czwartek, 31 lipca 2014

Anna Czerwińska-Rydel "Fotel czasu"


W ostatniej recenzji książki Anny Czerwińskiej-Rydel pisałam, że autorka odnalazła się w biografiach pisanych pod dzieci. Jeśli dobrze liczę - ma ich już na koncie dziewięć. Pozycje te są wartościowe, dobrze napisane,  świetnie zilustrowane, pożyteczne... tyle że w pojedynkę. Gdybyśmy bowiem chcieli przeczytać wszystkie te książki jedna po drugiej, odkrylibyśmy formułę, którą autorka stosuje z uporem. To chyba jedyny grzech literacki, który popełnia Czerwińska-Rydel. Niestety poważny.

Na czym polega owa formuła? Autorka tworzy fabułę, która toczy się dwutorowo. Mamy więc bohatera historycznego, z którego biografią (zwłaszcza latami dziecięcymi) będziemy mogli się zapoznać. W "Fotelu czasu" jest nim Aleksander Fredro. Komediopisarza poznajemy w krótkich migawkach, które pokazują nam bohatera w mniej lub bardziej istotnych momentach jego życia - w trakcie rodzinnego obiadu, przy śmierci matki lub z wnukami. Obok stoi bohater współczesny - w tym przypadku jest nim Aleksander, który ma anginę. A ponieważ urodził się jego młodszy braciszek, rodzice decydują zawieźć go do babci. Co istotne, to fakt, że Aleksander jest prapraprawnukiem TEGO Aleksandra. Zaś u buni stoi niezwykły fotel. Niezwykły z dwóch względów - bo odziedziczony po Fredrze i mający moc przenosić w czasie. Właśnie to przenoszenie w czasie pozwala obu planom się spotkać.


Czerwińska-Rydel pisze książki, które - to niemodna fraza - zawierają przekaz, uczą. "Fotel czasu" przenosi czytelnika do epoki. Babcia jest tu swoistym przewodnikiem, który tłumaczy niezrozumiałe określenia związane z obiadowaniem czy odzieniem. Wpierw więc widzimy obrazek z XIX wieku, a później bunia nam dopowiada. Edukacyjny charakter ma też samo przyswajanie biografii Fredry - czy wiecie ile miał rodzeństwa? że zaciągnął się do wojska jako szesnastolatek? i że wcale nie było mu łatwo wystawić swą pierwszą sztukę?

Autorka podejmuje także problemy wychowawcze - tym razem współczesny bohater jest nieco zazdrosny o młodszego brata. Wejście w biografię przodka pozwala mu oswoić fakt rodzeństwa, dostrzec bogactwo, jakie wynika z faktu posiadania rodziny.

I wszystko dobrze, i mądrze, i ładnie... ale już to gdzieś czytałam.




Wydawnictwo: Fundacja Rodu Szeptyckich
Oprawa:  twarda
Ilość stron:  144
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-929419-0-3

niedziela, 13 lipca 2014

Urlop od codzienności

Zapowiadam dwutygodniową ciszę, ale po powrocie spodziewajcie się opowieści o smakowitych książkach. W tym:

Anny Czerwińskiej-Rydel "Fotel czasu"




Kariny Schaapman "Mysi domek. Sam i Julia w cyrku"




oraz zaczarowanej zupełnie książce Shauna Tana "Zgubione znalezione".



Życzymy Wam i dzieciom słońca, wielu przygód i oczywiście niezapomnianych doświadczeń z książkami:)

środa, 9 lipca 2014

Anna Onichimowska "Hera, moja miłość"



Dzisiaj w Trójce usłyszałam, że stany Kolorado i Waszyngton zalegalizowały marihuanę. Jedno z ostatnich zdań njusa brzmiało, że oto władze cieszą się z wysokich wpływów do budżetu ("maryśka" jest wysoko opodatkowana). A właśnie jestem po lekturze "Hera, moja miłość" i myślę sobie, jak bardzo człowiek może być krótkowzroczny i skupiony na swojej kieszeni.

