środa, 27 stycznia 2010

A.A. Milne "Puchatkowe liściki ze Stumilowego Lasu"


Czym różnią się historie o Puchatku napisane przez Milnego od tych stworzonych przez ludzi Disneya? Przede wszystkim mądrością. Ojciec Puchatka pozwala sobie na wiele niedopowiedzeń, akcja nie zawsze jest oczywista, bo autor zostawia miejsce dla czytelnika, którego traktuje na poważnie i od którego oczekuje, że nie jest kimś o Bardzo Małym Rozumku. Jego opowieści wymagają więc refleksji. Historie z wytwórni Disneya myślenia nie wymagają, są dość oczywiste, zawsze dopowiedziane do bólu. Co jeszcze? Milne opisuje, u Disneya głównie się dialoguje. Jeśli jednak zdarzają się opisy to świat, który z nich się wyłania, jest jakoś tak nadmiernie doskonały, oblukrowany, ukwiecony.

Nie inaczej z ilustracjami. Te Sheparda – niewyraźne, ledwie maźnięte kolorem – uruchamiają wyobraźnię, zachęcają do zadania pytań. Disney’owskie – wyraziste, barwne – są jednak oczywiste i choć słodkie, to w którymś momencie zaczynają być mdłe.

W bibliotece Marta tym razem znalazła Puchatka w wersji Milnego. To bardzo ciekawa pozycja, choć ten nasz egzemplarz mocno już jest zniszczony. Kartonowe, dość sztywne stronice zawierają dodatkowe niespodzianki. Książeczka posiada specjalne kieszonki, w które włożono przesyłki dla mieszkańców Stumilowego Lasu. Naliczyłyśmy ich siedem. Jest więc mapka Stumilowego Lasu (z zaznaczonym miejscem odkrycia Bieguna Północnego), ulubione czasopismo dla Kangurzycy – „Gosposia. Wydanie dla torbaczy”, „Kurier Leśny”, który Krzyś i Królik czytali Puchatkowi, gdy utknął, gra „Uratuj Prosiaczka”, magazyn miłośników zagadek dla Sowy, Poemat napisany przez Kłapouchego oraz Rycerski Glejt, który Miś otrzymał po pasowaniu. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo te małe, tajemnicze przesyłki spodobały się córce.

Póki co Marta nie odpowie mi na pytanie, w której wersji Puchatka woli. Myślę, że nie widzi jeszcze różnicy. Nie zmienia to jednak faktu, że powinna znać oryginał!

1 komentarz:

  1. Ano właśnie. Nie przepadam za książkami w disnejowskim kostiumie. Niby kolorowe, ale takie jakieś nijakie, jarmarczne, wybrakowane. Produkt popkultury. Brakuje im tego ognika, który rozświetla oryginalne książki. Jestem za powrotem do źródeł. ;-) Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń