piątek, 27 sierpnia 2010

Pija Lindenbaum "Nusia i bracia łosie"


Mam kłopot z książeczką o Nusi. Jestem jednocześnie i na tak, i na nie.

Zacznijmy od tego, co w książce Piji Lindenbaum mi się spodobało. Oczywiście ilustracje – niezwykle sympatyczne, kolorowe i zwyczajnie zachęcające do oglądania. Dzieci wertują Nusię w tę i we w tę, przypatrując się poszczególnym scenkom z wielką uwagą. Podoba mi się również nieco absurdalny humor oraz brak realizmu. Tu łosie zastępują Nusi braci, których ta bardzo chciałaby mieć, robią sobie z szafy szałas i piją wodę prosto z ubikacji zamiast ze szklanki. Dla mojej córki to oczywiste: „Mamo, przecież oni mają za duże buzie, żeby pić ze szklanki” – odpowiada, gdy sugeruję jej, że łosie powinny pić jak na porządnych ludzi przystało. To więc, co ja nazywam absurdem, w pojęciu dziecka mieści się zupełnie w granicach normy. Mama dała się nabrać na sugestię, że łosie to ludzie… cóż za bzdura :)


Zdecydowanie jednak nie podoba mi się przesłanie książki. Nusia-jedynaczka pragnie mieć rodzeństwo. O!, takiego brata Nilsa na przykład, z którym można wyjść na górkę i pozjeżdżać na sankach. Marzenie się spełnia i gdy dziewczynka wraca pewnego dnia do domu, na progu zastaje trzech braci – tyle że są to łosie. Mała z radością angażuje ich w swoje ulubione zabawy – wyjmuje klocki, kredki, zwierzątka… Nic z tego – łosie się wygłupiają, wyrysowują kredki, rzucają zwierzątkami. A potem robią niesamowity bałagan i na nic się zdają wszelkie próby tłumaczenia, że czegoś „nie wolno”, „nie powinno się”. W końcu łosie odchodzą, bo jednak na dworze jest im lepiej niż w domu. Nusia myśli: „Mam przecież Nilsa i dzieci w przedszkolu (…). Nie potrzebuję braci”. I właśnie z tym zakończeniem mam kłopot. Rozumiem, że książka może pomóc dziecku, które nie ma braci i sióstr, zrozumieć, że świat się nie kończy. Sugerowanie jednak, że rodzeństwo to li tylko bajzel, kłótnie i wyrzeczenia wydaje mi się przegięciem. Zastanawiam się jednak nad tą książką dalej i gdzieś tam w środku gryzie mnie myśl, że może jednak dzieci – tak jak moja córka – nie czytają na takim poziomie. Że łosie to łosie, a nie rodzeństwo! A jeśli tak, wszystko w tej książce jest uprawnione, sensowne i podstawne, tak jak picie wody prosto z ubikacji! No i taką oto mam zagwozdkę…

Możesz kupić tutaj: Nusia i łosie

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: Zakamarki
Wymiary: 22.0x26.0cm
ISBN: 978-83-609-6337-1
Tłumaczenie: Katarzyna Skalska

Zobaczcie, jak w Bajkonurrze o Nusi czyta Olaf Lubaszenko.

19 komentarzy:

  1. Cieszy mnie, że nie jestem odosobnionym przypadkiem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydaje mi się, że wiem o czym piszę. W końcu - jedynak :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobnie jak Ty odebrałam tę książkę. Wróciła do biblioteki i chyba po nią już nie sięgniemy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja córka uwielbia wszystkie Nusie, zupełnie nie tak odbieramy tę książkę. To raczej pociecha dla dzieci, które rodzeństwa nie mają. Poza tym kto dostaje na raz trzech braci, toż to rzadkość. IMO to raczej lekcja realizmu, bo wyobrażenia Nusi na początku są nieco inne. Coś w niej musi być, bo czytalam ją setki razy.

    OdpowiedzUsuń
  5. nie czytałam książki, ale z twojej recenzji wynika, że faktycznie to raczej pocieszenie dla jedynaków ;) a czy dzieci inaczej pojmują? myślę, że w pewnym sensie tak i dla nich nie jest to problemem, a fajną bajką ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. a Lubaszenki posłucham chętnie ale innym razem (teraz możliwości brak;))
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Podobnie jak Futbolowa jestem pod wrażeniem ilustracji.
    Będąc w Finlandii zauważyłam,że panuje tam moda na rodziny wielodzietne (nie wiem, czy dotyczy to całej Skandynawii), tak więc faktycznie zaskakujące przesłanie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Joanno, jak jednak sięgnę po kolejne części, żeby poznać Nusię lepiej. Może oan jest po prostu specyficzna.

