wtorek, 2 listopada 2010

Jean-Philippe Arrou-Vignod "Jaśki"

Z Jaśkami jest pewien problem! Kiedy już skończymy czytanie tej całkiem sporej objętościowo powieści, żałujemy ogromnie, że to już wszystko.

Na mój odbiór tego tekstu zdecydowanie wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze, idea rodziny wielodzietnej (a ta kojarzy mi się nie z trójką, ale co najmniej piątką dzieci) jest mi wyjątkowo bliska i stanowi moje (nasze) marzenie. Po drugie, no tak, w końcu muszę się przyznać publicznie, jestem w ciąży. Na początku grudnia urodzi się nasze trzecie dziecko. To będzie syn. Ten kontekst sprawił, że czytałam o sześciu Jaśkach (mój nota bene też nazywa się Jan) trochę jakby o nas samych, odkrywając co rusz jakieś podobieństwa.

Ale o co chodzi z tymi Jaśkami? Jest ich sześciu, wszyscy mają na imię Jan i są braćmi. Rodzili się w odstępie dwóch lat, a ojciec, żeby było prościej, nazwał ich imieniem na część dziadka, dodając jedynie kolejną literę alfabetu. Ten filmik wam ich przedstawi.



Akcja rozpoczyna się w grudniu 1968 roku. Zbliżają się święta i mama obwieszcza synom, że na wiosnę urodzi się kolejny maluch. Wszyscy są przekonani, że to będzie siostra, Helena. Oczywiście jest inaczej – rodzi się kolejny Jasiek. Narrację prowadzi Jan-B, który mieszka w pokoju z najstarszym, Janem-A. Opowieść podzielono na cztery części. Ich początek oraz koniec odmierza czas nauki i czas wakacji. Dwukrotnie więc jedziemy z Jaśkami na wakacje – raz do domu dziadunia Jana i babuni Janeczki, drugi – do hotelu marynarki „Czerwone skały”. Zmieniamy też miejsce zameldowania – chłopcy przenoszą się z mieszkania w Cherbourgu do willi z małym ogrodem w Toulonie.

Wydawca informuje, że Jaśki to nowi kumple Mikołajka. Rzeczywiście można się dopatrzyć pewnych podobieństw. Przede wszystkim są zbliżeni wiekowo i opowiadają rzecz niezwykle dowcipnie, ujawniając przy tym kontrast w postrzeganiu świata przez dzieci i dorosłych. To, co dla dziecka naturalne, zabawne, fajne, doprowadza rodziców nieraz do białej gorączki. Akcja Mikołajka toczy się głównie na terenie szkoły, bo to właśnie tam bohater może najwięcej zmajstrować. Jaśki swoje przygody przeżywają przede wszystkim na łonie rodziny. W gronie sześciu braci zawsze któryś wpadnie na jakiś arcyciekawy pomysł. Na przykład żeby w czasie przeprowadzki pobawić się w chowanego i zamknąć się w szafie, którą za chwilę firma przeprowadzkowa wyniesie do ciężarówki. Chłopaki – tradycyjnie! – biją się ze sobą, rzucają sobie na twarz skarpety, ale kiedy trzeba, umieją stanąć wspólnie do walki z klanem Bobrów. Mama chłopców to kobieta wyjątkowej cierpliwości, rzadko zostaje wyprowadzona z równowagi i umie ustawić synów jedynym zdaniem. W dodatku – jak podkreśla Jan-B – jest zawsze świetnie zorganizowana i kupuje chłopcom ubrania z żurnalu „Nowoczesna Rodzina”. Nad wychowaniem synów czuwa jednak przede wszystkim ojciec. To on wpada na wiele – momentami szalonych – pomysłów, jak by tu rozerwać chłopców. Najczęściej jednak w trakcie sam traci nerwy i łaja sam siebie (prosi, by żona przypominała mu, iż lepiej złamać sobie nogę niż realizować jego idee). Ulubionym straszakiem ojca jest też przypominanie o wspaniałej szkole wojskowej z internatem, do której może być odesłany każdy z Janów za niesubordynacje. Jest jeszcze dziadunio... który umie zabawić się równie dobrze jak jego wnukowie i nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Jest też babunia Janeczka, która wie wszystko lepiej, zwłaszcza jak należy wychowywać dzieci.

