czwartek, 18 września 2014

Grzegorz Kasdepke „Co to znaczy...” (cz. 1 i 2) audiobook


Moja znajomość z twórczością Grzegorza Kasdepke rozpoczęła się przed kilku laty, kiedy to autor jeszcze nie bywał w telewizji, nie wygłaszał swoich poglądów i generalnie było Go jakby mniej, za to dobrych książek było jakby więcej. Wówczas to pokochałam Kubę i Bubę oraz dzieciaki z piaskownicy co to sięga „w świat”. Uznałam za udany „Bon czy ton” – ta szczypta humoru, walory edukacyjne, sprawna narracja... Potem przyszedł czas celebrycki i „Romans palce lizać”, i już mi się jakby odwidziało. Kasdepke porzucił tradycyjne pisarstwo na rzecz nowoczesnego (cezurę ustawiłabym gdzieś na rok 2006). Ja zarzuciłam czytanie Kasdepke. Nie przeczytałam więc „Zająca”, o którym autor z chlubą wypowiada się tak: „Zgodnie z oczekiwaniami książka "Zając" Grzegorza Kasdepke wywołała spore zamieszenie. (...) Historia opowiedziana w książce nie jest adresowana do małych dzieci - ale te starsze, podobnie zresztą jak ich rodzice, mogą być usatysfakcjonowane. Opowieść jest jednocześnie śmieszna i smutna , mroczna i pogodna, realistyczne i magiczna... Osoby, których oczekiwania wobec książek dla dzieci kończą się na radosnych historiach o motylkach i kwiatuszkach będą zszokowane. Mądrzejszych zapraszamy do lektury”. Potem Marta w bibliotece wypożyczyła audiobook „Poradnik hodowców aniołów”, który na dobre ugruntował moje przekonanie, że Kasdepke zmierza w rejony mi obce.

Audiobook, o którym dziś pisać zamierzam, bazuje na dwóch książkach wydanych jeszcze w pierwszym etapie twórczości autora. „Co to znaczy... 101 zabawnych historyjek, które pozwolą zrozumieć znaczenie niektórych powiedzeń” – rok 2002. „Powrót Bartusia czyli co to znaczy po raz drugi” – to rok 2005. Dlatego krótkie historyjki o Bartusiu, który zmaga się z frazeologizmami są dla mnie do przełknięcia. Doceniam trud, który autor wkłada w przybliżanie dzieciom wyrażeń i zwrotów, których dorośli używają dość często. Pojawiają się tu takie związki frazeologiczne jak „być kozłem ofiarnym”, „cienko śpiewać”, „coś komuś chodzi po głowie” czy „dawać za coś głowę”. Kiedy maluch spróbuje użyć zasłyszaną frazę, może być śmiesznie, a nawet kłopotliwie. Jak wtedy, gdy mały bohater szuka świecznika dla pani Halinki – koleżanki z pracy mamy, która to koleżanka – jak twierdzi rodzicielka – lubi być na świeczniku.Możecie się domyślić, gdzie próbuje się schować lub jak uratować mama, kiedy do uszu Pani Halinki dociera, co o niej myśli koleżanka z pracy.

Z przeszło pięciogodzinnego maratonu odsłuchowego wyłania się opowieść o rodzinie Bartka. Mama jest jak strażnik, która ciągle strofuje. Tata jest ciut gamoniem (tak myje okna, że aż szyby popękały), zdecydowanie za dużo gada, stąd potem frazeologiczne faux pas. I oczywiście iskry strzelają w jego relacji z teściową, babcią Marysią. Jest jeszcze dziadek i wujek Grześ, który najpierw czuje miętę, a potem dostaje kosza od pewnej pani. Stereotypowo i drażliwie o rodzinie. Kiedy odsłuchać raz na jakiś czas którąś z historii – może to tak nie drażni, ale gdy się słucha płyty na jeden raz, to ja zaczynam zgrzytać zębami.

