piątek, 7 lutego 2014

Hervé Tullet „Naciśnij mnie”



Mamy w domu kilka książek Hervé’a Tulleta (jeszcze o nich napiszę), dlatego nie zawaham się powiedzieć, że twórca ten słabo rysuje. Nieporadnie. Gdybym chciała być złośliwa, powiedziałabym nawet wprost, że jego ilustracje są brzydkie. ALE! Autor ten nadrabia pomysłowością. Jego książki można opisać takimi określeniami, jak zaskakujące, atrakcyjne, zabawne. Tullet pokazuje, że książka dziecięca nie musi być niczym statycznym, że można nią się bawić, można nią zagrać (także czytelnikiem można zagrać).


„Naciśnij mnie” jest odpowiedzią dla rodziców, którzy często zgłaszają się z problemem: „a mój trzy-, czterolatek nie chce, żeby mu czytać – ucieka, przewraca strony, gdy jeszcze nie przeczytałam, nudzi się”. Wychowywanie do czytania jest procesem. Trzeba tu i czasu, i pomysłu, i cierpliwości. Kiedyś już o tym pisałam, że czytam maluchom, które – wydaje się – nie słuchają, bo bawią się swoimi zabawkami. Mój sześcioletni syn na przykład – nie ma takiej zabawy, której by nie przerwał w końcu, aby przysiąść się do mnie i zaglądać mi przez ramię do książki. Jest w tym coś naprawdę fascynującego – opowieść tak bardzo dzieci wciąga, że zostawiają swoje klocki, autka, lalki, malowanki, by słuchać.

Wracając do „Naciśnij mnie”… to jeszcze jeden pomysł na to, jak przedstawić dziecku książkę, aby stało się jego „najlepszym przyjacielem”. Przewracanie stron – zachęcam, by całkowicie oddać tę czynność dzieciom (nawet dwuletnim) – staje się czymś magicznym. Dziecko czuje się jak superbohater, który ma moce. Rodzic oddaje swój głos narratorowi (zachęcam, by stanąć za dzieckiem), który podpowiada, jak wydobyć super zdolności – teraz naciśnij, a teraz potrząśnij, klaszcz, dmuchaj, przewracać, a potem zobacz, co się stanie. Mały czytelnik zostanie też pochwalony przez narratora-rodzica, co jeszcze bardziej przywiążę go do książki.

Tak naprawdę pomysł Tulleta jest banalny i prosty. Taką książkę możesz sobie zrobić sam w domu. Wystarczą trzy farbki, blok i twoja wyobraźnia. Albo inaczej – po lekturze możemy stworzyć swoja wersję „Naciśnij mnie”. I w ten sposób dziecko zapamiętuje, że książka to dobra zabawa.

Ta książka to konkurencja dla tableta:)



Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 220x220
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2011
 ISBN: 978-83-931805-3-0

3 komentarze:

  1. Mamy od dawna, ale dopiero od paru tygodni synek zaczął się naprawdę bawić tą książką (ma 2,5 roku). Za to jak! Uwielbia ją.
    A z tym nieuważaniem, to dzieci mają zadziwiająco podzielną uwagę. Mój akurat lubi siedzieć i słuchać (lubił od zawsze), ale są momenty, kiedy wydaje się, że interesuje go wszystko poza książką. A jednak zawsze wie, o czym czytam, i potrafi dopowiedzieć dalszy ciąg.

    OdpowiedzUsuń
  2. My też mamy tę książeczkę już jakiś czas i jeszcze nam się nie znudziła. Wcześniej bawił się nią mój 4,5 latek, teraz również dwulatek przychodzi do mnie z książeczką i chce żebyśmy wspólnie pooglądali...
    Świetny wybór. Również polecam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach, za zdanie "można zrobić książkę w domu" - dziesięc razy tak i brawa. No i zgoda oczywiście, że "wychowanie do czytania" jest żmudne - trzeba o tym mówić, jak również o tym, że gust się kształtuje, a nie z nim rodzi.
    Mi bardzo odpowiada "brzydota" rysunków tego autora, zwłaszcza w "A gdzie tytuł" :)

    OdpowiedzUsuń