Andrea De La Barre De Nanteuil, Lovisa Burfitt „Mademoiselle Oiseau i listy z przeszłości”




Wszystkie zdjęcia mojego autorstwa.

Książkę przeczytasz także na Legimi:





Książka o Mademoiselle Oiseau („Nie wiecie, jak wymówić jej nazwisko? Powiedzcie: Łazo, z akcentem na o. Brzmi elegancko, prawda?”) jest kobietą. Kapryśną, zmienną, dziwną, niezrozumiałą, emocjonalną. Jeśli spodziewasz się znaleźć tu sensowną historię, prowadzącą od punktu A do B – zawiedziesz się. Raczej poczujesz się jakbyś kogoś tropił, jakbyś coś próbował uchwycić, ale ciągle wymyka ci się to z rąk. Jeśli liczysz na prostotę fabularną, raczej dostaniesz garść obrazów spojonych ze sobą, prawda!, jednak jakoś tak efemerycznie, ulotnie. Opowieść o Juliette Ouiseau, która pewnego sierpniowego dnia uniosła się na jedwabnym dywanie i odpłynęła, zaczyna się dziwnie i takoż się kończy.

Jeśli czytać tę historię małym dziewczynkom, jak moja Marysia, pięcioletnim, zapewne usłyszą one opowieść o pewnej pani, która nie lubiła świąt Bożego Narodzenia, bo źle jej się kojarzyły. Dlatego uciekała przed nimi, aby razem z siostrą jakoś przetrwać ten czas. Jeśli jednak czytać tę historie będą dziewczęta starsze, och, jaką będą tam miały ucztę. Na początku utoną w paryskim światku bibelotów, misternie przygotowanych domków dla lal, piórkach, rogalików croissant, caffé crème, chocolate chaud i wszystkich tych „Oui, ҫa va” i „magnifique”. Autorka tka opowieść także o Paryżu, za którym każda kobieta potajemnie tęskni.

„Luisa wybrała balkon. Rozsiadła się w aksamitnym fotelu, a nogi w zgrabnych trzewiczkach położyła na srebrnym jeleniu”.



„Był świąteczny wieczór. Zapadł już zmrok. Paryskie dachy były czarne i lśniące, ale pod oknami Mademoiselle Oiseau widać było światełka pstrokatych choinek.


(…) Na drugim brzegu Sekwany w powietrzu unosiła się lśniąca kula. Płynęła nad dachem Musée d’Orsey, a potem sunęła wzdłuż kamienic przy przystani Quai Anatole France, by w końcu przedostać się na drugi brzeg mostem Pont Royal. Dalej frunęła lekko nad czubkami drzew w ogrodach Tuileries. Była tak piękna, że aż zapierała dech w piersiach”.



Nade wszystko jednak jest to historia o relacjach. Zwłaszcza tych siostrzanych. Bo te relacje są tak silne, że mogą zranić na zawsze, najmocniej, ale też mogą uratować. Zatem wpierw razem z Isabellą (sąsiadką Oiseau) odkrywamy dlaczego główna bohaterka ucieka przed świętami, dlaczego tak źle jej się kojarzą.

„Nagle Isabella zwróciła uwagę na fotografię ukrytą za komódką z mnóstwem tajemniczych półeczek i szuflad. Podeszła do mebla, kucnęła i wyciągnęła ramiona tak daleko, jak tylko potrafiła, i czubkiem palca dotknęła zdjęcia. Chwyciła je i przeciągnęła do siebie.
Zdmuchnęła z niego kurz i dopiero teraz dostrzegła, że fotografia przedstawia dwie dziewczynki. Mogły mieć po siedem lub osiem lat. Patrzyły wprost w obiektyw aparatu. Były ubrane w identyczne czarne sukienki ze śnieżnobiałymi kołnierzykami bebe. Isabella przyglądała się zdjęciu – coś w intensywnym spojrzeniu dziewcząt przykuło jej uwagę. Obie postaci były połączone długim, grubym warkoczem – ktoś splótł ich ciemne włosy pod lewym uchem jednej z nich i pod prawym uchem drugiej, a następnie związał je elegancką kokardą”.



Potem razem z Juliette Oiseau i jej siostrę Luisą czytamy listy z przeszłości i odkrywamy, ze to, co je tak mocno zraniło, stało się też wyzwalaczem czegoś cudownego w ich życiu. Sprawiło, że zaczęły używać magii. Ale czym jest ta magia? Czy nie przypadkiem zdolnością do spojrzenia na zwykłą rzeczywistość inaczej, zawsze pozytywnie, zawsze szukając tego, co piękne?



To historia utkana z wrażeń. Tę niesamowitą atmosferę budują też ilustracje – ulotne, delikatne, kobiece. Choćby dla nich warto zanurzyć się w tę opowieść, dać się porwać do Paryża, posłuchać mruczących kotów… Jak widać, w mojej głowie ta opowieść od razu przekuwa się w obrazy.

„Chmury zniknęły, a na werandę wpadł nagle czerwony promień jesiennego słońca”.




Książka w Legimi

Ilustracje: Lovisa Burfitt
Oprawa: Twarda
Stron: 132
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Komentarze