Kolejne historie czytają naprzemiennie Hanna Kinder-Kiss i Leszek Filipowicz. Czytają poprawnie, z zaangażowaniem, ale bez wyjątkowego polotu. Dla mnie czytający książki dla dzieci jest tylko jeden i jest to Jerzy Stuhr – mistrz we wcielaniu się w krasnale i damy czy Mikołajka. Słucham właśnie w Trójce czytaną przez Mumio ksiażkę Marka Stokowskiego i mam poczucie, że oni też daliby radę:)

PS
Moje zdanie bywa odmienne od zdania dzieci. A frazeologizmy córka ma akurat w szkole, więc pozycja na czasie:)


ISBN: 978-83-7878-179-0
Czas nagrania: 5 godz. 46 min
Nośnik: 2 CD mp3
Data wydania: 2014-08-13
Wydawca: Biblioteka Akustyczna 
Ilustracje: Ola Cieślak

wtorek, 16 września 2014

Liliana Bardijewska "Moje - nie moje" (Patronat)

Spieszę do Was z informacją, że blog Czytanki-przytulanki objął patronatem książkę.

Dziś prezentuję Wam jedynie kilka zajawek, obszerniej o książce napiszę wkrótce.





Liliana Bardijewska „Moje – nie moje”
ilustracje: Krystyna Lipka-Sztarbałło
Agencja Wydawnicza EZOP

Bajka dla najmłodszych o tym, że pozory mylą, a prawdziwe piękno i dobro kryją się niekiedy pod bardzo niepozorną postacią. Oto na leśnej polanie pojawia się tajemnicze jajko.  Jest piękne, kolorowe i budzi zachwyt wszystkich mieszkańców lasu. Każdy chce być… jego rodzicem – i ptak, i żółw, i mrówka, i krokodyl. Rozpoczyna się wielka leśna awantura. 

Skłóconych mieszkańców lasu godzi mądry kangur.  - Wychowajmy je wszyscy razem – powiada, i tak też się dzieje. Zwierzęta kolejno podejmują opiekę nad kwiecistym jajkiem. Aż nadchodzi dzień, kiedy z jajka wykluwa się pisklę – brzydkie, niepozorne, wystraszone. – To nie moje – kolejno odwracają się od niego przyszywani ojcowie. Wszyscy oprócz jednego, mądrego kangura. Wychowany w jego kieszeni niepozorny pisklak okaże się wspaniałym śpiewakiem, którego koncertów będzie słuchał cały las. – I pomyśleć, że on mógł być nasz – westchnie z żalem zachwycona mrówka. Tak oto niepozorne stało się piękne. 

„Moje - nie moje” zostało wyróżnione w konkursie „Książka Roku” Polskiej Sekcji IBBY. Nowe wydanie rozszerzone o piosenki ze spektaklu teatralnego pod tym samym tytułem. Książka zalecana jest jako lektura do klasy pierwszej.

Książka będzie w sprzedaży od 23 września. 

Zajrzyj na stronę wydawnictwa.

czwartek, 11 września 2014

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Kamienica”



