piątek, 30 maja 2014

Anne Cath. Vestly “8+2 i domek w lesie”


Lektury o rodzinach wielodzietnych z wiadomych powodów zawsze szczególnie mnie interesują. Ciekawi mnie, jak sobie radzą rodzice z większą gromadką. Norweska autorka Anne Cath. Vestly zaszalała i jej mama z tatą mają na głowie ośmioro maluchów. To chyba ekstremalna liczba dzieci jednych rodziców, z jaką się spotkałam w literaturze. Drugie miejsce na podium zajmują Jaśki (zobacz też "Jaśki. Repeta").

Janek chciał koniecznie pokolorować tę ilustrację:)

„8+2 i domek w lesie” to druga część dziewięciotomowej serii o przygodach Maren, Martina, Marty, Madsa, Mony, Milly, Miny i Mortena. „8+2 i ciężarówka” jakoś umknęła naszej uwadze, ale na szczęście jest to do nadrobienia. Po wspólnej lekturze drugiej części staliśmy się bowiem wielkimi fanami wielodzietnej rodzinki.

Ja zakochałam się w prostocie i staroświeckości opowieści Vestly. Jej rodzinka żyje skromnie – wodę trzeba nosić ze studni, czasem jest w domku zimno (szczególnie gdy dwuletni Morten powyciąga wetknięty w ściany mech), babcia hoduje kurczęta, domostwa zaś pilnuje wierny pies Rurek. To nie jest współczesny obrazek, ale nie jest to też współczesna opowieść. Mimo że kocham nasze wygody – ciepłą wodę po odkręceniu kurka i ocieplający dom styropian, odczuwam tęsknotę za światem, w którym trzeba sie było jednak trochę namęczyć. Prostota i trudy życia pozwalały znajdywać szczęście w mało skomplikowanych rzeczach, drobnych faktach, nade wszystko w relacjach z innymi. Nie trzeba było wiele, aby czuć się zadowolonym, spełnionym. Dzieciom wystarczyło szepnąć słówko, że w lesie otaczającym dom, czają się Indianie, aby te natychmiast weszły w opowieść i dały jej swój ciąg dalszy. Bliski jest mi także powieściowy las, który stwarza dzieciom możliwości, jakich nie miały na jednym pokoju w mieście. Las to okazja do obserwacji, do robienia wypraw. Las daje zabawie nową jakość, daje po prostu wolność.


Interesujące jest też przypatrywanie się relacjom. Choć Vestly nie pisze o nich wprost, wyczytujemy z przygód rodzinki ogromny szacunek, jakim jest obdarzany każdy z jej członków. Mimo że jest to opowieść o dzieciach i babcia nie stanowi elementu równania „8+2”, autorka poświęca jej sporo miejsca. Babcia ma ikrę. Najpierw nieco zasiedziała, stopniowo odkrywa w sobie siły witalne, nowe chęci do życia, sama nieraz staje się dziewiątym dzieckiem do zabawy. Także dzieci, gdy coś napsocą, spotykają się ze zrozumieniem i mądrą reakcją rodziców. Mój ulubiony rozdział to ten, gdy dzieci po kolei wychodzą w las, aby odnaleźć to, które wyszło przed chwilą (jaka troska!). Idzie też mama i babcia. W końcu wszyscy się gubią. Ale tata ma genialny pomysł. Bierze puzon, wspina się na drzewo i zaczyna grać:)


Moje dzieci – jak rzekłam – pokochały dzieci na M. Szczególnie Mortena, który ma swój świat. Dlatego uroczo w tym miejscu prosimy, aby Dwie Siostry wydały też kolejne tomy tej serii.

Ilustracja Marty - babcia sprzedaje gofry:)


Możesz kupić tutaj: 8+2 i domek w lesie 

 Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo: Dwie Siostry 
Wymiary: 150 x 185 x 21
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788363696139

środa, 21 maja 2014

Jean-Philippe Arrou-Vignod "Jaśki. Repeta"


Marzenia się spełniają! Kiedy 2 listopada 2010 roku pisałam, że mam kłopot z „Jaśkami”, bo kiedy „już skończymy czytanie tej całkiem sporej objętościowo powieści, żałujemy ogromnie, że to już wszystko” i kiedy w ostatnim zdaniu tego posta dodałam, że ja chcę jeszcze i jeszcze – nie sądziłam, że będę mogła spotkać się z Jaśkami po raz kolejny. Wyobraźcie sobie mój dziki zachwyt, gdy Znak zgłosił się z propozycją przeczytania „Jaśki. Repeta”. Prawie całowałam ekran laptopa:)

A zatem Jaśki, kochane Jaśki:) Od tamtej recenzji u mnie pojawiło się jeszcze jedno dziecko – jest więc czwórka. To jeszcze brakuje mi dwóch egzemplarzy, żeby zwariować zupełnie:) U Jaśków stan owych się nie zmienił. Wciąż jest ich sześciu, za to ciutkę podrośli. Ha!, dwóch najstarszych wchodzi w okres dojrzewania, a to – jak wiadomo – głupi wiek. Wariactwo do potęgi!

W „Repecie” narrator, czyli nadal Jan-B (drugi), skupia swoją uwagę na dwójce najstarszych dzieci. Przygląda się swemu starszemu bratu, który zostaje wysłany na przyspieszony kurs języka do miejscowej rodziny w Anglii, skąd wraca mocno odmieniony – „Włosy opadały mu na uszy, a zamiast bermudów z Nowczesnej Rodziny miał na sobie pomarańczowe spodnie z ponaszywanymi wielkimi kwiatami z kolorowego materiału”. Tatuś wpada też na pomysł, by przenieść syna do innej szkoły, w której łacina stoi na wyższym poziomie. Okazuje się, że to szkoła mieszana. Niestety klasa Jana-A wcale nie jest mieszana. Jest tylko jeden chłopak. On sam i reszta dziewczyn.

Także Jan-B przeżywa swoje problemy. Ponieważ bez zgody rodziców wybrał się do kina na nowego Bonda, tata odsyła go do miejscowej skautowej drużyny żeglarskiej, bo „Nic lepiej nie kształtuje charakteru niż przebywanie na pełnym morzu w towarzystwie ludzi morza”. Tam z kolei wśród grupy chłopców jest tylko jedna dziewczyna – Helena. Jan-B, który upatruje w dziewczynach groźnego plemienia, o dziwo, zaprzyjaźnia się właśnie z nią.

Możecie sobie wyobrazić, co tam się dzieje – rumieńce, prywatki, potańcówki, sny na jawie, marzenia o wielkiej przyszłości (Jan-A chce zostać idolem młodzieżowym, a Jan-B tajnym agentem). I niestety młodsze rodzeństwo, które sprowadza bohaterów na ziemię, i oczywiście tatuś, który nic nie rozumie.

Autor mnie nie zawiódł. Bawią czytelnika rodzinne uszczypliwości, rozmówki, scenki. Myślę, że obserwując Jaśków, czytelnik przypomina sobie trochę własne doświadczenia, własne rodzeństwo, własne dzieci. Te wspomnienia z kolei rodzą myśl, że dobrze jest, jak jest – z codziennymi awanturkami, chaosem, próbą ogarniania całości. Jest wesoło, kiedy w domu jest więcej dzieci. Czasem rzeczywiście można zwariować – szczególnie gdy wszyscy szybko i natychmiast czegoś od rodziców potrzebują. Ale czasem są też takie chwile, kiedy można się dzieciom przyglądać jakby z zewnątrz, ich wzajemnym relacjom, ich pomysłom, ich wizjom – i to jest niesamowite!

Czy po „Repecie” czuję niedosyt? Oczywiście! Jaśków nigdy dość.



Możesz kupić tutaj: Jaśki. Repeta 

Wydawnictwo: Znak
Oprawa: twarda
Stron: 196
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324029112

sobota, 17 maja 2014

Robert Louis Stevenson “Wyspa Skarbów”


Zawsze trudno jest pisać o klasykach. Można piać z zachwytu i przyłączyć się tym samym do chóru innych piejących. Można się silić na oryginalność i na końcu pleść jakieś farmazony. Można stanąć okoniem… tylko po co?
 
