czwartek, 23 lutego 2017

Marcin Szczygielski „Klątwa dziewiątych urodzin”


Nie wiem, czy muszę jeszcze kogoś przekonywać, że Marcin Szczygielski wielkim pisarzem (literatury dla dzieci) jest. W moim przekonaniu nie ma obecnie sobie równych. Nie zamierzam tu po raz kolejny wychwalać zdolności autora do tworzenia fascynujących fabuł (jeśli ktoś koniecznie chce wiedzieć, skąd moja opinia, niech czyta te recenzje: pierwsza, druga, trzecia). Chcę raczej jako dowód prawdziwości moich tez przedstawić Wam moją córkę. Marta czekała na „Klątwę dziewiątych urodzin” odkąd wywnioskowała z ostatniej strony, że będzie ciąg dalszy. Wielokrotnie wypytywała, czy to już. Uparta do tego stopnia, że w końcu zapytałam u źródła i dowiedziałam się nie tylko o dacie wydania, ale też poznałam tytuł. To musiało mojej córce wystarczyć. A kiedy książka przyszła pocztą… musiałam zapomnieć o tym, że mam córkę na czas lektury. Połknęła! A potem – jak to ona – poszła zarażać swoje koleżanki z klasy. I wiemy, że to wciąż nie koniec…


Każda z trzech wydanych do tej pory części różni się od siebie, choć ma wspólnych bohaterów. W „Czarownic piętro niżej” autor i jego bohaterowie pozostaje w dużej mierze w przestrzeni rzeczywistej. Mamy co prawda ciut fantastyczny ogródek ciabci z Zdradliwymi Liliami na czele, jednak cała akcja dzieje się w kamienicy, ogrodzie, chlewiku. W części drugiej – „Tuczarnia motyli” – akcja przenosi się w świat całkowicie fantastyczny. Bohaterka ulega pomniejszeniu i trafia do krainy motylołaków, która jednak mieści się wciąż i nadal w ogrodzie ciabci. W „Klątwie...” porządki się odwracają. Ciabcia i Monterowa tym razem przyjeżdżają do Mai, do Warszawy. Bohaterki snują się po stolicy, a świat rzeczywisty istnieje tu na równi z fantastycznym, choć ten drugi jest mocno schowany. Trzeba też dodać, że bohaterowie świata fantastycznego wywodzą się z warszawskich legend. Spotkamy więc Syrenkę, Warsa i Sawę, Złotą Kaczkę, którzy jakby nigdy nic wiodą swoje życie, dostosowawszy je do aktualnie panujących w stolicy realiów, trendów czy nawet mód. Szczygielski żongluje fabułą po królewsku i to w takim tempie, że czytelnikowi kręci się w głowie. To talent! – móc wpasować zastygłe w tradycji postaci z legend w rzeczywistość dzisiejszej Warszawy. Syrenka na ten przykład:

Na kanapie leżała okropnie gruba kobieta w średnim wieku, ubrana w poplamiony biały T-shirt z napisem „I love Warsaw”. Gęste ciemne włosy, przetkane pasmami siwizny, upięła w nieporządny kok. Zamiast nóg miała rybi ogon ozdobiony kolorowymi kapslami od butelek. Jadła kopytka ze skwarkami i oglądała „Małą Syrenkę” na turystycznym czarno-białym telewizorku, do którego podłączony był przedpotopowy magnetowid. 

Jest jeszcze fragment o słoikach, które napływają do Warszawy zewsząd:) Stąd problem Syreny z metabolizmem…

Ale, ale… o czym to wszystko jest? W skrócie – Maja za kilka dni ma obchodzić dziewiąte urodziny, a jeśli do tego dnia nie odnajdzie swojej prababki Niny, zapomni o wszystkim, co do tej pory przeżyła jako czarownica, straci też wszystkie umiejętności czarowania (choć te póki co jeszcze w powieściach słabo się objawiły – jak na mój gust!). Stąd właśnie fabularny pęd. Trzy bohaterki, a także kot i Foksi przemierzają Warszawę dzień w dzień, aby zbliżyć się do wielkiej rodzinnej tajemnicy. Finał jest zaskakujący:)

Obok wspaniale zbudowanych postaci – Monterowa bije wszystkich na głowę! uwielbiam ją! – podoba mi się też to pochylenie się autora nad światem rzeczy. Myślę, że cały cykl autora staje się wehikułem czasu. Za dziesięć, dwadzieścia lat czytelnicy odkrywający jego powieści będą pytali swoich rodziców: a o co chodzi z tymi słoikami? a co to jest fejsbuk czy twitter? napój energetyzujący? Szczygielski staje się piewcą detali dnia dzisiejszego. Z zaintrygowaniem i dziwnym szacunkiem pochyla się nad naszym tu i teraz, którego nie dostrzegamy, nad którym się nie zatrzymujemy, który uznajemy za oczywistość i zwykłość. Jak u Białoszewskiego… epifania, reizm, właściwie to resfania.

