sobota, 17 maja 2014

Robert Louis Stevenson “Wyspa Skarbów”


Zawsze trudno jest pisać o klasykach. Można piać z zachwytu i przyłączyć się tym samym do chóru innych piejących. Można się silić na oryginalność i na końcu pleść jakieś farmazony. Można stanąć okoniem… tylko po co?
 
I gdy tak sobie już ustawiłam tę „recenzję”, kiedy wiecie, że nie wiem, co napisać, pozwólcie, że oddam głosu dziecku w sobie. Młode to-to, więc nawet nie wie, że jest coś takiego jak klasyka. Ot, poszło do biblioteki i zobaczyło ciekawą okładkę. Ta przedstawia pokład statku i wyspę w oddali. Są jeszcze bohaterowie – szczególnie jeden z nich, odwrócony tyłem, bez nogi, przypominający pirata… intryguje. Ciekawe, czego chce od tego młodego stojącego na dziobie statku? Tak to się zaczyna – ta przygoda z czytaniem.

Gdybym jako dziecko dostała w swoje ręce „Wyspę Skarbów” z ilustracjami Innocentiego (znamy go z „Pinokia”), już bym ją trzymała pod pachą, już bym targała z biblioteki do domu. Te ilustracje zapowiadają przygodę, zapowiadają akcję, zapowiadają niezwykłe czytelnicze doznania. Potem ślęczałabym nad nimi godzinami, przyglądając się detalom.


Kiedy już wylądowałabym w swoim pokoju z „Wyspą Skarbów”, och, jak uszy zaczęłyby mnie piec. Bo okazałoby się, że intuicja nic a nic mnie nie zwiodła i że nadzieje, które mi składały ilustracje, nie były płonne. Z całą pewnością uwiódłby mnie autor już w wierszyku wstępnym „Do wahającego się nabywcy”:

Lecz jeśli uczona 
Młodzieży już dzisiaj nie czyta Kingstona, 
Czy Ballantyne’a i Jamesa Coopera, 
Ja jej wybaczę, niech pamięć zamiera 
O krwawych zbrodniach Flinta i Silvera! 
Lecz żal mnie bierze, gdy pomyślę nieraz, 
Że chyba legnę w grobie razem z korsarzami, 
Co los żałosny dzielą z tymi pisarzami! 
Wziąłby mnie na litość. Jako dziecko empatyczne, poczułabym przemożną chęć, by uratować Stevensona, dając mu miejsce w swojej pamięci. Tak też by sie stało.

A potem… heh… znów musiałabym prosić mamę, żeby mi pozwoliła jeszcze chwilę poczytać, jeszcze nie wyłączała światła, nie wyganiała do łóżka. Jeszcze tylko kilka stron, jeszcze do końca rozdziału. Może i fakt, że piraci jakoś mnie nie kręcili. Ale przygoda mnie kręciła, zagadka, stopniowo odsłaniana tajemnica. I jeszcze walka dobra ze złem.

Moim ulubionym rozdziałem byłby XI „Co podsłuchałem w beczce z jabłkami”, bo on utwierdziłby mnie w domysłach, że John Silver ma niecne zamiary, że dziedzic Trelavney jest strasznie naiwny i pomylił się, co do swojej załogi. Ten rozdział dałby mi poczucie, że dorównuję sprytem Jimowi Hawkinsowi i w gruncie rzeczy poradziłabym sobie z podstępnymi piratami, gdyby tylko ta przygoda stała się moim udziałem.


Doczytując ostatnie zdania, stwierdziłabym, że warto iść za czytelniczym nosem, że po raz kolejny literatura mnie nie zawiodła i dostarczyła silnych emocji.

W ostatnim akapicie chcę powiedzieć, że fajnie jest mieć to uczucie nadal po dwudziestu, trzydziestu latach odkąd zaczęłam samodzielnie składać litery!

PS Panie Andrzeju, dziękuję za pochylenie się nad słowem.


Możesz kupić tutaj: Wyspa Skarbów 

Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Ilustracje: Roberto Innocenti
Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 180 x 235 x 23
Stron: 310
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788372789327

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz