czwartek, 3 marca 2016

Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska „Banany z cukru pudru”





Pamiętam, że książka „Madame” Antoniego Libery zaczynała i kończyła się zdaniem: „Kiedyś to były czasy…” (to być może nie jest dokładny cytat, bo nie mam książki przed sobą, ale na pewno oddaje sens). Narrator wypowiada je na wspomnienie okresu dorastania. Nie wiem, jak wy, ale ja co jakiś czas powtarzam podobnie. Moja przeszłość mnie roztkliwia. Mam dobre wspomnienia. Na szczęście. Myślę, że w większości możemy tak powtarzać o naszym dzieciństwie, czasach szkolnych, okresie dorastania, wchodzenia w dorosłość. Jedynie teraźniejszość nigdy nam nie pasuje. Mogłoby być lepiej. Inaczej. Nie tak sobie to wyobrażaliśmy. Ale – jak sugerował Libera – każde „teraz” staje się mitycznym „kiedyś”, wspominanym z rozrzewnieniem. Znów – nie wiem jak wy – ale ja pielęgnuję wspomnienia. I mam w głowie, że odpowiadam też za wspomnienia moich dzieci. I ponieważ okres swojego dzieciństwa uważam za czas doskonały – staram się stwarzać moim okazje do przeżywania tego samego, a przynajmniej podobnego. Więc bieganie po polach, chowanie się za snopkami siana, budowanie namiotów/baz z koców, prowadzenie samochodu u taty na kolanach… te wszystkie momenty, które wryją się w pamięć na zawsze. I kiedy już będziemy staruszkami – wywołają na naszych twarzach ten charakterystyczny uśmiech, na mgnienie oka, na mały flesz przeniosą nas tam, z powrotem, gdzie było dobrze.


Dlatego „Banany z cukru pudru” to lektura sentymentalna. Choć opowiadający są dziś staruszkami i ich dzieciństwo przypadło na okres okołowojenny, odbiorca czuje z nimi dziwną nić porozumienia. Czyżby dzieciństwo z lat 80-tych niewiele się różniło od tego z lat 50-tych? Może było bardziej twarde, siermiężne, jednak była w nim ta sama radość, to samo szaleństwo, ta sama ekscytacja. Dwadzieścia trzy osoby wspominają, jak się bawiły, co jadły, jak wyglądały ich ubrania, święta, szkoła, jacy byli rodzice i dziadkowie, koledzy. A wszystko to okraszone zdjęciami, których oglądanie dziś – w dobie cyfrowej, dopracowanej fotografii - staje się przyjemnością na najwyższym poziomie. I chociaż na zdjęciach nie rozpoznajemy przecież żadnej znajomej twarzy, wydaje się nam, że gdzieś już takie ujęcie widzieliśmy. Być może w naszych rodzinnych albumach widnieją podobne. Ujęcie na sankach, zdjęcie z rowerkiem, pierwsza sukienka z falbankami, wakacje nad morze, zdjęcie z legitymacji szkolnej, portret komunijny… Ta lektura budzi w czytającym tęsknotę. Za prostymi emocjami, prostymi historiami. Za czasem kiedy wszystko po prostu się działo.


A po lekturze – to rzecz pewna! – wyciąga się swoje własne albumy. Albo naciąga babcię, dziadka, pradziadka na wspomnienia. Ta książka może też natchnąć do tego, żeby samemu zrobić rzecz podobną. Stać się autorem rodzinnej kroniki, zarejestrować wspomnienia. To na pewno wartość dodana tej lektury!




Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Oryginały
Strony: 144
ISBN: 978-83- 943230-0-4

3 komentarze:

  1. Dzieciństwo moje i moich rodziców niewiele się różniło pod względem zabaw z koleżankami na podwórku, czytanych książek, gier, form spędzania czasu. Za to dzieciństwo moje i moich dzieci-przepaść! To dwa zupełnie inne światy! Nie raz słuchają z zadziwieniem moich wspomnień, jak to było fajnie, jak wszyscy wychodzili popołudniami na podwórko i były zabawy w dom na trawniku pod drzewem. Jak to, to koledzy nie siedzieli w domu przed tv i komputerami? To fajnie musiało być...Dla nich często to już świat nie do odtworzenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Nie chciałam wchodzi w ten temat w recenzji. Ale dlatego tak uparcie staram się, żeby moje dzieci zakosztowały tego, co mieliśmy my. I unikamy komputerów, komórek.

      Usuń
  2. Ja staram się również unikać, jednak przychodzi taki wiek nastoletni, że życie towarzyskie przenosi się do sieci i trudno to odciąć/ograniczyć...U malucha dużo łatwiej.

    OdpowiedzUsuń