poniedziałek, 10 marca 2014

Michael Ende „Nie kończąca się historia”


Ja też jestem z pokolenia, które słuchało Limahla i oglądało film Wolfganga Petersena. Tylko że mnie film zupełnie nie wciągnął. Zawsze miałam jakiś uraz do fantastyki. Wydawała mi się dziecinna (sic!). Dlatego w młodości nigdy też nie sięgnęłam po Tolkiena, Le Guin czy Sapkowskiego. Na tyle się chyba zestarzałam, że tęsknota za dzieciństwem, dziecinnością się we mnie stale odzywa. I sobie nadrabiam różne w fantastyce zaległości.

 Endego znam z „Momo”, która zrobiła na mnie ogromne i pozytywne wrażenie. Autor dostał więc u mnie spory kredyt zaufania. Zwyczajnie też byłam ciekawa, jaka jest naprawdę „Nie kończąca się historia”.

Jest zdumiewająca.

Na dwie kwestie tylko chciałabym zwrócić uwagę. Pierwsza – przebogata wyobraźnia autora. Ende jest Demiurgiem. Stwarza światy w tej powieści. Tworzy świat Bastiana (pomarańczowa czcionka), zwyczajny, szary, z problemami, jakie ma każdy z nas – poczucie samotności, kompleksy, brak matki, nieobecny mentalnie ojciec… W ten świat wkrada się świat inny – Fantazjana, świat książki (niebieska czcionka) ukradzionej przez głównego bohatera z antykwariatu. Ta z kolei nie jest szara nic a nic. Bajeczne stworzenia, wymyślne krainy i barwne przygody, które przeżywa Atreju, zielonoskóry Wielki Poszukiwacz. Jednak i ten świat naznaczony jest cierpieniem. Dziecięca Cesarzowa jest śmiertelnie chora. Fantazjanę pochłania Nicość. Bez interwencji Wybawcy Dziecięca Cesarzowa umrze, a Fantazjana przestanie istnieć. W pewnym sensie Fantazjana rzeczywiście się kończy. Jej odradzanie będziemy obserwowali – można rzec – na własne oczy. Bastian – wielki Wybawca – odbuduje ją krok po kroku. Czytelnik musi się zachwycić tym, co ujrzy. Bastian dostanie możliwość wykorzystania wszystkich swoich pragnień, by stworzyć Fantazjanę na nowo. Niczego sobie nie będzie żałował. Wszystko jest przebogate, pełne przepychu. Z całą pewnością czytelnik znajdzie w tej opowieści niejeden swój sen, swoje marzenie czy wyobrażenie.

Kwestia druga. „Nie kończąca się historia” to opowieść głęboka i bardzo mądra. Można z niej wyczytać na przykład to, że człowiek potrafi wszystko zniweczyć swoją zachłannością, ale też ma tę moc, żeby oddać swoje życie, by dać życie czemuś/komuś innemu. Człowiek – to najpiękniejsze i najobrzydliwsze stworzenie. Jest też książka ta opowieścią o dojrzewaniu, odkrywaniu tego, co naprawdę ma znaczenie. Ende mówi, że w życiu ważne jest tylko jedno: kochać drugiego. Autor pokazuje też wartość literatury, która może uratować życie człowieka. Niby to takie oczywiste… przy okazji lektury „Nie kończącej się historii” czytelnik więc patrzy wstecz i zastanawia się, które książki ocaliły go, zmieniły, nadały nowy bieg jego historii, by w finale lektury odkryć, że w jakimś sensie stał się bohaterem tej „nie kończącej się historii”.

Każda prawdziwa historia jest Nie Kończącą Się Historią.

PS
Wydawnictwo zachowuje rozdzielną pisownię partykuły „nie” z imiesłowami przymiotnikowymi – co jednak jest trochę zaskakujące. Nie jest błędne, lecz dla mnie zaskakujące (wszyscy piszą raczej łącznie, ciekawi mnie więc uzasadnienie pisowni rozdzielnej), bo:




Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni nie z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

W tekście pojawia się też "nie opodal". Tu też jest ciekawie, bo Rada podaje

Na pytanie o poprawną formę przysłówka nieopodal odpowiedziała sekretarz Rady:

[…] uprzejmie wyjaśniam, że pisownię [tego] wyrazu można znaleźć w słowniku ortograficznym. Jak podaje „Nowy słownik ortograficzny PWN” pod red. E. Polańskiego (Warszawa 1997, s. 452), nieopodal pisze się łącznie.

