czwartek, 19 marca 2015

O tym, jak się czyta w rodzinie wielodzietnej

Jakiś czas temu pisałam, że czytanie w rodzinie wielodzietnej (a póki co mamy czworo dzieci) jest nieco utrudnione, bo różny wiek to i różne potrzeby. Ale dziś muszę zrewidować nieco swój sąd. Ciut mi dzieci podrosły i efekty czytania dzieciom widać dziś jak na dłoni.

Zacznę od Marty. Wkrótce skończy dziewięć lat. Jest w drugiej klasie i czyta namiętnie. Nieraz narzekam w rodzinie, że ileż można czytać - sic! Niektórzy się ze mnie śmieją, co ja też wygaduję, ale Marta naprawdę czyta i czyta, i czyta. Kiedy wołam na obiad, słyszę: "Tylko skończę ten rozdział", kiedy mówię, żeby w końcu posprzątała ubrania w swoim pokoju, odpowiada, że przecież teraz czyta. I nigdy bym siebie o to nie posądziła, ale bywam wściekła na to jej czytanie. Marta czyta po przebudzeniu, w drodze samochodem do szkoły (to ok. 30 minut), na świetlicy i w każdej innej wolnej - wg jej mniemania - chwili.

Ale są też plusy tego, że czyta. Bo czyta też dwuletniej siostrze na dobranoc:) Słodko to wygląda, kiedy Mysia gramoli się do jej łóżka, a Marta czuje, że to taka ważna chwila, że robić coś niesamowicie istotnego. Ponieważ dziewczyny mają wspólny pokój, Maryśka podpatruje i naśladuje Martę. Dotyczy to także czytania. Więc co robi Mysia po przebudzeniu? Otwiera swój plecaczek, wyjmuje z niego kolekcję książek o Kreciku, które niedawno przyszły do nas od Bajki i leżąc, "czyta". Książki mają poręczny format i kartonowe strony, więc sprawdzają się jako pierwsze czytanki idealnie. Już wiadomo, że seria o Kreciku jest jej!




Największym zaskoczeniem dla mnie jest Janek - lat dopiero co skończone siedem. W tym roku rozpoczął pierwszą klasę. W naszym wspólnym czytaniu uczestniczył zawsze i chętnie, choć gdy go podpytywałam o przeczytaną treść, nigdy nie potrafił odpowiedzieć. Nauka czytania nie przyszła zbyt gładko. Zresztą nadal składa litery, czasem sylaby... Raczej się przez tekst z uporem przedziera niż czyta. W każdym razie nie był nigdy zbyt chętny, by czytać przy nas. Chyba w okresie ferii pokazałam mu książkę "Wyprawa na biegun" z serii Czytam sobie. Zmotywowałam go dyplomem i naklejką. Chyba poczuł też jakiś rodzaj męskiej przygody i jeszcze to, że jak sie zaprze, to da radę. I oczywiście dał radę, bo ta seria została stworzona po to, żeby dziecko miało tylko i wyłącznie poczucie sukcesu czytelniczego. Od tego momentu sam wyszukuje sobie książek z tej serii i czyta bez mojego udziału. Wypożyczyliśmy z biblioteki kilka egzemplarzy z poziomu pierwszego. Naklejki-nagrody za czytanie wklejam do jego agendy (coś w rodzaju dzienniczka ucznia), żeby wychowawca też mógł go pochwalić. Janek też czyta wszędzie - w łóżku, w samochodzie... Potrafi też opowiedzieć mi, o czym była historia. Naprawdę miło na to patrzeć:)


Jestem w czytaniu prawie bezrobotna!!!
Pozostaje Franek - lat cztery. Indywidualista. Jeśli czytać, to tylko jemu, bez konkurencji. Na razie stanowi dla mnie jeszcze wielką czytelniczą niewiadomą.

środa, 4 marca 2015

Adam Jaromir, Gabriela Cichowska "Ostatnie przedstawienie panny Esterki"


"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" wyrasta z czułego pochylenia się nad już istniejącymi tekstami. Wiele łączy tę książkę z "Pamiętnikiem Blumki" Iwony Chmielewskiej Obie bowiem znajdują swój początek w dziennikach - przede wszystkim Janusza Korczaka, ale także dzieci z Domu Sierot, które - co ważne - nie zachowały się. Więc tak książka Jaromira/Cichowskiej, jak Chmielewskiej to próba odzyskania tego, co zaginęło. Próba oddania słowa temu, co musiało zamilknąć. U Jaromira teksty z przeszłości z tekstem odautorskiem splecione są ze sobą tak mocno, że nie jesteśmy pewni, gdzie mają swoje początki i końce, gdzie mówi autor, a gdzie dzienniki. Autor współczesny pozostaje doskonale przezroczysty.