Historia, którą przedstawia Anna Onichimowska, opiera się - niestety - na faktach. Poznajemy rodzinę, jakich wiele. Mama i tata zajęci karierą i pracą. On do tego wszystkiego podpija, żeby się zrelaksować. Ona też najchętniej myśli o sobie - siłownia, kolacje z klientami, papieros jako przerywnik w życiowej pogoni. Są dzieci - oczywiście dwoje. Michaś ma siedem lat i fascynuje go starszy o dziesięć lat brat, czyli Jacek. Ten z kolei, nieco nieśmiały, zakochuje się w dziewczynie, która przypala trawkę. Jacek też się wkręca. Kiedy dziewczyna go rzuca, życie w rodzinie Niwickich wypada z torów. Tragedia zacznie gonić tragedię i na końcu wszystko się rozsypie.

W przedsłowiu autorka wyznaje: "Najgorsze, że ta historia zdarzyła się naprawdę. Przeczytałam jej krótki suchy opis i od tej pory prześladuje mnie nocami. Nie uwolnię się od niej, póki jej sobie nie wyobrażę w najdrobniejszych szczegółach. Póki jej Wam nie opowiem". To wstępne podkreślenie jest ogromnie ważne dla jakości tej książki. Kiedy ją czytamy, od razu myślimy sobie, że autorka przegięła za ogromem tragedii, że to jest nierealne - śmierć Michałka, patologiczna rodzina Komety, rozpędzający się nałóg Jacka i jego ojca, Kamila. Prawdziwość tej historii jednak wstrząsa czytelnikiem. Zakładam, że jeśli będzie ją czytała młodzież, ta młodzież, która ma równie zagonionych rodziców, co Jacek, która ma równie łatwy dostęp do narokotyków*, będzie miała nad czym się zastanawiać.

Szkoda, że nie mamy wpływu na listę lektur - ta książka powinna się znaleźć na liście książek do czytania z gimnazjalistami. Do czytania być może na lekcjach wychowawczych, rozdział po rozdziale, dlatego że każdy zawiera mnóstwo pomniejszych tematów, problemów do omówienia, wśród których jeden z najistotniejszych to umiejętność rozmawiania w rodzinie.

Dłużej tego nie wytrzymam. Chodzenia dookoła siebie, jakbyśmy byli ze szkła. Zachciało mi się je potłuc. Na drobny mak. (...) My nawet nie umiemy razem milczeć, przemknęło mi przez głowę. Niczego razem nie umiemy robić. Nawet porządnie się pokłócić. Bo po kłótni na ogół ludzie się godzą i wszystko wraca do normy.

Uczymy się tak wielu rzeczy - pierwiastków chemicznych i procesów zachodzących w przyrodzie, ale nie uczymy się, jak ze sobą dobrze żyć.

Jako recenzent chcę napisać, że narracja Onichimowskiej najpierw mi przeszkadzała - miałam wrażenie, że autorka przesadza z dopowiedzeniem, że właśnie ta potrzeba "wyobrażenia sobie w najdrobniejszych szczegółach" nią za bardzo zawładnęła. Ale gdzieś od połowy, chyba w szczególności za sprawą haiku, przestałam czytać tę książkę jak recenzent. Przestałam skupiać się na języku. Zaczęłam ją czytać dość pierwotnie - zachłannie i z emocją. Może nie równą tej, która towarzszyła przed wielu laty lekturze "My, dzieci z dworca ZOO"**, jednak pozostawiającą w zamyśleniu.


* o jednym z gimnazjum w moim mieście znajomy gimnazjalista powiedział, że wszystkich, których zna, a którzy chodzą do tej szkoły, wszyscy oni ćpają, w tym dwóch brało już wszystko, co jest możliwe do brania; ale nam ciągle się wydaje, że to nie dzieje się w naszym mieście, ani w naszych gimnazjach.

** przy okazji polecam lekturę artykułu Życie po dworcu ZOO.

Wydawnictwo: Ezop
Oprawa:  miękka ze skrzydełkami
Ilość stron:  164
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-89133-98-4

poniedziałek, 7 lipca 2014

Jean-Philippe Arrou-Vignod "Pepe i spółka"



Spragnionym wakacyjnych, lekkich lektur, a także miłośnikom detektywistycznych przygód Lassego i Mai polecam dziś powieść autora uwielbianych przeze mnie "Jaśków". Tym razem Arrou-Vignod przedstawia nam troje bohaterów, którzy będą tropili przestępstwa. Pepe Kulka, Remi i Matylda są uczniami jednej klasy. Choć ich charaktery tak bardzo się różnią, zostają przyjaciółmi, a także stworzą nieformalny klub detektywistyczny po jednej ze wspólnych wycieczek.

W tomie "Pepe i spółka" znajdziemy trzy opowieści - wystarczająco rozbudowane, aby czytelnika nasycić (przygody detektywów z Valleby zbyt szybko się kończą). Pierwsza dzieje się w Wenecji i ma trzech narratorów. Autor popisuje się swoimi możliwościami - każdy z bohaterów mówi ciut innym językiem, stosownie do swojego charakteru. Kiedy głos zabiera Pepe Kulka, możemy być pewni, że się uśmiejemy.

(rozmowa Remiego z Pepe):
- Jeszcze trzy dni o ciepłej wodzie i krakersach, Pepe, a będziemy mogli wrócić razem w jednych spodniach!
Trafił w mój czuły punkt: brzuch. Oprócz genialnego mózgu, którego zazdrości mi cały świat, mam jeszcze, muszę to wyznać, tłuściutki brzuszek. To delikatna część ciała domagająca się uwagi częściej niż pięć razy dziennie.

Druga opowieść dzieje się na terenie francuskiej szkoły i internatu (narracja Remiego), natomiast trzeci - w Anglii, w miasteczki Linbury (tu narrację prowadzi Pepe). Ja szczególnie polubiłam Remiego. Nie grzeszy bystrością, ale za to ma odważne serce. Pepe jest samochwałą, ale nie można mu odmówić sprytu. Zaś Matylda - jak to dziewczyna - chce dorównać chłopakom, jest bystra, ale też i nieco tajemnicza. Remi chyba się w niej podkochuje.

Bohaterowie rozwiązują zagadki (kradzieże dzieł sztuki, zabytków, biżuterii) powoli, pozwalając czytelnikowi na snucie własnych domysłów, na dedukcję na bieżąco. Zawsze jednak trzeba teorie zderzyć z rzeczywistością, czyli sprawdzić, czy podejrzany rzeczywiście jest złodziejem - te akcje, napędzające wszystkim (bohaterom i czytelnikowi) strachu, są jednak emocjonujące. Pepe na przykład zostaje porwany przez złodziei, a Matylda zakneblowana. I na końcu okazuje się, że podejrzenia młodych detekywów są całkiem słuszne, a działania skuteczne.

Dobra, relaksująca, wakacyjna książka! Po prostu!


Wydawnictwo: Znak
Wymiary: 150 x 210 x 28
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324028849

piątek, 4 lipca 2014

Michał Rzecznik, Przemek Surma "88/89"



Przy lekturze książki-komiksu Rzecznika i Surmy mam nieodparte wrażenie, że gdyby wyszła ona w innym czasie, byłoby to dla niej z wielkim pożytkiem. Patronat Prezydenta RP, a także szumnie obchodzone obchody 25-lecia wolności, mocno skompromitowane przez takie, a nie inne, okoliczności, stawiają tę książkę w niedobrym  świetle. Ja - kiedy ją przeglądam - czuję, jakby była to praca na zadany temat. I nie jest mi z tym zbyt wygodnie. Tym bardziej, że książka jest interesująca z kilku względów.


To, co jest rewelacyjnym pomysłem autora, to na pewno spojrzenie na czas przełomu z perspektywy zupełnie osobistej. Adaś jest uczniem szkoły podstawowej. Jego opowieść, migawki z życia, rozpoczynają się latem 1988 roku. Chłopiec spędza wakacje z rodzicami i dziadkiem na mazurskiej działce. Dziadek jest tu zdecydowanie postacią centralną i choć historia rodziców też będzie się na kartach tej książki ciekawie rozwijała (kryzys małżeński, kłótnie, zdrada [?]), to jednak z dziadkiem łączy Adama więź szczególna. Dziadek jest od odpowiedzi na ważne i trudne pytania: czy ryby nas słyszą? czy jest Bóg? czy będzie nowa wojna albo stan wojenny? Wielka historia dzieje się w tle. PRL objawia czytelnikowi swoją twarz pod postacią mundurków, kartek na żywność, kolejek i charakterystycznych dialogów:

- Widział go pan, cwaniaka. Do kolejki się wpycha i udaje, że nie słyszy!
- Szkoda nerwów na takich.
- Mnie pan to mówisz.
- Karol jestem. Długo pan już stoisz?

.. aby ostatecznie "zakończyć swój żywot" 4 czerwca 1989 roku. W dniu pierwszych wolnych wybrów. Ale dla Adama ten dzień jest wyjątkowy także i z innego względu. Tego dnia umiera dziadek. Historia jednak nie zatrzymuje swojego biegu. Życie toczy się dalej.

Komiksowa kreska Przemka Surmy także przypomina ilustracje sprzed lat (na przykład styl Jerzego Flisaka). Ujmuje mnie ta zdolność do stworzenia charakterystycznych twarzy żywcem wziętych z czasów komuny właściwie za kilkoma pociągnięciami ołówka. Ja się w tym odnajduję i uśmiecham pod nosem na wspomnienie "Sztandaru Młodych".



Myślę, że w dużej mierze to właśnie prywatna historia Adasia broni tę książkę. Spięcie jej klamrą, którą jest rozmowa z dziadkiem na łódce (w 88 roku i 25 lat później), zgrabnie zbiera wszystkie podjęte w tej książce tematy "do kupy". Adresaci tej książki - czyli dzieci w wieku 10+ - mogą mieć mały problem z tym, żeby wychwycić komunistyczne niuanse. Ale dlaczego by z nimi tej lektury nie spróbować?




Ilustracje: Przemek Surma
Wydawnictwo: Widnokrąg
Wymiary: 23,8 x 17
Liczba Stron: 80
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-938652-1-5

środa, 2 lipca 2014

Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak "Uśmiech dla Żabki"



 Jeśli ktoś miał już  do czynienia z twórczością Wechterowicza wie, że autor ten pisze dwojako. Raz serwuje nam trochę niedorzeczne, absurdalne historie, inny zaś razem potrafi miękko i ciepło. Zastanawia mnie to rozdwojenie. Może wynika ono z wieku adresata, do którego  opowieść akurat kieruje?


"Uśmiech dla Żabki" jest historią z tej drugiej, miękkiej, półki. Myślę, że odnajdą się w niej dzieci najmłodsze. Starsze przedszkolaki mogą już być zmęczone powtarzalnością. Bo koncept tej bajki opiera się na wyliczeniu. Oto mama pewnej smutnej Żabki chce jej przekazać uśmiech, aby trochę ją rozweselić. Zadania podejmuje się bóbr, który zmierza prosto do celu do momentu, gdy na swej drodze nie natyka się na stertę gałęzi, które idealnie pasują do jego tamy. Obok przechodzi wydra i to ona przejmuje pałeczkę "przekaż uśmiech Żabce". Potem jest jeszcze dzięcioł, lis, pies i niedźwiedź. Finał tej historii jest prosty i wart zacytowania:

"- Tak, Żabko. To uśmiech od twojej Mamy dla ciebie. Rozchmurz się i nie smuć dłużej. Żabka poczuła ciepło w sercu i natychmiast zrobiła się weselsza.
- Mama mnie bardzo kocha, już nigdy nie będzie mi smutno."

Ten banalny przekaz jest jednak życiodajny. Nie wiem, jak wy, ale ja wiele razy tak mam jak Żabka - "Próbowało ją rozweselić Słońce, wpuszczając jej do nosa jeden ze swoich promieni, ale Żabka tylko kichnęła i... zrobiła się jeszcze smutniejsza". Szukać dziury w całym i nie potrafić się cieszyć tym, co się ma - typowy pesymista. Wechterowicz ustawia proiorytety wszystkich pesymistów: Ktoś cię kocha! Nic innego się nie liczy!



Jeszcze słówko o Emilii Dziubak. Pierwszy raz spotykam się z jej pracami. Podoba mi się przede wszystkim jej (pod)wodne wyobrażenie świata. Niewiele brakuje, żebym czytając, nagle wydała z siebie "bul, bul". Może mają z tą sugestywnością coś wspólnego rośliny okalające każdy z rysunków - wciągają swoimi "mackami" czytelnika do środka.



Ilustracje: Emilia Dziubak
Wydawnictwo: Ezop
Wymiary: 265 x 260 x 8
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788389133977

środa, 25 czerwca 2014

Wanda Chotomska „Smok ze smoczej jamy”


Migawka z książki!

To skromna książeczka chyba przede wszystkim dla przedszkolaków. Zawiera wierszowaną opowieść Chotomskiej o krakowskim smoku, którego dzielny szewczyk Dratewka pozbył się z miasta, zdobywając tym samym rękę córki króla Kraka. Historia doskonale znana, ale tu z dowcipem przez autorkę opowiedziana:

Król się złapał za koronę
 i za berło, i za wąs,
nerwy tak miał roztrzęsione,
że się razem z tronem trząsł.

Wesołe są też ilustracje Lutczyna.


Do tego tekst w dwóch wersjach – polskiej i angielskiej. Książka doskonale sprawdzi się w przedszkolach przy omawianiu legend i baśni. Pomocne mogą się okazać propozycje kolorowanek na wewnętrznych stronach okłądek. Można też wykorzystać narrację do przygotowania teatrzyku. Albo do nauki języka angielskiego:)



Możesz kupić tutaj: Smok ze smoczej jamy (w promocyjnej cenie)

Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 200x200mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-931805-7-8

wtorek, 24 czerwca 2014

Rose Lagercrantz, Eva Eriksson “Kiedy ostatnio byłam szczęśliwa”


Wiecie, co zrobiła moja ośmioletnia córka, kiedy zobaczyła na biurku najnowszą część? To, co robi każdy klasyczny ciekawski pożeracz książek – przewertowała, znalazła punkty kulminacyjne i przeczytała przede wszystkim te fragmenty. Dopiero potem wzięła sobie lekturę na spokojnie – czyli na dwa wieczory przed snem. Pierwszy raz przeczytała samodzielnie takich rozmiarów książkę. I choć jest tutaj sporo obrazków, dla dziecka, które dopiero zaczyna czytać samo, to olbrzymi sukces.


Jesteśmy wielkimi fanami książek o Duni (Część pierwsza i część druga). Dlaczego? Kiedy dziecko czyta o Duni, to tak jakby czytało o sobie. I mimo że może nie ma w swoim życiu tak trudnych doświadczeń jak utrata mamy i wypadek samochodowy taty (w najnowszej części tej serii), to jednak rozumie, że to przecież wydarzyć się może. We wszystkich częściach znajdziemy przede wszystkim emocjonalną galopadę. W „Kiedy ostatnio byłam szczęśliwa” jest i ekscytacja, bo kończy się rok szkolny. Dunia kończy pierwszą klasę i na zakończenie ubierze nową sukienkę, którą kupiła jej babcia i białe sandały z różyczkami. Dunia trochę wspomina – były sytuacje niemiłe, gdy zderzyła się z czwartoklasistką i dziwne jak wtedy, gdy przekłuła sobie uszy. Dziwne, bo i bolesne, i wesołe, gdy się dotknęło tych diamencików w uszach. Jest tu też ten „najgorętszy rozdział”, kiedy Dunia jedzie zobaczyć, nie, nie, jedzie obudzić tatę, który leży w śpiączce. Po tej wizycie tak trudno jest odzyskać spokój i znów być szczęśliwym. W zasadzie to wydaje się Duni, że już na zawsze będzie nieszczęśliwa. I chyba tak właśnie by było, gdyby nie to, że przecież dziewczynka ma przyjaciółkę!


Moja córka też ma przyjaciółkę, tak jak Dunia miała swoją Fridę. Wiecie, co zrobiły, kiedy Weronika przyjechała do niej na nocleg? Wyszperały z półki wszystkie części i zrobiły tak:



Weronika czyta płynnie, więc przeczytały przed snem całą książkę.


Czy może być lepsza rekomendacja?


Możesz kupić tutaj: Kiedy ostatnio byłam szczęśliwa

Wydawnictwo: Zakamarki 
Wymiary: 150 x 215 x 12
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788377760666

Janusz Stanny "O malarzu rudym jak cegła"








Moja ulubiona ilustracja - genialna w swej prostocie i pomyśle:)

A także ta!




Okładka