, kiedy po bohatera przyjeżdża ciocia, ten stwierdza z zaskoczeniem: „Och! Już?” i okazuje się, że brzeg jeszcze nie został zbadany… Podoba mi się to odkrycie, że nuda jest bardzo dobra, bo każe nam szukać zajęć tu gdzie jesteśmy, odkrywać niezwykłe w zwykłym, docenić prostotę.

Symboliczny jest tytuł. Pustelnikiem jest tutaj nazwany przede wszystkim rak, ale na swój sposób z pewnością pustelnikiem jest babcia, a także staje się nim przez chwilę wnuczek. Pustelnik to przecież nie tylko ten, który żyje samotnie, ale też ten, który potrafi kontemplować, który w ciszy, prostocie odkrywa bogactwo, który potrafi docenić życie takim, jakie ono jest.

Z kreską Ernstsena mogą mieć niektórzy problem. Twarze bohaterów (babci i wnuczka) przypominają mi żółwia. Oczy, mordki mają jak E.T., owe chińskie zabawki znalezione w szopie. Trzeba się przyzwyczaić do tej groteskowości.



 Możesz kupić tutaj: Pustelnik 

Wydawnictwo: Centrala
Wymiary: 170 x 240 x 7
 Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Rok wydania: 2011
ISBN: 9788363892043

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Czytanie zbliża!







Projekt „Oddział Bajka – Wędrująca Szpitalna Biblioteka ” związany jest z tworzeniem mobilnych biblioteczek na oddziałach szpitalnych. Zaprojektowany w ciekawy sposób wózek pełen starannie dobranych tytułów książek (Dwie Siostry, EneDueRabe, Zakamarki, Media Rodzina) oraz skarbów w postaci akcesoriów służących do wspólnego czytania i „ożywiania książki” pojawiać się będzie na oddziałach dziecięcych.

Film powyżej ujmuje problem w szerszym spektrum i mówi ogólnie o bliskości powstającej między czytającym a słuchaczem.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Hervé Tullet „A gdzie tytuł?”


Tullet na literackiej mapie jest krainą osobną. Kilka razy już pisałam o tym, że to, co nie uchodzi w dobrych książkach dziecięcych, czyli brzydota, u Tulleta się siakoś sprawdza. Autor „Naciśnij mnie” ma też swoją wizję tego, czym ma być książka. Łączy tradycję z nowoczesnością, papier z dziecięcym ADHD, z dziecka robi uczonego, a z dorosłego – wariata, z małego czytelnika – znawcę tematu, a z autora – barana. Wiele tu stoi na głowie!

„A gdzie tytuł?” od pierwszych słów wciąga dziecięcego czytelnika w swoistą grę:

- Hej, zobacz! Chyba ktoś teraz na nas patrzy… 
- Chłopaki, ale akcja! Chodźcie zobaczyć! 
- Tu są dzieci… 


Dzieci, które nie miały do czynienia z Tulletem, przeżyją prawdziwe zaskoczenie. Bo jak to tak? Nagle bohaterowie zauważyli mnie? Po drugiej stronie? Ale jak to możliwe? Może niektóre uwierzą, że postaci „mają moc”, aby się porozumieć z czytelnikiem. Może niejeden maluch zastanowi się, dlaczego wcześniej tego nie zrobiły. Może potem pomyśli, jak skontaktować się jednak ze swoim ulubionym bohaterem – ostrzec Pinokia zawczasu albo podpowiedzieć Koziołkowi Matołkowi co z tym Pacanowem.

Tulletem można wprowadzić dziecko w teorię literatury. Oczywiście nie akademickim wykładem. Raczej rozmową o tym, kim jest narrator, autor, bohater, czym jest fikcja, jakimi regułami rządzi się świat przedstawiony, jak powstaje książka (a gdzie tytuł?, a gdzie strona tytułowa?).


Dla mnie interesujący jest temat tego, czym jest dobra bajka. Krótka historyjka, w której autor „mógłby się trochę postarać”, pokazuje świat „ułożony” i „ładny”, typowy dla książek za 5 zeta, w których księżniczka zaczarowuje potwora. Zdecydowanie odstaje od nabazgranych, utworzonych z przypadkowych plam, bohomzowatych bohaterów. To właśnie oni oceniają autorskie dokonania: „Phi! Krótka jakby… Ale ściemka. Chyba poszedł na łatwiznę… Trochę słaba ta bajka”. A zatem czy bajka z bohomazami, plamami, przypadkowymi pacnięciami jest gorsza od bajki starannie wyczyszczonej w programie komputerowym?


Książki Tulleta zapraszają też do odwagi tworzenia, do eksperymentowania z kolorem, papierem, farbą. Nic nie jest brzydkie. Nic nie jest bez ładu. Ze wszystkiego możesz stworzyć arcydzieło. Każda plama może być przydatna, zagrać pierwszoplanową rolę, stać się bohaterem, który przeżyje niezłą przygodę. Nawet najbardziej głupi pomysł jest tak naprawdę świetną ideą. Działaj! Rusz się! Świat czeka.



Możesz kupić tutaj: A gdzie tytuł? 

