czwartek, 27 listopada 2014

Czy kanon lektur trzeba przewietrzyć?

zdjęcie stąd

Wczoraj GazWyb nawoływała, żeby przewietrzyć listę lektur. Rzekomo chodzi o rozbudzanie pasji czytelniczej… ale już pierwsze zdania artykułu mówią coś innego „Szkolne lektury są archaiczne i nudzą uczniów. Do tego powielają stereotypy, nie piętnują przemocy wobec kobiet”, aby po chwili dodać: „Według raportu wrocławskiej fundacji Punkt Widzenia pt. "Męskość i kobiecość w lekturach szkolnych" brakuje w nich demokracji, a nierówność płciowa jest bardzo duża. - Bohaterek pierwszoplanowych w szkole podstawowej można się dopatrzyć kilku, w gimnazjum - tak naprawdę jednej, czyli Balladyny. Zresztą i tak ocenianej stereotypowo i negatywnie - mówi "Wyborczej" Anna Walicka z fundacji. I dodaje: - Książkowe dziewczynki służą za lustra, w których odbija się chłopięca wspaniałość”. A więc nie chodzi o pasję czytelniczą, ale o ideologię. Aż mi się nie chce tego komentować.

Myślę, że jest ogromną bzdurą odrzucanie kanonu. Swoboda, którą dostali nauczyciele (mają możliwość samodzielnego doboru lektur + obowiązek zrealizowania kilkunastu lektur z podstawy programowej na etapie klas 1-6), wystarczy. Trzeba odczytać stare lektury na nowo. Dostrzec w nich wartość. Moja córka nie miała problemu z „Plastusiowym pamiętnikiem” ani z „Z przygód krasnala Hałabały”. Nastoletni syn znajomych był zachwycony „Sposobem na Alcybiadesa”.

Odrzucanie niektórych lektur ze względu na archaiczność języka i nieprzystającą do dzisiejszych realiów fabułę dziś, oznacza wywalenie z kanonu „Pana Tadeusza” jutro. Widzę w sprzyjaniu niskim gustom społecznym zagrożenie.

Dlaczego nasze dzieci nie czytają? Czy dlatego że każemy im czytać nudne książki? W moim przekonaniu czytanie – jak dobre wychowanie – wynosi się z domu. Jeśli rodzice czytają przedszkolakom, a potem zadbają o pierwsze sukcesy czytelnicze ucznia i właściwy dobór lektur (zindywidualizowany), i jeśli dzieci zobaczą, ze rodzice czytają, że warto marnotrawić czas na książki, to będą mieli w domu mola książkowego.

Dawno temu uczyłam w szkole średniej. W technikum. Uczyłam chłopców. Nie czytali. Chciałam, żeby czytali. Starałam się pokazać im, że poezja to zagadka do rozwiązania. Omawiałam z nimi teksty Paktofoniki - udowadniając, że to też poezja. Mówiłam, że jeśli nie rozumieją kobiet, swoich dziewczyn, niech przeczytają „Granicę”, a potem pogadamy o tym, jak się uwodzi kobiety:P Przynosiłam swoje ulubione książki, o których sądziłam, że spodobają się chłopakom – Masłowska (to był przecież ich język), „Madame” Libery. Nie powiem, że wszyscy zaczęli czytać. Ale niektórzy zaczęli. Zaczęli czytać lektury.

A tutaj można podesłać MEN-owi swoje propozycje - rozumiem, że ma to być pomoc dla nauczycieli.

wtorek, 25 listopada 2014

Torben Kuhlmann „Niezwykłe przygody latającej myszy”


Książka Torbena Kuhlmanna magnetyzuje okładką. Niemal fotograficzna ilustracja przedstawiająca śmigło samolotu przyciąga oko. Kolorowe znaczki flag na blaszanym kadłubie zapowiadają przygodę. Dopiero po chwili dostrzegamy snop światła rzucony na małego śmiałka. To mysz (myszy mają dobrą literacką passę – klik 1, klik 2, klik 3). Mysz, która ma przytwierdzona do grzbietu zgrabne skrzydła. Otaczający scenę mrok sugeruje z jednej strony samotność, z drugiej – dziejące się z dala od światła, w zakamarkach, rzeczy niezwykłe. I jeszcze brzegi książki – stylizowane na obdartą, starą, wyciągniętą ze strychu knigę. A jak wiadomo – to, co ze strychu, zawsze jest cenne.

Torben Kuhlmann wchodzi do historii literatury jak się Charles Lindbergh, amerykański pilot, wdarł do historii lotnictwa. Odważnie i bez kompleksów. „Niezwykłe przygody latającej myszy” to jego praca dyplomowa (studia ukończył w 2012 roku) oraz debiut literacki.


Zatem rozpoczynamy tę lekturę od ilustracji, które śledzimy wpierw strona po stronie, delektujemy się detalami. Ponieważ historia dzieje się u początków XX wieku, tło jest tu adekwatne. Na obrazach odnajdziemy więc starą maszynę do pisania, dworzec w Hamburgu z maszynami parowymi, statki parowe, wnętrza starych miejskich zegarów. Możemy nacieszyć oko typografią – widać też fascynację autora projektami drukowanych liter.


Skromny, sztampowy tytuł wpierw wydaje się biedny wobec ilustracyjnego rozmachu. Jednak kiedy już wejdziemy w historie myszy i ona zdumiewa swoją mądrością. Kuhlmann zamiast opowiadać nam – fascynującą skądinąd – historię samotnego przelotu nad Atlantykiem Charlesa Lindbergha, postanawia opowiedzieć nam całą historię lotnictwa. A więc i tu rozmach, choć na dziecięcą miarę skrojony. W przygodach małej myszki mieści on bowiem wiele wątków – inspirację skrzydłami ptaków (tu konkretnie nietoperzy, które jak by nie było ptakami nie są ), potrzebę czy nawet konieczność szybkiego przemieszczania się (podróże „za chlebem” do Ameryki), fascynację wynalazkami – parą, kołami zębatymi, silnikiem… Rejestruje też nieudolne próby i niebezpieczeństwa, ale też determinację bohatera. Porażki małej myszy nigdy nie są porażkami naprawdę, zawsze stanowią początek czegoś nowego, są lekcją, z której wyciąga się wnioski na przyszłość.


Myszy udaje się w końcu przelecieć nad oceanem, a jej dokonanie staje się inspiracją dla innych. Między innymi dla małego chłopca, którym był – tu przymykamy oko – Charles Lindbergh. Inspirująca książka.

Mój syn kazał sobie przeczytać, aby na drugi dzień zabrać do szkoły, by pokazać kolegom. Ten jego gest wydaje się wystarczającą rekomendacją dla książki Kuhlmanna.

PS
Fajny film prezentujący książkę, choć po niemiecku:)




Możesz kupić tutaj: Niezwykłe przygody latającej myszy

Wydawnictwo: Wilga
Wymiary: 220 x 290 x 13
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788328013070

piątek, 14 listopada 2014

Małgorzata Strzałkowska „Dyrdymałki”


Moja córka chodzi do szkoły podstawowej dla dziewcząt. Prowadzę tam zajęcia, które nazwałam „Płomienne czytanie” (szkoła nazywa się Płomień) z dziewczynkami z klasy drugiej i trzeciej. Ostatnio zabrałam ze sobą poezję – Kerna, Wawiłow, Danuty Gellnerowej, Fredry i Strzałkowskiej. Wpierw zadałam dziewczynkom pytanie, co to jest poezja i co o niej sądzą. Trzecioklasistki potrafiły wymienić nawet podstawowe środki stylistyczne i wytłumaczyły młodszym koleżankom, czy jest strofa i wers. Umiały też wymienić nazwiska najbardziej znanych poetów – Brzechwa, Tuwim, Chotomska, ale też Szymborska i Twardowski. Jedna z nich stwierdziła, że poezja jest trudna. Uczepiłam się tego. Założyłam sobie bowiem, że spróbuję im pokazać, że poezja nie jest trudna, że poetą może być każdy i że poezja jest wszędzie. Myślę, że właśnie klasa druga, trzecia to ten moment, kiedy decyduje się, czy będziemy kochali i rozumieli poezję jako ludzie dorośli. Oczywiście wiele kroków trzeba jeszcze potem zrobić…

Żeby udowodnić dziewczynom, że poezja nie jest trudna i że każdy nosi w sobie wiersze, wybrałam Małgorzatę Strzałkowską i najnowsze „Dyrdymałki” – czterowersowe, żartobliwe wierszyki. Czytałam kolejne utwory, intonując z przejęciem. Zawieszałam głos na przedostatnim słowie, aby dziewczynki mogły dopowiedzieć, odgadnąć rym. Zgadywały bezbłędnie! A jaką miały z tego frajdę! Lektura ta stała się też okazją do wyszukiwania tropów – czy znają inne czterowersowe wiersze? Czy znają inny wiersz o dziku?

Niechaj dęby rosną wszędzie,
bo na dębach tkwią żołędzie,
a więc męczyć się nie trzeba,
gdy jedzonko spada z nieba. (wiersz „Dzik”)

Umiem czytać tekst do góry nogami, ale cierpi wtedy na tym interpretacja głosowa. Dlatego trzymałam książkę stronami do siebie. Za każdym razem, gdy już przeczytałam, pokazywałam dziewczynom ilustracje. Styl Katarzyny Boguckiej do mnie nie przemawia. Nie podoba mi się ani ta kolorystyka, ani sztuczność i sztywność postaci. Ale uczennice nie odpuściły mi ani jednej strony i kiedy się zagalopowałam, przypominały, że przecież muszą jeszcze zobaczyć.


Wiersze Strzałkowskiej zachęciły nas do zabawy w rymy. Usiadłszy w dużym kole, mogłyśmy przerzucać sobie słowa jak piłeczkę. Myślę, że podobało im się też wymyślanie wierszyków. Ja podawałam pierwszy wers, a ich zadaniem było wymyślić drugi. Nie miały wątpliwości, że poezja wcale nie jest trudna.


Możecie pytać, co mają wspólnego te rymowane, proste wierszyki z poezją. Otóż mają wszystko wspólne! Nie podasz niemowlakowi kotleta, najpierw musi się nauczyć jeść papki. Z poezją jest podobnie – choć porównanie moje zdecydowanie zbyt poetyckie nie jest:)



Możesz kupić tutaj: Dyrdymałki

Ilustracje: Katarzyna Bogucka
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 230 x 230 x 5
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788361824763

czwartek, 6 listopada 2014

Ruth Krauss, Maurice Sendak „Dołek jest do kopania. Książka pierwszych definicji”


Ruth Krauss i Maurice Sendak to giganci amerykańskiej literatury dziecięcej. O Krauss mówi się, że miała niebywała intuicję, aby dostrzec wolnego ducha w dziecięcych wypowiedziach i przemyśleniach. Twierdzi się też, że umiała zapisać w swych książkach śmiech dziecka. On z kolei stworzył książkę kultową („Where the wild thing are”), którą krytycy odrzucili, aby później przyznać jej honorowe miejsce w historii literatury dla najmłodszych. Krauss i Sendak rozpoczęli współpracę w 1948 roku (w kilka lat po tym, jak Krauss wydała do spółki z mężem Crockettem Johnsonem słynną „The carrot seed”). Najpierw pojawiła się książka „Bears”, a w 1952 „A Hole is to Dig: A First Book of First Definitions”, którą u nas przetłumaczono jako „Dołek jest do kopania. Książka pierwszych definicji”. Dwie Siostry, które pokusiły się, aby przed kilkoma miesiącami pokazać polskiej publiczności „Tam, gdzie żyją dzikie stwory” Sendaka, kontynuują przybliżanie nam twórczości tego wyjątkowego artysty.


Wiele razy pisałam, że niektóre książki dziecięce zostały stworzone przede wszystkim dla rodziców – żeby mogli poznać swojego malucha i odkryć w sobie dziecko na nowo. Dziecięca myśl znalazła miejsce w „Dołku…”. To bez wątpienia książka dziecięca – zapisana językiem dziecka, jego wizją świata, jego sposobem patrzenia. O ile wiele razy mamy wrażenie, że dorosły autor próbuje wczuć się w myśl dziecka i ją oddać (mniej lub bardziej udolnie), o tyle tu jesteśmy pewni, że mówi do nas dziecko. I jesteśmy zachwyceni odkryciem tego, jak wygląda świat, tą nową (choć przecież nie nową – każdy z nas był dzieckiem) perspektywą. Tak, jakbyśmy ten świat widzieli po raz pierwszy, zupełnie pierwotnie. Być może ta książka powinna mieć podtytuł „Książka pierwszych dorosłych odkryć”, bo to dorosły jest głównym beneficjentem tej lektury. Wyprani zupełnie z dziecka wpadamy w łagodny amok – kto ma pod ręką jakieś dziecko, zaczyna go dopytywać, co do czego jest.

„Kamyki są do zbierania i układania w kupki”
„Sen jest po to, żeby patrzeć w noc i widzieć różne rzeczy”
„Palce u nóg są do przebierania”
„Drzwi są do zamykania”
„Schody są do siedzenia”
„Dywany są po to, żeby ludziom nie wchodziły drzazgi”
„Nauczyciel jest do wyjmowania drzazg”


Krótkie wypowiedzi wywołują wspomnienia, z tych rodzą się historie. Ale z nakreślonych przez Krauss zdań wyłania się też świat konkretny – pełen małych, acz ważnych problemów, świat także bogaty w uczucia i przeżycia. Kto ma uszy, niechaj słucha…


Dzieci Sendaka są małymi ludzikami w wielkim świecie różnych rzeczy. Widać, że próbują sobie radzić – trudzą się z grabiami i ze zlewem, próbują wspiąć się na górę i zjechać z niej na sankach. Świat jest pełen dzieci, tych małych, które bywają niezauważane.


Możesz kupić tutaj: Dołek jest do kopania

Ilustracje: Maurice Sendak
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Wymiary: 135 x 175 x 12
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788363696573

wtorek, 4 listopada 2014

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Siedmiu wspaniałych”


O „Siedmiu wspaniałych już pisałam. Kilka słów poprzedniej recenzji pozwolę sobie powtórzyć:)

W „Siedmiu Wspaniałych i sześciu innych, nie całkiem nieznanych historiach” (bo tak brzmi pełny tytuł) autorka bierze na warsztat znane nam bajki. Motyw Kopciuszka („Kapciuszek”) służy przedstawieniu mamy-kury domowej, która za radą przyjaciółki zaczyna inwestować we własny rozwój. Historia o koźlątkach („Siedmiu Wspaniałych”) pomaga dzieciom „przeżyć na sucho” problem szkolnego dręczyciela. Presja rodziców, jaką chcą oni wywrzeć na swoich pociechach, obserwujemy w bajkach o „Nie dość bladej królewnie” (wygląd) i w „Wieży sławy” (rozwój dziecka). W „Trzech obrotnych świnkach” obserwujemy zagadnienie akwizycji jako formy wymuszania, motyw zaklętej żaby („Rodzina Żabickich”) opowiada o rozwodzie rodziców. Najbardziej interesujące wydaje mi się opowiadanie ostatnie – „O królewnie, która zasnęła”, ponieważ nie dotyka żadnego ze współczesnych problemów bezpośrednio. Jest najbardziej ponadczasowe, o uniwersalnej wymowie. Dowiadujemy się z niej, że miłość może pokonać nawet największe trudności. Jeśli więc wziąć pod uwagę umiejscowienie tej historii w całym tomie, odkrywamy puentę dla wcześniej podjętych tematów.


Wiele motywów jest tutaj odwróconych. Śnieżka okazuje się blada, ale niewystarczająco, trzy świnki biorą w obroty starego wilka, a śpiącej królewny i Śnieżki wcale nie ratuje piękny królewicz. Z tego tez powodu książka Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel wymaga wyrobionego czytelnika. Młodszy nie będzie rozumiał, dlaczego akcja nie toczy się według znanego schematu już może znanego mu z lektur baśni. To wyrobienie ma jednak także związek z treścią. Autorka tworzy fabuły wymagające zaangażowania intelektu, zmusza do zastanowienia się, budzi emocje czytelnika. Niektóre sceny są rzeczywiście mocne, przerysowane, czasem wręcz dramatyczne. Jak scena, w której królowa Tamira pyta w obecności swej córki Mirandy zwierciadło tak: „Zwierciadełko, powiedz przecie, kto nie jest dość doskonały w moim świecie?”, na co lusterko odpowiada: „Królewna Miranda! To ona! Wszystko psuje, bo jest zbyt czerwona. Bo nie dość blada jest ona!” („Nie dość blada królewna”). Warto więc towarzyszyć dziecku w tej lekturze, a przynajmniej zapytać o wrażenia czy przemyślenia.


Nowe wydanie różni się od starego warstwą ilustracyjną. Tym razem miała okazję wykazać się Marianna Oklejak. Jej obrazy są równie niepoprawne (w jej przypadku akurat uważam to za walor). Pełne buzie, kartoflowate nosy, zdecydowane kolory domagają się zajęcia stanowiska – albo się nam to podoba, albo nie. Mnie się akurat podoba:)



Możesz kupić tutaj: Siedmiu wspaniałych…

Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 196 x 231 x 13
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788361824756

Ewa Kozyra-Pawlak „Ja, Bobik”

Marysia czyta

Igłą spisane przez Ewę Kozyrę-Pawlak dzieje Bobika trafią dobrze w potrzeby najmłodszych dzieci. Odpowiednie dawkowanie historii kota, który uważa się za króla, może sprawić, że ta obrazkowa książeczka stanie się jedną z najczęściej przez dziecko oglądanych.


Kozyra-Pawlak nie potrafi się oprzeć, by swego kociego króla nie pokazać w każdym możliwym ujęciu i pozie. Dlatego przede wszystkim oglądamy album kota, który panuje… panuje na kanapie, na wycieraczce, na półkach, w szufladach… no, gdzie się da. Szybko też czy przelotem możemy wejrzeć w kocie królestwo – tak naprawdę dom służących o imionach Eja i Ajeł (czyżby, przekładając z języka kociego na ludzki, Ewa i Paweł). Rzutem oka możemy też dostrzec poddanych – psy i koty. Książka Kozyry-Pawlak powstała z inspiracji tym, co blisko. Możemy się domyślać, że Bobik mieszka u autorki naprawdę. Pełna ciepła i miłości jest ta opowiadana rzecz. Zachwycona właścicielka daje drugie życie swojemu pupilowi – życie literackie.


W książce przede wszystkim zwracają uwagę ilustracje. Także w tym sensie książka jest albumem. Ułożone w obrazy skrawki materiałów zachwycają swoją prostotą. Autorka nie jest perfekcjonistką – materiały czasem się strzępią, czasem nitki odstają, a tkaniny są zwyczajnie i prosto sfastrygowane. Dzięki temu jednak jej prace zachęcają do twórczej aktywności. Ten ilustracyjny „hand made” budzi podziw. Najmłodsze dzieci, które doświadczają książki tak dość pierwotnie, będą chciały przede wszystkim jej więc dotykać. Ciepły filc będzie w nich wywoływał potrzebę głaskania stron, a cała książka po prostu przytulenia.

"JA czytam!"




Możesz kupić tutaj: Ja, Bobik

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 220 x 220 x 8
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788310127112