Jaśków czyta się lekko, co rusz wybuchając śmiechem. Warto czytać tę książkę jeszcze z innego powodu. Aby odkrywać wartość rodziny, rodzeństwa, bycia razem… wspólnego pokonywania przeciwności. Jean-Philippe Arrou-Vignod nie udaje, że w wielodzietnej rodzinie jest zawsze różowo. Często wręcz przeciwnie – rodzice spotykają się z nieprzyjemnymi komentarzami (odpowiedzi ojca przebijają wszystko!), w domu jest dość nerwowo, na pewno trzeba się pożegnać z porządkiem i tak zwanymi grzecznymi, ułożonymi dziećmi (nawet jeśli mamusia jest dobrze zorganizowana), ale…

To dziwne, ośmioosobowa rodzina… Jest ciasno, musimy rozpychać się łokciami, marzymy, żeby być jedynakami, sierotami, bez nikogo, kto kadzie nam nogi na twarzy albo wysyła nas bezzwłocznie do szkoły wojskowej z internatem… Ale kiedy zabraknie kogokolwiek z nas, to jest tak, jakby w grze w siedem rodzin zabrakło jednej karty: wszystko wydaje się dziwne, nie takie, tak jak niemożliwa jest gra bez zgubionej karty.

Do Jaśków przekonuje mnie jeszcze jedno. Autor ma na imię Jean-Philippe, wychowywał się wraz z pięcioma braćmi, których inicjały (J., J.-L., J.-P., J.-F., J.-N., J.-B., J.-C) – jak sądzę – kryje dedykacja. Jeśli więc choć część opowiadanej rzeczy wydarzyła się naprawdę… jestem zachwycona. I chcę jeszcze, jeszcze!!!

Premiera: 6 października 2010
Tu możecie zajrzeć do książki!

Tu możesz kupić Jaśki !

Ilustracje: Dominique Corbasson
Oprawa: oprawa twarda
Ilość stron: 386
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Znak
Wymiary: 15 x 21 cm
ISBN: 978-83-240-1450-7

11 komentarzy:

  1. Moje Jaśki dzisiaj przyszły z wydawnictwa. Widzę, że słusznie je sobie wybrałam (aczkolwiek pewnie teraz na każdym blogu dziećlitowym będą recenzje, do znudzenia - jednak o dobrych książkach warto dużo pisać).

    Ja sama wychowałam się w rodzinie uznawanej za wielodzietną (aczkolwiek moim zdaniem 4 dzieci to minimum, żeby było wystarczająco wesoło - mówię z doświadczenia najstarszej). Na pewno będzie ciekawie poczytać o tych chłopakach. Całe szczęście, książka jest gruba.

    A o dzieciątku czytałam już na forum gazetowym, ale jeszcze nie gratulowałam - więc gratuluję, a przy okazji modlę się o błogosławieństwo dla Maleństwa, Ciebie i Twojej rodzinki. Powodzenia w spełnianiu marzeń!

    OdpowiedzUsuń
  2. Według prawa już troje dzieci oznacza wielodzietność.
    Dzięki za modlitwę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, za niedługo dwójka to będzie wielodzietność. :P Kiedy moja babcia urodziła moją mamę (trzecie i ostatnie dziecko) ówczesny proboszcz skomentował "no, to wreszcie jesteście prawdziwą rodziną" - pół żartem, pół serio.

    Ja oczywiście rozumiem ludzi, którzy nie chcą zdecydować się na więcej dzieci, bo jest to duże wyzwanie. Ale z punktu widzenia dziecka, nawet tego najstarszego (a mam rodzeństwo młodsze o 3, 10 i 11 lat), uważam, że lepiej mieć więcej rodzeństwa. I szkoda, że mam tylko trójkę. Cieszę się, że nie ma ich mniej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z przyjemnością przeczytam ;)
    mama trzech Jaśków i jednej Jaśki ;))))

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozdrowienia szczególne, mamo wielodzietna:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj tam - dla gimnazjalisty. Sama chętnie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratulacje :)

    A o książce jak zawsze napisałaś ciekawie i zachęcająco :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No dobra, Futbolowa, dla starszych też:)

    Kupcie sobie na Mikołaja! Taki zasłużony prezent..:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratulacje od naszego 2 + 2 :D

    OdpowiedzUsuń