czwartek, 31 marca 2016

Fiep Westendorp „W domu, w dziczy, na ulicy. Rozbrykany słownik obrazkowy”


Ze zdziwieniem odkryłam, że nie napisałam ani jednej recenzji z czterech tomów „Julka i Julki”, które wypożyczaliśmy z biblioteki i czytaliśmy namiętnie pewnie ze trzy lata temu. Podobała nam się ta dwójka – przede wszystkim ich psotna natura. Autorka, Annie M.G. Schmidt, z humorem puentowała krótkie opowiastki o Julce i Julku. Dlaczego wspominam o tym teraz? Bo Fiep Westendorp zilustrowała ich przygody. Przed sobą mam autorską książkę tej ilustratorki – „W domu, w dziczy, na ulicy. Rozbrykany słownik obrazkowy”. I wiecie co? Pełno tu Julków i Julek!!!

Styl Fiep Westendorp jest specyficzny. Jej bohaterowie są naprawdę pocieszni – najczęściej nieco przy kości, z wielkimi pupami, zadartym nochalem, z miną ciut głupawą, zawsze zdumieni, zaciekawieni. Nic więc dziwnego, że postaci Julka i Julki stały się ikonami holenderskiej kultury dziecięcej. Dlatego możliwość obcowania z książką tej autorki daje wielką radochę. Powiem wam, że od mnogości obrazków oczy prawie strzelają błyskami zachwytu:)


Ten słownik obrazkowy doskonale sprawdzi się w rączkach dzieci, które jeszcze nie poszły do przedszkola. Twarde, kartonowe stronice dają dziecięcym paluszkom szansę przewracania stron w tę i z powrotem. Mamy tu słownik obrazkowy, a więc okazję do ćwiczenia nowych słów. Kolejne rozkładówki (w sumie jest ich dwadzieścia cztery) przedstawiają coraz to nowe tematy. Westendorp koncentruje się tu na tym, co dla dziecka bliskie i ważne, nawet jeśli dla dorosłego niekoniecznie najwyższej wagi, jak „W cyrku”, „Dobranoc” czy „W gospodarstwie”. W ramach tematu zaś przyglądamy się mini scenkom podpisanym słowem lub wyrażeniem. Na przykład w temacie „W ogrodzie” znajdziemy takie świata opisanie: kos, słońce, kwiaty, płotek, drzewo, gołąb, parkan, beczka na deszczówkę, konewka, królik łopata, gniazdo… Niektóre scenki rozśmieszają – jak lama zjadająca kwiaty z bukietu pana przyglądającego się lwu. Mnóstwo tu uroczych drobiazgów i puszczania oka do odbiorcy. Dlatego czytelnik wsiąka i wertuje długo, długo.


Słowniki obrazkowe (mnie podoba się też Janoschowy słownik) dają ogromne możliwości. Rodzic, który ma odrobinę wyobraźni i cierpliwe dziecko, może opowiedzieć/przeczytać tę książkę po swojemu, dopowiadając do scen, opisując i rozwijając wątki. Można zamienić rolę i wtedy dziecko z wyobraźnią będzie potrzebowało cierpliwego rodzica:) Słownik z obrazkami można wykorzystać do ćwiczeń logopedycznych, do wywoływania głosek bądź nauki mówienia. Ambitne stworzenia mogą nawet próbować nauczyć się czytać samodzielnie. Jestem pewna, że także inne pomysły na bycie z tą książką zrodzą się w trakcie już choćby jej przeglądania.



Ilustracje: Fiep Westendorp
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry 
ISBN: 978-83-64347-36-8

czwartek, 17 marca 2016

Roald Dahl „Matylda”


Ostatnio Marta ubiega mnie co do lektur dziecięcych. Zanim zdążę się zainteresować okładką, Marta już ma połknięte:) Lekturze „Matyldy” Roalda Dahla towarzyszyło wzburzenie. Dawno żaden tekst nie wzbudził w moim dziecku tak zdecydowanych reakcji i potrzeby komentowania.

Dahl napisał książkę, która pokazuje świat dorosłych w ostrej karykaturze. Wpierw poznajemy rodziców malutkiej Matyldy, która - choć ma dopiero około pięciu lat – umie czytać i dokonywać skomplikowanych obliczeń w pamięci. Narrator stwierdza, że bohaterka jest dzieckiem „wrażliwym i błyskotliwym”, jednak jej rodzice traktują ją „jak szpetny strupek”. Ojciec, pan Wormwood jest dilerem samochodowym, kantującym przy każdej okazji. Oszukuje swoich klientów, przekręcając licznik samochodu, a do skrzyni biegów ładując trociny, żeby nie trzeszczało. Pani Wormwood zaś okazuje się miłośniczką bingo i telewizji – jej świat na tym się zaczyna i kończy. Oboje nie przebierają w słowach – Matylda ma „małą, zakutą makówkę” i jest „niedouczoną smarkulą”. Potem poznajemy chyba kogoś jeszcze gorszego – to panna Tranchbull, dyrektorka szkoły, do której chodzi Matylda. Ta to dopiero ma słownik: „Ty kapuściany łbie! (…) Ty marna mimozo! Ty próżny pierwotniaku! Ty rozpasione roztocze!” – skierowane do Ruperta, który pomylił się w tabliczce mnożenia. Tranchbull wygląda rzeczywiście jak rozjuszony byk. Ona także w ten sposób się zachowuje – łapie małe dziewczynki za warkocze i rzuca za płot, ciągnie chłopców za uszy i dodaje, że od tego nikomu jeszcze uszy nie odpadły.


Świat Dahla jest przerysowany do granic absurdu, ale też do granic drastyczności. Dlatego lekturę „Matyldy” powinny podjąć dopiero dzieci, które rozumieją karykaturę, absurd i groteskę. I które będą potrafiły oddzielić fikcję od rzeczywistości. Niewprawny czytelnik może odnieść wrażenie, że świat dorosłych jest zepsuty do szpiku kości (chlubnym wyjątkiem jest tutaj Panna Honey), że dorośli to kłamcy i brutale.


Wspominałam o reakcji mojej córki. Najpierw oburzyło ją zachowanie Pana Wormwooda: „Mamo, ten pan napycha trocin do auta”. Ale potem – i to mi się bardzo spodobało! – oburzyło ją także zachowanie samej Matyldy: „Mamo, ona podmieniła tacie szampon na środek farbujący włosy”. Bo nie jest prawdą, że tylko dorośli są zepsuci. Matylda ma zadatki na kogoś równie okrutnego. Jej podstępy nie mają w sobie niczego cnotliwego. I choć narrator bezustannie się nad malutką bohaterką rozpływa: „Panna Honey z zachwytem stwierdziła u dziewczynki całkowity brak zadufania i zarozumiałości”, ja do Matyldy jakoś nie mam przekonania. Świat nie jest czarno-biały, jak chciałby Dahl.


Dahl jest antypedagogiczny. Nie spodziewaj się, czytelniku, morału. Raczej możesz być pewny, że nikt nie będzie cię tu pouczał. Jeśli już, to po prostu dostaniesz kopa do tego, żeby zawalczyć o swoje. Dahl w ciebie wierzy:)

Na koniec muszę przyznać, że mimo wszystko podobało mi się ostatnie zagranie Matyldy względem panny Tranchbull. Mistrzowskie!




Ilustracje: Quentin Blake
Tłumaczenie: Karolina Kopczyńska-Rojek
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Znak Emotikon
ISBN: 978-83-240-3918-0

piątek, 4 marca 2016

La Fontaine „Bajki. Fables”


Z bajek La Fontaine’a najlepiej pamiętam „Kruka i lisa”. Bajka ta zamieszczona w podręczniku z podstawówki zrobiła na mnie wówczas ogromne wrażenie. Byłam zachwycona przebiegłością lisa. Myślę, że był to jeden z tych tekstów, który umocnił we mnie przekonanie, że słowo ma potężną moc i za jego sposobem możemy uczynić, co chcemy.


Bajki – krótkie, wierszowane, Krasickiego, Mickiewicza czy La Fontaine’a – straciły swoich odbiorców. To moje zdanie. Wyrazisty dydaktyzm, archaiczny język, składnia, która wymaga skupienia – to nie na dzisiejsze czasy. Nie będę się upierała, że to dziś koniecznie do życia potrzebne. Uważam jednak, że tradycję, kanon znać trzeba. A La Fontaine do klasyków należy. Warto więc się na chwilę autentycznie nad bajkami pochylić, chwilę się utrudzić z tekstem. Tym bardziej że ciekawie i pomocnie czyta go Elizabeth Duda (do książki bowiem dołączono płytę CD). A tekstów mamy osiem – „Konik polny i mrówka”, „Kruk i lis”, „Żaba i wół”, „Dąb i trzcina”, „Żółw i zając”, „Wilk i bocian”, „Szczur i lew”, „Kogut i lis”.

Widnokrąg wydał książkę dwujęzyczną, co dodatkowo wzbudza zaciekawienie czytelnika publikacją. Mamy okazję poznać wersję polską i francuską. Bajki w oryginale brzmią arcyciekawie – jędrnie, mocno, emocjonalnie. Dźwięki towarzyszące (przede wszystkim odgłosy zwierząt) z pewnością wzbogacają przekaz.


Wydanie to wyróżniają też ilustracje. Do każdego tekstu jedna. Za każdym razem innego ilustratora (wyłoniono je w drodze konkursu). To także osiem różnych stylów – zdecydowanie nowoczesnych. To ciekawe! – wydawca łączy więc klasyczny tekst z nowoczesną interpretacją ilustratora. Mnie podoba się to malowanie plamami, niedopowiedzeniem, kolorem. Co ciekawe, pojawiają się tu całkiem nowe nazwiska artystów. Obyśmy wieli okazję oglądać ich kolejne prace! Dla Joanny Bartosik mam wiadomość, że lepiej wypada malowanie na plamach niż obrazy stricte komputerowe.

Więc… ciekawe doznanie – te lektura, gdzie wczoraj spotyka się z dziś:) I spotkanie to wypada całkiem zgrabnie!







Ilustracje: Agnieszka Srokosz, Agnieszka Świętek, Ada Birecka, Mateusz Piestrak, Paweł Mildner, Monika Jaworowska-Duchlińska, Joanna Bartosik, Anna Chmielnik
Przekład: Władysław Noskowski, Ignacy Krasicki, Stanisław Komar, Franciszek Kniaźnin
Oprawa: Twarda + płyta CD
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg
ISBN: 978-83-938652-8-4

czwartek, 3 marca 2016

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”





Pamiętam, że książka „Madame” Antoniego Libery zaczynała i kończyła się zdaniem: „Kiedyś to były czasy…” (to być może nie jest dokładny cytat, bo nie mam książki przed sobą, ale na pewno oddaje sens). Narrator wypowiada je na wspomnienie okresu dorastania. Nie wiem, jak wy, ale ja co jakiś czas powtarzam podobnie. Moja przeszłość mnie roztkliwia. Mam dobre wspomnienia. Na szczęście. Myślę, że w większości możemy tak powtarzać o naszym dzieciństwie, czasach szkolnych, okresie dorastania, wchodzenia w dorosłość. Jedynie teraźniejszość nigdy nam nie pasuje. Mogłoby być lepiej. Inaczej. Nie tak sobie to wyobrażaliśmy. Ale – jak sugerował Libera – każde „teraz” staje się mitycznym „kiedyś”, wspominanym z rozrzewnieniem. Znów – nie wiem jak wy – ale ja pielęgnuję wspomnienia. I mam w głowie, że odpowiadam też za wspomnienia moich dzieci. I ponieważ okres swojego dzieciństwa uważam za czas doskonały – staram się stwarzać moim okazje do przeżywania tego samego, a przynajmniej podobnego. Więc bieganie po polach, chowanie się za snopkami siana, budowanie namiotów/baz z koców, prowadzenie samochodu u taty na kolanach… te wszystkie momenty, które wryją się w pamięć na zawsze. I kiedy już będziemy staruszkami – wywołają na naszych twarzach ten charakterystyczny uśmiech, na mgnienie oka, na mały flesz przeniosą nas tam, z powrotem, gdzie było dobrze.


Dlatego „Banany z cukru pudru” to lektura sentymentalna. Choć opowiadający są dziś staruszkami i ich dzieciństwo przypadło na okres okołowojenny, odbiorca czuje z nimi dziwną nić porozumienia. Czyżby dzieciństwo z lat 80-tych niewiele się różniło od tego z lat 50-tych? Może było bardziej twarde, siermiężne, jednak była w nim ta sama radość, to samo szaleństwo, ta sama ekscytacja. Dwadzieścia trzy osoby wspominają, jak się bawiły, co jadły, jak wyglądały ich ubrania, święta, szkoła, jacy byli rodzice i dziadkowie, koledzy. A wszystko to okraszone zdjęciami, których oglądanie dziś – w dobie cyfrowej, dopracowanej fotografii - staje się przyjemnością na najwyższym poziomie. I chociaż na zdjęciach nie rozpoznajemy przecież żadnej znajomej twarzy, wydaje się nam, że gdzieś już takie ujęcie widzieliśmy. Być może w naszych rodzinnych albumach widnieją podobne. Ujęcie na sankach, zdjęcie z rowerkiem, pierwsza sukienka z falbankami, wakacje nad morze, zdjęcie z legitymacji szkolnej, portret komunijny… Ta lektura budzi w czytającym tęsknotę. Za prostymi emocjami, prostymi historiami. Za czasem kiedy wszystko po prostu się działo.


A po lekturze – to rzecz pewna! – wyciąga się swoje własne albumy. Albo naciąga babcię, dziadka, pradziadka na wspomnienia. Ta książka może też natchnąć do tego, żeby samemu zrobić rzecz podobną. Stać się autorem rodzinnej kroniki, zarejestrować wspomnienia. To na pewno wartość dodana tej lektury!




Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Oryginały
Strony: 144
ISBN: 978-83- 943230-0-4