wtorek, 29 grudnia 2015

Joanna Rudniańska „Bajka o Wojnie”



Oczywiście możemy przeczytać „Bajkę o Wojnie” jako rzecz upamiętniającą 6 sierpnia 1945. Zrzucenie bomby, zniszczona wioska, trupy wszędzie dookoła… przypomiają Hiroszimę. Także drobne sygnały dotyczące jedzenia (ryżowe ciastka, tofu i marynowane śliwki) czy postaci (Cesarz) umiejscawiają tę jednak uniwersalną historię w Japonii końca drugiej wojny światowej. Opowieść Rudniańskiej mrozi krew w żyłach dorosłego czytelnika, zatem niewątpliwie wywrze potężne wrażenie także na czytelniku młodszym – jak sądzę uczniu szkoły podstawowej. I choć w tytule autorka umieściła łagodzące słowo „bajka”, z całą pewnością nie jest to zwykła bajeczka na dobranoc.


Dla mnie w tej historii najistotniejsze staje się śledzenie emocji dziecka – owej Wojny – dziewczynki, o zaskakującym imieniu. Rudniańska jest tu dosadna. Maluje portret małej ślicznej dziewczynki, która jednak lubi machać mieczem i udawać, że strzela z karabinu. I nie kocha matki, która każe jej zjadać wszystko z talerza i ubierać się samej. Narrator stoi po stronie dziewczynki. Albo inaczej, wcale jej się nie dziwi. Rzeczowo zdaje sprawę z kolejnych wydarzeń w życiu rodziny: „Gdy matka urodziła Wojnie braciszka, Wojna ją znienawidziła”. Potem dochodzi jeszcze zazdrość, bo przecież braciszek będzie mógł zostać żołnierzem w przeciwieństwie do niej, która jest dziewczynką. A kiedy nastaje głód, bo toczy się wielka wojna i ojciec walczy na froncie – egoizm dziecka objawia się mocno. Wojna zjada wszelkie zapasy które matka zgromadziła w spiżarni. Obudzona razami, które zadaje jej znienawidzona matka, Wojna krzyczy w niebo do nadlatującego samolotu: „Zabijcie ją! Zabijcie! Zabijcie jej bachora!”. I wtedy to się staje! Bomba zabiera matkę i brata. I dom. I całą wioskę. I w pewnym sensie zabiera też Wojnę – z jej marzeniami, jej pragnieniami, jej emocjami. Bo teraz Wojna nosi imię Pokój.



Prawda, że dosadnie? Rudniańska w swojej książce idzie nieco pod prąd tego, jak dziś widzimy dziecko. Ściąga je z piedestału, przestaje afirmować i pokazuje jego brzydką, wykrzywioną grymasem złości twarz. Nie ma w tym oceny. Jest raczej próba równoważenia. Także dorośli w tej opowieści są prawdziwi – zakręceni na punkcie idei, a czasem z nosem tak blisko ziemi, niedostrzegający świata poza ciasnymi granicami, które sobie wyrysowali. Wojna otwiera wszystkim oczy – niestety. Nauka przychodzi przez cierpienie, lekcję gorzką i bolesną. Widocznie inaczej nie potrafimy.


Towarzyszące lakonicznemu tekstowi ilustracje Piotra Fąfrowicza są równie oszczędne. Mówią przede wszystkim kolorami, plamami, niedopowiedzeniem. Pozostawiają czytelnikowi pole do interpretacji, która dokonuje się głównie w sferze emocji. To piękne doznanie.

W modny od kilku lat w literaturze dla dzieci temat wojny Rudniańska wpisuje się więc swoim, oryginalnym głosem.




PS Oczywiście "Bajka w Wojnie" bardzo koresponduje mi z tym:




Ilustracje: Piotr Fąfrowicz
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-61824-81-7

niedziela, 20 grudnia 2015

czwartek, 17 grudnia 2015

Lotta Geffenblad „Prezenty Astona”



Pozostajemy w świątecznych klimatach. Nie wiem jak Wy, ale my już obkupiliśmy się w prezenty. Zastanawiając się nad tym, co podarować sześciorgu naszym dzieciom, mieliśmy moment, że totalnie nam odpaliło. Mąż stwierdził, że lepiej kupić jeden porządny niż kupować drobne, ale duperelne. I ponieważ jest informatykiem, wymyślił, że kupimy robota, którego można dowolnie programować. Dzieci miałyby okazję wdrażać się w robotykę i języki programowania… Robota niby podłącza się pod tablet i różne aplikacje pozwalają zaprogramować go według uznania, na przykład wytyczyć mu ścieżkę, którą ma iść lub kazać zagrać wymyśloną przez nas melodyjkę. Brzmi jakoś tak ambitnie. Ale ja jestem polonistką, dla mnie papier się liczy, wyobraźnia i jej rozwijanie. Jakoś tak nie mam zaufania do modnych gadżetów. I ciągle bronię (bronimy!) dzieci przed dostępem do nowoczesnych technologii – telewizora nie mamy, laptopa włączyć nie potrafią, więc tym bardziej poruszać się w Internecie, w komórki ich nie wyposażyliśmy, czasem pozwalamy zagrać w kilka gier, które ściągnęliśmy na prostego i taniego tableta, który ma wyłączone wi-fi. Możecie powiedzieć, że nasze dzieci są i będą technologicznie zacofane. Eeee… jestem przekonana, że komputery i nowoczesne technologie można opanować w pół godziny. Zwłaszcza jeśli się chce:)


O tym też Lotta Geffenblad w „Prezentach Astona”. Aston, którego zamiłowanie do gromadzenia i empatię wobec rzeczy martwych zdążyliśmy poznać w „Kamykach…”, w czwartek będzie miał urodziny. Nie może się doczekać prezentów, więc robi małe pakunki – owija w ozdobny papier solniczkę i po chwili podaje gotującemu obiad tacie. Potrafi też zapakować naprawdę duże przedmioty, jak choćby… muszlę klozetową – jak najbardziej używaną! I tak mija dzień za dniem, aż wreszcie urodziny. Aston dostaje piękne podarki – rower od mamy i taty oraz latawiec od cioci. Niestety jest brzydka pogoda i Aston nie może wypróbować nowych nabytków. Ale w prezentach było coś jeszcze – deska, która usztywniała latawiec. I to ona okazuje się najciekawszym prezentem. Kolejne dni pokazują bogate jej zastosowanie – w zabawie, na pikniku, jako przedłużenie ręki i na końcu jako część wspaniałego prezentu dla taty.


Trudno nam uwierzyć, że dzieci potrafią się jeszcze bawić kamykami, patykiem i piaskiem. Ciekawe dlaczego, skoro sami doświadczyliśmy, jak cudownie było się bawić bez zabawek. Ach, jak nam wtedy wyobraźnia szybowała, jak wymyślaliśmy role, jak kreowaliśmy rzeczywistość według naszego pomysłu, jak z niczego potrafiliśmy stworzyć cały świat. Lotta Geffenblad przypomina, że każde dziecko ma w sobie tę zdolność do tworzenia fikcji, do nadawania rzeczom nowych funkcji i kreowania. Tylko trzeba im na to pozwolić.

Tuwim kiedyś napisał:
Przyjdzie taki pędrak do drugiego i zaproponuje mu, żeby został koniem – proszę! Ten już rży i parska, wierzga i bryka, a tamten jest furmanem. Kawałek sznurka, który jeden drugiemu zarzucił na ramiona, wystarczy, żeby stworzyć smarkatego centaura (człekonia). Nikt mu nie wytłumaczy, gdy pędzi „zaprzężony”, że jest Jasiem lub Stasiem. Jest bowiem Bucefałem lub Pegazem, ewentualnie dorożkarską szkapą. Dziecko, nawet współczesne (anno radio, kino, auto, kilo, foto i moto), nie obejdzie się bez bajki, złudy, wymysłu i czarodziejstwa. Biada niemądrym rodzicom, którzy by swe dzieci wychować chcieli rzeczowo, logicznie, realnie, „zgodnie z obecnym stanem wiedzy”, prostując ich fantastyczne o świecie i otaczających przedmiotach pojęcia! 


Zatem kiedy będziecie wymyślali prezenty dla swoich dzieci – miejcie Astona i Tuwima na uwadze:)

PS
Obrazki pochodzą z animacji o Astonie z tej strony.




Przekład: Barbara Gawryluk
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: EneDueRabe
ISBN: 978-83-62566-24-2

wtorek, 8 grudnia 2015

Danuta Parlak „O Mikołaju, który zgubił prezenty”




Jak przeżywacie ten czas, czas Adwentu, czas zbliżających się świat? Lubicie tę przedświąteczną gorączkę, która w sklepach, w kuchni…? Nie czujecie się przypadkiem, jak Mikołaj na tej ilustracji?


Mnie (nam!) w tym roku udało się zrobić kalendarz adwentowy z zadaniami na każdy dzień. Udało się! Od kilku lat zachwycałam się tą ideą, ale jakoś zawsze znalazłam dla siebie usprawiedliwienie. Tak to jest, że im więcej człowiek ma na głowie (ja w tym roku aż sześcioro dzieci) – tym lepiej potrafi się zorganizować. Kalendarz mamy prosty – ozdobiłyśmy z Martą, gdy chorowała, tekturę i nakleiłyśmy karteczki z zadaniami. Dzieci najbardziej przejęły się tym, ze nie wolno podglądać zadań na kolejny dzień.

Zależało mi, aby zadania były proste i dzieci wykonywały je bez wielkiego mojego udziału. Postawiłam też na rozwijanie dobrych nawyków i pielęgnowanie cnót.

1. grudnia zadanie brzmiało: „Czy zadbaliście o pokarm dla sikorek?”. Od dwóch lat staram się wystawiać karmnik. Mamy w ogrodzie dużo drzew, a zatem mnóstwo ptactwa. Odkryłam z mojego kuchennego okna, że zlatują się w okolicach godziny 10-tej w poszukiwaniu pożywienia. Mam nadzieję, że za 2-3 lata dzieci same będą pamiętały o sikorkach i stanie się budowa karmnika ich rodzinną tradycją zimową.


W kolejnych dniach staraliśmy się m.in. mówić domownikom coś miłego. Wyjątkowo wspominam ten dzień. Kiedy wszystko idzie nie tak, jak trzeba, nagle podchodzi do ciebie dziecko i mówi ci, że cię kocha… Dzień naprawdę nabiera barw! W niedzielę robiliśmy ciasteczka maślane. Byłam święcie przekonana, że w tym roku nie damy radę (a robimy co roku). Ale i to się udało! Niedziela była bardzo spokojna… dużo czasu… i leniwie robiliśmy nie tylko ciasteczka maślane, ale także korzenne – nasza nowość! Wczoraj ozdabialiśmy. Cztery pary dziecięcych rąk i sześć dużych puszek w ciastkami czeka w spiżarni na świąteczny stół:)



Jedno z zadań brzmiało: „Wyszukajcie książek o tematyce świątecznej. Wieczorne czytanie!”. Wybraliśmy do wspólnej lektury „O Mikołaju, który zgubił prezenty”. Moje dzieci uwielbiają robić legowiska z kołder, więc i tym razem takie sobie przygotowali. A potem czytaliśmy:)

Opowieść Danuty Parlak koncentruje się wokół prezentów. Mikołaj otrzymuje mnóstwo listów z prośbami o konkretne prezenty. Wszystko sobie ładnie na liście spisuje. Potem przygotowuje podarki i już, już ma się wybrać w drogę, gdy okazuje się, że prezenty gdzieś się zgubiły. Katastrofa, jakich mało! Wojtek wpada na pomysł, że mógłby oddać piłkę, którą już się nie bawi. Pyta, czy ktoś chciały dostać. Kolejne dzieci podchwytują myśl i wkrótce brakuje już tylko jednego. Mikołaja!

Jestem ciekawa, jak to jest u was, ale moje dzieci czasem przesadzają w kwestii prezentów. A czasem przesadzamy my z mężem. Danuta Parlak dyskretnie podsuwa myśl o dzieleniu się i wkładaniu serca w przygotowywanie prezentów. Nieraz najlepszym prezentem okazuje się czas spędzony z mamą. Wzruszający jest pomysł, by podarować coś także Mikołajowi – to sugestia autorki, aby dobrze się rozejrzeć, bo może jest obok nas ktoś, kto zasługuje na naszą pamięć. Dlatego do naszych adwentowych zadań dołączyły i takie: „Dziś Dzień Dzielenia się. Podziel się z kolegą, siostrą lub tatą…” oraz „Zadzwoń do babci i dziadka. Zapytaj, jak się mają”, a także „Przygotujmy paczuszki z ciasteczkami dla sąsiadów”:)

To wszystko są proste gesty, proste czynności i zwyczaje. Ale wierzę, że właśnie z nich składa się dzieciństwo i to one tworzą dobre wspomnienia - jedne z najlepszych prezentów, jakie możemy dać dzieciom.

Moja piękna córka jakieś pięć lat temu z Mikołajem:)

No tak – dzisiejszy wpis nie całkiem jest recenzją… ale jakie to ma znaczenie, że nie jest??? :)



Ilustracje: Joanna Bartosik
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg
ISBN: 978-83-942952-3-3

czwartek, 3 grudnia 2015

Monika Krajewska „Mój młodszy brat”



Pewnie się domyślacie, książki o jakiej tematyce zdominowały nasze półki. Kiedy tworzyłam temat o niepełnosprawności w literaturze dziecięcej, nie sądziłam, że samej przyjdzie mi z niego korzystać. Ale stało się. Więc czytamy. Dla dzieci wyszukałam, wyszperałam, zdobyłam obrazkową książeczkę „Mój młodszy brat”. I to jest dla nas strzał w dziesiątkę:) Lektura zaczęła się niewinnie:
Mam na imię Zuzanna. Jestem już w pierwszej klasie… 
Aż do zdania…
…a młodszy brat Antoś jest w przedszkolu, ale innym niż moje stare przedszkole, bo ma zespół Downa… 
Wiecie, co się wtedy czuje i myśli? Stopień identyfikacji z bohaterami sięga zenitu. Przecież my też mamy w domu Antosia z zespołem Downa. Szybko przerobiłyśmy pierwszą stronę na naszą wersję rodzinną. Oczywiście musiałyśmy dodać jeszcze troje bohaterów i każdego krótko scharakteryzować. Było zabawnie! Cóż… tak właśnie tworzą się domowe książki! Namawiam Martę, aby dopisała swoją wersję do końca. Początek już ma. A może to ja kiedyś ją dopiszę?

Opowieść Krajewskiej ma swój trudny moment. To ten:
Jak twój brat ma zespół Downa to jest debil. Nie będę się z nim bawił, bo się nauczę robić brzydkie miny. 
Tak od razu z grubej rury autorka stawia nas przed kwestią odrzucenia innego. I wiecie – kiedy ma się dziecko zespołowe w domu – ten tekst boli. Tym bardziej kiedy dzieciom trzeba tłumaczyć, co to znaczy debil, co to znaczy, że ktoś ma zespół Downa (oczywiście wiedzą, co to znaczy; pytają o to, dlaczego może być w tym coś złego), dlaczego ten chłopiec tak powiedział. Zdumiewa mnie niewinność moich dzieci.

Główna bohaterka i narratorka przeżywa tę sytuację bardzo. I po dziecięcemu próbuje sobie z nią poradzić – najpierw radzi się starszego brata, potem w końcu rodziców. Opowiada o swoich lękach, że ktoś znów będzie przezywał jej Antosia. Z pomocą przychodzą dziewczynce dorośli. Przede wszystkim mądra wychowawczyni, która – mimo że w pierwszej chwili niesprawiedliwa wobec Zuzi – dokłada wszelkich starań, aby dzieci oswoiły się z innością dzieci upośledzonych. W tym celu organizuje też bal, który pomaga ostatecznie rozprawić się z problemem nawet Frankowi, który rzucił tekstem o debilu.

Książka Moniki Krajewskiej z pewnością wyrasta z jej osobistego doświadczenia. Autorka ma dwóch synów – jednego z zespołem. Dlatego jest tak cenna, tak realistyczna. Nie mamy jeszcze takich doświadczeń jak Zuzia. Spotykamy się z dobrym przyjęciem. Szczególnie w szkole córki i syna. Wszyscy bardzo się o niego troszczyli, kiedy był w szpitalu – wypytywali, okazywali nam wsparcie, modlili się… Zresztą wypytują do dziś. Szczególnie dziewczynki! Ale – na ile zdążył się już naczytać, choćby „Celi…” Anny Sobolewskiej – na pewno przyjdzie nam się zderzyć z odrzuceniem, z niechęcią i przezwiskami. Wierzę, że będziemy mieli wtedy na to dobrą odpowiedź. Myślę, że „Mój młodszy brat” staje się dziś dla nas nieocenionym źródłem inspiracji.



Ilustracje: Bogusław Orliński
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Media Rodzina 
ISBN: 9788372783646

środa, 25 listopada 2015

J.K. Rowling „Harry Potter i kamień filozoficzny”; il. Jim Kay


Czy możliwe jest, aby tworzyć bloga o książkach dla dzieci i młodzieży i ani razu przez sześć lat nie odnieść się do Harry’ego Pottera? A jednak przydarzyło się to właśnie mnie:) Celowo do tej pory nie pisałam o Potterze. W tej całej kłótni – czy Potter jest diaboliczny czy nie – stałam i stoję jakoś pośrodku. Ale wydawnictwo Media Rodzina przymusiło mnie nieco do tego, by się jednak jakoś odnieść. W naszej biblioteczce domowej pojawił się bowiem ilustrowany przez Jima Kay’a Harry Potter.


Dość sługo wzbraniałam się przed czytaniem serii o czarodzieju. Pomyślałam jednak, że moje dzieci rosną i na pewno kiedyś zechcą przeczytać. Ja tam lubię wiedzieć, z czym moje latorośle się zapoznają, dlatego wypożyczyłam co trzeba z biblioteki. Pierwszy tom wciągnął mnie, jak wciąga dzieciaki na całym globie. Sprawnie posuwająca się akcja, sporo humoru, tajemniczość – cóż może być lepszego w literaturze? A że czary, czarownice, magia? Były przecież obecne w literaturze od samych jej początków. Jak wyglądałaby baśń o Śnieżce bez magicznego lusterka Królowej i jej zaczarowanego jabłka? No i co zrobić z Narnią? I gdzie schować „Władcę Pierścieni”?

Z Harrym Potterem mam jednak ten problem, że miesza się tu porządki – zjawisko bardzo, bardzo powszednie tak we współczesnej literaturze, bajka, filmach i w ogóle kulturze. Rowling szyje grubymi nićmi – zasadniczo odróżnia dobro od zła. Gubi się w szczegółach. Harry i jego przyjaciele stoją po tej jasnej stronie mocy. Uczniom nie wolno stosować czarnej magii. Zły jest Ten, Którego Imienia Wymawiać Nie Wolno. Te dwie siły walczą ze sobą podobnie jak Frodo Baggins walczył z Sauronem. Czasem wydaje nam się, że ten dobry ulegnie, ale ostatecznie zawsze wygrywa. Zło kusi i przyciąga – jak w życiu, rzeknę prozaicznie. Jednak u Rowling z powieściowej fabuły co rusz wyłażą jakieś kłaki. Na przykład przenikające przez ścianę duchy, Irytek-poltergeist, przyjęcie z okazji rocznicy śmierci (z drugiego tomu) – motywy tradycyjnie kojarzące się negatywnie u Rowling tych konotacji są pozbawione. Wydaje się nagle czytelnikowi, że są dobre. Takie odwrócenie tradycyjnego motywu znaleźć można dziś prawie w każdej współczesnej bajce i to w zasadniczej akcji. Oglądałam niedawno „Maleficent. Czarownica” z Angeliną Jolie. Tu Diabolina rzuca na Aurorę urok – jak doskonale to pamiętamy z bajki o śpiącej królewnie. Pomijam to, co dzieje się po drodze. W finale Diabolina okazuje się jedyną, która kocha Aurorę i to ona (ubrana na czarno, z diabolicznymi rogami na głowie) przywraca ją do życia, a nie piękny książę na białym koniu – jakbyśmy się tego spodziewali, bo przecież tak nam to zawsze opowiadali. Zły natomiast okazuje się ojciec Aurory, zły do szpiku, zaślepiony rządzą zemsty, niepotrafiący się cieszyć ani przez chwilę faktem, że jego córkę przywrócono do życia.

Nie żebym chciała jakoś bronić Pottera. Ale żeby jakoś wyjątkowo się akurat jego czepiać? Czepiać musielibyśmy się naprawdę dziś wszystkiego.

