poniedziałek, 12 stycznia 2015

Marcin Szczygielski "Tuczarnia motyli"


"Śnieg zaczął padać w drugi dzień świąt Bożeg Narodzenia i wszyscy ucieszyli się z tego ogromnie" - tak zaczyna się druga część przygód Mai, którą mieliśmy okazję poznać w "Czarownicy piętro niżej" Marcina Szczygielskiego. Takie też były okoliczności przyrody, a nawet data, kiedy rozpoczynałam czytać "Tuczarnię motyli". Uśmiechnęłam się pod nosem, myśląc: "Ładnie!". Takie zbieżności w życiu bohatera literackiego i czytelnika od razu ustawiają lekturę. Sprawiają, że przenosisz się w czasie, stajesz się częścią opowiadanej rzeczy. A jeśli jesteś oporny na takie zagrywki, to przynajmniej czujesz pewien niepokój.

Niepokoju o Szczygielskiego jest sporo. Począwszy od złowieszczego tytułu. Tuczarnia? Ale jak to motyli? Tuczarnia kojarzy się ze zbrodnią, z bestialstwem, z gotowością do wykorzystania innego bez dyskusji. Zaś motyle... Opowieść rozpoczyna autor od wizji końca świata. Śnieg, który zaczął padać drugiego dnia świąt, padać nie przestaje. Zasypuje wszystko, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie, a czasem wręcz doprowadzając do zniszczenia - rośliny w mieszkaniach na niższych piętrach bloków po prostu usychają od braku słońca. Ale człowiek, jak to człowiek, zawsze sobie jakoś poradzi. Maja na przykład wyjeżdża po prostu, zostawiając za sobą całą tę zasypaną Warszawę. Wyjeżdża do ciabci, która jak się w Szczecinie okazuje, ma lat mniej niż Maja. Podobnie zresztą Monterowa.


W ogóle nie chciałabym wchodzić w treść fabuły, opowiadać wam tu z grubsza, co autor tym razem wymyślił (tam bardziej, że potem czytają inni i próbują bez czytania książki pisać swoje "recenzje"). Fabuła "Tuczarni motyli" jest w moim przekonaniu bardziej zwarta, jednolita. Zarzucałam autorowi, że miesza porządki - na przykład w "Czarownicy..." jest magia, jest seans spirytystyczny, jest podróż w czasie - trzy różne bajki, trzy różne pomysły. Jeśli wchodzimy w świat postaci magicznych, niechże do końca w nim siedzimy, zamiast zaraz dosiadać do stolika i za chwilę przenosić się w czasie. Tu Szczygielski jest konsekwentny. Trafiamy, za sprawą magicznego naszyjnika, do świata motylołaków, które zadomowiły się w starej szklarni. I tu pozostajemy do ostatnich stron. Oczywiście autor pozostaje sobą i nadal miesza. Jest Wielkim Miksującym! Jednak co i skąd wyjmuje jest chyba czytelne tylko dla dorosłego czytelnika. Są oczywiście serialowe wtręty Majki (moja córka też ma mnóstwo reklamowych haseł, jednak my nie mamy telewizora, mamy za to radio; niektóre dzieci mają chyba ucho wyczulone i po prostu, co usłyszą, zapamiętują), jest wątek pomniejszenia, który mnie przypomina film "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki", poza tym cały świat motylołaków (ich imiona, charaktery, zachowanie, stroje, jedzenie, wystroje wnętrz) utworzony jest na kształt naszego, ludzkiego, europejskiego. Autor czerpie pełnymi garściami, parodiując przy tym nasze obyczaje.


Uśmiałam się mocno w finale. Pisałam też kilka razy, że autor rozwiązuje akcję zbyt nagle, zbyt prosto. Rozmawiałam o tym z autorem, mówiąc mu, że jak dla mnie to jest rozwiązanie w stylu "deus ex machina". Uśmiałam się, kiedy w kulminacyjnym momencie Maja robi co trzeba, odkrywa Ukryty Zamek i wita się z Lordem Frederickiem Clarencem Granvillem od Devonskier herbu Deus ex Machina. Gdybym nie rozmawiała z autorem po tym, jak już książkę napisał, uznałabym, że miałam wpływ na fabułę:P:P:P W każdym razie przypomniało o sobie wrażenie z lektury pierwszego zdania książki.

Bogactwo świata przedstawionego, ale też stylu autora, sprawia, że książkę czyta się wybornie. Narasta w czytelniku oczekiwanie na cześć kolejną i w końcu rozwiązanie tajemnicy zaginięcia Niny. Jak dowiaduję się z fejsika autora, ponoć Foksi wie na ten temat najwięcej, ale jeszcze śpi zmorzona przez sennomlecz.

Autorowi nie mogę jedynie wybaczyć tego fragmentu (mówi Olga o Valentino, w którym się zakochała):

 - (...) Ach, co ja bym oddała, żeby móc słuchać tych jego opowieści codziennie! By móc patrzeć na niego, latać z nim rydwanem i wraz z nim pieścić pąki!
- Jestem za mała na takie rozmowy - stwierdziła Maja kategorycznie, bo temat zaczął ją nużyć.





Możesz kupić tutaj: Dzicy lokatorzy

Ilustracje: Magda Wosik Wydawnictwo: Bajka Wymiary: 140 x 210 x 30 Oprawa: Twarda Rok wydania: 2014 ISBN: 9788361824787

1 komentarz:

  1. Aaa, też zaczęłam czytać w swięta, też mnie uderzył nastrój grozy, właściwie takiego fajnego porządnego dreszczu oczekiwania. Też powiedziałabym autorowi to, co Ty o deus ex machina - bo kończyć historii to on nie umie. Niestety - tutaj bardziej niż w pierwszej części to widzę. Akcja gna od pewnego momentu wręcz nieprzyzwoicie. Ale jak ja lubię jego poczucie humoru, te postaci! Jest coś fascynującego w obrazie starej szklarni - różnej z perspektywy insekta i człowieka.
    Mimo błędów i potknięć - wciąż jeden z najlepszych fabulantów i czarodziejów słowa.
    A najlepsza rekomendacja: sześciolatek przy każdej okazji pyta, czy poczytamy "Motarnię tuczyli" (faza na nowotwory językowe)

    OdpowiedzUsuń