czwartek, 25 lutego 2016

Dziecko w szpitalu - książki oswajające

Rzeczywistość napisała tego posta... My w szpitalu, a post się publikuje!
Opisy pochodzą od wydawców. Jeśli jakaś inna książka przyjdzie Wam do głowy, koniecznie dajcie znać w komentarzu!!!



Grzegorz Kasdepke „Kuba i Buba w szpitalu, czyli o prawach dziecka-pacjenta prawie wszystko” 


Czy można całe życie być zdrowym? Nigdy nie mieć kataru, nie płakać z powodu bólu brzucha czy zęba, a gabinety lekarskie omijać szerokim łukiem? Niestety, tylko nieliczni mają takie szczęście. Większość ludzi, w tym dzieci, lekarza odwiedza regularnie. Doktor przeprowadza wstępne badanie, a kiedy sytuacja wymaga szerszej diagnozy – wypisuje skierowanie do szpitala. Pierwsza wizyta w szpitalu to prawdziwa przygoda. W każdej chwili ciekawość miesza się z obawami. Kim są ludzie w białych fartuchach? Do czego służą skomplikowane urządzenia? Czy dzieci są tu bezpieczne? Tak naprawdę nie ma się czego bać. Dyrektor, ordynator, lekarz czy pielęgniarka, a więc personel szpitala, robią wszystko, aby dzieci wyzdrowiały i wróciły do domu. Przypomina im o tym Karta Praw Dziecka Pacjenta, opracowana wspólnie przez Rzecznika Praw Dziecka i Rzecznika Praw Pacjenta. Czym jest Karta Praw Dziecka Pacjenta? Jesteśmy pewni, że najlepiej wytłumaczą to Kuba i Buba – bohaterowie książki, którą oddajemy w Twoje ręce. Bliźniaki w przystępny sposób wyjaśnią, dlaczego warto słuchać wskazówek lekarza, do kogo zwrócić się o pomoc, kiedy ktoś bliski zachoruje, czym jest tajemnica lekarska, a także co można, a czego nie wolno robić w szpitalu. Kuba i Buba zdradzą Wam również najpilniej strzeżone sekrety szpitala, do którego trafili. Wspólnie przeżyjecie przygodę pełną zwrotów akcji i śmiechu. Jesteśmy przekonani, że dzięki tej historii doskonale zrozumiecie, czym są prawa małego pacjenta.

Wydawnictwo Literatura


 Monika Zięba „Bo ja idę do szpitala” 


Sześcioletniego Alka czeka operacja serca i długi pobyt w szpitalu. Jest przestraszony i smutny, ale strach przed bólem i nieznanym miejscem pomogą mu przezwyciężyć przyjaciele - pluszowy łoś Tadeusz i mała Patrycja. Razem będą poznawać ten obcy szpitalny świat. Chłopiec przeżyje z nimi wiele przygód z wyprawą w kosmos włącznie! Odkryje tajemnice pracy lekarzy i pielęgniarek. Dowie się między innymi, czym zajmuje się kardiochirurg, a czym anestezjolog. Książka pozwoli dziecku oswoić strach przed szpitalem, a rodzicom pomoże w rozmowach na te trudne tematy.

Wydawnictwo Ezop

 Wojciech Widłak „Dwa serca anioła” 


Mój post o książce!
Wydawnictwo Media Rodzina

Eric Emmanuel-Schmitt „Oskar i Pani Róża” 


Czy w ciągu dwunastu dni można poznać smak życia i odkryć jego najgłębszy sens? Dziesięcioletni Oskar leży w szpitalu i nie wierzy już w żadne bajki. Wtedy na jego drodze staje tajemnicza pani Róża, która ma za sobą karierę zapaśniczki i potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji... Oskar i pani Róża to jedna z najpiękniejszych i najsłynniejszych powieści Erica-Emmanuela Schmitta, znakomitego francuskiego pisarza, wyróżnionego w 2010 roku Le Prix Goncourt de la Nouvelle. Książkę uzupełnia niezwykły prezent. Zawiera ona niezwykle osobistą przedmowę w formie listu napisaną specjalnie do polskich czytelników. Autor zdradza w nim, co skłoniło go do opowiedzenia niezwykłej historii Oskara i jak zmieniła ona jego życie.

Wydawnictwo Znak

Anna Witczak-Szumska „Moje Anioły” 


To niezwykła publikacja. Książka jest spełnieniem marzeń szesnastoletniej Ani, podopiecznej Fundacji Gajusz. Autorka pisze przede wszystkim o aniołach i spotkaniach z nimi; o niebie, ziemi i tworzeniu świata; o istocie życia, o zwykłych ludziach, których - podobnie jak jej - los nie oszczędza. Zadaje pytania nie tylko o sens choroby, śmierć i o to, co nastąpi po niej, ale i o odpowiedzialności za swoje decyzje: za swoje życie i za swoją śmierć. Mimo że porusza trudne tematy to w sposobie ich ujmowania wyczuwa się nieuchwytną pogodę i blask. Ich atmosfera nie jest mroczna - rozjaśnia ją szum anielskich skrzydeł. Wiele spośród opowiadań ma ciekawą formę literacką. Autorka z finezją posługuje się metaforą, czyniąc z niej główne narzędzie swojej twórczości. Całość oprawiona pięknymi ilustracjami znanego artysty Marcina Piwowarskiego. Ta książka jest wyrazem siły i wytrwałości Autorki. To także dowód na to, że "Wszystko jest możliwe" i że warto marzyć i walczyć!

Wydawnictwo Zielona Sowa


Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Florka. Mejle do Klemensa” 


Moich kilka słów...
Wydawnictwo Bajka

Katarzyna Babis „Maja z księżyca” 


O książce pisałam tutaj:)
Wydawnictwo Widnokrąg

 Anna Czerwińska-Rydel „Jak rumianek” 


Każdy z nas boi się szpitala, chociaż wszyscy wiemy, że jest czasem niezbędny. Ratuje zdrowie i życie, a jednak unikamy go jak ognia. Jak oswoić dziecko z chorobą? Co z robić, żeby szpital stał się miejscem przyjaznym? W jaki sposób rozmawiać z najmłodszymi o trudnych sprawach: chorobie, śmierci, lęku? Książka „Jak rumianek" powstała z myślą o dzieciach – tych chorych, które muszą często długo przebywać w szpitalu i tych, które jeszcze nigdy w nim nie były, a myślą o nim z lękiem. Powstała też z myślą o rodzicach, dla których choroba dziecka zawsze jest bardzo trudna. To książka, która działa jak rumianek – uspokaja, koi, leczy.

Wydawnictwo Bernardinum


Agnieszka Kaluga „Chorowitek” 


O czym opowiada tom pt. „Chorowitek"? Jest to opowieść o pewnym bardzo chorowitym chłopcu, który nie chodził do szkoły - choć bardzo tego chciał. Bajka opowiada o tym, że w takiej sytuacji trudno jest nawiązać prawdziwą przyjaźń. A przede wszystkim o tym, że zawsze warto próbować, bo… podobnie jak inni bohaterowie naszej serii: Nieśmiałek, Dokuczalska czy Gadulska, każdy - choć zupełnie inny – jest równie ważny!

Wydawnictwo MUZA

środa, 24 lutego 2016

Katarzyna Babis „Maja z Księżyca”


Rzeczywistość z nami współpracuje:) Kolejne książki, które wyjmuję z półki „oczekujące na recenzję”, okazują się idealnie wpisywać w nasze potrzeby. Jutro znów idziemy do szpitala… kilka dni temu położyłam się z Antkiem, żeby coś mu poczytać. „Maja z Księżyca” wydawała się objętościowo adekwatna do jego możliwości wytrzymania na leżąco. I kiedy trafiają się książki takie jak ta – uśmiecham się – bo cały wszechświat przychodzi nam z pomocą:) I z mocą!


Narratorką tej opowieści jest sześcioletnia Ala. Główną bohaterką wydaje się Maja – Księżniczka Księżyca, siostra Ali. Bardziej doświadczony czytelnik już po trzeciej stronie domyśli się, co się z nią dzieje. Okazuje się, że jest w szpitalu, ponieważ ciężko zachorowała i najprawdopodobniej wkrótce umrze. Jednak w relacji siostry słowa takie, jak szpital, śmierć, choroba, lekarz nie pojawiają się. Ala opowiada o odchodzeniu starszej siostry swoim własnym językiem. W jej oczach Maja jest Księżniczką, która przygotowuje się do powrotu na swoją planetę, na Księżyc, aby tam zasiąść na tronie i władać podwładnymi. Ala wyobraża sobie, co Maja będzie tam robiła. Sporo tych scen z kosmosu. Po niezwykle ciekawym wstępie, który pozwala nam rozeznać się w sytuacji sióstr, autorka przenosi nas w świat wyobraźni. Ja przyznam szczerze, że przelatywałam przez te fantazyjne, kolejne strony, ciekawa tego, co tu i teraz u Mai. Jednak okazuje się, że autorka pozostawia jej sytuację bez kontynuacji. I tak odkrywamy temat tej książki. Katarzyna Babis pochyla się nie tyle nad ciężko chorym dzieckiem, ale nad jego rodzeństwem, na tym, jak ono tę sytuację przeżywa, co z niej rozumie, jak próbuje poradzić sobie z cierpieniem. Ala bywa i zazdrosna o uwagę, jaką rodzice poświęcają siostrze, zdarza się, że z jej powodu musi się wstydzić, kiedy nikt w klasie nie rozumie, o czym mówi. Narratorka jest też zwyczajnie ciekawa tego, co naprawdę dzieje się z Mają. Niestety nikt z dorosłych niczego jej nie tłumaczy. Dlatego dziewczynka sama próbuje sobie wszystko ułożyć w głowie.


Podobają mi się ostatnie słowa tej książki.

Więc Ala próbuje (zrozumieć, jak Tam, gdzie Maja odchodzi, jest – przyp. MM). I chociaż ludzie czasem śmieją się z niej lub kiwają posępnie głowami – wcale nie uważa, żeby szło jej to gorzej niż innym. 

Babis daje dziecku równe prawa, prawa dorosłych. W gruncie rzeczy każdy z nas jakoś próbuje sobie kwestie odchodzenia, umierania (dziecka) poukładać. Każdy według własnych możliwości, własnej wrażliwości. Także dziecko.

„Maja z Księżyca” to projekt autorski. Babis jest odpowiedzialna także za ilustracje. Bardzo przypominają styl Sveina Nyhusa i jego ilustracje do „Tato”, „Zły Pan”, „Włosy mamy” czy „Grzeczna”. Charakterystyczne dla tego Norwega pozostają okrągłe twarze z równie okrągłymi, pustymi oczami, uproszczone i wydłużone sylwetki postaci pozostające najczęściej w pochyleniu. U Babis podobnie. Także pod względem kolorystki – minimalistycznej, strony zazwyczaj utrzymane są w jednej tonacji. Nie wiem, czy to na plus wszystko, czy na minus.


Ilustracja od Maków z Giverny, do ksiażki "Włosy Mamy" Gro Dahle i Sveina Nyhusa




Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg 
ISBN: 978-83- 938652-6-0

piątek, 19 lutego 2016

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Florka. Mejle do Klemensa”


Czas leci nieubłaganie. Kiedy pisałam o pierwszej części, moja córka Marta była w wieku przedszkolnym. Teraz czytam o Florci (to określenie Maryśki) z moja drugą córką, bo starsza z tej lektury już wyrosła. Zresztą sama Florka też się nieco wiekiem posunęła. Wiemy, że chodzi już do przedszkola. Mała Ryjówka spełnia się w pisaniu – był już pamiętnik, były listy (do Józefiny i do babci), są mejle. Tym razem do przyjaciela z przedszkola i z lekcji baletu, czyli do Klemensa, który przebywa w szpitalu, jest po operacji i powoli dochodzi do siebie. To poważny i ważny temat! Ponieważ ostatnio bywamy w szpitalu częściej niż ustawa przewiduje, znamy temat „dziecka w szpitalu” z autopsji (i czeka nas kolejna wizyta i kolejne badania w przyszłym tygodniu). Naszemu maluchowi (à propos – skończyły bliźniaki pół roku) nie możemy jeszcze niczego wytłumaczyć i przygotować go na zabiegi. Ale – wierzcie! – dzieci, te malutkie i te starsze – naprawdę chorują. Ciężko chorują! Stąd książka taka jak ta może wiele pomóc czy wręcz uratować.


Autorka wyzyskuje temat sprytnie. Kwestie szpitalne – choć dla Klemensa i Florki bardzo ważne – pojawiają się w listach bohaterki jakby przy okazji. Ryjówka rzuca przyjacielowi pytanie, a potem jego odpowiedź (której jednak czytelnik nie zna) komentuje. Dowiadujemy się tyle, że chomik miał operację i musi leżeć w szpitalu. Dzięki dociekliwości Florki czytelnik dziecięcy może poznać pojęcia mu dotąd nieznane, jak operacja, wenflon czy narkoza. Ma też odbiorca szansę oswoić strach związany z samotnością szpitalną, rozstaniem z rodzicami, nudą czy bliznami pooperacyjnymi. Urocze są zakończenia mejli. Wyrażenia zdradzają temat listu lub emocje, z którymi mierzy się Florka – „pozdrówki-nerwówki” „buziaki-przytulaki”, „całusy-prawdusy”, „cmoki-podskoki”.


Głównym tematem tej książki pozostają przedszkolne perypetie ryjówki, zatem typowe problemy dziecka w wieku 3-5. Należą do nich ruszający się ząb (leitmotiv tej opowieści), kłamstwo i przepraszanie, obrażanie się, podlizywanie się, by zdobyć czyjeś uznanie, a także przedstawienie z okazji Dnia Taty, na które główny zaproszony, czyli ojciec, nie przychodzi. Florka opowiada Klemensowi z przejęciem. Zdaje się, że pisanie staje się receptą na trudne chwile tak dla Florki, jak dla Klemensa. Jest w tych relacjach mnóstwo emocji – strach i złość, radość, zazdrość, niepewność czy zachwyt.

Florka to naprawdę dobra bohaterka. Udała się Roksanie Jędrzejewskiej-Wróbel ta postać. Interesująca, ciepła, prawdziwa. Jestem ciekawa, czy Florka jeszcze coś do kogoś napisze:)
A może ktoś chciałby kolorowankę?





Ilustracje: Jona Jung
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83- 61824-97-8

wtorek, 16 lutego 2016

Justyna Styszyńska „Bieguny i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy”


Tym, którzy czują niedosyt zimy (a kto nie czuje? Nawet ja czuję, choć zimy nie lubię), proponuję zimową książkę. Bieguny! Czyli tam, gdzie jest mroźno, a zima trwa niemal cały rok. Arktyka i Antarktyda. I jeśli sięgniecie po książkę Justyny Styszyńskiej będziecie mogli bliżej przyjrzeć się zwierzętom, które potrafią przetrwać w trudnych warunkach i których organizmy dostosowały się do panującego chłodu. Podobnie jak w „Lesie…” – autorka w krótkich opisach podkreśla, jak bardzo jedno stworzenie różni się od drugiego. Tym razem przyjrzymy się (reprezentanci Arktyki) reniferowi, lisowi polarnemu, wilkowi polarnemu, morsowi arktycznemu, zającowi polarnemu, sowie śnieżnej, niedźwiedziowi polarnemu oraz (reprezentanci Antarktydy) albatrosowi królewskiemu, słoniowi morskiemu, foce Weddella i pingwinowi cesarskiemu. Ostatnie zdanie i tu zachęca do zastanowienia się: „czy inne zwierzę z jego nosem też będzie wyglądać jak słoń?”. Choć autorka zapewnia we wstępie, że zwierzęta te nigdy nie przewędrują z jednego bieguna na drugi, więc nigdy się nie spotkają... cóż – moje dzieci uznały, że spotkać się mogą – choćby w książce. Renifer wędruje obok pingwina i nic sobie z zasad rządzących światem nie robi. A to wszystko dzięki naklejkom!



Kto się nudzi, książki w dłoń!

 

Tekst: Michał Koziński
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg 
ISBN: 978-83- 942952-5-7

Sam McBartney „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”


Czas okołowalentynkowy sprzyja wyznawaniu uczuć. Jakoś tak jest, że łatwo przychodzi nam mówić „kocham cię” do maluchów, ale potem wszyscy się starzejemy (także maluchy!), problemy narastają, życie się komplikuje i czasem proste wyznanie nie chce przejść przez gardło. Czasem jesteśmy tak zablokowani, że jedyne, co potrafimy zrobić, to wciąż ranić. W takie sytuacji „mieć dzieci” jest wybawieniem! Dzieci zachowują się jak Zajączek, bohater opowieści Sama McBartney’a – bez kombinowania, bez zażenowania, bez zawoalowania, prosto z mostu albo prosto do ucha szepcą swoje „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”. Jest jakiś czar w tych słowach, które rozmrażają dorosłe, kamienne serca i zmuszają Dużego Brązowego Zajączka do odpowiedzi, do daru. I tak zaczyna się licytacja, kto kogo bardziej kocha. Inicjatywa jednak zawsze wychodzi od Małego Brązowego Zajączka. To on jest tu kreatywny i wymyśla kolejne sposoby na okazanie uczucia. A dorosły może jedynie przebić ofertę…

- Kocham cię tak wysoko, jak tylko mogę dosięgnąć – powiedział Mały Brązowy Zajączek.  
- A ja ciebie kocham tak wysoko, jak JA potrafię dosięgnąć – odparł Duży Brązowy Zajączek.  
„To dopiero jest wysoko! – pomyślał Mały. – Też chciałbym mieć takie ramiona”. 


Jest w tym przekomarzaniu się i radość, i zachwyt, i zabawa. Podziw malca wobec rodzica bezustannie narasta, bo dorosły zawsze może i umie więcej. Ostatecznie jednak mądry rodzic pozwala dziecku pozostać w przekonaniu, że także i ono potrafi coś „najbardziej”. Prostej historyjce towarzyszą niesamowicie ciepłe ilustracje Anity Jeram. Przypominają trochę styl Beatrix Potter – miękki i radosny.

Więc dzieci mogą nas uratować. Wspólne z dziećmi czytanie książek może nas uratować także.

PS
Sam McBartney to mężczyzna. Fotografie przedstawiają dobrotliwego staruszka. Autor kontynuuje przygody Zajęcy w kolejnych tomikach.






Znalazłam też takie naklejki:)



 

Przekład: Jarosław Mikołajewski
Ilustracje: Anita Jeram
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015 (wydanie siódme)
Wydawnictwo: Egmont 
ISBN: 978-83- 237-1435-4

poniedziałek, 8 lutego 2016

Catherine Rayner „Ernest”



Zaskoczenie. Uwielbiam być zaskakiwana. I chyba dlatego tak bardzo lubię odkrywać współczesną literaturę dla dzieci. Zaskoczenie jest bowiem budulcem wielu dzisiejszych książek dziecięcych. André Gide twierdził, że „Wszystko zostało już powiedziane, ponieważ jednak nikt nie słucha, trzeba wciąż zaczynać od nowa”. I to tak opowiadać, żeby jednak usłyszeli. Stąd zaskoczenie, które sprawia, że historia wryje się w pamięć jako unikalna, jedyna.

Zachwyca mnie też we współczesnej literaturze dla dzieci prostota. Te pomysły banalne! Te historie tak oczywiste! Te opowieści, które zdaje się, że aż prosiły się, by je opowiedzieć. Catherine Rayner najwyraźniej dała się ubłagać, by jedną z tych „oczywistych oczywistości” światu objawić. Bo czyż nie wydaje wam się, że koncept łosia, który chce wejść do książki, ale się w niej nie mieści, to pomysł typu „że też sama na to nie wpadłam”?


Ernest – główny bohater książki Rayner – jest łosiem. Ogromnym. Jest tak duży, że w jednym kawałku w książce się nie mieści. Jak wejdzie poroże, to nie widać pupy i ogonka. Jak wedrze się głowa, to znów giną racice. No i co tu począć? Obserwujemy zmagania się łosia z własnym, potężnym cielskiem z troską i współczuciem. Na szczęście Ernest jest dzielny, nie poddaje się i ma małą przyjaciółkę (nie jestem pewna czy to wiewiórka!), która – choć mały – to jednak ma łebek na karku. Ona to wpada na genialny pomysł, by dokleić w książce papiery tu i tam, i już! Voilà! Oto łoś! I tu zachwyty! Nad łosiem w całości, nad rewelacyjnym pomysłem przyjaciółki Ernesta i samej autorki.


Książek takich jak „Ernest” nie czyta się na dobranoc. Książki takie jak ta stanowią wstęp do zabawy, zachęcają do kreatywności, wyzwalają w dziecku drzemiące w nim zdolności, podtrzymują w nim dziecięcość, naiwność, prostotę, ratują przed dojrzewaniem, dorastaniem. Kup sobie „Ernesta”, kiedy czujesz, że starość ci zagraża, że zgubiłeś swoje wewnętrzne dziecko. I kiedy chcesz ocalić swojego potomka przed „nie dam rady” albo „do niczego się nie nadaję”.

Zdjęcia pochodzą ze strony autorki. Ja koniecznie chciałabym przeczytać "Sylvia and Bird":)



Przekład: Anna Gołębiowska
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2013
Wydawnictwo: EneDueRabe
ISBN: 978-83- 62566-32-7

czwartek, 4 lutego 2016

Taka oto Prośba:)




Zbieramy na rehabilitację syna. Naszego syna. Mamy nadzieję, że nie będziemy musieli zbierać na operację z dala od domu. Bo operacja czeka go na pewno. Pytanie gdzie.