poniedziałek, 8 lutego 2016

Catherine Rayner „Ernest”



Zaskoczenie. Uwielbiam być zaskakiwana. I chyba dlatego tak bardzo lubię odkrywać współczesną literaturę dla dzieci. Zaskoczenie jest bowiem budulcem wielu dzisiejszych książek dziecięcych. André Gide twierdził, że „Wszystko zostało już powiedziane, ponieważ jednak nikt nie słucha, trzeba wciąż zaczynać od nowa”. I to tak opowiadać, żeby jednak usłyszeli. Stąd zaskoczenie, które sprawia, że historia wryje się w pamięć jako unikalna, jedyna.

Zachwyca mnie też we współczesnej literaturze dla dzieci prostota. Te pomysły banalne! Te historie tak oczywiste! Te opowieści, które zdaje się, że aż prosiły się, by je opowiedzieć. Catherine Rayner najwyraźniej dała się ubłagać, by jedną z tych „oczywistych oczywistości” światu objawić. Bo czyż nie wydaje wam się, że koncept łosia, który chce wejść do książki, ale się w niej nie mieści, to pomysł typu „że też sama na to nie wpadłam”?


Ernest – główny bohater książki Rayner – jest łosiem. Ogromnym. Jest tak duży, że w jednym kawałku w książce się nie mieści. Jak wejdzie poroże, to nie widać pupy i ogonka. Jak wedrze się głowa, to znów giną racice. No i co tu począć? Obserwujemy zmagania się łosia z własnym, potężnym cielskiem z troską i współczuciem. Na szczęście Ernest jest dzielny, nie poddaje się i ma małą przyjaciółkę (nie jestem pewna czy to wiewiórka!), która – choć mały – to jednak ma łebek na karku. Ona to wpada na genialny pomysł, by dokleić w książce papiery tu i tam, i już! Voilà! Oto łoś! I tu zachwyty! Nad łosiem w całości, nad rewelacyjnym pomysłem przyjaciółki Ernesta i samej autorki.


Książek takich jak „Ernest” nie czyta się na dobranoc. Książki takie jak ta stanowią wstęp do zabawy, zachęcają do kreatywności, wyzwalają w dziecku drzemiące w nim zdolności, podtrzymują w nim dziecięcość, naiwność, prostotę, ratują przed dojrzewaniem, dorastaniem. Kup sobie „Ernesta”, kiedy czujesz, że starość ci zagraża, że zgubiłeś swoje wewnętrzne dziecko. I kiedy chcesz ocalić swojego potomka przed „nie dam rady” albo „do niczego się nie nadaję”.

Zdjęcia pochodzą ze strony autorki. Ja koniecznie chciałabym przeczytać "Sylvia and Bird":)



Przekład: Anna Gołębiowska
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2013
Wydawnictwo: EneDueRabe
ISBN: 978-83- 62566-32-7

czwartek, 4 lutego 2016

Taka oto Prośba:)




Zbieramy na rehabilitację syna. Naszego syna. Mamy nadzieję, że nie będziemy musieli zbierać na operację z dala od domu. Bo operacja czeka go na pewno. Pytanie gdzie.


czwartek, 28 stycznia 2016

Johanna Basford "Tajemny ogród"



"Tajemniczy ogród" zawsze rozbudzał moją wyobraźnię. Sfilmowany przez Agnieszkę Holland okazał się być blisko tego, co mieściło się w moich wyobrażeniach. Marzyło mi się rzucić dosłownie w tę zieloność. Przyroda, zieleń, kwiaty i drzewa zawsze stanowiły dla mnie ukojenie. Mamy duży i bujny ogród, który kupiliśmy wraz z domem. Traktuję go jak prezent od Boga, coś, co Bóg wiedział, że jest mi potrzebne, żebym mogła dobrze funkcjonować. Nie nadaję się do miasta, do bloków. Nie umiem tam żyć. Wracając do mojego ogrodu... nie kiwnęłam w nim palcem, a mam brzozy, sosny, świerki, modrzewie, tuje co najmniej czterech odmian, czereśnie, wiśnie, brzoskwinie, gruszkę, pigwę oraz krzewy - jeżyny, agresty, porzeczki, maliny, poziomki (dwie ostatnie posadzone przez nas). Na środku ogrodu stoi "okrąglak" utworzony z tuj, świerku, bukszpanu - można wejść do środka i urządzić tam swoją bazę, nawet wstawić stoliczek i krzesełka dziecięce. Doskonała kryjówka dla dzieci! Powiedzcie sami - czyż nie cudowny prezent? Kiedy jestem zmęczona, siadam na fotelu pod wiatą i patrzę na ogród. To mnie uzdrawia! "Tajemny ogród" Basford trafia w te wszystkie moje potrzeby. I teraz - kiedy jest zima, kiedy z powodu chorego dziecka raczej siedzę w domu - pozwala mi się przenosić do miejsca, które ma na mnie leczniczy wpływ.

