środa, 12 października 2016

Joanna Bartosik „Raz Dwa Trzy Słyszymy”, „Raz Dwa Trzy Mówimy”



Myślę, że nikt obecnie jak ja nie zdaje sobie sprawy, ile trzeba włożyć trudu, żeby nauczyć dziecko mówienia. Nasz Antoś ma zespół Downa, a to wiąże się z obniżonym napięciem mięśniowy, a to z kolei wiąże się z charakterystycznym wywalonym językiem. Ćwiczenia mięśni buzi to jedne z pierwszych ćwiczeń, które wykonuje się u zespolaków już po urodzeniu. Antek radzi sobie z trzymaniem języka za zębami dość dobrze. Myślę, że pomogło mu też karmienie piersią. Nadal jednak pracujemy nad otwartą buzią. Do tego też trzeba napiąć odpowiednie mięśnie. Żeby mówić potrzebny też jest prawidłowy słuch. Antek i z tym ma problem – niedosłyszy. Nosi aparaty i widzimy ogromną poprawę. Uczestniczy też w zajęciach z surdologopedą. Na pewno Antek potrafi powiedzieć „am” i wiąże to z jedzeniem. Pracujemy też nad samogłoskami oraz pierwszymi wyrazami dźwiękonaśladowczymi – „mu”, „be”, „iha”. Każda pomoc dydaktyczna jest w cenie:) Książki także.



Pisałam już kiedyś o wspaniałej książeczce do nauki pierwszych dźwięków – „Bee, mee i kukuryku”. W tym temacie polecam też dla maluchów „Babo chce”. Dziś do tych ulubionych książeczek do nauki mowy dokładam propozycje Joanny Bartosik „Raz Dwa Trzy Słyszymy”, „Raz Dwa Trzy Mówimy”. Ta pierwsza wprowadza w wyrazy dźwiękonaśladowcze, druga w zwroty grzecznościowe, dlatego może stanowić drugi etap pracy nad mówieniem. W kartonowej książeczce „…Słyszymy” znajdziemy kolorowe rozkładówki z jednym słowem na każdej – „akuku”, „kap kap”, „hop”, „stuk puk”, „kra kra”… Obrazek ograniczony do trzech, czterech barw stanowi kontekst dla dźwięku i pomaga powiązać słowo z jego znaczeniem. W „… Mówimy” jest podobnie pod względem ilustracyjnym, jednak tu mamy do czynienia już z prostymi, rymowanymi zdaniami – „Cześć, chciałbym cię zjeść”, „Chętnie się poczęstuję, dziękuję” czy „Przepraszam, że przestraszam”.



Jak można czytać książeczki Bartosik? Twarde strony zabezpieczają przed małymi, niewprawnymi łapkami i ostrymi ząbkami, które potrafią zniszczyć. Warto dawać książeczkę dziecku po to, żeby po prostu miało kontakt. U nas w skrzynce z zabawkami albo gdzieś w zasięgu ręki najmłodszych zawsze leżą książeczki kartonowe. Po prostu po to, żeby dziecko się opatrywało, żeby traktowało książkę, jak coś naturalnego, dostępnego, codziennego. I naprawdę – z doświadczenia wielodzietnej matki! – książka nie przegrywa z interaktywnymi zabawkami. Nawet nasze niepełnosprawny Antek fascynuje się książkami – tym, że przewracają się strony, że jest kolor. Wszystkie moje dzieci lubią przeglądać książki. I to jest ich czas, kiedy są z książką sam na sam. To jest kapitał na ich czytelniczą przyszłość! A poza tym – książeczki kartonowe można czytać i nie martwić się, że dziecko się znudzi. „Akuku” zawsze zdążymy przeczytać:) Możemy zachęcać, żeby powtórzyło. Warto do tego wyszukać zabawek – konika, który zrobi hop, ptaszka, który zrobi stuk puk czy pieska, który zaszczeka hau hau. Właśnie zabawki pozwolą wzmocnić jeszcze naukę. Inne pomysły zrodzą się same:) Albo dziecko nam je wskaże:)


Ćwiczymy "bam":)








Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Widnokrąg 
ISBN: 978-83-944971-2-5; 978-83-944971-3-2

poniedziałek, 10 października 2016

Oldřich Růžička „Ale jazda! Historia samochodu”


Tłumaczone w ostatnim czasie przez Bajkę na polski książki (z Czech?) charakteryzuje ogromne nagromadzenie szczegółów, brak linearnej fabuły i specyficzne poczucie humoru (w zasadzie są to po prostu humorystyczne wtręty jakiegoś dodatkowego bohatera-komentatora, który spaja całość w jedno). Nie wiem sama, czy mi się to podoba czy nie. Takie książki, jak „Fach, że ach!” czy „Na pokładzie”, to zdecydowanie literatura edukacyjna, która przybliża dane zagadnienia czy też po prostu odpowiada na konkretne zainteresowania dziecka. Jeśli twoje dziecko interesuje się samochodami – z pewnością wciągnie go lektura książki „Ale jazda! Historia samochodu”. Ja od razu nie ukrywam, że wolę kiedy o historii motoryzacji, silnikach opowiada się w ten sposób – „Niezwykłe przygody latającej myszy”.


Co zatem znajdziemy pomiędzy okładkami – ano opowieść o tym, jak człowiek wynalazł koło. Ale zanim miał koło, to były płozy, potem pierwsze wozy ciągnięte przez zwierzęta, aż wreszcie silnik spalinowy… Kolejne rozkładówki rozwijają takie tematy, jak ciężarówki, wyścigi, samochody osobowe czy samochód od A do Z po prostu. Młody fan motoryzacji znajdzie więc tutaj wszystko, co potrzeba. Jak wspomniałam, nie ma tu jakiejś dłuższej opowieści. Tekst to zbiór notek z datami, nazwiskami, ważnymi informacjami. Żeby nie było zbyt poważnie – i tu mysz, która biega po stronach jak szalona, niczym bolid F1 i komentuje: „Nie przejedź mi ogona!” czy „To będzie wyścig mojego życia!”. Po stronicach pałęta się młodzieniaszek, który pozostaje w zachwycie: „Zdumiewająca maszyna!”, „Ale fura!”. Oczywiście obrazy przedstawiające samochody są dość wierne oryginałom.


Moje szkolne dzieci mają w ramach zajęć od czasu do czasu przygotować prezentację jakiejś książki. Marta nigdy nie ma problemu z wyborem książki i prezentować mogłaby codziennie. Janek natomiast lubi piłkę nożną i nie przepada za czytaniem dłuższych tekstów. Dlatego „Ale jazda!...” to książka w sam raz dla chłopaka jak on – męski temat, nieprzegadana, wystarczająco tekstu i ilustracji. Polecamy!




Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-65479-06-8