2002 r.
Słownik PWN dopuszcza obie pisownie. W Poradni językowej PWN Mirosław Bańko z właściwą sobie swadą opowiada o problemie:

W latach 1992-1996 Komisja Kultury Języka Komitetu Językoznawstwa PAN wprowadziła jednak szereg drobnych zmian w pisowni, m.in. zalecono pisać łącznie nieopodal ze względu na znaczne rozpowszechnienie takiej formy, a także przez analogię do nieomal. W rezultacie najnowsze wydania Nowego słownika ortograficznego PWN podają obie pisownie jako równorzędne.

I coś się porobiło w moim wydaniu ze spisem treści, bo nijak nie da się odszukać rozdziałów na podanych stronicach. „Coś się machło” o 200 stron:)


Możesz kupić tutaj: Nie kończąca się historia  

Tłumaczenie: Sławomir Błaut
Wydawnictwo: Znak 
Wymiary: 130 x 180 x 44
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324028832

5 komentarzy:

  1. Okropnie wygląda ta rozdzielna pisownia, zwłaszcza na okładce. Przecież to nie jest kwestia indywidualnej decyzji, tylko zwykłego stosowania się do od wielu już lat obowiązującej zasady. Jak dać taką książkę dziecku, które dopiero przyswaja poprawne wzorce,a które nie ma pojęcia, że kiedyś pisało się oddzielnie?

    Książki nigdy nie czytałam, a film też poznałam dopiero jako dorosła osoba (mąż mi pokazał ;)). Ale dzieciom za jakiś czas przeczytam na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie jest bardzo wyrazne, ze Ende byl przede wszystkim malarzem (i synem malarzy). Widac, ze myslal obrazami a jego wyobraznia tez jest bardzo zorientowana wizualnie i bogata w kolory i detale. Obrazy, ktore innemu pisarzowi posluzylyby za powiesc u Endego sa tlem, rog obfitosci po prostu.
    Filmu tez nie cierpie, ale glownie dlatego, ze jest zupelnie niezgodny z ksiazka i wcale sie nie dziwilam autorowi, ze chcial ich do sadu pozywac w pierwszym odruchu.
    Co na mnie zrobilo ogromne wrazenie, to odwrocenie konwencji. Na ogol "ksiazkowe" dzieci (czyli dzieci zaczytane, mole ksiazkowe) sa generalnie przedstawiane jako te pozytywne, a ksiazki jako dobro samo. Ta opowiesc pokazuje, ze ksiazki moga byc niebezpieczne, ze na bezdrozach wyobrazni mozna sie zagubic do rozpaczy wrecz. Ze tacy ludzie musza byc swiadomi zagrozen, ze ksiazek nie wolno gloryfikowac za wszelka cene.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno Cię tu nie było. Byłam ciekawa, co porabiasz:)
      Faktycznie. Nie zwróciłam wcześniej uwagi na to "odwrócenie konwencji".
      Myślałam jeszcze wczoraj nad tą książką, nad cytatem. Wydaje mi się, że książka jest też metaforą życia po prostu.

      Usuń
  3. Ende jeszcze przede mną. I u mnie jest napisane "Nie kończąca się historia"...
    Tylko kolory czcionek mam inne ;)
    Niebieska i czarna.

    OdpowiedzUsuń
  4. Och. Piękny wpis. Wiesz, co cenię w Endem? Że ma opowieści precyzyjne i nieprzegadane. To mistrzostwo. Taka Cornelia Funke z wielusetstronicowym atramentowym cyklem jest dla mnie trójkową uczennicą przy Endem. Ona mówi "kocham książki", a on buduje opowieść emanującą miłością do książek. Ostatnio odkryłam, że to cudowna opowieść inicjacyjna, w której chłopiec wyrusza w przygodę z obrazem matki, a powraca z niej dzięki obrazowi ojca. Znam ze trzy spójne i różne interpretacje tej historii, co najlepiej świadczy o jej jakości - prowokuje swoim sensotwórczym bogactwem! Uśmiechy :D

    OdpowiedzUsuń