"Tajemny ogród" autorka z pewnością stworzyła pod moje potrzeby. To książka dla mnie (choć także dla dzieci). Podobnie jak przebywanie w ogrodzie, tak kolorowanie koi moje nerwy, wprowadza spokój, daje poczucie szczęścia. Aldous Huxley powiedział, że "w szczęściu zawsze znajdziesz kawałek domowych pantofli". Ta chwila, kiedy bliźniaki śpią, starszaki odrabiają zadanie bądź się bawią z młodszakami, układają puzzle, tworzą coś z klocków lego, słuchamy muzyki (ostatnio nowej Adele), a ja mogę wziąć doskonałe kredki Faber-Castell i kolorować świat tajemnego ogrodu, na dziś mi wystarczy, aby mieć poczucie spełnienia. Wszystko jest na swoim miejscu. Także mąż:)

Reszta w zdjęciach:)








Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
ISBN: 978-83-10-12909-3

środa, 27 stycznia 2016

Małgorzata Strzałkowska „Dawniej czyli drzewiej”



Z duetem Strzałkowska/Pękalski już raz mieliśmy do czynienia. Wtedy autorka i ilustrator zajęli się "Mazurkiem Dąbrowskiego". Ich publikacja wzbudziła mój zachwyt i uznanie. Kolejna ich propozycja wielce się od poprzedniej różni, ale też ma z nią coś wspólnego. Myślę o patriotyzmie. O ile w przypadku książki o hymnie temat podejmowany był wprost, o tyle tutaj kryje się on gdzieś pod podszewką tekstu. Strzałkowska przygląda się słowom, wyrażeniom, językowi. Dzięki jej wyjaśnieniom przenosimy się w przeszłość i obserwujemy, jak to niegdyś w Polszcze bywało, jak jadano, jak się noszono, kto był kim i jaki był. Autorka – co typowe dla niej – rozprawia błyskotliwie i z humorem. Prowadzi czytelnika przez kolejne hasła, dobrze się przy tym bawiąc. Czytelnikowi zaciekawienie i wesołość udzielają się podczas lektury dość szybko.


Moje ulubione hasła to oczywiście te dotyczące czytania, słowa „fajnie” oraz powinowactwa. Zaskakujące, że niegdyś „czcić książki” nie oznaczało odnosić się do nich z szacunkiem, a zwrot „na czczycę najlepsze jest czcienie” – stanie się chyba hasłem przewodnim mojego bloga! Wyobrażam sobie, jak fajną lekcję można by zrobić ze słowem „fajnie”, jak ciekawie rozpracować kwestię synonimów, także wykorzystując talenty plastyczne uczniów. Interesujące notki dotyczą także jadła („jadam kaszę ze szwedami”, „od frykasów wolę bijankę na stole” czy „gąszcz z rożenkami”), strojów, miejsc czy obyczajów. Strzałkowska podpatruje słowa, które wyszły z użycia lub diametralnie zmieniły swoje znaczeniem. Uczniowie gimnajzum z pewnością dłużej pochylą się nad stronami, gdzie wyjaśnia się znaczenie słów: „cycowa sukienka matki Balladyny” i „królewski stolec”. Książkę można przeczytać od deski do deski, ale też przeskakując od hasła do hasła, bawiąc się po prostu.


Adam Pękalski dodaje nieco od siebie. Jego ilustracje – pełne kolorów, czcionek, krojów, strojów, postaci – niosą ze sobą dodatkową porcję dowcipu. Książkę więc nie tylko się z przyjemnością czyta, ale też z ochotą i dociekliwie ogląda. Oko zatrzymuje się na kolejnych szczegółach. Jest w tej książce po prostu okazja do dobrej zabawy. A przy okazji autorzy budzą zamiłowanie do języka, dumę z historii, radość z bycia Polakiem. Strzałkowska/Pękalski sugerują, że zawsze byliśmy fajnym, skorym do wygłupów narodem. I że w sumie przecież nic się w tym względzie zmienić nie mogło. Nadal nim jesteśmy!




Ilustracje: Adam Pękalski
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Bajka
ISBN: 978-83-61824-89-3

 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Wojciech Widłak „Wesoły Ryjek i zima”


Dobrze czasem zajrzeć do Ryjka. Tym bardziej do zimowego Ryjka zimą. Czas płynie nam leniwie. Nigdzie się nie ruszamy, leżymy na dużym łożu – ja, bliźniaki i Maryśka. I sobie czytamy. To idealna lektura na ten czas i dla dzieci, które jeszcze nie poszły do przedszkola.


Tomik z opowiadaniami zaczyna się swojsko – Ryjek jedzie w góry uczyć się jeździć na nartach. Tyle że nie ma śniegu. Mały bohater słynie z wyciągania wniosków nawet wtedy, kiedy o nie trudno, dlatego jego pierwsza przygoda kończy się filozoficznym podsumowaniem: „można sobie postanowić, że się czegoś nauczy, a potem nauczyć się czegoś zupełnie innego”. Kolejne opowiadania wydają się tak bardzo bliskie naszemu tu i teraz – w końcu zaczyna padać śnieg i trzeba odśnieżać, z czego tata wcale nie jest zadowolony. Jak zima to i choroby, to i siedzenie w domu. To też czas świąteczny – kiedy Ryjek dostaje przedświątecznej gorączki, wybiera się z tatą po choinkę i dowiaduje się ciekawych rzeczy o kolędach. Gdybym miała jakoś podsumować ten zbiór opowiadań, powiedziałabym, że jest bardzo zimowy – tak, wiem, jak to brzmi! Jak masło maślane:) Jednak Widłakowi udało się oddać specyficzny klimat towarzyszący tej porze roku. Czytanie tej skromnej lektury jednocześnie rozgrzewa. Świat Ryjka jest pogodny, dobry i ciepły. Taki zachęcający do zatopienia się w nim, do przytulenia kogoś, kto jest obok.


Świat Ryjka jest też dość zamknięty. Dlatego uważam, że to idealna lektura dla dzieci do trzeciego roku życia. Prosiaczek (Marysia wymyśliła określenie „świniaczek”) ma ukochaną mamę i ukochanego tatę. I jeszcze dziadków. I już! Na razie wydaje się, że oni bohaterowi wystarczą – tłumaczą mu świat, choć nie wyjaśniają wszystkiego, ostateczne wnioski należą do Ryjka. Stają się partnerami w zabawie, chwalą go, dają odczuć, że jest ich całym światem. To chyba esencja tego, czego potrzebuje dziecko na tym etapie rozwoju. Myślę, że mali czytelnicy mogą identyfikować się z Ryjkiem, a co za tym idzie – uznać Ryjka za swojego ulubionego bohatera. Jeśli tak się stanie, warto dodać, że omawiana tu książka jest już czwartą w serii. Do tej pory mogliśmy przeczytać: „Wesoły Ryjek”, „Wesoły Ryjek powraca” oraz „Wesoły Ryjek i wynalazki”.


Aa! Na ostatnich stronach znajdziemy przepis na pierniczki, a także zdjęcia szmacianego Ryjka. Ciekawe, czy gdzieś da się kupić taką przytulankę. Aby być na bieżąco – możecie się z Ryjkiem polubić na fejsbuku.

PS
Ha! Zdążyłam z recenzją Ryjka nim nadeszła wiosna:)



Ilustracje: Agnieszka Żelewska
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Media Rodzina
ISBN: 978-83-8008-130-7