I gdy tak sobie już ustawiłam tę „recenzję”, kiedy wiecie, że nie wiem, co napisać, pozwólcie, że oddam głosu dziecku w sobie. Młode to-to, więc nawet nie wie, że jest coś takiego jak klasyka. Ot, poszło do biblioteki i zobaczyło ciekawą okładkę. Ta przedstawia pokład statku i wyspę w oddali. Są jeszcze bohaterowie – szczególnie jeden z nich, odwrócony tyłem, bez nogi, przypominający pirata… intryguje. Ciekawe, czego chce od tego młodego stojącego na dziobie statku? Tak to się zaczyna – ta przygoda z czytaniem.

Gdybym jako dziecko dostała w swoje ręce „Wyspę Skarbów” z ilustracjami Innocentiego (znamy go z „Pinokia”), już bym ją trzymała pod pachą, już bym targała z biblioteki do domu. Te ilustracje zapowiadają przygodę, zapowiadają akcję, zapowiadają niezwykłe czytelnicze doznania. Potem ślęczałabym nad nimi godzinami, przyglądając się detalom.


Kiedy już wylądowałabym w swoim pokoju z „Wyspą Skarbów”, och, jak uszy zaczęłyby mnie piec. Bo okazałoby się, że intuicja nic a nic mnie nie zwiodła i że nadzieje, które mi składały ilustracje, nie były płonne. Z całą pewnością uwiódłby mnie autor już w wierszyku wstępnym „Do wahającego się nabywcy”:

Lecz jeśli uczona 
Młodzieży już dzisiaj nie czyta Kingstona, 
Czy Ballantyne’a i Jamesa Coopera, 
Ja jej wybaczę, niech pamięć zamiera 
O krwawych zbrodniach Flinta i Silvera! 
Lecz żal mnie bierze, gdy pomyślę nieraz, 
Że chyba legnę w grobie razem z korsarzami, 
Co los żałosny dzielą z tymi pisarzami! 
Wziąłby mnie na litość. Jako dziecko empatyczne, poczułabym przemożną chęć, by uratować Stevensona, dając mu miejsce w swojej pamięci. Tak też by sie stało.

A potem… heh… znów musiałabym prosić mamę, żeby mi pozwoliła jeszcze chwilę poczytać, jeszcze nie wyłączała światła, nie wyganiała do łóżka. Jeszcze tylko kilka stron, jeszcze do końca rozdziału. Może i fakt, że piraci jakoś mnie nie kręcili. Ale przygoda mnie kręciła, zagadka, stopniowo odsłaniana tajemnica. I jeszcze walka dobra ze złem.

Moim ulubionym rozdziałem byłby XI „Co podsłuchałem w beczce z jabłkami”, bo on utwierdziłby mnie w domysłach, że John Silver ma niecne zamiary, że dziedzic Trelavney jest strasznie naiwny i pomylił się, co do swojej załogi. Ten rozdział dałby mi poczucie, że dorównuję sprytem Jimowi Hawkinsowi i w gruncie rzeczy poradziłabym sobie z podstępnymi piratami, gdyby tylko ta przygoda stała się moim udziałem.


Doczytując ostatnie zdania, stwierdziłabym, że warto iść za czytelniczym nosem, że po raz kolejny literatura mnie nie zawiodła i dostarczyła silnych emocji.

W ostatnim akapicie chcę powiedzieć, że fajnie jest mieć to uczucie nadal po dwudziestu, trzydziestu latach odkąd zaczęłam samodzielnie składać litery!

PS Panie Andrzeju, dziękuję za pochylenie się nad słowem.


Możesz kupić tutaj: Wyspa Skarbów 

Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Ilustracje: Roberto Innocenti
Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 180 x 235 x 23
Stron: 310
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788372789327

czwartek, 15 maja 2014

Janusz Stanny "Baśń o królu Dardanelu"

Janusz Stanny zmarł w lutym tego roku. Był uznanym ilustratorem. Uczniem uwielbianego Szancera. Zilustrował około 200 książek dla dzieci. Ma na koncie trzy pozycje autorskie: "O malarzu rudym jak cegła", "Koń i kot" (halo, Wydawcy, ciągle czekamy na jej reprint!!!) oraz "Baśń o królu Dardanelu".

Wyborny tekst, wyborne ilustracje!





Wydawnictwo Wytwórnia, 2005.

środa, 14 maja 2014

Luke Pearson „Hilda i ptasia parada”


Kim jest Hilda? Czasem myślę, że kimś nieprzystosowanym, kto tkwi w świecie ludzi przez przypadek. Bo Hildę ciągle gdzieś ciągnie, bo Hildy nie bawi robienie w konia starszej pani ani tym bardziej rzucanie kamieniami w ptaki. Hildę wszystko ciekawi, zwłaszcza to, na co nikt nie zwraca uwagi, choćby stało przed oczami wielkie jak byk. Tak!, odkąd Hilda zamieszkała w mieście, czytelnik dostrzega jeszcze ostrzej kontrast między nią a resztą świata. Świat miejski jest obcy, zagraża, a ludzie okazują się agresywni. Dlatego Hilda i jej mama nie czują się tu dobrze – jak zresztą się tego spodziewaliśmy, czytając o Nocnym Olbrzymie. 


Luke Pearson na dwóch pierwszych kartkach wywraca do góry nogami to, co chcielibyśmy myśleć o świecie. Dziwaczne stworzenia, które poznaliśmy w dwóch dotychczas wydanych częściach, rozległe, niezamieszkane przez ludzi, tereny rodziły w nas może strach. Nocny Olbrzym w pierwszej chwili wydawał sie przerażający – pojawiał się nocą, mógł podeptać (i podeptał!), nie byliśmy pewni jego zamiarów… A w mieście… no cóż, wydaje nam się, że jak już się porządnie zainstalujemy, to nic nam nie grozi. Ale u Pearsona odwrotnie. Właśnie miasto okazuje się nieprzyjazne, istoty je zamieszkujące, czyli ludzie, robią sobie na złość, cieszą ich głupie rozrywki i dają się nabrać na tanie efekty.


Hilda jest zdecydowanie inna. Nieprzystosowana w dobrym tego słowa znaczeniu. I co najciekawsze – nawet miasto widziane jej oczami zyskuje także w oczach czytelnika. Chwila, w której bohaterka ratuje rannego ptaka, to punkt, od którego historia zaczyna toczyć się po staremu. Hilda znów gada z dziwnymi stworzeniami, tym razem z ptakiem, ale i on okaże się niezwykły. Odkrywa też, że miasto może być ciekawe – bo każde drzwi są inne, podobnie jak kominy, lampy uliczne, a nawet zielsko wyrastające z trawnika. To wewnętrzna optyka sprawia, że świat jest, jak jest. Miasto zamieszkują też osobliwe zwierzęta, istoty – lwy solne, trolle, a szczury zbijają się w wielką kulę i mutują w odrażającego szczura potwora. Hilda potrafi „docenić rzeczy, które nie rzucają się za bardzo w oczy”. Jest jeszcze coś, co nie rzuca się w oczy, co Hilda może odkryć, kiedy to próbuje odnaleźć drogę do domu. Odnajduje też drogę do matki, z którą jakoś tak się ostatnio nie dogadywały.


Pearson tworzy opowieść spójną, przemyślaną i bogatą w sensy. Jego bohaterka jest na tyle wyrazista, mocna, że wracam do jej historii bardzo często. Także myślami. Dla mnie to wyznacznik książki naprawdę wartościowej.



Możesz kupić tutaj: Hilda i ptasia parada 

Wydawnictwo: Centrala
Wymiary: 220 x 310 x 10
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788363892296

wtorek, 13 maja 2014

Thomas Flintham „Labirynty nie z tej ziemi”


„Labirynty nie z tej ziemi” Thomasa Flinthama zostały dziś wywołane do tablicy przez fejsbukowych Lubicieli:)

Grafiki pochodzą ze strony autora, dlatego angielski tekst!

Propozycja Flinthama to nowoczesny misz-masz. Przede wszystkim jest to zeszyt ćwiczeń. Zgromadzone na 96 stronach labirynty aż proszą o chwycenie za kredkę i poprowadzenie jej z punktu A do punktu B. Labiryntów tu od groma, a każdy inny – utworzony z rogów, macek ośmiornicy czy promieni słonecznych. Gdyby ktoś ci nie powiedział, że to labirynt – mógłbyś się chwilami nie zorientować. Bo też książka Flinthama jest przede wszystkim picture bookiem, gdzie obraz gra pierwszą rolę. Labirynty wychodzą przy okazji…


Większość zadań stanowi odrębną historię. Pośród nich umieszczono dwie dłuższe opowieści – o Małym Rycerzu i Astropiotrku. Ci dwaj przeżywają przygody, pokonując kolejne labirynty. Autor używa w tym przypadku czasem konwencji komiksowej, dzięki czemu wprowadza skromną akcję.

