wtorek, 29 grudnia 2015

Joanna Rudniańska „Bajka o Wojnie”



Oczywiście możemy przeczytać „Bajkę o Wojnie” jako rzecz upamiętniającą 6 sierpnia 1945. Zrzucenie bomby, zniszczona wioska, trupy wszędzie dookoła… przypomiają Hiroszimę. Także drobne sygnały dotyczące jedzenia (ryżowe ciastka, tofu i marynowane śliwki) czy postaci (Cesarz) umiejscawiają tę jednak uniwersalną historię w Japonii końca drugiej wojny światowej. Opowieść Rudniańskiej mrozi krew w żyłach dorosłego czytelnika, zatem niewątpliwie wywrze potężne wrażenie także na czytelniku młodszym – jak sądzę uczniu szkoły podstawowej. I choć w tytule autorka umieściła łagodzące słowo „bajka”, z całą pewnością nie jest to zwykła bajeczka na dobranoc.


Dla mnie w tej historii najistotniejsze staje się śledzenie emocji dziecka – owej Wojny – dziewczynki, o zaskakującym imieniu. Rudniańska jest tu dosadna. Maluje portret małej ślicznej dziewczynki, która jednak lubi machać mieczem i udawać, że strzela z karabinu. I nie kocha matki, która każe jej zjadać wszystko z talerza i ubierać się samej. Narrator stoi po stronie dziewczynki. Albo inaczej, wcale jej się nie dziwi. Rzeczowo zdaje sprawę z kolejnych wydarzeń w życiu rodziny: „Gdy matka urodziła Wojnie braciszka, Wojna ją znienawidziła”. Potem dochodzi jeszcze zazdrość, bo przecież braciszek będzie mógł zostać żołnierzem w przeciwieństwie do niej, która jest dziewczynką. A kiedy nastaje głód, bo toczy się wielka wojna i ojciec walczy na froncie – egoizm dziecka objawia się mocno. Wojna zjada wszelkie zapasy które matka zgromadziła w spiżarni. Obudzona razami, które zadaje jej znienawidzona matka, Wojna krzyczy w niebo do nadlatującego samolotu: „Zabijcie ją! Zabijcie! Zabijcie jej bachora!”. I wtedy to się staje! Bomba zabiera matkę i brata. I dom. I całą wioskę. I w pewnym sensie zabiera też Wojnę – z jej marzeniami, jej pragnieniami, jej emocjami. Bo teraz Wojna nosi imię Pokój.



Prawda, że dosadnie? Rudniańska w swojej książce idzie nieco pod prąd tego, jak dziś widzimy dziecko. Ściąga je z piedestału, przestaje afirmować i pokazuje jego brzydką, wykrzywioną grymasem złości twarz. Nie ma w tym oceny. Jest raczej próba równoważenia. Także dorośli w tej opowieści są prawdziwi – zakręceni na punkcie idei, a czasem z nosem tak blisko ziemi, niedostrzegający świata poza ciasnymi granicami, które sobie wyrysowali. Wojna otwiera wszystkim oczy – niestety. Nauka przychodzi przez cierpienie, lekcję gorzką i bolesną. Widocznie inaczej nie potrafimy.


Towarzyszące lakonicznemu tekstowi ilustracje Piotra Fąfrowicza są równie oszczędne. Mówią przede wszystkim kolorami, plamami, niedopowiedzeniem. Pozostawiają czytelnikowi pole do interpretacji, która dokonuje się głównie w sferze emocji. To piękne doznanie.

W modny od kilku lat w literaturze dla dzieci temat wojny Rudniańska wpisuje się więc swoim, oryginalnym głosem.




PS Oczywiście "Bajka w Wojnie" bardzo koresponduje mi z tym:




Ilustracje: Piotr Fąfrowicz
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-61824-81-7

niedziela, 20 grudnia 2015

czwartek, 17 grudnia 2015

Lotta Geffenblad „Prezenty Astona”



Pozostajemy w świątecznych klimatach. Nie wiem jak Wy, ale my już obkupiliśmy się w prezenty. Zastanawiając się nad tym, co podarować sześciorgu naszym dzieciom, mieliśmy moment, że totalnie nam odpaliło. Mąż stwierdził, że lepiej kupić jeden porządny niż kupować drobne, ale duperelne. I ponieważ jest informatykiem, wymyślił, że kupimy robota, którego można dowolnie programować. Dzieci miałyby okazję wdrażać się w robotykę i języki programowania… Robota niby podłącza się pod tablet i różne aplikacje pozwalają zaprogramować go według uznania, na przykład wytyczyć mu ścieżkę, którą ma iść lub kazać zagrać wymyśloną przez nas melodyjkę. Brzmi jakoś tak ambitnie. Ale ja jestem polonistką, dla mnie papier się liczy, wyobraźnia i jej rozwijanie. Jakoś tak nie mam zaufania do modnych gadżetów. I ciągle bronię (bronimy!) dzieci przed dostępem do nowoczesnych technologii – telewizora nie mamy, laptopa włączyć nie potrafią, więc tym bardziej poruszać się w Internecie, w komórki ich nie wyposażyliśmy, czasem pozwalamy zagrać w kilka gier, które ściągnęliśmy na prostego i taniego tableta, który ma wyłączone wi-fi. Możecie powiedzieć, że nasze dzieci są i będą technologicznie zacofane. Eeee… jestem przekonana, że komputery i nowoczesne technologie można opanować w pół godziny. Zwłaszcza jeśli się chce:)


O tym też Lotta Geffenblad w „Prezentach Astona”. Aston, którego zamiłowanie do gromadzenia i empatię wobec rzeczy martwych zdążyliśmy poznać w „Kamykach…”, w czwartek będzie miał urodziny. Nie może się doczekać prezentów, więc robi małe pakunki – owija w ozdobny papier solniczkę i po chwili podaje gotującemu obiad tacie. Potrafi też zapakować naprawdę duże przedmioty, jak choćby… muszlę klozetową – jak najbardziej używaną! I tak mija dzień za dniem, aż wreszcie urodziny. Aston dostaje piękne podarki – rower od mamy i taty oraz latawiec od cioci. Niestety jest brzydka pogoda i Aston nie może wypróbować nowych nabytków. Ale w prezentach było coś jeszcze – deska, która usztywniała latawiec. I to ona okazuje się najciekawszym prezentem. Kolejne dni pokazują bogate jej zastosowanie – w zabawie, na pikniku, jako przedłużenie ręki i na końcu jako część wspaniałego prezentu dla taty.


Trudno nam uwierzyć, że dzieci potrafią się jeszcze bawić kamykami, patykiem i piaskiem. Ciekawe dlaczego, skoro sami doświadczyliśmy, jak cudownie było się bawić bez zabawek. Ach, jak nam wtedy wyobraźnia szybowała, jak wymyślaliśmy role, jak kreowaliśmy rzeczywistość według naszego pomysłu, jak z niczego potrafiliśmy stworzyć cały świat. Lotta Geffenblad przypomina, że każde dziecko ma w sobie tę zdolność do tworzenia fikcji, do nadawania rzeczom nowych funkcji i kreowania. Tylko trzeba im na to pozwolić.

Tuwim kiedyś napisał:
Przyjdzie taki pędrak do drugiego i zaproponuje mu, żeby został koniem – proszę! Ten już rży i parska, wierzga i bryka, a tamten jest furmanem. Kawałek sznurka, który jeden drugiemu zarzucił na ramiona, wystarczy, żeby stworzyć smarkatego centaura (człekonia). Nikt mu nie wytłumaczy, gdy pędzi „zaprzężony”, że jest Jasiem lub Stasiem. Jest bowiem Bucefałem lub Pegazem, ewentualnie dorożkarską szkapą. Dziecko, nawet współczesne (anno radio, kino, auto, kilo, foto i moto), nie obejdzie się bez bajki, złudy, wymysłu i czarodziejstwa. Biada niemądrym rodzicom, którzy by swe dzieci wychować chcieli rzeczowo, logicznie, realnie, „zgodnie z obecnym stanem wiedzy”, prostując ich fantastyczne o świecie i otaczających przedmiotach pojęcia! 


Zatem kiedy będziecie wymyślali prezenty dla swoich dzieci – miejcie Astona i Tuwima na uwadze:)

PS
Obrazki pochodzą z animacji o Astonie z tej strony.




Przekład: Barbara Gawryluk
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: EneDueRabe
ISBN: 978-83-62566-24-2

wtorek, 8 grudnia 2015

Danuta Parlak „O Mikołaju, który zgubił prezenty”




Jak przeżywacie ten czas, czas Adwentu, czas zbliżających się świat? Lubicie tę przedświąteczną gorączkę, która w sklepach, w kuchni…? Nie czujecie się przypadkiem, jak Mikołaj na tej ilustracji?


