wtorek, 16 lutego 2010

J. Frańczak-Dratwa, A. Korpaczewska "Niezwykła podróż Tobiasza Stokrotki"

Niezwykła podróż Tobiasza Stokrotki musi jawić się młodym czytelnikom jako opasłe tomisko! Książka liczy przeszło trzysta stron, co może niektórych – mniej wytrwałych – zniechęcić. Zupełnie niepotrzebnie!

Powieść zaczyna się prawie zwyczajnie. Chłopiec o imieniu Tobiasz jedzie do swojej jeszcze-nie-babci. Jego mama bowiem ma wkrótce wyjść za mąż za Bernarda, który nota bene właśnie złamał sobie nogę i leży w szpitalu za granicą. Jest zmuszona pojechać do niego, a synem nie ma kto się zająć. I właśnie w ten sposób Tobiasz zostaje odesłany do pani Balbiny mieszkającej w Zielonce. Szereg absurdalnych przygód zaczyna się już w pociągu, kiedy to wsiada do przedziału para dziwnych, ubranych na różowo jegomościów. Jakby tego było mało, po chwili starsza pani przez pomyłkę zabiera plecak Tobiasza i, wyraźnie się spiesząc, zapomina zabrać ze sobą pieska, który mówi ludzkim językiem. Chłopiec szybko się jednak orientuje i wysiada na tej samej stacji, która miast być Zielonką okazuje się być Różowym Ryjem. Starsza pani przepada gdzieś bez śladu. Tobiasz zostaje sam, z gadającym psem i plecakiem, który, o dziwo!, jest cenny, bo dwóch różowych próbuje mu go ukraść.

Jak wygląda miasteczko o nazwie Różowy Ryj? Jest obrzydliwie różowe! Nie ma domu, którego elewacje miałyby inny kolor. Nie inaczej mieszkańcy – ubierają się landrynkowo, włosy przefarbowali na różowo – istna paranoja! Tobiasz, w poszukiwaniu pani Miodunki, a także uciekając przed Darutkiem i Janutkiem (dwóch różowych z pociągu), trafia do kolejnych instytucji w mieście. Niektóre – jak biblioteka, muzeum czy teatr – zostały zamknięte. To burmistrz miasta, pan Kiełbasa twierdzi, że są niepotrzebne. W innych, jak lecznica dla zwierząt, pracują dziwne typki. Dużo by tu o Różowym Ryju pisać – jednym słowem, miasteczko zostało styranizowane przez burmistrza i jego małżonkę-czarownicę. Nikt nie ma prawa żyć po swojemu, choć oczywiście zdarzają się jednostki, które wyrażają swój sprzeciw choćby kolorem włosów i ubrania.

Lektura Niezwykłej podróży Tobiasza Stokrotki przywodziła mi na myśl przede wszystkim Alicję w Kranie Czarów Lewisa Carolla. I tu, i tu bardzo dużo się dzieje, a absurdalna przygoda goni kolejną absurdalną przygodę. W obu książkach mamy do czynienia ze zdecydowanie negatywnymi charakterami. Burmistrzowi i jego żonie odpowiadają bezlitośni Król i Królowa Kier. W tym kontekście bardzo ciekawe okazuje się zakończenie przygód Tobiasza. Na szczęście (byłoby to strasznie oczywiste i oklepane!) nie budzi się on ze snu! Autorki wpadły tu na świetny pomysł. Książka kończy się przedstawieniem, w którym cała rzecz – czyli perypetie małego rudzielca – rozpoczynają się od nowa.

Książkę świetnie się czyta, została dobrze napisana, ciekawie zilustrowana… Można powiedzieć: kawał solidnej prozy! Warto podsuwać tę lekturę, która jeszcze po dziecięcemu, w formie bajki przedstawia mechanizmy władzy, terror i tyranię. Już wkrótce przyjdzie dziecku czytać i Orwella, i Kafkę, i Bułhakowa, i Miłosza. Na pewno łatwiej będzie mu wejść w ten wieli i trudny temat. Tym bardziej, że nie będzie miało już własnych doświadczeń totalitaryzmu, do których jeszcze my w jakimś sensie mogliśmy się odwołać.

Książka wydana przez Zysk i S-ka

Możesz kupić tu: Niezwykła podróż Tobiasza Stokrotki

1 komentarz:

  1. Po prostu nowy wspaniały świat w wersji na różowo. :-) To chyba dobre wprowadzenie dla dziecka, zanim sięgnie po "dorosłe" publikacje z nurtu zapoczątkowanego przez Huxleya.

    OdpowiedzUsuń