Ale mój domowy Potter wyjątkowy, bo ilustrowany. Ilustrowany kolorowo – to zupełna nowość! Ładne toto. Mnie najbardziej podobają się ilustracje przedstawiające miejsca, zabudowania i krajobrazy. Ponoć wydawnictwo wypuściło też plakat z ulicą Pokątną – żałuję, że mi go do egzemplarza nie dołączyli:) Uwielbiam takie bogate w drobne szczególiki ilustracje jak ta.


Ale też uwielbiam te oszczędne, nostalgiczne, tęskne jak ta.


Słabo Kay’owie wychodzą ludzie – to moja opinia. Mają jak dla mnie coś z filmowych postaci. Nie zawsze też kreska w tym przypadku jest jednorodna.




Ale i tak fajnie, że ktoś to zilustrował. Można wrócić do dzieciństwa, do tego etapu, kiedy z biblioteki wypożyczało się tylko „książki z obrazkami”:)




Ilustracje: Jim Kay
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Oprawa: Twarda z obwolutą
Ilość stron: 248
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Media Rodzina
ISBN: 9788380081185

czwartek, 19 listopada 2015

Kolejna niespodzianka:)

Wczoraj przyszła do nas kolejna niespodzianka:)


"Pirat Rabarbar - pakiet audio"




Marta zachwycona:) A ja po prostu się uśmiecham. To miłe widzieć, że ktoś docenia moja pracę, że może ją dla siebie jakoś wykorzystać. Naprawdę szalenie miłe:)

"Pirat Rabarbar - pakiet audio" kupicie w Wydawnictwie BIS. Ja ze swojej strony dziękuję Wydawnictwu za pamięć o mnie:)

Moje posty o Rabarbarze jeden i dwa.



poniedziałek, 9 listopada 2015

Sylvia Heinlein „Różowe środy albo podróż z ciotką Huldą”



Nie wierzę w przypadki. Dlatego bardzo się wzruszyłam, kiedy na początku sierpnia mąż przywiózł mi do szpitala przesyłkę od Dwóch Sióstr, a w niej „Różowe środy”. Pomyślałam, że Bóg uśmiecha się do mnie w ten sposób. Do mnie, która właśnie urodziła dziecko z zespołem Downa…


Kiedy rodzisz niepełnosprawne dziecko, patrzysz wstecz. Przed oczami stają ci wszystkie osoby upośledzone, z którymi kiedykolwiek miałaś okazję być. Robisz sobie rachunek sumienia z myślenia o niepełnosprawności, o umysłowym upośledzeniu. Ja byłam zdumiona, jak życie przygotowywało mnie na przyjęcie chorego syna. Te wszystkie fakty, które pozwalają mi dzisiaj być spokojnym i zadowolonym, pewnym tego, że nie spotkało mnie nieszczęście…



„Różowe środy” oswajają z tematem i otwierają oczy. Mnie zaskakuje, że autorka nie tylko oswaja nas z niepełnosprawnością, ale że pomaga zobaczyć nasz egoizm codzienny, pokazuje maski, które z lubością nosimy, a które nas niszczą. Marquez napisał kiedyś, że „żaden wariat nie jest wariatem, jeśli przyjmie się jego racje”. Można by parafrazować jego słowa – upośledzony też ma swoje racje, jeśli próbować je przyjąć – jego świat staje się dla nas logiczny. Doskonała jest scena , kiedy matka głównej bohaterki dziewczynki, Sary urządza małe przyjęcie z okazji swoich urodzin. Zaprasza oczywiście swoją siostrę, upośledzoną Huldę. Ta najpierw czyta wiersz o puszczaniu bąków i o tym, że jej wspaniała siostra Liana oczywiście tego nie robi. Towarzystwo jest uprzejmie skonsternowane, a ojciec próbuje ustawić rzeczywistość szepcząc sąsiadowi do ucha, że Hulda to taki rodzinny pluszak. A kiedy Liana podaje w pośpiechu kawalątki ciasta na gustownych talerzyczkach, Hulda mówi jak jest: „Ale te kawałki są bardzo małe. (…) Możesz spokojnie kroić trochę większe, takimi nikt się nie naje”. Gdybyśmy byli tak prości i szczerzy jak „opóźniona w rozwoju” Hulda, nie musielibyśmy się wiecznie spinać i bać, że ktoś nas zdemaskuje, że ktoś odkryje nasze braki. Więc się maskujemy, lukrujemy nasze życie i na końcu nie zostaje nam nic, jak na ten cukier zwymiotować. Ale też Heinlein ma wiele miłosierdzia dla swoich bohaterów. Matka Sary, która jest ułożona do przesady, która nikogo nie słucha i układa życie innych tak, aby było dla niej samej wygodnie, zostaje usprawiedliwiona przeszłością.

Sylvia Heinlein świetnie portretuje swoich bohaterów – każdy z nich to osobna historia warta przyjrzeniu się. Historia małej Sary pokazuje naszym dzieciom, jak wzbudzić w sobie odwagę do bycia sobą. Sama Hulda pomaga nam zobaczyć osoby upośledzone nowymi oczami. Jest jeszcze historia Pestki – dziewczyny, która nigdy się nie uśmiecha, i Kalego, który zgubił się w swoim życiu, i Szczura, który widzi wszystko inaczej. Zachęca ta książka do pochylenia się z refleksją nad własnym życiem. Brzmi poważnie? Bardzo dobrze. Choć nasze dzieci pewnie zatrzymają się na historii wielkiej ucieczki z domu, która okazuje się dość niebezpieczna, bo przecież nieodpowiedzialna.


„Różowe środy” więc są jedną z tych książek, wobec których nie pozostaje się obojętnym, które zapadają w pamięć i które mogą cię kiedyś uratować, sprawić, że będziesz umiał akceptować w swoim życiu to, czego dziś wydaje ci się, że absolutnie przyjąć nie jesteś w stanie.



PS
Może czasem uda się coś napisać:)

Ilustrowała: Anke Kuhl
Tłumaczyła: Tomasz Ososiński
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 148
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Dwie Siostry 
ISBN: 9788363696115

sobota, 24 października 2015

piątek, 7 sierpnia 2015

Gdzie jesteśmy?

Ze względu na sytuację rodzinną zawieszam działalność bloga. Wydawców proszę o wstrzymanie się z wysyłką książek (chyba że chcą nas po prostu obdarować:) ), a czytających proszę o cierpliwość i pamięć o nas.

Monika

środa, 15 lipca 2015

Wakacje z Anią z Zielonego Wzgórza - część 2

Podróż na Wyspę Księcia Edwarda. Podróż do Avonlea 



Wyspa Księcia Edwarda (ang. Prince Edward Island) – najmniejsza i najmniej ludna, lecz jednocześnie najgęściej zaludniona (25,3 os./1 km²) prowincja Kanady. Prowincja obejmująca całą powierzchnię wyspy leżącej w Zatoce św. Wawrzyńca. Największym miastem prowincji jest jej stolica Charlottetown. Drugim co do wielkości miastem jest Summerside. Prowincja połączona jest ze stałym lądem mostem – Most Konfederacji (w okolicach Summerside) z Nowym Brunszwikiem oraz połączeniem promowym Charlottetown z Nową Szkocją. (za wikipedia.pl)




Zielone Wzgórze, Avonlea, Wyspa Księcia Edwarda to miejsca równie ważne, jak same losy Ani Shirley. Przyroda staje się jednym z bohaterów, stale obecna w myślach głównej bohaterki.
Mówi tak:

Klony to są (…) towarzyskie drzewa (…) – wiecznie szepczą (…) do nas.

(…) czytałam kiedyś, że jeśliby nawet róża miała inne imię, pachniałaby równie rozkosznie, ale trudno mi w to uwierzyć. Sądzę, że nie byłaby tak wspaniała, gdyby się nazywała ostem lub kapustą.

Las był chyba pierwszą świątynią Boga. W lesie opanowuje człowieka nastrój uwielbienia i czci. Kiedy jestem wśród sosen, zdaje mi się, że zbliżam się do Boga (…).

(…) lubię dawać pieszczotliwe nazwy wszystkiemu, nawet kwiatom. (…) wtedy są bardziej zbliżone do ludzi. Skąd wiemy, czy pelargonii nie jest przykro, że ją nazywają tylko pelargonią.

Litościwy Ojcze Niebieski, dziękuję Ci za Jezioro Lśniących Wód, za Białą Drogę Rozkoszy, za Królową Śniegu i za Jutrzenkę. Jestem Ci za to naprawdę niewymownie wdzięczna. To są wszystkie dobrodziejstwa, jakie sobie w tej chwili przypominam i za które Ci się należy podziękowanie. Co się tyczy moich życzeń, jest ich tak wiele, że w tej chwili nie starczyłoby mi czasu na wyliczanie ich. Wymienię więc tylko dwa najważniejsze. Pozwól mi pozostać na Zielonym Wzgórzu i uczyń mnie piękną, gdy dorosnę. Pozostaję z szacunkiem Twoja Ania Shirley.


Jeśli chcecie bliżej zapoznać się z Wyspą, zapraszam Was do odwiedzenia bloga Bernadety Milewskiej - Kierunek Avonlea. Autorka szczegółowo, z pietyzmem opisuje swoje podróże śladami Ani.

A dziś zachęcam do tego, żeby odkryć okolicę, w której mieszkamy. Na pewno i ona ma swoje urocze zakątki. Znajdź „swoje Avonlea” i sfotografuj je. Możesz stworzyć album swoich ulubionych miejsc. Może zechcesz przesłać mi swoją opowieść (zdjęcia) o ulubionych zakątkach, miejscach,które kochasz, w których odpoczywasz. Mogłabym opublikować na moim blogu "Twoje Avonlea".

A tu kilka MOICH miejsc:)

Wrzosowisko, które rozciąga się za moim rodzinnym domem.


 Za domem zaczyna się też las z uroczym jeziorkiem, nazywanym przez nas Finderką. Na zdjęciu poniżej zwykły pieniek, który jednak w mojej wyobraźni wcale nie jest taki zwykły.


Kiedy się przeprowadziliśmy do naszego własnego domu, bardzo mnie ucieszyło bliskie sąsiedztwo lasu. To widok z okna pokoju mojej córki. Jesienny las jest przepiękny.


A z naszej sypialny przy dobrej widoczności widać góry, ale także kominy, które nocą tajemniczo świecą, a o poranku też potrafią magicznie wyłaniać się z mgieł.


 Te widoki nie są do końca moimi. Należą do męża. Ale za jego sprawą także i ja zakochałam się w wiejskich klimatach, wysokich topolach i łanach zbóż.




środa, 8 lipca 2015

Gdy dziecku się nudzi… kreatywne kolorowanki!

Ostatnio na rynku pojawiło się sporo kreatywnych kolorowanek, zwanych też antykolorowankami, zeszytami do mazania czy do bazgrania. Tym różnią się od tradycyjnych kolorowanek, że sprytnie zmuszają dziecko do myślenia, dorysowania, dopowiedzenia, odkrycia czegoś na nowo, inaczej.

Oto propozycje fajnych, kreatywnych zeszytów do mazania:)

Magda Wosik, Piotr Rychel "O, ja cię! Smok w krawacie!"


Wgląd do książki na moim blogu


Bodajże rok później autorzy kontynuowali swój pomysł, wydając

Magda Wosik, Piotr Rychel "Agencja z o.o."






Na blogu polecałam też:

Aleksandra i Daniel Miezielińscy "Mapownik"


Z końcem zeszłego roku ukazała się książka jednego z naszych ulubionych autorów:

Herve Tullet "Książka do kolorowania"



Świetne pomysły znajdziemy też w serii Myślanki. Zachęcam żeby wejść na stronę - kilka kart można ściągnąć i wydrukować. Kiedyś już o Myślankach wspominałam. Jeśli dobrze liczę, seria ma już sześć pozycji.





Reklamowana jako "Książka aktywnościowa wspomagająca naukę liter – do bazgrolenia, rysowania, malowania i wyklejania" propozycja Dwóch Sióstr:

Jan Bajtlik "Typogryzmol"





Kilka nowych, ciekawych propozycji wypuściła Nasza Księgarnia. Przede wszystkim kreatywne bloki rysunkowe jako dopełnienie książek o żabach, pająkach, mrówkach


Warto zwrócić też uwagę na te:




oraz Johanna Basford "Tajemny ogród" 




Coś chłopięcego:) od wydawnictwa Papierówka

Aneta Lewandowska "Zeszyt do zabaw: Lokomotywa"




UWAGA! UWAGA! Jest też coś dla dorosłych. Znak się rozkręcił z pomysłem na to, jak odstresować dorosłych i zaproponował serię kolorowanek dla dorosłych:)







To chyba tyle:) Ten kto dotrwał do końca, niech kliknie "Lubię to!" :)