My pozostajemy w wiernym oczekiwaniu:)

PS
Wydawnictwo informuje:
Z dumą i radością informujemy, że „Klątwa dziewiątych urodzin” otrzymała tytuł Książki Roku 2016 w prestiżowym konkursie Polskiej Sekcji IBBY. W uzasadnieniu jury napisano między innymi: „Kolejne strony tej mistrzowskiej powieści przewraca się z rosnącą ekscytacją - nie ma się czemu dziwić, gdyż Szczygielski wręcz wrzuca nas w wir narracji, z którego nie sposób się wyrwać przed przeczytaniem ostatniego zdania”.



Ilustracje: Magda Wosik
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Bajka 
ISBN: 978-83-65479-05-1

poniedziałek, 23 stycznia 2017

„Świerszczyk” nr 2, 2017


Pora wrócić do „Świerszczyka”. Mamy w domu pokaźną kolekcję, która cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem.



Numer drugi z tego roku w nieco odmienionej odsłonie. Właściwie to dodano mu kilka stron (a już się bałam, że nigdy to nie nastąpi). Największa nowość to jednak pewien dodatek, czyli Kwadratowa Gra Baśniowa. To kwadraciki, które należy wyciąć z tekturki dołączonej do czasopisma. Stają się one podstawą gry w skojarzenia (trochę przypomina nam grę Dixit, a trochę Story Cubes, ale to nie do końca to). Gra zapoczątkowuje Świerszczykowy Klub Książkowy. Jeszcze nie wszystko o nim wiadomo, ale brzmi ciekawie i mała Monika we mnie się cieszy, bo lubi wszelkie kluby, inicjatywy i wspólne zabawy. Mam nadzieję, że wykluje się z tego projektu coś naprawdę wyjątkowego, tym bardziej że angażuje się w niego wiele mam-blogerek książkowych.

Z obrazków po lewej można zrobić odznaki dla małych czytelników!

Witam się też z nowym bohaterem komiksu na ostatniej stronie – to zielony lis Paskal. Nie zmieniły się stałe rubryki na szczęście. W Wielkim Czytaniu kolejne przygody Bodzia i Pulpeta (autorstwa Kasdepke). Ponieważ to numer pingwinowi, chłopcy z wychowawczynią Troć wybrali się do zoo. Jak zwykle urwanie głowy – nie wiadomo tylko z kim większe – z chłopcami czy z pingwinami:)

Zajrzyjcie na fanpejdża Świersczykowego. Dużo dobrego się tam dzieje.


czwartek, 19 stycznia 2017

1% dla Antka



Antek ma zespół Downa, chore serce i codziennie udowadnia, że stać go na więcej niż wszystkim się wydaje.

Antek ze swoją rehabilitantką


Mówi więcej niż jego brat bliźniak, je więcej niż Marysia, uśmiecha się więcej niż Franek, piłkę kocha więcej niż Janek i nawet książek pochłania więcej niż Marta. Dzielny z niego zuch! Ale wiemy, że chciałby więcej! Pomożecie?

Antek na terapii słuchu i mowy z surdologopedą


Dziękujemy Wszystkim darczyńcom 1%. 

Dzięki zebranym środkom zakupiliśmy aparaty słuchowe dla Antka, które bardzo szybko dały wspaniałe efekty. Możemy zapewnić mu także rehabilitację dwa razy w tygodniu w domu, co jest szczególnie ważne, ponieważ Antek jednak choruje więcej i dłużej i nawet wtedy nie odpuszczamy rehabilitacji, ale dostosowujemy ją do jego aktualnych możliwości zdrowotnych.

Wciąż czekamy na operację serca. Lekarze uważają, że chłopak z tą wadą (CAVC całkowity niezbalansowany kanał przedsionkowo-komorowy) radzi sobie bardzo dobrze, a operacja jest naprawdę ciężka.


Wypełniając PIT może wpisać 1% dla Antka
 KRS 0000186434
 cel szczegółowy 471/M Antoni Moryń

lub przesłać darowiznę na konto fundacji „Słoneczko”
89 8944 0003 0000 2088 2000 0010
Tytułem: 471/M Antoni Moryń - darowizna





Dziękujemy!

piątek, 13 stycznia 2017

Ola Woldańska-Płocińska „Prosiaczek i pojazdy”


Kto by pomyślał, że Prosiaczek ma już cztery lata…


Interesujący pomysł na serię ma Ola Woldańska-Płocińska. Jej bohater – Prosiaczek – obchodzi z czytelnikami swoje kolejne urodziny. O pierwszych pisałam tutaj. Na drugie możecie spojrzeć tu, a na trzecie tutaj. Na czwarte urodziny przyjeżdża wujek Leon. Przyjeżdża swoim czerwonym kabrioletem, więc, ma się rozumieć, doskonale wie, jakie prezent najbardziej ucieszy czteroletniego chłopczyka. Oczywiście, że samochód. Zatem wspólnie wybierają się do sklepu z zabawkami, aby wybrać ten najlepszy, najfajniejszy, najszybszy. Finałowy wybór jest jednak całkowicie zaskakujący, choć – jako mama czterech synów – stwierdzam, że jednak na końcu wcale mnie nie dziwi.


Prosiaczka wciąż jeszcze oglądamy na kartonowych stronicach, tekstu nadal skromnie czy też wystarczająco dla przedszkolaka. Woldańska-Płocińska doskonale operuje kolorami. Podziwiam tę umiejętność łączenia odważnych, mocnych kolorów, które razem dają harmonijną całość. Chłopcy nie zawiodą się, przez strony bowiem przewijają się kolejne typy samochodów – jest i wóz strażacki i różowy walec, jest pick-up oraz furgonetka, pociąg towarowy i wyścigówka.



To wciąż doskonały prezent na kolejne chłopięce urodziny! Ciekawa jestem, czy ktoś ma w domu Prosiaczkowego równolatka.





Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Czerwony Konik
ISBN: 978-83-939357-3-4

wtorek, 10 stycznia 2017

Anne-Cath. Vestly „8+2 i pierwsze święta”


„8+2…” to obecnie moja druga (po „Dzieciach z Bullerbyn”) ulubiona książka (choć seria!) z dzieciństwa. To prawda, że mam już prawie czterdzieści lat, ale kiedy czytam książki dla dzieci staję się dzieckiem. Przeżywam lekturę po dziecięcemu, prosto i naiwnie. I choć potem zazwyczaj piszę jakąś recenzję, nie czuję brzemienia obowiązku analizowania, tropienia i badania. Nie wiem, jak się to stało, że studia polonistyczne nie zabiły we mnie tego dziecka, które cieszy się jak głupie z kolorowych obrazków, przygód bohaterów, którego serce czuje wyjątkową więź z którymś z bohaterów, czuje się zatroskane o to, czy wszystko na pewno dobrze się skończy.

Zatem „8+2 i pierwsze święta” (recenzja „8+2 i domek w lesie” tutaj) sprawiło, że po raz kolejny mogłam obudzić w sobie to dziecko. Uwielbiam Vestly za fabularny spokój, za wesołych bohaterów i ich proste, ale wariackie przygody. Czy trzeba wiele, aby rozkochać czytelnika w fabule na zabój? Autorka udowadnia, że nie. Jej wielodzietna rodzinka przeżywa kolejne miesiące w domu umiejscowionym pośród lasu. Nadchodzi zima, coraz bliżej święta Bożego Narodzenia, a po nich kolejne święta, czyli Wielkanoc. Przyglądamy się, jak Marta wyzbywa się lęku przed ciemnością, a potem uczy się jazdy konnej. Dowiadujemy się, że rodzinie w końcu zainstalowano telefon. A potem wszyscy wyjeżdżają w góry, bo babcia ma takie właśnie życzenie. Proste, prawda? Jednak Vestly pozwala, aby jej bohaterowie wnieśli na kolejne strony mnóstwo ciepła i życzliwości. W ogarnianiu strachu przed ciemnością pomaga wnuczce babcia, która w tajemnicy wyznaje, że też się boi ciemności, więc razem mogą poćwiczyć nocne spacery. Także w tajemnicy Marta uczy się jeździć na koniu sąsiadów. Ci pomagają jej spełnić marzenie, aby stać się księżniczką i pojechać konno, by pozdrowić rodzinę. O telefon, który miał pomóc tacie w załatwianiu zleceń, wystarała się znajoma rodziny, Hulda. Także wyjazd spadł trochę jak gwiazdka z nieba, jednak tę gwiazdkę ktoś konkretnie poruszył.


Vestly pokazuje świat wypełniony dobrymi ludźmi, którzy troszczą się o siebie i zwierzęta (i czasem nawet kurom pozwalają zamieszkać w mieszkaniu, bo tak trzeba). Jej dzieci są odważne i pracowite, choć także psotne. I nawet jeśli na chwilę się zapominają i gubią brata w lesie, za chwilę wracają z powrotem, by go odszukać. Szacunkiem darzy się każdego – dużego i małego. Tutaj dzieci nie narzekają, biorą to, czym ich życie obdarowuje i pozostają wdzięczne.


Tak to się u nas czyta...:)

Siła serii tkwi w jej fabularnej prostocie. W gruncie rzeczy my wszyscy tęsknimy za światem pełnym ciepła i dobroci, gdzie drugi jest niesamowicie ważny i w którym ja też jestem ważny. U Vestly znajdujemy to wszystko. Dwie Siostry, dziękujemy za kolejną część. Czekamy na następną:)




Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry 
ISBN: 978-83-65341-14-3