piątek, 11 marca 2011

Przemysław Wechterowicz, Marta Ignerska "Alfabet"


Dość nieufnie podchodzę do niektórych ilustracji w książkach dla dzieci. Myślę, że nie jestem w tym odosobniona. Oczekujemy, że obrazki będą ciepłe, pogodne, cieszące oko. Łagodna kreska i spokojne barwy wydają nam się tym, czego dzieci potrzebują. Dlatego takie ilustracje, jak te w najnowszej książce Przemysława Wechterowicza i Marty Ignerskiej budzą w rodzicach (w każdym razie u większości) pewien niepokój. Po pierwsze, możemy tu zapomnieć o łagodnej kresce i stonowanych kolorach. Po drugie, sami nie zawsze jesteśmy pewni, co zostało namalowane. Po trzecie, czujemy, że przełamuje się w tej książce dziecięcej jakieś tabu estetyczne albo inaczej – wychodzi się poza ramy estetyki, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Podobnie zresztą jest z tekstem.

Nieufność jednak nie oznacza odrzucenia na starcie. Dlatego skonfrontowałam książkę z małym odbiorcą, czyli córką, która literami zaczyna się żywo interesować (zna kilka, potrafi nazwać i zapisać). I co? I zero zdziwienia tak formułą książki, jak ilustracjami. Mało tego książka jej się podobała bardzo. Być może dlatego że potraktowałam Alfabet jak zachętę do zabawy. Można bowiem na niej wymyślać zadania na spostrzegawczość, rysowanie paluszkiem, zgadywanki, ćwiczenia języka, wymyślanie własnych historyjek, gimnastykę ciała. Innymi słowy, książka Wechterowicza/Ignerskiej pobudza do kreatywnych rozwiązań. Zdumiało mnie to, ile pomysłów na obcowanie z tą pozycją przyszło mi (nam) do głowy. Przecież nikt nie napisał nam poleceń, a jednak odnosi się wrażenie, że gdzieś tam pomiędzy kreską, ciapką a wyklejką ktoś pochował haczyki, za które wystarczy pociągnąć, aby wyskoczyło zadanie do wykonania.


Książka pomyślana została jako zbiór historyjek ludzików, którym towarzyszą litery. Na poszczególnych rozkładówkach znajdziemy: po lewej – literę zapisaną drukiem, prawie na całą stronę, oraz zazwyczaj jedno zdanie tekstu komentującego ilustrację (przy czym litera-bohater w tekście została wytłuszczona i nie jest to bynajmniej litera rozpoczynająca słowo), po prawej zaś znajdziemy wyklejkę-postać lub postaci, których ciało (ciała) układa się w literę właśnie. Ignerska rzadko podąża za oczywistymi skojarzeniami, że jeśli B to brzuch, a jeśli M to mama (choć jest U jak Usta i O jak Oko). Jej ludziki żyją swoim życiem i, można powiedzieć, w nosie mają alfabet. Ilustratorka próbuje tu pokazać, że litery mogą kryć się wszędzie i za wszystkim, nie tylko w zeszycie i książce. Zaprasza tym samym do otwierania oka na świat i szukania znaków w ludzkich pozach czy przyrodzie.

Teksty Wechterowicza z kolei to wypowiedzi, komentarze ludzików. Czasem dowcipne, zazwyczaj mocno zachęcające, by coś od siebie dopowiedzieć. Moje ulubione to te spod literki R i N. Zupełnie jednak nie zrobiłyby tu na was żadnego wrażenia, gdybym zacytowała, oderwawszy od ilustracji. Teksty są podporządkowane obrazkom i same nie miałyby racji bytu.


Alfabet zaskoczył mnie więc dość mocno. Wydawałoby się, że książka jest dość oszczędna, a tu proszę – ile kryło się w niej możliwości.

Nadal jednak zastanawiam się, czy jest to książka dobra dla dzieci. Mam wrażenie, że nie spodoba się wszystkim. Raczej tylko niektórym. Tym bardziej wyrobionym. Nie ma co ukrywać, niektóre dzieci mają większe doświadczenie książkowe i taka Ignerska ich nie zrazi. A nawet wręcz przeciwnie. Inne zaś rzucą okiem, stwierdzając szybko, że wolą książeczki z kucykami pony. I nic w tym szczególnie dziwnego, w świecie takich książek się przecież zawsze obracały. To tak, jak z dorosłymi. Jedni lubią jazz, inni go nie znoszą. Albo z malarstwem abstrakcyjnym – jedni się zachwycają, inni twierdzą, że to głupie bohomazy. Co kto lubi…

Możesz kupić tutaj: Alfabet 

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 54
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Znak emotikon
Wymiary: 32.0 x 24.0 cm
ISBN: 9788324015320

2 komentarze:

  1. Ja tez lubie ladne ilustracje. Nie koniecznie barwne tak jak w tych Disneyowskich ksiazkach, ale takie z gustem, pomyslem. Aby wyrazaly wiele, ale zarazem pozostawialy jakies niedomówienie, by pobudzaly dziecieca ciekawosc. Niektore ilustracje w ksiazkach dla dzieci sa wrecz obrzydliwe -nawet dla dosorlego oka, a co dopiero dla dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdzieś już widziałam książeczkę ale gdzie ?

    OdpowiedzUsuń