poniedziałek, 21 grudnia 2009

J.R.R. Tolkien "Pan Błysk"

W naszym domu (w pokoju dziecięcym) są dwie półki na książki. Pierwsza jest ogólnie dostępna. Dzieci podchodzą do niej, gdy mają ochotę, i wybierają sobie te lektury, które w danym momencie najbardziej do nich przemawiają. Druga półka znajduje się wyżej, tak by utrudnić dostęp (choć i z tym ostatnio bywa różnie, bo – jak wiadomo – potrzeba matką wynalazku). Właśnie tam znajdują się pozycje, które mają przetrwać czas paluszkowego kataklizmu i wyjść z niego bez szwanku. To po prostu książki wartościowe. I bynajmniej nie myślę tu o cenie, jaką przyszło nam zapłacić. Nie! Tu liczy się autor czy zawartość między okładkami. Pan Błysk Tolkiena leży sobie właśnie na tej trudno dostępnej półeczce.

Ta króciutka – jak na autora Władcy Pierścieni – opowieść została stworzona dla synów Tolkiena, Johna, Michaela i Christophera. Wydano ją dopiero po śmierci autora, w 1982 roku. Co niezwykłe dla tego wydania, to faksymile każdej strony rękopisu. Trzeba też podkreślić, Tolkien jest tu i autorem, i ilustratorem – gratka więc podwójna. Można się poczuć, jakby to dla nas osobiście historia została wymyślona.

Kto spodziewa się historii jak ot choćby z Hobbita, srogo się zawiedzie. Profesor konstruuje opowieść całkiem odrealnioną, by nie rzec oniryczną. Główny bohater, Pan Błysk, zwykł nosić wysokie cylindry i właśnie postanawia kupić sobie samochód – żółty, koniecznie z czerwonymi kołami (wzorowany na samochodziku syna). Niestety Pan Błysk kiepsko prowadzi i co rusz wpada w tarapaty. To jednak nie najgorsze, bo w końcu zostaje porwany przez trzy niedźwiedzie (pierwowzorem i w tym przypadku były pluszowe misie synków). Przygody bohatera potwierdzają jedynie, że opowieść wymyślano na gorąco i na dobranoc. Kto choć raz opowiadał dziecku bajeczkę całkiem z głowy, wie bowiem, że inspirację stanowi najczęściej jakiś ulubiony gadżet dziecięcy, potem przygoda musi gonić przygodę i nie ma zupełnie czasu na opisy.

Historia Tolkiena ma w sobie sporo absurdu. Posłuchajcie: „Wyprawiono huczne wesele. Pan Błysk grał na harmonii, Grubas Tumański odśpiewał komiczną piosenkę, ale że traktowała o policjantach o wielkich stopach, sierżant Boffin zupełnie się nie śmiał. Niedźwiedzie kilka razy wypiły zdrowie wszystkich i nie wróciły do domu aż do rana. Lecz co najlepsze, w samym środku zabawy w oknie pojawiła się głowa Żyrólika.”




A co na to Marta? To jednak nie lektura dla przedszkolaka, raczej dla malucha w wieku szkolnym. Choć… córka co rusz mówiła „i co dalej?”, więc opowieść ją jednak wciągnęła. Póki co Pan Błysk niech sobie spokojnie odpoczywa, bo wróżę mu jeszcze niesamowitą karierę w naszym domu :)

Możesz kupić tutaj: Pan Błysk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz