piątek, 16 grudnia 2016

Nika Jaworowska-Duchlińska „Gang fałszywych Mikołajów”


Czy w święta można się nudzić? Nie udawajmy, że nie. Nudzą się też dzieci. Na tę okoliczność doświadczony rodzic ma pod ręką kilka umilaczy czasu. Jednym z nich może być „gang fałszywych Mikołajów” – trochę to opowieść, trochę kolorowanka. Z pewnością garść dobrej, rozwijającej zwoje mózgowe rozrywki.

Nika Jaworowska-Duchlińska proponuje tu przeprowadzenie małego śledztwa. Wpierw dwa renifery szukają Mikołaja. Potem odnajdują, ale nieco zmultiplikowanego, więc muszą oddzielić prawdziwego od fałszywych. Koniec końców muszą też znaleźć fałszywkom jakieś nieszkodliwe zajęcie. I w tym wszystkim czytelnik reniferom musi dopomóc. Jak? Dodając całej historii kolorowych detali. Wpierw więc będzie musiał domalować samym reniferom poroża, oczy, nosy, potem będzie próbował demaskować fałszywych Mikołajów, rysując tego prawdziwego i tych przebranych. Zatem około sześćdziesięciu stron wyzwań, zagadek i intrygujących zadań. Wszystko to na dużym formacie i porządnej jakości papierze. Być może wam samym nie uda się oprzeć tej rozrywce i sami zdemaskujecie jakiegoś bałwana. Dlaczego nie? Przecież w święta wszyscy stajemy się trochę jak dzieci:)








Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Widnokrąg
ISBN: 978-83-944971-4-9

piątek, 9 grudnia 2016

Clare Furniss „Rok Szczura”


Na wstępie chciałabym powtórzyć prośbę, którą rzucam w internetowy kosmos co jakiś czas: Wydawcy, zaznaczajcie na ostatniej strony okładki, do czytelnika w jakim wieku kierujecie książkę! To naprawdę żadna ujma, a dla rodziców, niewprawnie poruszających się w gąszczu książek, ogromna pomoc. Na ten przykład „Rok Szczura” – powieść dużych rozmiarów owszem, ale ilustracja z okładki jednak dość myląca. Oceniłam, że moja córka lat 11 czytać może (ona zawsze jest do przodu w czytaniu tych wszystkich książek, które dostajemy; szkoda, że pisać za mnie nie chce :P). Ale potem przeczytałam jednak i ja. I „Rok Szczura” nie jest książką dla 11-latki. To książka dla nastolatków, dla czytelnika 14-, 15-letniego. Nie żeby książka Furniss zrobiła mojej córce jakąś szkodę. Ale to powieść gęsta, psychologiczna, poruszająca nie tyle jeden trudny problem (śmierć matki), co szereg problemów wieku nastoletniego, których moja córka jeszcze nie rozumie i rozumieć nie musi po prostu.

Spróbujmy zatem zarysować (mgliście!) fabułę. Pearl ma 15 lat i właśnie przeżywa traumę. Umiera przy porodzie drugiej córki jej matka. Pearl nienawidzi dziecka, które przyszło na świat, dlatego nazywa je „Szczur” i tak też go traktuje – jak intruza, jak kogoś, kto jest obrzydliwy, budzi głębokie obrzydzenie. Przez większość czasu ignoruje siostrę, nawet wtedy kiedy musi się nią zająć. Jest niechętna do tego stopnia, że nie dotyka małej, nawet kiedy musi ją nakarmić, a nawet wychodzi z domu, zostawiając płaczące niemowlę na podłodze salonu. Pearl nienawidzi też ojczyma, ojca Szczura, bo to przecież on chciał dziecka (co jednak okazuje się nieprawdą). Nienawidzi babci, która przyjeżdża, aby pomóc. Nienawidzi przyjaciółki, Molly, bo wszystko robi i mówi źle, a do tego się zakochała ze wzajemnością. Podoba mi się ten realizm w oddawaniu emocji. Furniss nie odpuszcza, nie zmiękcza fabuły, Pearl jest uparta w swych emocjach prawie do ostatniej strony. A może chora od tych emocji? W każdym razie czytelnika nie ma poczucia, że autor próbuje jakoś łatwo rozwiązać problem.

Świetnie poradziła sobie autorka z zakończeniem. Mamy tu nagły zwrot akcji – Pearl postanawia odnaleźć swojego biologicznego ojca. Ten okazuje się zaskakująco mądrym człowiekiem, mimo że odsuwa od siebie Pearl. Właśnie to wydarzenie otwiera dziewczynie trochę oczy, rozsznurowuje usta, pozwala popłynąć łzom… Już wydaje się, że bohaterka ma za sobą wszystko, co złe. Jednak już za rogiem czai się kolejne załamanie. To bardzo prawdziwe! Jeszcze raz podkreślam, że w „Roku Szczura” właśnie to doceniam najbardziej.

Naprawdę świetna powieść dla zbuntowanej młodzieży, skonfliktowanej z rodzicami, szukającej pociechy w imprezach i kieliszku wódki:) Może jedynie powinnam jeszcze dodać, że jest też wątek miłosny. I tu autorce biję brawo za nie nachalność i brak oczywistych rozwiązań (zakochanie wcale nie jest tu lekiem na całe zło).




Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry
 ISBN: 978-83-64347-81-8

piątek, 2 grudnia 2016

Jolanta Nowaczyk „Ala ma kota. A Ali?”


Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda nauka czytania w innych krajach? Mamy swojego Falskiego i jego „Elementarz” i mamy oczywiście Alę, która ma kota (choć u Falskiego akurat Ala miała psa o imieniu As). Kod, w którym odnajdujemy się wszyscy. I kot, który choć bezimienny, bliski jest każdemu. Jestem pewna, że każdy z nas ma swoje wyobrażenie Ali – dla jednych jest blondynką z warkoczkami, dla innych – brunetką w okularach, okrąglutką jak balonik. Pierwszy tekst, z którym przyszło nam się zmagać. Pierwsza czytanka. Pierwsze doświadczenie szkoły i nauki zaczyna się od Ali i jej kota. Ja z Elementarza Falskiego pamiętam czytankę o palcie i parasolu. Ach, to żółte palto! Pamiętam też lalki Lolę i Tolę oraz Felę, która dzwoniła przez telefon „Halo”. A Wy, macie swoje wspomnienia związane z pierwszymi czytankami?


Pomysł Jolanty Nowaczyk na książkę jest inspirujący. Autorka robi językowe śledztwo. Interesuje ją, z jakimi zdankami zmagają się uczniowie na pierwszym etapie nauki czytania na całym świecie. Owe „zdanka pierwsza klasa” to wyjątkowa podróż przez kultury, przez światopoglądy. Te proste teksty pokazują bowiem, kim jesteśmy i co nam siedzi w duszach. Oto Japonia – „Wiśnie, wiśnie, wiśnie zakwitły”, a tu Etiopia – „Pora deszczowa bardzo zelżała”. I jeszcze Szwecja: „Tata wiosłuje, mama jest kochana”. Sporo w tych pierwszych zdaniach zwierząt (Turcja, Algieria, Nigeria) – przede wszystkim koty (Polska, Anglia, Australia). Zastanawia mnie, czy nie odwołują się autorzy owych czytanek do doświadczeń dzieci. Kiedyś jednak żyliśmy bliżej świata zwierząt – kotów, psów, kur, królików… Czy współczesne czytanki nie powinny być zmienione na „Ala ma tablet”, by bliżej były świata, w którym żyją nasze dzieci? Odwołują się też pierwsze zdania do relacji, przede wszystkim tej z rodzicami – „Moja mama mnie kocha. Moja mama mnie rozpieszcza” (Hiszpania).


Tekstom towarzyszą ilustracje Darii Solak. Próbuje ona naśladować styl dziecięcych obrazków – nieforemne postaci, gruba kreska, ogromne uśmiechy sprawiają, że patrzymy na te ilustracje z pewnym sentymentem. Dorosły czytelnik przypomina sobie swoje niezgrabne próby narysowania pięciu palców u ręki. Nigdy się nie udawało, żeby to jakoś wyglądało! Ale też Solak próbuje przemycić elementy kultury danego kraju, tak abyśmy – patrząc na obraz – wiedzieli od razu, gdzie zawędrowaliśmy. Dlatego Grek Eli ma czoło zwieńczone wieńcem laurowym, izraelski pop nosi pejsy, a Afgańczycy stoją przed meczetem, wypowiadając „Bóg jest jeden”.

Interesujący pomysł na książkę spotkał się z uznaniem i zdobył nagrodę główną w międzynarodowym konkursie na projekt ilustrowanej książki dla dzieci Jasnowidze 2014. Dla naszych pierwszoklasistów może być książka Nowaczyk/Solak ciekawym urozmaiceniem, zaproszeniem, aby stać się częścią tej wielkiej czytającej wspólnoty.

Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry 
 ISBN: 978-83-64347-96-2

środa, 12 października 2016

Joanna Bartosik „Raz Dwa Trzy Słyszymy”, „Raz Dwa Trzy Mówimy”



Myślę, że nikt obecnie jak ja nie zdaje sobie sprawy, ile trzeba włożyć trudu, żeby nauczyć dziecko mówienia. Nasz Antoś ma zespół Downa, a to wiąże się z obniżonym napięciem mięśniowy, a to z kolei wiąże się z charakterystycznym wywalonym językiem. Ćwiczenia mięśni buzi to jedne z pierwszych ćwiczeń, które wykonuje się u zespolaków już po urodzeniu. Antek radzi sobie z trzymaniem języka za zębami dość dobrze. Myślę, że pomogło mu też karmienie piersią. Nadal jednak pracujemy nad otwartą buzią. Do tego też trzeba napiąć odpowiednie mięśnie. Żeby mówić potrzebny też jest prawidłowy słuch. Antek i z tym ma problem – niedosłyszy. Nosi aparaty i widzimy ogromną poprawę. Uczestniczy też w zajęciach z surdologopedą. Na pewno Antek potrafi powiedzieć „am” i wiąże to z jedzeniem. Pracujemy też nad samogłoskami oraz pierwszymi wyrazami dźwiękonaśladowczymi – „mu”, „be”, „iha”. Każda pomoc dydaktyczna jest w cenie:) Książki także.



Pisałam już kiedyś o wspaniałej książeczce do nauki pierwszych dźwięków – „Bee, mee i kukuryku”. W tym temacie polecam też dla maluchów „Babo chce”. Dziś do tych ulubionych książeczek do nauki mowy dokładam propozycje Joanny Bartosik „Raz Dwa Trzy Słyszymy”, „Raz Dwa Trzy Mówimy”. Ta pierwsza wprowadza w wyrazy dźwiękonaśladowcze, druga w zwroty grzecznościowe, dlatego może stanowić drugi etap pracy nad mówieniem. W kartonowej książeczce „…Słyszymy” znajdziemy kolorowe rozkładówki z jednym słowem na każdej – „akuku”, „kap kap”, „hop”, „stuk puk”, „kra kra”… Obrazek ograniczony do trzech, czterech barw stanowi kontekst dla dźwięku i pomaga powiązać słowo z jego znaczeniem. W „… Mówimy” jest podobnie pod względem ilustracyjnym, jednak tu mamy do czynienia już z prostymi, rymowanymi zdaniami – „Cześć, chciałbym cię zjeść”, „Chętnie się poczęstuję, dziękuję” czy „Przepraszam, że przestraszam”.



Jak można czytać książeczki Bartosik? Twarde strony zabezpieczają przed małymi, niewprawnymi łapkami i ostrymi ząbkami, które potrafią zniszczyć. Warto dawać książeczkę dziecku po to, żeby po prostu miało kontakt. U nas w skrzynce z zabawkami albo gdzieś w zasięgu ręki najmłodszych zawsze leżą książeczki kartonowe. Po prostu po to, żeby dziecko się opatrywało, żeby traktowało książkę, jak coś naturalnego, dostępnego, codziennego. I naprawdę – z doświadczenia wielodzietnej matki! – książka nie przegrywa z interaktywnymi zabawkami. Nawet nasze niepełnosprawny Antek fascynuje się książkami – tym, że przewracają się strony, że jest kolor. Wszystkie moje dzieci lubią przeglądać książki. I to jest ich czas, kiedy są z książką sam na sam. To jest kapitał na ich czytelniczą przyszłość! A poza tym – książeczki kartonowe można czytać i nie martwić się, że dziecko się znudzi. „Akuku” zawsze zdążymy przeczytać:) Możemy zachęcać, żeby powtórzyło. Warto do tego wyszukać zabawek – konika, który zrobi hop, ptaszka, który zrobi stuk puk czy pieska, który zaszczeka hau hau. Właśnie zabawki pozwolą wzmocnić jeszcze naukę. Inne pomysły zrodzą się same:) Albo dziecko nam je wskaże:)


Ćwiczymy "bam":)








Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Widnokrąg 
ISBN: 978-83-944971-2-5; 978-83-944971-3-2

poniedziałek, 10 października 2016

Oldřich Růžička „Ale jazda! Historia samochodu”


Tłumaczone w ostatnim czasie przez Bajkę na polski książki (z Czech?) charakteryzuje ogromne nagromadzenie szczegółów, brak linearnej fabuły i specyficzne poczucie humoru (w zasadzie są to po prostu humorystyczne wtręty jakiegoś dodatkowego bohatera-komentatora, który spaja całość w jedno). Nie wiem sama, czy mi się to podoba czy nie. Takie książki, jak „Fach, że ach!” czy „Na pokładzie”, to zdecydowanie literatura edukacyjna, która przybliża dane zagadnienia czy też po prostu odpowiada na konkretne zainteresowania dziecka. Jeśli twoje dziecko interesuje się samochodami – z pewnością wciągnie go lektura książki „Ale jazda! Historia samochodu”. Ja od razu nie ukrywam, że wolę kiedy o historii motoryzacji, silnikach opowiada się w ten sposób – „Niezwykłe przygody latającej myszy”.