Mnie (nam!) w tym roku udało się zrobić kalendarz adwentowy z zadaniami na każdy dzień. Udało się! Od kilku lat zachwycałam się tą ideą, ale jakoś zawsze znalazłam dla siebie usprawiedliwienie. Tak to jest, że im więcej człowiek ma na głowie (ja w tym roku aż sześcioro dzieci) – tym lepiej potrafi się zorganizować. Kalendarz mamy prosty – ozdobiłyśmy z Martą, gdy chorowała, tekturę i nakleiłyśmy karteczki z zadaniami. Dzieci najbardziej przejęły się tym, ze nie wolno podglądać zadań na kolejny dzień.

Zależało mi, aby zadania były proste i dzieci wykonywały je bez wielkiego mojego udziału. Postawiłam też na rozwijanie dobrych nawyków i pielęgnowanie cnót.

1. grudnia zadanie brzmiało: „Czy zadbaliście o pokarm dla sikorek?”. Od dwóch lat staram się wystawiać karmnik. Mamy w ogrodzie dużo drzew, a zatem mnóstwo ptactwa. Odkryłam z mojego kuchennego okna, że zlatują się w okolicach godziny 10-tej w poszukiwaniu pożywienia. Mam nadzieję, że za 2-3 lata dzieci same będą pamiętały o sikorkach i stanie się budowa karmnika ich rodzinną tradycją zimową.


W kolejnych dniach staraliśmy się m.in. mówić domownikom coś miłego. Wyjątkowo wspominam ten dzień. Kiedy wszystko idzie nie tak, jak trzeba, nagle podchodzi do ciebie dziecko i mówi ci, że cię kocha… Dzień naprawdę nabiera barw! W niedzielę robiliśmy ciasteczka maślane. Byłam święcie przekonana, że w tym roku nie damy radę (a robimy co roku). Ale i to się udało! Niedziela była bardzo spokojna… dużo czasu… i leniwie robiliśmy nie tylko ciasteczka maślane, ale także korzenne – nasza nowość! Wczoraj ozdabialiśmy. Cztery pary dziecięcych rąk i sześć dużych puszek w ciastkami czeka w spiżarni na świąteczny stół:)



Jedno z zadań brzmiało: „Wyszukajcie książek o tematyce świątecznej. Wieczorne czytanie!”. Wybraliśmy do wspólnej lektury „O Mikołaju, który zgubił prezenty”. Moje dzieci uwielbiają robić legowiska z kołder, więc i tym razem takie sobie przygotowali. A potem czytaliśmy:)

Opowieść Danuty Parlak koncentruje się wokół prezentów. Mikołaj otrzymuje mnóstwo listów z prośbami o konkretne prezenty. Wszystko sobie ładnie na liście spisuje. Potem przygotowuje podarki i już, już ma się wybrać w drogę, gdy okazuje się, że prezenty gdzieś się zgubiły. Katastrofa, jakich mało! Wojtek wpada na pomysł, że mógłby oddać piłkę, którą już się nie bawi. Pyta, czy ktoś chciały dostać. Kolejne dzieci podchwytują myśl i wkrótce brakuje już tylko jednego. Mikołaja!

Jestem ciekawa, jak to jest u was, ale moje dzieci czasem przesadzają w kwestii prezentów. A czasem przesadzamy my z mężem. Danuta Parlak dyskretnie podsuwa myśl o dzieleniu się i wkładaniu serca w przygotowywanie prezentów. Nieraz najlepszym prezentem okazuje się czas spędzony z mamą. Wzruszający jest pomysł, by podarować coś także Mikołajowi – to sugestia autorki, aby dobrze się rozejrzeć, bo może jest obok nas ktoś, kto zasługuje na naszą pamięć. Dlatego do naszych adwentowych zadań dołączyły i takie: „Dziś Dzień Dzielenia się. Podziel się z kolegą, siostrą lub tatą…” oraz „Zadzwoń do babci i dziadka. Zapytaj, jak się mają”, a także „Przygotujmy paczuszki z ciasteczkami dla sąsiadów”:)

To wszystko są proste gesty, proste czynności i zwyczaje. Ale wierzę, że właśnie z nich składa się dzieciństwo i to one tworzą dobre wspomnienia - jedne z najlepszych prezentów, jakie możemy dać dzieciom.

Moja piękna córka jakieś pięć lat temu z Mikołajem:)

No tak – dzisiejszy wpis nie całkiem jest recenzją… ale jakie to ma znaczenie, że nie jest??? :)



Ilustracje: Joanna Bartosik
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg
ISBN: 978-83-942952-3-3

czwartek, 3 grudnia 2015

Monika Krajewska „Mój młodszy brat”



Pewnie się domyślacie, książki o jakiej tematyce zdominowały nasze półki. Kiedy tworzyłam temat o niepełnosprawności w literaturze dziecięcej, nie sądziłam, że samej przyjdzie mi z niego korzystać. Ale stało się. Więc czytamy. Dla dzieci wyszukałam, wyszperałam, zdobyłam obrazkową książeczkę „Mój młodszy brat”. I to jest dla nas strzał w dziesiątkę:) Lektura zaczęła się niewinnie:
Mam na imię Zuzanna. Jestem już w pierwszej klasie… 
Aż do zdania…
…a młodszy brat Antoś jest w przedszkolu, ale innym niż moje stare przedszkole, bo ma zespół Downa… 
Wiecie, co się wtedy czuje i myśli? Stopień identyfikacji z bohaterami sięga zenitu. Przecież my też mamy w domu Antosia z zespołem Downa. Szybko przerobiłyśmy pierwszą stronę na naszą wersję rodzinną. Oczywiście musiałyśmy dodać jeszcze troje bohaterów i każdego krótko scharakteryzować. Było zabawnie! Cóż… tak właśnie tworzą się domowe książki! Namawiam Martę, aby dopisała swoją wersję do końca. Początek już ma. A może to ja kiedyś ją dopiszę?

Opowieść Krajewskiej ma swój trudny moment. To ten:
Jak twój brat ma zespół Downa to jest debil. Nie będę się z nim bawił, bo się nauczę robić brzydkie miny. 
Tak od razu z grubej rury autorka stawia nas przed kwestią odrzucenia innego. I wiecie – kiedy ma się dziecko zespołowe w domu – ten tekst boli. Tym bardziej kiedy dzieciom trzeba tłumaczyć, co to znaczy debil, co to znaczy, że ktoś ma zespół Downa (oczywiście wiedzą, co to znaczy; pytają o to, dlaczego może być w tym coś złego), dlaczego ten chłopiec tak powiedział. Zdumiewa mnie niewinność moich dzieci.

Główna bohaterka i narratorka przeżywa tę sytuację bardzo. I po dziecięcemu próbuje sobie z nią poradzić – najpierw radzi się starszego brata, potem w końcu rodziców. Opowiada o swoich lękach, że ktoś znów będzie przezywał jej Antosia. Z pomocą przychodzą dziewczynce dorośli. Przede wszystkim mądra wychowawczyni, która – mimo że w pierwszej chwili niesprawiedliwa wobec Zuzi – dokłada wszelkich starań, aby dzieci oswoiły się z innością dzieci upośledzonych. W tym celu organizuje też bal, który pomaga ostatecznie rozprawić się z problemem nawet Frankowi, który rzucił tekstem o debilu.

Książka Moniki Krajewskiej z pewnością wyrasta z jej osobistego doświadczenia. Autorka ma dwóch synów – jednego z zespołem. Dlatego jest tak cenna, tak realistyczna. Nie mamy jeszcze takich doświadczeń jak Zuzia. Spotykamy się z dobrym przyjęciem. Szczególnie w szkole córki i syna. Wszyscy bardzo się o niego troszczyli, kiedy był w szpitalu – wypytywali, okazywali nam wsparcie, modlili się… Zresztą wypytują do dziś. Szczególnie dziewczynki! Ale – na ile zdążył się już naczytać, choćby „Celi…” Anny Sobolewskiej – na pewno przyjdzie nam się zderzyć z odrzuceniem, z niechęcią i przezwiskami. Wierzę, że będziemy mieli wtedy na to dobrą odpowiedź. Myślę, że „Mój młodszy brat” staje się dziś dla nas nieocenionym źródłem inspiracji.



Ilustracje: Bogusław Orliński
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Media Rodzina 
ISBN: 9788372783646