Wydawnictwo: Babaryba
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
Stron: 68
ISBN: 978-83-62965-04-5

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wojciech Witkowski „Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara” (audiobook)


Jestem ciekawa, jak tam u Was z czasem na czytanie dzieciom książek? My czytamy głównie przed zaśnięciem, ale czasem wracamy do domu tak późno, że nie ma na to czasu. Albo ja jestem tak padnięta, że nie mam ochoty. Dlatego uwielbiam audiobooki. Wypożyczamy ich mnóstwo z biblioteki (na szczęście jest u nas taka możliwość) i starszaki słuchają. Ostatnio gównie w samochodzie, kiedy jadą z tatą do szkoły. A jadą długo, bo około 30-40 minut w zależności od korków. I żeby tego czasu nie zmarnotrawić – słuchają książek.

 „Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara” czyta Modest Ruciński. To ten pan,


którego może znacie z różnych seriali. Czyta i czasem śpiewa. A jak już zaśpiewa, to od razu ten śpiew do głowy wpada i tam zostaje cały dzień. Ruciński wciela się w Rabarbara i raz po raz słyszymy głos silnego pirata, który da sobie radę ze wszystkim. Jest jednak wesoły, nieskory do bitki, sprytny i załatwiający sprawy rozumem, a nie pięścią (choć czasem i siły dla dobra sprawy użyć potrafi).

Audiobook zawiera trzy płyty – w sumie ponad trzy godziny słuchania. U nas leci prawie na okrągło od około dwóch tygodni:) Słychać, że tekst napisał facet z krwi i kości (Wojciech Witkowski), który nie ozdabia, nie obściskuje czytelnika pięknymi zdaniami, a raczej grzmotnie pięścią słowa. Do tego grubo sobie zażartuje, ryknie salwą śmiechu… po prostu nie da się tego tekstu nie pokochać! I choć wydawałoby się, że to powieść dla chłopców, u nas przepada za nim przede wszystkim moja córka.



Możesz kupić tutaj: Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara  

Wydawnictwo: Bis
Czyta: Modest Ruciński
ISBN 978-83-7551-380-6
czas nagrania 3 godziny 10 minut
trzy płyty CD - audio
oprawa: digipack
data wydania 2014-01-24

środa, 2 kwietnia 2014

Krystyna Lipka-Sztarbałło „ Łazienkowe pytania”


Książki dla dzieci naprawdę można zrobić na każdy temat. Także na temat łazienki. Po tym jak parę lat temu pojawiło się kilka książek o arcyważnej kupie, sprawa toalety w literaturze nikogo już nie zgorszy:) Czymże jest umywalka w obliczu biegunki? …


„Łazienkowe pytania” to książka praktyczna i pożyteczna. Kiedy ją przeglądam, odnoszę nieodparte wrażenie, że przedstawia ona dzisiejszy, nowoczesny sposób podejścia do informacji. Przypomina mi wyszukiwarkę internetową. Gdy wrzucisz do niej hasło, zasugeruje ci ona odpowiedzi-linki z różnych dziedzin – kultury, sportu, historii, inżynierii, ekologii. Podobnie u Lipki-Sztarbałło. Weźmy na ten przykład hasło „sedes”. Otrzymamy:
  • procedury korzystania z sedesu przedstawione w obrazkowej instrukcji 
  • typy sedesów – od cebrzyka do luksusowego WC, które potrafi dokonać analizy laboratoryjnej kału i moczu 
  • wgląd w historię sedesu 
  • słynne sedesy, pisuary, a nawet… dom-toaletę 
  • synonimy: cebrzyk, nocnik, WC, sanitariat, latryny, szalet 
 Ten temat z kolei odeśle nas do kwestii wody. Ta do mycia – rąk, włosów, zębów… I tak dalej. Niby encyklopedia, ale interaktywna, choć papierowa.


W „Łazienkowych pytaniach” wiedzę na temat higieny podaje się dzieciom pod przykrywką ciekawostek. Ogromną rolę grają tu ilustracje. Te – choć ilustratorka zastosowała różne techniki – stanowią, o dziwo!, zgodną drużynę. Projekt łazienki wykonany w programie komputerowym, instrukcje, czarno-białe fotografie (dłoni przede wszystkim), ilustracje sensu stricto – czasem proste i dosłowne, czasem metaforyczne, głębokie… ale to wszystko razem gra.

Ja mam jeszcze wrażenie, że Lipka-Sztarbałło naśladuje niektóre elementy stylu Iwony Chmielewskiej, którą chyba wkrótce zacznę tytułować „Wybitna”. Myślę tu o szkicach ołówkiem, motywach dłoni i lalek, kolorystyce żółtawo-burej niektórych stron. Zupełnie Chmielewskiej wydają mi się strony wyklejki.


Co zrobić z „Łazienkowymi pytaniami”? Mogą się przydać na lekcjach, można podsunąć maluchowi, który „boi się wody”, można sobie czytać „siedząc na tronie”, można poszerzać horyzonty, można też stworzyć własny picturebook na przykład „Kuchenne pytania”.


Możesz kupić tutaj: Łazienkowe pytania 

 Wydawnictwo: Ezop 
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788389133960