Oszczędne, ale nowoczesne grafiki przypominają mi czyjeś prace (Kacpra Dudka najbardziej). Być może to kwestia stylu rodem z komputera? Skąd pomysł na labirynty? – wydaje się, że autor ma pod ręką zawsze kawałek kartki papieru i gdy tylko zaczyna mu się nudzić, rysuje. Ja w takich sytuacjach tworzę skomplikowane, kubistyczne formy. Moja znajoma maluje florystyczne wzory. Kiedy oglądam prace Flinthama odnoszę wrażenie, że zasadniczy trzon jego prac stanowią właśnie takie nagryzmolone na marginesie esy-floresy. Potem dopiero całość została dopowiedziana, dookreślona przez fabułę.


Z labiryntami możecie ćwiczyć spostrzegawczość Waszych dzieci, ale też wyobraźnię przestrzenną i logiczne myślenie. Czarno-białe strony zachęcają ponadto, by całość dostała trochę koloru. Udanej zabawy!

W ofercie wydawnictwa jest też to:

http://nk.com.pl/lamiglowki-nie-z-tej-ziemi/1966/ksiazka.html#.U3MVY3ZYddg


Możesz kupić tutaj: Labirynty nie z tej ziemi 

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 205 x 275 x 5
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788310126306

poniedziałek, 12 maja 2014

Liliana Fabisińska „Maksio ma kłopoty”, „Pierrota bolą kopytka” (seria "Klinika pod Boliłapką")


W teorii literatury istnieje pojęcie literatury popularnej. Ta cechuje się schematyzmem, uproszczeniami i nastawieniem na dostarczenie przyjemności z czytania jak najszerszej grupie czytelników. W literaturze dziecięcej pojawia się coś na ten kształt. Są to czytadełka dla dzieci w wieku szkolnym. Do najbardziej znanych autorek czytadełek należą Holly Webb, Jacquelin Wilson czy Francesca Simon. Pewnie kojarzycie też cykl o Zuźce D. Zołzik, biurze detektywistycznym Lassego i Mai i kilka innych mniej lub bardziej udanych serii.

Liliana Fabisińska i Papilon wchodzą na rynek ze swoją propozycją. Stawiają na temat sprawdzony – zwierzęta. „Klinika pod Boliłapką” – bo tak została nazwana ta seria – opowiada o pani weterynarz Magdzie i jej bliźniakach Dominice i Kajtku. W pierwszej części poznajemy ich w dość trudnych dla nich momencie. Właśnie się wprowadzili, właśnie rozkręcają klinikę dla zwierząt, po tym, jak mąż i ojciec opuścił ich dla innej kobiety. Dzieci właśnie rozpoczynają naukę w nowej szkole, a mama jak zwykle ma mnóstwo pracy. Ale kolejne części mają też swoich indywidualnych bohaterów – raz jest to pies Maks i jego nowy pan, Filip, potem jest to kucyk Pierrot i ośmioletnia Melka. Zasadniczy schemat fabularny jest prosty. Zwierzę zaczyna chorować, więc trafia w ręce pani Magdy. Krok po krok, dzień po dniu obserwujemy zabiegi weterynaryjne, którym zwierzę jest poddawane. Poznajemy dziwnie brzmiące nazwy chorób – babeszjoza i ochwat, ale też mamy okazje przyjrzeć się leczeniu tychże. To niezwykle pouczające.

Fabisińska nie poprzestaje jednak na tych edukacyjnych wątkach. Wplata epizody romantyczne (nowy lekarz w klinice, doktor Paweł), psychologiczne (strach Kajtka przez odrzuceniem przez matkę), wychowawcze (nauka mycia podłóg, obowiązki domowe, praca Melki w stajni).