"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" daje nam wgląd w codzienne życie Domu Sierot, ale także w serce samego Korczaka - w jego przemyślenia, troski, pytania. Oglądamy więc sierociniec z perspektywy dwunastoletniej Geni i troskliwego lekarza. Ten obraz jest nam może i już znany - głód, sprzeczki dzieci, poczucie nudy, czasem też poczucie lęku o to, co za oknem. Ale tylko czasem. Bo dzieci, choć mocno doświadczone stratą rodziców, starają się ocalić życie. Temu mają służyć pamiętniki, po cichu powtarzane słowa modlitwy wyuczone jeszcze przez rodziców, troska o pelargonie, ale i pudełka z pamiątkami. Genia trzyma w nim kilka zdjęć - z niedzielnego spaceru z tatą, zdjęcie brata Arona, mamy i zdjęcie przedwojennej tancerki, Lody Halamy. Fotografie przywołują wspomnienia, a te z kolei myśl, że kiedyś było inne życie. Że JEST inne życie. Uchwycenie się tej refleksji pomaga znosić trudy.


Tytułowa panna Esterka, opiekunka, jest baczną obserwatorką. Widzi, że "dzieciom brak nadziei".

Panna Esterka. 
Powiedziała niedyś, 
że marzy się jej piękne życie. 
Życie ani wesołe, ani łatwe. 
Służyć, pomagać innym... 
Jakby swym uśmiechem 
chciała nam powiedzieć: 
Tylko to piękne, 
co ponad siły... 

Wierzy w terapeutyczną moc literatury, stąd jej pomysł na przygotowanie przedstawienia na postawie "Poczty" Rabindranatha Tagorego. To smutna opowieść. O chorym chłopcu, Amalu, który nie może wychodzić ze swojego pokoju. Jednak przez okno udaje mu się nawiązać wiele relacji z przechodzącymi, zadziwić ich, zadać ważne pytanie. Chłopiec odchodzi, nie spełniwszy swego marzenia. Dzieci z sierocińca jednak angażują się z radością w tę trudna historię. Wchodzą w tę zadziwiającą lekcję umierania pełne entuzjazmu. Szykują stroje, robią papierowe kwiaty, uczą się tańca i swoich ról. A przy okazji odkrywają siebie wzajemnie na nowo. Trzy tygodnie po niezwykłym przedstawieniu dzieci wędrowały już na Umschlagplatz...


Zaglądamy też w duszę doktora, który wychodzi na ulice getta, zapomniawszy opaski. Nie może przejść na ulicy obojętnie obok żadnego dziecka, przejęty jednocześnie tym, że nie ma już miejsca na kolejną sierotę w jego domu. Próbuje zdobyć dla dzieci pożywienie, pieniądze. Troskliwie dba o ich zdrowie, choć przecież niewiele może im pomóc tymi środkami, które ma. Heroizm dnia codziennego. Wyczuwamy, że ma też swoje lęki, tęsknoty...

Tam, w Palestynie, 
będziemy mieć wszystko, 
za czym tu tęsknimy: 
Przestrzeń i powietrze, 
słońce i ruch, 
szeroko otwarte okno. 
I chleb. Dużo chleba... 

Do refleksyjnych, acz zwykłych słów dzienników Gieni i Korczaka dopisują się ilustracje Cichowskiej wyraźnie inspirowane stylem Chmielewskiej, dlatego odnosimy wrażenie, że "Pamiętnik Blumki" to siostra "Ostatniego przedstawienia panny Esterki". Ilustratorka przenosi nas w czasie. Ten efekt osiąga dzięki obrazom w kolorze sepii, naszkicowanym ołówkiem postaciom, utworzonym ze starych pożółkłych gazet motywom. Wywołane z przeszłości pozostają także pamiątki po Korczaku - stare kartki z kalendarza roku 1942, recepta na nazwisko doktora Goldszmita, zaproszenia na przedstawienie, urywki kartek z zapiskami doktora i inne. Właśnie one wnoszą do tej książki refleksyjność, zadumę, ale i uczucie straty, które zaczyna towarzyszyć czytelnikowi w trakcie lektury.


"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" jest wiec jedna z tych książek, obok których trudno przejść obojętnie. Porusza - na pozór wydaje się prostą - umiejętnością przeżywania życia z pełną akceptacją, w zgodzie na los. Jak bardzo to nieaktualne! I jak bardzo nam wszystkim to potrzebne. To też jedna z tych książek, które mają nieokreślonego wiekiem adresata. Na swój dziecięcy sposób przeżyje ją dziecko, na swój - dorosły.




Ilustracje: Gabriela Cichowska
Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 200 x 270 x 15
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788372789907