wtorek, 13 września 2016

Małgorzata Strzałkowska „Wielka podróż z abecadłem”


Abecadło – temat stary w literaturze dziecięcej i na pewnym etapie rozwoju dziecka – intensywnie wyzyskiwany. Przypominam tylko ten post w temacie. Małgorzata Strzałkowska – nadworna poetka maluchów – z alfabetem też mierzy się nie po raz pierwszy. Wystarczy wspomnieć jej „Alfabet z obrazkami” (ilustratorzy Anita Andrzejewska i Andrzej Pilichowski-Ragno) czy serię „ABC… uczę się” (Hachette). Podziwiam więc determinację autorki, która zmaga się z alfabetem na wszelkie możliwe sposoby. W ogóle podziwiam pracowitość i lekkość z jaką autorka tworzy „wierszyki łamiące języki”.

„Wielka podróż z alfabetem” to krótki wiersz. Pierwsze cztery strofy wprowadzają nas w sytuację – oto przybysz z obcej galaktyki postanawia zabrać ze sobą pamiątki z Polski. Przedmiotów jest tak dużo, że trzeba je jakoś posegregować – najlepiej alfabetycznie. Kolejne zatem strony i strofy to czterowersowe wyliczanki na daną literę…

agrest, Azor, astry, asy, 
alpinista i atlasy,  
album, anioł, astronauta, 
autobusy oraz auta, 
bułka, burak, bursztyn, beczka, 
bluzka, bocian i babeczka, 
bąk, baletki, bzu bukiety, 
bóbr, biedronka i berety… 

 i tak dalej…


Wiersz wykańczają trzy strofy referujące, jak też zareagowali koledzy z obcej galaktyki na nasze wspaniałości:) Tekst dopełniają ilustracje Piotra Rychla. O ile wszystkie przedmioty odmalowuje w swoim, charakterystycznym stylu, o tyle przybysz naprawdę jest przybyszem z jakiejś innej, stylistycznej bajki i ja nie umiem się do niego przekonać. Jakiś komputerowy koszmarek…


Rok szkolny się rozpoczął. Jeśli Wasze maluchy zabierają się właśnie za pierwsze litery alfabetu dość niechętnie – może książka Strzałkowskiej coś im pomoże, temat ociepli i rozweseli:)



Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-65479-04-4

poniedziałek, 12 września 2016

Klaas Verplancke „Mus jabłkowy”


Swego czasu ogromne wrażenie zrobiła na mnie książka „Zły pan”. Ojciec jest pokazany w tej książce jako potwór, który niszczy rodzinę, wyżywa się na matce-żonie, krzywdzi dzieci. Zastanawiałam się wówczas, czy pokazywać w literaturze dzieciom rodzica, którego ponoszą nerwy, który wrzeszczy i  w oczach dziecka z pewnością zmienia się w monstrum. W sumie dlaczego by nie pokazywać. W życiu mamy lepsze i słabsze momenty jako rodzice. Udawanie, że jesteśmy cacy wydaje mi się po prostu głupie. Nie wiem, jak wy, ale ja wpadam w szał i bywa, że mówię dzieciom nie to, co chcę i jak by należało. Dlaczego więc by się z tym nie zmierzyć, nie odkryć przed dzieckiem wszystkich kart i nie powiedzieć mu – wiesz, każdy tak czasem ma, że wpada w złość i staje się potworem. Ale po chwili wszystko wróci do normy. Nauczmy się z tym sobie radzić.


Odpowiada mi sposób, w jaki Klaas Verplancke, flamandzki autor i ilustrator, rozprawia się z kwestią rozwścieczonego rodzica. Nie usprawiedliwia go, ale też i nie potępia. Życie po prostu takie jest. Tata głównego bohatera, chłopczyka na oko w wieku przedszkolnym, jest fajny. Umie różne rzeczy – śpiewać w kąpieli i łapać zbłąkane sny. Ma też mocne mięśnie i ręce pachnące musem jabłkowym. Ale tata też ma na brodzie kaktusa, a jego uszy czasem przestają słuchać. No i te ręce, które tak pięknie, ciepło pachną, czasem potrafią ciskać błyskawice. Wtedy bohater woli poszukać innego taty. Tekstowi, raczej oszczędnemu, towarzyszą ilustracje, które dopowiadają. Ojciec ciskający gromy zamienia się w małpę, po prostu. Ale co ciekawe – autor nie żałuje także małego bohatera. I on pod wpływem złości na ojca się zmienia. Jego oczy Verplancke obrysował mocno ciemną kreską. W myślach chłopca pojawia się wściekłe „Głupi tata”. I nawet kiedy tata już się nie złości, a przygotowuje mus jabłkowy, chłopiec wciąż jeszcze się dąsa. Bo każdy ma prawo do złoszczenia się – i dorosły, i dziecko.

Słowo o ilustracjach – kolejne strony oddają nastroje bohaterów. Łagodne, zielone, żółte, pomarańczowe barwy przypisane są do tych chwile, które ojciec i syn spędzają na wesoło. Zaś barwy szare i odcienie granatu opisują nastroje oddalenia i złości bohaterów.


Książka ukazuje się w ramach serii „Polecone z Zagranicy”. Dwie Siostry zamierzają tu publikować pozycje, które podbiły serca dzieci na całym świecie. Wydaje się, że będą to też książki poruszające ważne i trudne problemy młodych.



Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Dwie Siostry
ISBN: 978-83-64347-45-0

piątek, 19 sierpnia 2016

Anne Crausaz „52 tygodnie”


Powoli kończy się lato. Czy zauważyliście już pierwsze oznaki jesieni? Oto ona… tak właśnie niepostrzeżenie przychodzi… w lekkiej rdzy…


Czy zauważyliście, jak zachowują się ptaki? Czy obserwujecie, jak z dnia na dzień dynie nabierając swych pomarańczowych rumieńców? Albo czy dostrzegliście już pierwsze nitki babiego lata?


Książka „52 tygodnie” uczy właśnie tego – przyglądania się światu i dostrzegania zmian, które przychodzą najczęściej niezauważalnie. Anne Crausaz przygląda się jabłonce. Zaczyna 1 stycznia, kiedy na drzewie wisi jeszcze jedno, już mocno spleśniałe jabłko, ale które wciąż stanowi pożywienie dla ptactwa.


Wraz z kolejnymi tygodniami, aż do końca roku, patrzymy wciąż na ten sam pień i dwie gałęzie. Ale to, co wydaje się tak statyczne, podlega bezustannym zmianom – drzewo dostaje pąków, potem liści, które zielenieją, rumienią się, aby znów opaść. Zmieniają się też goście na drzewie. W każdym tygodniu poznajemy innego ptaka i jego zwyczaje – co lubi jeść, jak się zachowuje i dlaczego.

Sierpniowe upały nikogo nie oszczędzają. Nawet jabłoń jest spragniona wody. Kraska złapała modliszkę, która wcześniej pożarła swojego partnera. Teraz kolej na nią…! 
Jabłka już bardziej nie urosną. Teraz trzeba poczekać aż dojrzeją. Coraz trudniej spotkać dudka. Ten przyleciał tu na wakacje. 

Oszczędne teksty, krótkie zdania mają za zadanie skupić czytelnika na obrazie i zachęcić do samodzielnej analizy, obserwacji. Dlatego Crausaz nie zagaduje, nie przegaduje obrazu. On stanowi tu centrum przekazu. Obserwujemy więc ten świat przyrody głównie w ciszy. Czujemy się zaintrygowani i zaczynamy się zastanawiać, kiedy ostatnio podglądaliśmy ptaki, leśne żuczki, muchy w naszym pokoju… Dorosły czytelnik odkrywa, że znów tak bardzo oddalił się od tego, co bliskie i piękne, ku temu, co gdzieś w tyle głowy, szybkie i nieuważne, byle jakie. Dlatego zamyka okładki książki i – jak ja – bierze aparat, który dopomaga w tym podglądaniu.


Zróbcie to samo. To przyglądanie się światu naprawdę pomaga – koi nerwy, uspokaja, daje poczucie harmonii.




Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Widnokrąg 
ISBN: 978-83-942952-2-6

wtorek, 19 lipca 2016

Marcin Szczygielski „Teatr niewidzialnych dzieci”


W naszym domu czeka się na książki niektórych autorów. Ja czekam zawsze na coś nowego od Chutnik (właśnie skończyłam „Jolantę”), Christensena (właśnie „Beatlesi” idą pocztą) czy Dehnela. Marta czeka na coś nowego od Szczygielskiego. W szczególności na nowy tom przygód Mai. Już zna tytuł i mniej więcej datę wydania. Już obmyśla, kogóż tytuł może dotyczyć. A na czas oczekiwania trafił jej się „Teatr Niewidzialnych Dzieci”… Hej, hej… ja też czekam na coś nowego od Szczygielskiego:) Właśnie! Bo pisarstwo Szczygielskiego to kawał dobrej prozy, wspaniałe charakterystyki postaci, absolutnie zniewalający sztafaż, błyskotliwe spostrzeżenia włożone w usta dzieci i – chyba najważniejsze! – genialne panowanie nad sensami, metaforą, zdolność do stworzenia dzieła, które znaczy na wielu poziomach. Zawsze miałam autorowi jedynie do zarzucenia skopane zakończenie – takie porzucone nagle, takie pourywane naprędce wątki, wykończenie-wymęczenie akcji, ukręcenie jej łba. I tym razem wszystko się kończy nagle. Ale! Tym razem zakończyć inaczej się nie mogło. Tym razem zakończyło się życiowo. I choć bardzo dramatycznie, to jednak jakoś tak łagodnie.

Akcję „Teatru niewidzialnych dzieci” umieszcza Szczygielski w PRL-owskim domu dziecka. Główny bohater, Michał Szymczyk oprowadza i wprowadza nas w życie wychowanków bidula bardzo skrupulatnie. Poznajemy najpierw sam budynek – piętra, pokoje, sale. Już to daje nam pewien ogląd sytuacji – dom dziecka to sprawnie działająca instytucja, to maszyna, w której trybiki dziecko musi się wpasować, bo jeśli tego nie zrobi, będzie miało problemy. A więc reguły i zasady, zapisywanie wyjść w zeszycie, kąpiel raz na dwa dni, jadłospisy, plany dnia i cisza nocna. To tak jakby być na koloniach przez całe swoje życie… Ale Michał sporo opowiada nam też o ludziach – wychowawcach i wychowankach. Te portrety, a w zasadzie klasyfikacje (wychowawcy to następujące typy: „w porządku”, „przejmujący się”, „szytywni”; wychowankowie – „łobuzy”, „przygłupy”, „fajni”, „przeroślaki”, „normalni”), jeszcze bardziej umacniają czytelnika w przekonaniu, że dom dziecka to swoiste pole walki. Akcja dzieje się w Siemianowicach Śląskich, ale także Katowicach, Bytomiu czy Rudzie Śląskiej – nie ukrywam, że miłe mi to było:)

Pierwsza część książki, opisowa, pozwala też poznać samego Michała i ogromnie go polubić. Chłopiec – choć zna zasady, także te dotyczące współżycia i relacji w domu dziecka – stara się uratować siebie przed cierpieniem. Dlatego emocjonalnie nie angażuje się w nic – tak myśli! Tak mu się wydaje! Pod tym względem przypomina mi bohaterkę Chutnik – Jolantę, która co rusz powtarza sobie zasadę „Nie mówić, nie ufać, nie odczuwać” (te dwie książki czytałam naraz i momentami naprawdę gubiłam się: czy Jolanta mieszka w Katowicach?). Ale serca na dłuższą metę nie da się oszukać. Każdy potrzebuje poczuć się kochany. I dlatego, kiedy z domu dziecka znika Kiwaczek i pani Jola – Michał przeżywa dramat, który doprowadza do załamania psychicznego.

Druga część to opowieść o zupełnie innym domu dziecka pod Lublinem. Tam nie ma zasad, jest wolność, jest normalne życie z podjadaniem chleba, osobnymi sypialniami, dekorowaniem pokoju i piknikami w sadzie. Ta część jest też dynamiczna. Pojawia się nowa ważna bohaterka – Sylwia, a wraz z nią przygotowanie przedstawienia teatralnego, które ma być wystawione 13 grudnia 1981 roku. Właśnie! Bo okoliczności polityczne – rzeczywistość PRL-u, rodząca się i działająca Solidarność, stan wojenny to tło równie istotne. Autor jest mistrzem w opisywaniu świata, jego troska o detale kupuje mu czytelnika.

... każdy z nas jest tylko małym, nieistotnym kamykiem, który można bezkarnie kopnąć. (...) Ale małe kamyki, nawet tak małe jak ziarnko piasku, mają moc, gdy jest ich dużo i zmieniają sie w lawinę, a wtedy nic ich nie powstrzyma
(kilkakrotnie autor parafrazuje Miłosza
Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.
"Traktat moralny")

Zatem mamy tu wiarygodną opowieść o życiu ludzi u schyłku komunizmu, opisanie świata domów dziecka, mamy też historie, trudne historie dzieci, które walczą o swoje marzenia. Te dwa domy dziecka (Młody Las i Dębowy Las) to jednak także zgrabna metafora dwóch światów – komunistycznego i Solidarnościowego. Historia Michała czy Sylwii staje się historią człowieka, który próbuje wyrwać się ze szponów i trybów machiny, aby zacząć żyć i oddychać, być człowiekiem wolnym. Oczywiście to, o czym jest ta książka, jej odbiór będzie zależny od kompetencji, z którymi przyjdzie czytelnik. Zawsze podziwiam tę zdolność autorów do stworzenia dzieła, w którym dobrze odnajdzie się czytelnik mający lat 10, ale też mający lat 60.




Panie Marcinie, gratulacje! Po raz kolejny zdobywa Pan laury konkursu im. Astrid Lindgren. Zasłużenie:) Już niecierpliwie czekamy na kolejną książkę!!!

Ilsutracja na okładce: Emilia Dziubak
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Latarnik
ISBN: 978-83-6384-138-6

piątek, 1 lipca 2016

Dariusz Tuzimek „Lewandowski. Wygrane marzenia”


Nie lubię piłki nożnej. Dłużyzna, panie… nic się nie dzieje… Ale Euro 2016 i gra naszej drużyny podbiły moje serce! Było wielką przyjemnością oglądać tych kilka naprawdę ciekawych i emocjonujących meczy. Pięknie się to wszystko rozwijało… ja też jestem wdzięczna naszej drużynie za ich determinację i grę bez kompleksów. Oby tak dalej!


Właśnie! Oby tak dalej! To przecież nie koniec świata:) Mamy wspaniałych zawodników. Ja widzę też tego ducha walki w moim synu i jego kolegach, którzy ćwiczą namiętnie, z pasją. Czytają też chłopcy o swoich idolach! Książkom o tematyce piłkarskiej, które mamy w domu, poświęcę jeszcze osobny post, ale już dziś chcę powiedzieć, że cieszę się, iż ktoś pomyślał o chłopakach, którzy raczej wolą kopać niż czytać i sprawił, że to drugie także pięknie może się rozwijać. Seria Egmontu jest jedną z tych świetnych inicjatyw! Mamy w domu książkę o Messim, a teraz także upragnioną, wyczekiwaną książkę o Lewandowskim – idolu mojego syna.


 Książka jest świetnie zrobiona – począwszy od barwnej, interesującej okładki. Rozdziały przedstawiające drogę piłkarska Lewego przetykane są stronami zawierającymi fotografie z komentarzami. To genialny pomysł, który przytrzymuje uwagę czytelnika, zwłaszcza chłopca:) Opowieść o przechodzeniu do kolejnych klubów, o kolejnych meczach zawarto w pięciu częściach (1. Varsovia, 2. Lech Poznań, 3. Borussia, 4. Reprezentacja 5. Bayern). Dariusz Tuzimek, dziennikarz sportowy tworzy opowieść mającą wymiar wybitnie edukacyjny, wychowawczy. Każda porażka, każdy sukces ma swój komentarz:

Dlatego nie przejmujcie się, jeśli – mimo ciężkich treningów – nie gracie tak dobrze, jak sobie to wymarzyliście. Trzeba nadal trenować, należy być wytrwałym, konsekwentnym i liczyć na to, że kiedyś nadejdzie ten dzień. A porażki i niepowodzenia warto traktować jako szkołę charakteru, jako coś, co jest pewną próbą, sprawdzianem, czy jesteś wystarczająco twardy i mocny, czy się nie załamiesz. 
Właśnie tak do swoich niepowodzeń podchodzi Robert Lewandowski, bo on też – tak! tak! – nie zawsze wygrywa. Opowiem wam teraz o najbardziej przykrym doświadczeniu Roberta w reprezentacji Polski. 

Takich wstawek jest bardzo dużo w całym tekście. Mogą się niektórzy buntować, ze to zbyt nachalna dydaktyka, jednak moim zdanie chłopcy właśnie takiego mówienia wprost i prowadzenia po świecie ich własnych emocji potrzebują. Wzorowanie się na jakimś idolu… któż z nas tego nie przeżył? Jaki ogromny wpływ na nasze życie może mieć autorytet. Lewandowski jest przedstawiany przez Tuzimka właśnie w taki sposób, aby poderwać chłopców do lotu:) Aby nie bali się walczyć o swoje marzenia. Podoba mi się również szacunek, jaki Lewy okazuje rodzicom. Widać, jak bardzo docenia to, co dla niego zrobili, widzi, ile czasu mu poświecili, ile benzyny wyjeździli kilka razy w tygodniu wożąc Roberta z Leszna do Warszawy na treningi w Varsovii. Pojawia się też w tych opowieściach postać Mileny, siostry Lewandowskiego, Ani – żony i Tomka – największego przyjaciela. Autor próbuje też naszkicować portret prywatnego Roberta, ale raczej szanuje tę strefę i pozostawia ją owianą tajemnicą. Zresztą Taki właśnie jest Lewandowski – bardzo skryty:)

Mój młody:)




I co z tego, że Lewandowskiego i spółki nie ma już na Euro. Nie przeszkadza to czytać:)




Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Egmont 
ISBN: 978-83-281-1433-3