Innymi słowy, dla każdego coś:P Jak na czytadło przystało, czyta się sprawnie i miło.



Możesz kupić tutaj: Klinika pod Boliłapką 

Wydawnictwo: Papilon
Wymiary: 125 x 125 x 10
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324520114

poniedziałek, 5 maja 2014

Andrzej Marek Grabowski „Wojna na Pięknym Brzegu”


Książka o Krysi Grabowskiej – mamie autora – czekała na spisanie kilkadziesiąt lat. Można powiedzieć, że historia ta przycupnęła sobie w kąciku domu Grabowskich i czekała. Bo tyle było innych tekstów do spisania – „Kulfon, co z ciebie wyrośnie” „Bursztynek” i „Witaminki”. Czasem jednak dobrze, gdy historie mogą w autorze dojrzewać, poczekać na właściwy czas, na sprzyjające okoliczności. Tym bardziej kiedy temat jest tak delikatny i ważny, jak wojna.


Krysię poznajemy więc, gdy ma dziesięć lat i przygotowuje się do pójścia do pierwszej klasy. Coś wisi jednak w powietrzu. To wojna, która spadnie na mieszkańców Warszawy, Żoliborza, wraz z bombami. Grabowski prowadzi narrację pierwszoosobową, oddaje głos Krysi, co pozwala na założenie pewnego filtra. Patrzymy na łapanki, ukrywanie Żydów, wyprawy po jedzenie, przyłączenie się do AK, pracę łączniczki oczyma kilkunastoletniej dziewczynki (mimo że opowiada nam dorosła Krystyna), stąd pewne aspekty wojennej zawieruchy autor może dowolnie taić, nie musi nimi straszyć. Rzeczywiście ponad opowieścią Krysi unosi się jednak atmosfera pewnego spokoju. Znajdziemy tu kilka trudnych momentów – na przykład ujście przed pociskiem z działka, który trafił w klatkę, z której dziewczynki dopiero co odeszły, czy dostarczenie broni do wskazanego miejsca. Ponieważ akcja posuwa się dość szybko – każdy kolejny rozdział przenosi nas w czasie do innej przygody, do innego czasu – odnosi się niebezpieczne wrażenie, że wojna to całkiem interesująca przygoda. W dodatku Krysia jest optymistką, niby się boi, ale chyba tylko odrobinę. Pragnienie Krysi i jej przyjaciółek – Marysi i Jadzi – aby w końcu dołożyć szkopom osobiście, zaprawione jest sporą dawką ekscytacji. Autentycznego strachu doświadcza tylko jedna z nich.


Bynajmniej nie znaczy to, że uważam książkę Grabowskiego za słabą czy złą. Czyta się ją bardzo dobrze. Dostarcza wiele wiadomości dotyczących wojny i z tematem oswaja. Zastanawia mnie jedynie, jak dzieci przyzwyczajone do tego, że walka to fantastyczna rozrywka (gry komputerowe), odbiorą tę jednak oszczędzającą czytelnikowi cierpienia historię. W tym duchu spoglądam też na ilustracje Joanny Rusinek. Zgrzytają mi nieco – tyle w nich piękna! Tylko ten obraz przedstawiający kamienice, kwitnące drzewa i dymy unoszące się w oddali, dymy znad getta budzą pewien słuszny niepokój. Może coś z tym moim „zgrzytaniem” ma wspólnego sam Żoliborz – z francuskiego jolie bord, piękny brzeg? Bohaterka wspomina:

I rzeczywiście, brzeg Wisły jest piękny. Skarpa, piaszczysta plaża, dużo zieleni. Dlatego bardzo lubiłam spacerować nad Wisłą. Nawet w czasie wojny były piękne, słoneczne dni, a dzieci chciały się bawić. Dzieciom było łatwiej niż dorosłym zapomnieć o czającym się dookoła niebezpieczeństwie. (…) Ale tego październikowego dnia nie myślałyśmy o wojnie. (…) Słońce cudownie grzało. Moczyłyśmy nogi w rzece i gadałyśmy o codziennych sprawach. 


Możesz kupić tutaj: Wojna na Pięknym Brzegu 


 Ilustracje: Joanna Rusinek
Wydawnictwo: Literatura 
Wymiary: 165 x 235 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788376722818