    Lireal, Finlandia to już nie Skandynawia, a kraj nordycki. Mąż był kiedyś w Finlandii i twierdzi, że Finowie są bardzo rodzinni, choć zdystansowani do innych, obcych (nie tak jak Polacy - gość w dom, Bóg w dom).

    OdpowiedzUsuń
  9. Moja siostra uwielbia tę książkę. Kilka razy wypożyczała ją z biblioteki ;P A mi się strasznie spodobały obrazki ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja wiem! Jest to wspaniala ksiazka dla dzieci tych rodziców, ktorzy maja dosc zatruwania sobie zycia pytaniami pociechy o rodzenstwo. A oni nie chca wiecej dzieci.....i tyle. Wtedy najlepiej dziecku udowodnic, ze rodzenstwo jest BE! No bo jakie inne znalezc wytlumaczenie? Motyw z piciem wody z toalety jest zabawny, oby czytelnik nie bral przykladu......

    OdpowiedzUsuń
  11. I oto jest pytanie - "Zastanawiam się jednak nad tą książką dalej i gdzieś tam w środku gryzie mnie myśl, że może jednak dzieci – tak jak moja córka – nie czytają na takim poziomie". My, rodzice drążymy, szukamy, drugie dno, podteksty... . A potem powstaja nowe, łagodne wersje Czerwonego Kapturka i innych baśni. Andersen? Oj, tam są fragmenty, których nie powstydziłby się najlepszy horror ;-). W "Nusi..." pojawia się inny temat, ale to ten sam problem: dziecko - czytelnik a rodzic - czytelnik. To prawda, jestem za kontrolą rodzicielską, ale... . Właśnie - bo z drugiej strony... .

    OdpowiedzUsuń
  12. Anulko, ale tu nie chodzi o złagodzenie treści, tylko o pewne przewartościowanie i właśnie pójście w drugą stronę. Co innego jest zrobić ze złego wilka przyjaciela, a co innego pokazać, że mieć rodzeństwo jest do bani!

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiem, że problem jest inny - ale chodziło mi o to, że my, dorośli, rodzice zainteresowani prawidłowym rozwojem emocjonalym naszych pociech często widzimy coś, czego dzieciaki nie widzą, wydaje nam się, że może to pozostawi ślad w nich. A one tego nie czują, nie widzą i tak naprawdę PO PROSTU CZYTAJĄ SOBIE KSIĄŻKĘ - tylko tyle. A z drugiej strony - mnie również niepokoją pewne podejścia, przemycane treści - jako terapeutę, rodzica, osobę piszącą i pracującą z dziećmi. I pytanie zostaje... .

    OdpowiedzUsuń
  14. Monika, dawno nie zaglądałam, ale jeśli już, to czynię to z ogromną przyjemnością. Mamy jedną książkę tej autorki, "Igor i lalki"; tuż po lekturze także miałam mieszane uczucia i wręcz nie wiedziałam, po co ta książka. Po przemyśleniach i dyskusji na blogu sprawa się nieco rozjaśniła. ;-) Inna sprawa, że być może my, dorośli, faktycznie na siłę szukamy drugiego dna.

    PS
    Ależ Twój blog ma fanów!!! :-)) Wow!
    :)
    Powoli wracam do świata zdrowych, powoli. Trzymaj za mnie kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jola, myślę o Tobie i trzymam kciuki za Ciebie!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo lubię tę Niusię i tylko tę. Nie dziwota, że w Bajkonurze się pojawiła. ;) Wg mnie (jedynaczki) to także przewrotnie pocieszenie dla posiadających rodzeństwo, że nie tylko oni mają w domu łosia. Lubię książki niepoprawne aczkolwiek urocze.
    PS. Nigdy nie marzyłam o rodzeństwie. Dobrze robiłam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Do mnie Nusia trafiła. I do mojej córki. Właściwie, to czytając Nusię (z łosiami, wilkami czy baranami), widzę w Nusi wierne odzwierciedlenie swojej córki. Jedynaczki. Te same teksty, to samo zachowanie, to samo spojrzenie na świat.

    Odbieram Nusię jako książeczkę właśnie dla tych dzieci, które rodzeństwa nie mają, a wszystkie ciocie życzliwe i babunie non stop zagadują: "a nie chciałabyś braciszka? Powiedz mamusi, że chciałabyś braciszka albo siostrzyczkę, no nie chciałabyś?" I co takie dziecko ma powiedzieć, jak się czuć? Zakończenie bardzo mi się podoba - łosie wracają po zabawie do swojego domu, a Nusia cieszy się wizytą kuzynostwa i sąsiedztwem ulubionego kolegi. Jest dobrze, bo świat nie kończy się tylko dlatego, że jest się jedynakiem.

    Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń