piątek, 30 stycznia 2015

"Baśnie braci Grimm"


Z Grimmami jest taki problem, że czytając ich baśnie, tak naprawdę rzadko kiedy czytamy rzeczywiście ICH baśnie. Najczęściej są to już wersje przerobione, nie tłumaczenia, ale swobodne interpretacje, opracowania, zdecydowanie łagodzące treść. Takie - przepraszam za wyrażenie - popłuczyny. Dlatego warto, zapoznając się z Grimmami, poszukać wydań, które nie lękają się sięgnąć do źródeł.

Aksamitne wydanie Naszej Księgarni pozwala na zapoznanie się z tłumaczeniami, których dokonał Marceli Tarnowski (1898-1944). Daty pozwalają sądzić, że będziemy mieli do czynienia z najpiękniejszą polszczyzną. O dziwo, nie znajduję tu archaizmów, które by utrudniały odbiór. Wśród baśni te najbardziej znane (choć nie zawsze może już bezpośrednio z Grimmami kojarzone), jak "Kopciuszek", "Czerwony Kapturek", "O wilku i siedmiu koźlątkach", "Śnieżka", "Roszpunka". Celowo podaję te tytuły, które znalazły swoje filmowe adaptacje, zwłaszcza Disneya. Lektura pozwala nam zobaczyć, jak daleko odeszliśmy od oryginałów. Na ten przykład Kopciuszek - nie znajdziemy tu żadnej dobrej wróżki, żadnej karocy z dyni, ani myszy przemienionych w konie. Zamiast tego znajdziemy grób matki i gałązkę leszczyny, która, jak się okazuje, jest magiczna. Soczewicę z popiołu zaś pomagają dziewczynie wybierać ptaki, które przylatują na zawołanie:

Białe gołąbeczki, szare turkaweczki 
i wszystkie ptaszki podniebne! 
Prędko przybywajcie, 
ziarnka przebierajcie; 
dobre do kociołka, 
a złe do gardziołka! 

Tych powtarzających się wierszy-zawołań jest zresztą wiele. Kopciuszek przybywa na bal nie raz, a przymierzanie bucika wiąże się z drastycznymi scenami, kiedy brzydkie siostry obcinają sobie nożem kawałek pięty czy palca - brr!

A pamiętacie, jak została wybudzona Śnieżka? Otóż nie pocałunkiem pięknego królewicza, ale jeden ze służących Królewicza, który niósł trumnę ze Śnieżką, potknął się, a wtedy z ust Śnieżki wypadł kawałek zatrutego jabłka.

Co zrobić z tą drastycznością? Czytałam baśnie z dziećmi. A właściwie to córka czytała nam wszystkim. Zagrałam "głupiego dorosłego", no musiałam go zagrać, bo moich dzieci nic nie dziwiło ani nie ruszało. Kiedy Marta czytała o Jednooczce, Dwuoczce i Trójoczce, dziwiłam się i oburzałam, że jak to "Trójoczka, bo miała troje oczu, z których trzecie tkwiło także na środku czoła". Nas to rozśmieszało:)

U Grimmów jest wyraźne rozdzielenie dobra od zła. Postaci negatywne muszą ponieść konsekwencje, przegrywają, a te dobre zawsze w końcu zostają wynagrodzone. Postaci Grimmów są typiczne, autorzy nie charakteryzują ich, nie pogłębiają o rys psychologiczny. Zauważcie, że bohaterowie nie mają imion. Nazywane są przez jakąś określoną cechę (Paluszek, Kopciuszek) lub nawet od rzeczy, która jest z nimi związana (Czerwony Kapturek, Gęsiareczka). Bo celem baśni jest właśnie to wprowadzenie dziecka w świat wartości, pokazanie podstawowych prawideł, którymi rządzi się świat. Baśnie to kapitał podstawowy, który możemy dać naszemu dziecku, chcąc go mądrze wychować.

Możesz kupić tutaj: Baśnie braci Grimm

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 165 x 215
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788310126481

środa, 21 stycznia 2015

Stefan Themerson, Franciszka W. Themerson "Narodziny liter"


Opowieść o narodzeniu liter Themersonowie zawarli na czternastu stronach. Autorzy spinają wykład o alfabecie klamrą - jest nią historia o Wicusiu, któremu się nie chce zapisać listy sprawunków na kartce. Zamiast tego wiąże supełki na chustce. Jak się można domyślić, coś tam mu się pokićka, bo pamięć jest jednak zawodna. Pismo zawodne nie jest. Jednak pomysł z węzełkami stanowi dobry punkt do rozpoczęcia opowieści o literach i zapisywaniu treści, którą ktoś chce komuś przekazać. Mało, powiem, że to zupełnie porywająca historia, w której ma swoje miejsce i wódz Kiloupapa, wódz Kishkemunazee oraz jego późniejsi potomkowie. Fantastycznie śledzi się i dekoduje pismo obrazkowe, którego etapy przeobrażania się w litery rozrysowała Franciszka W. Themerson. To pożyteczna lekcja, mimo że książka została wydana prawie 100 lat temu. Jako nauczyciel z krwi i kości, już mam wizję lekcji czy zajęć z tą książką.


Wyjątkowe jest pochylenie Themersonów nad całokształtem książki (zajrzyj do recenzji innej książki tych autorów). Ich bestlookery są dziełami integralnym, w których słowo, obraz, architektura i typografia książki są równie ważna, przygotowywane ze starannością. Jednocześnie - może z racji na wiek książki - widzimy, że jest to publikacja przywrócona nam z przeszłości. Szczególnie jej prostota, niechęć do komplikowania, ale wyraźna chęć do komunikowania się z odbiorcą. Trudno mi to wyrazić. To raczej odczucie. Współczesne książki, mimo że też wiele razy proste, są jakby nastawione same na siebie, stoją w samozachwycie, a odbiorca nie jest w nią wpisany.


Czy ich "Narodziny liter" pozostają ciekawe dla dzieci? Myślę, że może ich zdumieć informacja, że w Polsce jest "bardzo wielu ludzi, którzy nawet własnego nazwiska skreślić nie potrafią. A kiedy trzeba podpisują się krzyżykami". Jako przykład zostaje podana babcia Wicusia, Steciukowa. A także informacja, że do pisania potrzebna jest flaszeczka atramentu. Ale to tylko bogactwo tej książki, która odkrywa przed dziećmi przeszłość dla nich zamierzchłą.



Możesz kupić tutaj: Narodziny liter

Wydawnictwo: Widnokrąg
Wymiary: 170 x 220 x 6
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788393865239

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Marcin Szczygielski "Tuczarnia motyli"


"Śnieg zaczął padać w drugi dzień świąt Bożeg Narodzenia i wszyscy ucieszyli się z tego ogromnie" - tak zaczyna się druga część przygód Mai, którą mieliśmy okazję poznać w "Czarownicy piętro niżej" Marcina Szczygielskiego. Takie też były okoliczności przyrody, a nawet data, kiedy rozpoczynałam czytać "Tuczarnię motyli". Uśmiechnęłam się pod nosem, myśląc: "Ładnie!". Takie zbieżności w życiu bohatera literackiego i czytelnika od razu ustawiają lekturę. Sprawiają, że przenosisz się w czasie, stajesz się częścią opowiadanej rzeczy. A jeśli jesteś oporny na takie zagrywki, to przynajmniej czujesz pewien niepokój.

Niepokoju o Szczygielskiego jest sporo. Począwszy od złowieszczego tytułu. Tuczarnia? Ale jak to motyli? Tuczarnia kojarzy się ze zbrodnią, z bestialstwem, z gotowością do wykorzystania innego bez dyskusji. Zaś motyle... Opowieść rozpoczyna autor od wizji końca świata. Śnieg, który zaczął padać drugiego dnia świąt, padać nie przestaje. Zasypuje wszystko, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie, a czasem wręcz doprowadzając do zniszczenia - rośliny w mieszkaniach na niższych piętrach bloków po prostu usychają od braku słońca. Ale człowiek, jak to człowiek, zawsze sobie jakoś poradzi. Maja na przykład wyjeżdża po prostu, zostawiając za sobą całą tę zasypaną Warszawę. Wyjeżdża do ciabci, która jak się w Szczecinie okazuje, ma lat mniej niż Maja. Podobnie zresztą Monterowa.


W ogóle nie chciałabym wchodzić w treść fabuły, opowiadać wam tu z grubsza, co autor tym razem wymyślił (tam bardziej, że potem czytają inni i próbują bez czytania książki pisać swoje "recenzje"). Fabuła "Tuczarni motyli" jest w moim przekonaniu bardziej zwarta, jednolita. Zarzucałam autorowi, że miesza porządki - na przykład w "Czarownicy..." jest magia, jest seans spirytystyczny, jest podróż w czasie - trzy różne bajki, trzy różne pomysły. Jeśli wchodzimy w świat postaci magicznych, niechże do końca w nim siedzimy, zamiast zaraz dosiadać do stolika i za chwilę przenosić się w czasie. Tu Szczygielski jest konsekwentny. Trafiamy, za sprawą magicznego naszyjnika, do świata motylołaków, które zadomowiły się w starej szklarni. I tu pozostajemy do ostatnich stron. Oczywiście autor pozostaje sobą i nadal miesza. Jest Wielkim Miksującym! Jednak co i skąd wyjmuje jest chyba czytelne tylko dla dorosłego czytelnika. Są oczywiście serialowe wtręty Majki (moja córka też ma mnóstwo reklamowych haseł, jednak my nie mamy telewizora, mamy za to radio; niektóre dzieci mają chyba ucho wyczulone i po prostu, co usłyszą, zapamiętują), jest wątek pomniejszenia, który mnie przypomina film "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki", poza tym cały świat motylołaków (ich imiona, charaktery, zachowanie, stroje, jedzenie, wystroje wnętrz) utworzony jest na kształt naszego, ludzkiego, europejskiego. Autor czerpie pełnymi garściami, parodiując przy tym nasze obyczaje.


Uśmiałam się mocno w finale. Pisałam też kilka razy, że autor rozwiązuje akcję zbyt nagle, zbyt prosto. Rozmawiałam o tym z autorem, mówiąc mu, że jak dla mnie to jest rozwiązanie w stylu "deus ex machina". Uśmiałam się, kiedy w kulminacyjnym momencie Maja robi co trzeba, odkrywa Ukryty Zamek i wita się z Lordem Frederickiem Clarencem Granvillem od Devonskier herbu Deus ex Machina. Gdybym nie rozmawiała z autorem po tym, jak już książkę napisał, uznałabym, że miałam wpływ na fabułę:P:P:P W każdym razie przypomniało o sobie wrażenie z lektury pierwszego zdania książki.

Bogactwo świata przedstawionego, ale też stylu autora, sprawia, że książkę czyta się wybornie. Narasta w czytelniku oczekiwanie na cześć kolejną i w końcu rozwiązanie tajemnicy zaginięcia Niny. Jak dowiaduję się z fejsika autora, ponoć Foksi wie na ten temat najwięcej, ale jeszcze śpi zmorzona przez sennomlecz.

Autorowi nie mogę jedynie wybaczyć tego fragmentu (mówi Olga o Valentino, w którym się zakochała):

 - (...) Ach, co ja bym oddała, żeby móc słuchać tych jego opowieści codziennie! By móc patrzeć na niego, latać z nim rydwanem i wraz z nim pieścić pąki!
- Jestem za mała na takie rozmowy - stwierdziła Maja kategorycznie, bo temat zaczął ją nużyć.





Możesz kupić tutaj: Dzicy lokatorzy

Ilustracje: Magda Wosik Wydawnictwo: Bajka Wymiary: 140 x 210 x 30 Oprawa: Twarda Rok wydania: 2014 ISBN: 9788361824787

czwartek, 8 stycznia 2015

Mateusz Wysocki, Agata Królak „Skrytki”


„Skrytki” to książka na wskroś nowoczesna. Jej lektura – choć to słowo jest tu wielce nieadekwatne – rodzi sporo pytań o współczesną wizję literatury dla dzieci. Do tej nowoczesnej (może ponowoczesnej? – o to niech się spierają akademicy) propozycji nie pasują tradycyjne słowa, którymi opisujemy literaturę, tekst – fabuła, bohater, lektura właśnie. Albo inaczej – może i pasują, ale trzeba by je na nowo zdefiniować.


Kartkowanie „Skrytek” każe się zastanowić, jakie zadanie ma dziś książka dla dzieci. Jeśli kiedyś celem literatury dziecięcej było wychowywanie, budowanie wyobraźni, tworzenie relacji, o tyle dziś raczej chodzi o wieczne zdziwienie dziecka, o wspieranie go, zachęcanie do zadawania pytań, o pokazywanie mu terenów czy też świata w taki sposób, aby wciąż on go intrygował, zachęcał do zbadania. Myślę, że to jest przepiękny cel i być może książka właśnie będzie tym, co uratuje nasze dzieci przed totalnym zamknięciem się w świecie wirtualnym.

Zatem „Skrytki” już samym tytułem zapraszają dziecięcego czytelnika w świat tajemnic. Zaskakuje też okładka, czarna, bez tytułu, bez nazwisk wielmożnych autorów, przedstawiająca dziurkę od klucza. To niby nic rodzi od razu w odbiorcy dobre skojarzenia. Jeśli patrzyłeś przez dziurkę od klucza, to właśnie dlatego, że było co podglądać, to znaczy, że chowano przed tobą jakieś sprawy istotne, dorosłe, tajemne. Ciekawe! Dalej autorzy prowadzą nas po skrytkach. A te mogą mieć wielorakie zastosowanie. Możesz się w nich ukryć przed światem, jak w ogrodzie, pod łóżkiem, możesz tam znaleźć sekretne królestwo – na strychu, pod dywanem, pod kamieniem lub też możesz w nich ukryć swoje sekrety – w buzi, między stronami książki. Duet Wysocki/Królak przypominają starą prawdę, że „tylko najmłodsi mają zwyczaj patrzenia pod nogi”. A to sprawia, że ich świat, ich spojrzenie jest bogatsze niż nasze, dorosłych.


Ale „Skrytki” zmuszają też do zadania pytania o jej przekaz artystyczny. Jak ilustrować książki dla dzieci? Czy dawać im przed oczy kształty łagodne i piękne, pełne i oczywiste? Agata Królak – projektantka i ilustratorka, która ma już poważne uznanie w świecie – nie tworzy skomplikowanych form. Jej obrazy są proste – kilka kresek, plam, kratek, jakiś jeden konkretny kształt, skupienie na szczególe. Czytelnik jakby dorysowuje resztę, umieszcza szczegół w większej całości, zastanawiając się skąd go wyjęto.

Nowość zaproponowana przez Ładne Halo stawia najmłodszemu czytelnikowi pewne wymaganie. Żeby zadał sobie trud myślenia. Dziś akurat myślę, że dzieci wolą, żeby myślano za nich. Czy zatem zechcą się otworzyć na ten tekst?


Możesz kupić tutaj: Skrytki

Ilustracje: Agata Królak
Wydawnictwo: Ładne Halo
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788362856244

sobota, 3 stycznia 2015

Anna Niedziela-Strobel „O Ince, która zachowała się jak trzeba”


Inka jest bohaterką. Także w naszym domu. Najpierw pojawiła się płyta „Panny Wyklęte”. Poruszający utwór o Ince, śpiewany przez Kasię Malejonek, stał się impulsem do tego, żeby dowiedzieć się więcej. Artykuły o Ince, które przeczytaliśmy, pomogły nam później odpowiedzieć na pytania dzieci o to, kim była ta, która zachowała się jak trzeba. Potem jeszcze z okazji 11 listopada Marta robiła w szkole plakat o patriotyzmie. Narysowała Inkę. Dlatego wieść o książce dla dzieci, która opowiadałaby losy Inki, przyjęliśmy z entuzjazmem.


Cieszę się, że książka mnie nie rozczarowała. Oczywiście zmieniłabym ilustracje. Te są toporne, nieudolne. Wiem, że można dać Ince lepszy obraz. Ale najbardziej bałam się o tekst. Żeby nie był patetyczny ani infantylny. Autorka, której spotkanie z Inką przebiegło podobnymi jak nasze torami, opowiada o Siedzikównie prosto, trzyma się faktów, nie ozdabia stylistycznymi zawijasami. W gruncie rzeczy czyta się tę książkę jak biografię, tyle że adresowaną do dzieci. Danusię poznajemy przed wojną, kiedy mieszka z rodzicami i siostrami w leśniczówce. Ten sielski czas jest ważny. Właśnie wtedy kształtuje się duch patriotyczny dziewczynek. Babcia czyta Mickiewicza, Słowackiego i Sienkiewicza, tata opowiada o swoje walce o wyzwolenie Polski spod zaborów, druga babcia wyjaśnia, kim jest bohater, że jest nim ten, który postępuje jak należy. Ale czas wakacji się kończy i przychodzi wojna. Dziewczynki tracą rodziców, ale kontynuują to, co zaczęli rodzice – angażują się w konspirację, a potem wstępują do AK. Zaś po wojnie Inka jako sanitariuszka współpracuje z oddziałem „Łupaszki”, który ukrywa się w lesie. Aresztowana, zachowuje się jak trzeba – nie wydała nikogo. Została skazana na śmierć.

Kiedy prokurator odczytał ostatnie słowa i dał komendę do strzału, „Inka i „Zagończyk”, jakby umówili się wcześniej, wykrzyknęli: - Niech żyje Polska! Po chwili upadli. Nastała cisza, ale zaraz potem – zebrani w piwnicy nie mogli uwierzyć własnym oczom – „Inka”, jedynie draśnięta kulą, wstała i krzyknęła jeszcze: - Niech żyje „Łupaszko”! „Zagończyk” też się poruszył. Okazało się, że żadna ze stu wystrzelonych przez żołnierzy kul nie był śmiertelna ani dla niej, ani dla niego. Chłopcy z plutonu egzekucyjnego spuścili wzrok. Wściekły dowódca dokończył to, czego żaden z dziesięciu stojących trzy kroki od skazańców żołnierzy nie zdołał zrobić. 

Ta mocna scena robi wrażenie na dziecięcym czytelniku.

Ja się dobrze czują z tą książką. Z jej tradycyjnym podejściem do wychowania patriotycznego, z jednoznacznymi ocenami moralnymi. Wciąż uważam, że rozmywanie pojęć i uciekanie od przeszłości, strach/wstręt przed użyciem słów takich jak: naród, ojczyzna czy bohater, kiedyś się na nas zemści.

Moja córka przeczytała z największym zainteresowanie, Od razu jak tylko książka pojawiła się w domu.



Możesz kupić tutaj!

Wydawnictwo: Fundacja Niepodległości 
Wymiary: 20.7 x 20.9 x 1.2 cm
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN:

piątek, 2 stycznia 2015

A nagrody powędrują do...

Oto nasz subiektywny wybór zwycięzców i nagród dla nich:)

"Mysi domek. Sam i Julia w teatrze" powędruje do uroczej Mai, która co prawda przygody myszek już zna, ale bardzo chciałaby mieć swój egzemplarz. Oto prace, które zrobiła z mamą.




Dominik i Nikodem - bracia - wysłali dwa zgłoszenia i oba zostaną nagrodzone. Nikuś, młodszy, otrzymuje "Findus się wyprowadza" za zilustrowanie właśnie tej książki:)


Zaś Dominik otrzyma dwie książeczki z serii "Pierwsze czytanki" za piękny mysi domek.


Flora i Tytus zilustrowali "Myślobieg" i tę książkę dostają w nagrodę.


Tymek i rodzeństwo - Weronika i Tytus zilustrowali również mysi domek, ponieważ mają tę książkę w domu. Niech się dalej dokształcają w mysim temacie, tym raz towarzysząc myszy, która wzniosła się w powietrze.



Córka Piotra zilustrowała wróżkę Amelkę. Tę książkę dostaje w nagrodę.


Antek, lat 5 i pół, zilustrował kawałek Warszawy po swojemu (ta książka staje się nagrodą dla niego). Nie mógł się zdecydować, więc wysłał też Findusa.



Syn Mariusza zilustrował mysz w warszawskich przestworzach. Zdjęcie zrobił starym telefonem taty:) Nagrodę jeszcze ustalimy:)


Rzutem na taśmę zdjęcie wysłała mama Małgosi, która przebrała się za babcię Celinę. Ta książka dla niej.

Wszystkim dziękuję za zabawę:)
Ze zwycięzcami skontaktuję się wkrótce:)