Co zatem znajdziemy pomiędzy okładkami – ano opowieść o tym, jak człowiek wynalazł koło. Ale zanim miał koło, to były płozy, potem pierwsze wozy ciągnięte przez zwierzęta, aż wreszcie silnik spalinowy… Kolejne rozkładówki rozwijają takie tematy, jak ciężarówki, wyścigi, samochody osobowe czy samochód od A do Z po prostu. Młody fan motoryzacji znajdzie więc tutaj wszystko, co potrzeba. Jak wspomniałam, nie ma tu jakiejś dłuższej opowieści. Tekst to zbiór notek z datami, nazwiskami, ważnymi informacjami. Żeby nie było zbyt poważnie – i tu mysz, która biega po stronach jak szalona, niczym bolid F1 i komentuje: „Nie przejedź mi ogona!” czy „To będzie wyścig mojego życia!”. Po stronicach pałęta się młodzieniaszek, który pozostaje w zachwycie: „Zdumiewająca maszyna!”, „Ale fura!”. Oczywiście obrazy przedstawiające samochody są dość wierne oryginałom.


Moje szkolne dzieci mają w ramach zajęć od czasu do czasu przygotować prezentację jakiejś książki. Marta nigdy nie ma problemu z wyborem książki i prezentować mogłaby codziennie. Janek natomiast lubi piłkę nożną i nie przepada za czytaniem dłuższych tekstów. Dlatego „Ale jazda!...” to książka w sam raz dla chłopaka jak on – męski temat, nieprzegadana, wystarczająco tekstu i ilustracji. Polecamy!




Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-65479-06-8

środa, 28 września 2016

Aleksandra Cieślak, Dominika Czerniak „Piwnice. Zagadki spod podłogi”


Przez chwilę miałam okazję mieszkać w bloku. Ogólnie uważam, że to nie jest dla mnie miejsce do życia. W blokach czuję, że się duszę, bo bloki nie mają duszy:) Bloki są bezosobowe i beznamiętne. Ale jedyne co może uratować opinię bloków w moich oczach to piwnice. Tak, te mają swoje charakterki i właśnie tam objawia się ludzka kreatywność, pasje i życie po prostu.


Myślę, ze w ten sposób widzą też piwnice Ola Cieślak i Dominika Czerniak autorki książki-zagadki „Piwnice. Zagadki spod podłogi”. Książka to zbiór jedenastu wierszy będących zagadkami. Ola Cieślak, którą ja znam przede wszystkim z ilustracji, opisuje nam piwnicę, a przede wszystkim rzeczy, sprzęty, które w niej się znajdują, zaprasza jednocześnie, by odkryć, kto jest ich właścicielem. I tak przedmiot po przedmiocie dowiadujemy się o charakterach mieszkańców bloku.

Bela tiulu, szyfon w pasy,
złota lama, sztruksy, sztrasy.
Rolka gumki, złoty sznur,
koraliki, tektur zbiór.
Cztery paczki, w nich – guziki,
szpilki, bisior z Ameryki,
chiński jedwab i koronka. (...)
Kto gromadzi barwne szmatki?
Kto naszywa w kratkę łatki?
 Kto się za maszyną chowa
z nożyczkami? To…

Oczywiście trudne słowa zostają wytłumaczone na marginesach, a rym pozwala się dziecku domyślić, o jaki zawód w zagadce chodzi. Okazuje się, że mieszkańcami bloku są między innymi działkowiec, aktorka, podróżnik, złota rączka… Rozwiązania znajdujemy na ostatniej stronie zapisane pismem lustrzanym, co stanowi dla małego czytelnika dodatkową atrakcję.


Ilustracje Dominiki Czerniak są oczywiście bogate w szczegóły. Stanowią dopełnienie tekstu i zachęcają oko do skupienia się na dłużej. Ciekawe świata dziecko na pewno będzie dopytywało rodzica o niektóre tajemnicze przedmioty. Ilustratorka wybiera zgaszone, ale zdecydowane kolory, utrzymuje obrazy w harmonijnej kolorystyce, decydując się na dwie, trzy barwy.

Cieślak i Czerniak to interesujący duet. Jestem ciekawa, czy spod ich rąk wyjdzie jeszcze jakaś wspólna publikacja.

PS
Dziękuję uważnemu Panu Czytaczowi za zwrócenie mi uwagi na gruby merytoryczny błąd w moim tekście!





Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry
ISBN: 978-83-64347-18-4

wtorek, 13 września 2016

Małgorzata Strzałkowska „Wielka podróż z abecadłem”


Abecadło – temat stary w literaturze dziecięcej i na pewnym etapie rozwoju dziecka – intensywnie wyzyskiwany. Przypominam tylko ten post w temacie. Małgorzata Strzałkowska – nadworna poetka maluchów – z alfabetem też mierzy się nie po raz pierwszy. Wystarczy wspomnieć jej „Alfabet z obrazkami” (ilustratorzy Anita Andrzejewska i Andrzej Pilichowski-Ragno) czy serię „ABC… uczę się” (Hachette). Podziwiam więc determinację autorki, która zmaga się z alfabetem na wszelkie możliwe sposoby. W ogóle podziwiam pracowitość i lekkość z jaką autorka tworzy „wierszyki łamiące języki”.

„Wielka podróż z alfabetem” to krótki wiersz. Pierwsze cztery strofy wprowadzają nas w sytuację – oto przybysz z obcej galaktyki postanawia zabrać ze sobą pamiątki z Polski. Przedmiotów jest tak dużo, że trzeba je jakoś posegregować – najlepiej alfabetycznie. Kolejne zatem strony i strofy to czterowersowe wyliczanki na daną literę…

agrest, Azor, astry, asy, 
alpinista i atlasy,  
album, anioł, astronauta, 
autobusy oraz auta, 
bułka, burak, bursztyn, beczka, 
bluzka, bocian i babeczka, 
bąk, baletki, bzu bukiety, 
bóbr, biedronka i berety… 

 i tak dalej…


Wiersz wykańczają trzy strofy referujące, jak też zareagowali koledzy z obcej galaktyki na nasze wspaniałości:) Tekst dopełniają ilustracje Piotra Rychla. O ile wszystkie przedmioty odmalowuje w swoim, charakterystycznym stylu, o tyle przybysz naprawdę jest przybyszem z jakiejś innej, stylistycznej bajki i ja nie umiem się do niego przekonać. Jakiś komputerowy koszmarek…


Rok szkolny się rozpoczął. Jeśli Wasze maluchy zabierają się właśnie za pierwsze litery alfabetu dość niechętnie – może książka Strzałkowskiej coś im pomoże, temat ociepli i rozweseli:)



Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-65479-04-4

poniedziałek, 12 września 2016

Klaas Verplancke „Mus jabłkowy”


Swego czasu ogromne wrażenie zrobiła na mnie książka „Zły pan”. Ojciec jest pokazany w tej książce jako potwór, który niszczy rodzinę, wyżywa się na matce-żonie, krzywdzi dzieci. Zastanawiałam się wówczas, czy pokazywać w literaturze dzieciom rodzica, którego ponoszą nerwy, który wrzeszczy i  w oczach dziecka z pewnością zmienia się w monstrum. W sumie dlaczego by nie pokazywać. W życiu mamy lepsze i słabsze momenty jako rodzice. Udawanie, że jesteśmy cacy wydaje mi się po prostu głupie. Nie wiem, jak wy, ale ja wpadam w szał i bywa, że mówię dzieciom nie to, co chcę i jak by należało. Dlaczego więc by się z tym nie zmierzyć, nie odkryć przed dzieckiem wszystkich kart i nie powiedzieć mu – wiesz, każdy tak czasem ma, że wpada w złość i staje się potworem. Ale po chwili wszystko wróci do normy. Nauczmy się z tym sobie radzić.


Odpowiada mi sposób, w jaki Klaas Verplancke, flamandzki autor i ilustrator, rozprawia się z kwestią rozwścieczonego rodzica. Nie usprawiedliwia go, ale też i nie potępia. Życie po prostu takie jest. Tata głównego bohatera, chłopczyka na oko w wieku przedszkolnym, jest fajny. Umie różne rzeczy – śpiewać w kąpieli i łapać zbłąkane sny. Ma też mocne mięśnie i ręce pachnące musem jabłkowym. Ale tata też ma na brodzie kaktusa, a jego uszy czasem przestają słuchać. No i te ręce, które tak pięknie, ciepło pachną, czasem potrafią ciskać błyskawice. Wtedy bohater woli poszukać innego taty. Tekstowi, raczej oszczędnemu, towarzyszą ilustracje, które dopowiadają. Ojciec ciskający gromy zamienia się w małpę, po prostu. Ale co ciekawe – autor nie żałuje także małego bohatera. I on pod wpływem złości na ojca się zmienia. Jego oczy Verplancke obrysował mocno ciemną kreską. W myślach chłopca pojawia się wściekłe „Głupi tata”. I nawet kiedy tata już się nie złości, a przygotowuje mus jabłkowy, chłopiec wciąż jeszcze się dąsa. Bo każdy ma prawo do złoszczenia się – i dorosły, i dziecko.

Słowo o ilustracjach – kolejne strony oddają nastroje bohaterów. Łagodne, zielone, żółte, pomarańczowe barwy przypisane są do tych chwile, które ojciec i syn spędzają na wesoło. Zaś barwy szare i odcienie granatu opisują nastroje oddalenia i złości bohaterów.


Książka ukazuje się w ramach serii „Polecone z Zagranicy”. Dwie Siostry zamierzają tu publikować pozycje, które podbiły serca dzieci na całym świecie. Wydaje się, że będą to też książki poruszające ważne i trudne problemy młodych.



Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry
ISBN: 978-83-64347-45-0

piątek, 19 sierpnia 2016

Anne Crausaz „52 tygodnie”


Powoli kończy się lato. Czy zauważyliście już pierwsze oznaki jesieni? Oto ona… tak właśnie niepostrzeżenie przychodzi… w lekkiej rdzy…


Czy zauważyliście, jak zachowują się ptaki? Czy obserwujecie, jak z dnia na dzień dynie nabierając swych pomarańczowych rumieńców? Albo czy dostrzegliście już pierwsze nitki babiego lata?


Książka „52 tygodnie” uczy właśnie tego – przyglądania się światu i dostrzegania zmian, które przychodzą najczęściej niezauważalnie. Anne Crausaz przygląda się jabłonce. Zaczyna 1 stycznia, kiedy na drzewie wisi jeszcze jedno, już mocno spleśniałe jabłko, ale które wciąż stanowi pożywienie dla ptactwa.


Wraz z kolejnymi tygodniami, aż do końca roku, patrzymy wciąż na ten sam pień i dwie gałęzie. Ale to, co wydaje się tak statyczne, podlega bezustannym zmianom – drzewo dostaje pąków, potem liści, które zielenieją, rumienią się, aby znów opaść. Zmieniają się też goście na drzewie. W każdym tygodniu poznajemy innego ptaka i jego zwyczaje – co lubi jeść, jak się zachowuje i dlaczego.

Sierpniowe upały nikogo nie oszczędzają. Nawet jabłoń jest spragniona wody. Kraska złapała modliszkę, która wcześniej pożarła swojego partnera. Teraz kolej na nią…! 
Jabłka już bardziej nie urosną. Teraz trzeba poczekać aż dojrzeją. Coraz trudniej spotkać dudka. Ten przyleciał tu na wakacje. 

Oszczędne teksty, krótkie zdania mają za zadanie skupić czytelnika na obrazie i zachęcić do samodzielnej analizy, obserwacji. Dlatego Crausaz nie zagaduje, nie przegaduje obrazu. On stanowi tu centrum przekazu. Obserwujemy więc ten świat przyrody głównie w ciszy. Czujemy się zaintrygowani i zaczynamy się zastanawiać, kiedy ostatnio podglądaliśmy ptaki, leśne żuczki, muchy w naszym pokoju… Dorosły czytelnik odkrywa, że znów tak bardzo oddalił się od tego, co bliskie i piękne, ku temu, co gdzieś w tyle głowy, szybkie i nieuważne, byle jakie. Dlatego zamyka okładki książki i – jak ja – bierze aparat, który dopomaga w tym podglądaniu.


Zróbcie to samo. To przyglądanie się światu naprawdę pomaga – koi nerwy, uspokaja, daje poczucie harmonii.




Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg 
ISBN: 978-83-942952-2-6

wtorek, 19 lipca 2016

Marcin Szczygielski „Teatr niewidzialnych dzieci”


W naszym domu czeka się na książki niektórych autorów. Ja czekam zawsze na coś nowego od Chutnik (właśnie skończyłam „Jolantę”), Christensena (właśnie „Beatlesi” idą pocztą) czy Dehnela. Marta czeka na coś nowego od Szczygielskiego. W szczególności na nowy tom przygód Mai. Już zna tytuł i mniej więcej datę wydania. Już obmyśla, kogóż tytuł może dotyczyć. A na czas oczekiwania trafił jej się „Teatr Niewidzialnych Dzieci”… Hej, hej… ja też czekam na coś nowego od Szczygielskiego:) Właśnie! Bo pisarstwo Szczygielskiego to kawał dobrej prozy, wspaniałe charakterystyki postaci, absolutnie zniewalający sztafaż, błyskotliwe spostrzeżenia włożone w usta dzieci i – chyba najważniejsze! – genialne panowanie nad sensami, metaforą, zdolność do stworzenia dzieła, które znaczy na wielu poziomach. Zawsze miałam autorowi jedynie do zarzucenia skopane zakończenie – takie porzucone nagle, takie pourywane naprędce wątki, wykończenie-wymęczenie akcji, ukręcenie jej łba. I tym razem wszystko się kończy nagle. Ale! Tym razem zakończyć inaczej się nie mogło. Tym razem zakończyło się życiowo. I choć bardzo dramatycznie, to jednak jakoś tak łagodnie.

Akcję „Teatru niewidzialnych dzieci” umieszcza Szczygielski w PRL-owskim domu dziecka. Główny bohater, Michał Szymczyk oprowadza i wprowadza nas w życie wychowanków bidula bardzo skrupulatnie. Poznajemy najpierw sam budynek – piętra, pokoje, sale. Już to daje nam pewien ogląd sytuacji – dom dziecka to sprawnie działająca instytucja, to maszyna, w której trybiki dziecko musi się wpasować, bo jeśli tego nie zrobi, będzie miało problemy. A więc reguły i zasady, zapisywanie wyjść w zeszycie, kąpiel raz na dwa dni, jadłospisy, plany dnia i cisza nocna. To tak jakby być na koloniach przez całe swoje życie… Ale Michał sporo opowiada nam też o ludziach – wychowawcach i wychowankach. Te portrety, a w zasadzie klasyfikacje (wychowawcy to następujące typy: „w porządku”, „przejmujący się”, „szytywni”; wychowankowie – „łobuzy”, „przygłupy”, „fajni”, „przeroślaki”, „normalni”), jeszcze bardziej umacniają czytelnika w przekonaniu, że dom dziecka to swoiste pole walki. Akcja dzieje się w Siemianowicach Śląskich, ale także Katowicach, Bytomiu czy Rudzie Śląskiej – nie ukrywam, że miłe mi to było:)

Pierwsza część książki, opisowa, pozwala też poznać samego Michała i ogromnie go polubić. Chłopiec – choć zna zasady, także te dotyczące współżycia i relacji w domu dziecka – stara się uratować siebie przed cierpieniem. Dlatego emocjonalnie nie angażuje się w nic – tak myśli! Tak mu się wydaje! Pod tym względem przypomina mi bohaterkę Chutnik – Jolantę, która co rusz powtarza sobie zasadę „Nie mówić, nie ufać, nie odczuwać” (te dwie książki czytałam naraz i momentami naprawdę gubiłam się: czy Jolanta mieszka w Katowicach?). Ale serca na dłuższą metę nie da się oszukać. Każdy potrzebuje poczuć się kochany. I dlatego, kiedy z domu dziecka znika Kiwaczek i pani Jola – Michał przeżywa dramat, który doprowadza do załamania psychicznego.

Druga część to opowieść o zupełnie innym domu dziecka pod Lublinem. Tam nie ma zasad, jest wolność, jest normalne życie z podjadaniem chleba, osobnymi sypialniami, dekorowaniem pokoju i piknikami w sadzie. Ta część jest też dynamiczna. Pojawia się nowa ważna bohaterka – Sylwia, a wraz z nią przygotowanie przedstawienia teatralnego, które ma być wystawione 13 grudnia 1981 roku. Właśnie! Bo okoliczności polityczne – rzeczywistość PRL-u, rodząca się i działająca Solidarność, stan wojenny to tło równie istotne. Autor jest mistrzem w opisywaniu świata, jego troska o detale kupuje mu czytelnika.

... każdy z nas jest tylko małym, nieistotnym kamykiem, który można bezkarnie kopnąć. (...) Ale małe kamyki, nawet tak małe jak ziarnko piasku, mają moc, gdy jest ich dużo i zmieniają sie w lawinę, a wtedy nic ich nie powstrzyma
(kilkakrotnie autor parafrazuje Miłosza
Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
"Traktat moralny")

Zatem mamy tu wiarygodną opowieść o życiu ludzi u schyłku komunizmu, opisanie świata domów dziecka, mamy też historie, trudne historie dzieci, które walczą o swoje marzenia. Te dwa domy dziecka (Młody Las i Dębowy Las) to jednak także zgrabna metafora dwóch światów – komunistycznego i Solidarnościowego. Historia Michała czy Sylwii staje się historią człowieka, który próbuje wyrwać się ze szponów i trybów machiny, aby zacząć żyć i oddychać, być człowiekiem wolnym. Oczywiście to, o czym jest ta książka, jej odbiór będzie zależny od kompetencji, z którymi przyjdzie czytelnik. Zawsze podziwiam tę zdolność autorów do stworzenia dzieła, w którym dobrze odnajdzie się czytelnik mający lat 10, ale też mający lat 60.




Panie Marcinie, gratulacje! Po raz kolejny zdobywa Pan laury konkursu im. Astrid Lindgren. Zasłużenie:) Już niecierpliwie czekamy na kolejną książkę!!!

Ilsutracja na okładce: Emilia Dziubak
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Latarnik
ISBN: 978-83-6384-138-6

piątek, 1 lipca 2016

Dariusz Tuzimek „Lewandowski. Wygrane marzenia”


Nie lubię piłki nożnej. Dłużyzna, panie… nic się nie dzieje… Ale Euro 2016 i gra naszej drużyny podbiły moje serce! Było wielką przyjemnością oglądać tych kilka naprawdę ciekawych i emocjonujących meczy. Pięknie się to wszystko rozwijało… ja też jestem wdzięczna naszej drużynie za ich determinację i grę bez kompleksów. Oby tak dalej!


Właśnie! Oby tak dalej! To przecież nie koniec świata:) Mamy wspaniałych zawodników. Ja widzę też tego ducha walki w moim synu i jego kolegach, którzy ćwiczą namiętnie, z pasją. Czytają też chłopcy o swoich idolach! Książkom o tematyce piłkarskiej, które mamy w domu, poświęcę jeszcze osobny post, ale już dziś chcę powiedzieć, że cieszę się, iż ktoś pomyślał o chłopakach, którzy raczej wolą kopać niż czytać i sprawił, że to drugie także pięknie może się rozwijać. Seria Egmontu jest jedną z tych świetnych inicjatyw! Mamy w domu książkę o Messim, a teraz także upragnioną, wyczekiwaną książkę o Lewandowskim – idolu mojego syna.


 Książka jest świetnie zrobiona – począwszy od barwnej, interesującej okładki. Rozdziały przedstawiające drogę piłkarska Lewego przetykane są stronami zawierającymi fotografie z komentarzami. To genialny pomysł, który przytrzymuje uwagę czytelnika, zwłaszcza chłopca:) Opowieść o przechodzeniu do kolejnych klubów, o kolejnych meczach zawarto w pięciu częściach (1. Varsovia, 2. Lech Poznań, 3. Borussia, 4. Reprezentacja 5. Bayern). Dariusz Tuzimek, dziennikarz sportowy tworzy opowieść mającą wymiar wybitnie edukacyjny, wychowawczy. Każda porażka, każdy sukces ma swój komentarz:

Dlatego nie przejmujcie się, jeśli – mimo ciężkich treningów – nie gracie tak dobrze, jak sobie to wymarzyliście. Trzeba nadal trenować, należy być wytrwałym, konsekwentnym i liczyć na to, że kiedyś nadejdzie ten dzień. A porażki i niepowodzenia warto traktować jako szkołę charakteru, jako coś, co jest pewną próbą, sprawdzianem, czy jesteś wystarczająco twardy i mocny, czy się nie załamiesz. 
Właśnie tak do swoich niepowodzeń podchodzi Robert Lewandowski, bo on też – tak! tak! – nie zawsze wygrywa. Opowiem wam teraz o najbardziej przykrym doświadczeniu Roberta w reprezentacji Polski. 

Takich wstawek jest bardzo dużo w całym tekście. Mogą się niektórzy buntować, ze to zbyt nachalna dydaktyka, jednak moim zdanie chłopcy właśnie takiego mówienia wprost i prowadzenia po świecie ich własnych emocji potrzebują. Wzorowanie się na jakimś idolu… któż z nas tego nie przeżył? Jaki ogromny wpływ na nasze życie może mieć autorytet. Lewandowski jest przedstawiany przez Tuzimka właśnie w taki sposób, aby poderwać chłopców do lotu:) Aby nie bali się walczyć o swoje marzenia. Podoba mi się również szacunek, jaki Lewy okazuje rodzicom. Widać, jak bardzo docenia to, co dla niego zrobili, widzi, ile czasu mu poświecili, ile benzyny wyjeździli kilka razy w tygodniu wożąc Roberta z Leszna do Warszawy na treningi w Varsovii. Pojawia się też w tych opowieściach postać Mileny, siostry Lewandowskiego, Ani – żony i Tomka – największego przyjaciela. Autor próbuje też naszkicować portret prywatnego Roberta, ale raczej szanuje tę strefę i pozostawia ją owianą tajemnicą. Zresztą Taki właśnie jest Lewandowski – bardzo skryty:)

Mój młody:)




I co z tego, że Lewandowskiego i spółki nie ma już na Euro. Nie przeszkadza to czytać:)




Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Egmont 
ISBN: 978-83-281-1433-3