Przyglądam się twórczości niektórych polskich pisarzy i pisarek od kilku lat dość wiernie. Jedną z bardziej płodnych pisarsko jest Roksana Jędrzejewska-Wróbel. Wpierw zachwycił mnie cyklo Florce. Dobre wrażenie robiło też „Maleńkie królestwo królewny Aurelki” oraz "Rozmowy ze świnką Halinką". Ale potem przyszło zmęczenie schematem (podobnie mam z twórczością Anny Czerwińskiej-Rydel). Pisałam w poście o Brzyku-brzęku tak: Chciałabym, żeby Roksana Jędrzejewska-Wróbel odnalazła się w jakiejś nowej formule, żeby zrezygnowała z prowadzanie odcinkowej fabuły na rzecz czegoś bardziej rozbudowanego. Żeby jednostkowego, odzwierzęcego bohatera zastąpił jakiś ludzki, realnych kształtów i osobowości (bo Aurelka jednak jawi się mocno nieprawdziwie) osobnik. 
Wydawnictwo Bajka przypomina powieść Jędrzejewskiej-Wróbel z 2006 roku wydaną przez WydwanictwoLiteratura. Zgodnie z moim życzeniem jest „coś bardziej rozbudowanego”:0 Jest powieść. „Kamienica” to właściwie minipowieść. Ośmiolatkowie, którzy już trochę ogarnęli się z czytaniem i mają za sobą pierwsze sukcesy czytelnicze, mogą zabrać się za lekturę książek obszerniejszych, powieści właśnie. „Kamienica” może im pomagać osiągać kolejne czytelnicze sukcesy – poważniejsze!
Mam wrażenie, że dialoguje z „Kamienicą” obrazkowa „O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku”, która także miała świnie za bohaterów i jej akcja działa się w kamienicy. W powieści jednak nie spotkamy Melanii i Melchiora – kto wie, może się dopiero wprowadzili? albo może mieszkają w kamienicy obok? Może kiedyś się dowiemy. Póki co obserwujemy inną parę świnek – Klarę i Lucjusza, którzy może są ciut mniej nieśmiali, za to z całą pewnością bardziej szaleni. A może nie szaleni, lecz raczej uwolnieni? Od czego? Od konwenansów, od „muszę”, „wypada”, „należy” i chyba od wyrzutów sumienia. Kamienicę zamieszkuje szereg innych świnek – niezamężna Gizela Wredziszewska, rodzina Truchcikowskich (Luiza, Manfred i dzieci Czesio i Czesia) oraz rodzina Bełkot (Pelagia i jej mąż, którego imienia już nikt nie pamięta oraz ich syn Arnoldzik). Jest jeszcze teściowa. Teściowa Klary, czyli Apolonia Prosiaczyńska. Już sam przegląd imion i nazwisk daje pewien obraz fabuły. Rzeczywiście, Jędrzejewska-Wróbel charakteryzuje swoich bohaterów z lubością. Jej postaci mają „realne kształty i osobowości” – dorosły czytelnik może odnieść wrażenie, że gdzieś już Luizę Truchcikowską spotkał (chyba mieszka pięterko niżej) i że teściowa Klary jest uszyta na miarę jego własnej. Przyznam, że czytając te rozbudowane charakterystyki, przerysowane może, ale za to dość realne, miałam wątpliwość, czy czytelnik lat 8 tego potrzebuje. Malownicze rozrysowanie postaci jednak służy pewnemu celowi – mianowicie autorka próbuje pokazać źródła konfliktu, który wybuchnie w kamienicy. Uprzedzenia sąsiadów, ale też ich przeszłość, pewna tajemnicą, pewna wina, którą noszą na sumieniu, wpływa na ich obecne zachowanie – mianowicie na nieakceptowanie Klary. W kamienicy Pod Świńskim Kopytkiem nie ma prostych rozwiązań i wszystko zmierza ku wielkiej katastrofie – także pojednawcza kolacja, którą Klara organizuje. Autorka nie pozostawia jednak czytelnika w tym marazmie. Pozwala mu wraz z dwójką głównych bohaterów drążyć i poznać prawdziwe źródła niechęci sąsiadów wobec Klary. Pozwala mu też odkryć moc przebaczenia.

Jędrzejewska-Wróbel na pewno ma wyostrzony zmysł obserwacji, który pozwala jej tworzyć wciągające fabuły. Tak bardzo zbliżona do prawdziwego życia opowieść może stanowić podbudowę dla późniejszych, trudniejszych lektur. Konieczność analizowania zachowań bohaterów, aby zrozumieć sens problemu, przygotowuje czytelników także do życia, bo pokazuje, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Także nasze zdawałoby się banalne „lubię-nie lubię”.
Celowo ślizgam się po powierzchni fabuły, aby zdradzić jak najmniej szczegółów. Posmakujcie sobie sami tej soczystej fabuły i jędrnego języka.



Ilustracje: Daniel de Latour
Wydawnictwo: Bajka 
Oprawa twarda
Format: 128 x 180 mm
Stron: 192
ISBN 978-83-61824-73-2

wtorek, 9 września 2014

E.T.A.Hoffmann "Dziadek do orzechów"

Kilka dni temu w moje ręce trafiło kilka starych książek. Są w opłakanym stanie, bo leżały przez wiele lat zakurzone, na stosie wraz z innymi książkami. Ale są to Wielkie Książki. Postaram się Wam je pokazać, zachęcając jednocześnie, żeby pochylać się też z dziećmi nad książkami starymi, może czasem zniszczonymi, czasem może już ciut trącącymi myszką.

Dziś "Dziadek do orzechów" E.T.A. Hoffmanna wydany w 1959 roku przez Naszą Księgarnię. Na pierwszej stronie dedykacja dla Anielki w nagrodę za koleżeńskość i zdyscyplinowanie na kolonii. Heh.... nie wiem, co tam Wasze dzieci dostają na zakończenie roku szkolnego... oby takie perełki jak ta poniżej. I oczywiście kto to dziś nagradza "koleżeńskość i zdyscyplinowanie" :)

Lektura dopiero przed nami, ale nie mogłam wytrzymać i musiałam Wam pokazać. Zeskanowałam wszystkie  ilustracje Jana Marcina Szancera umieszczone na osobnych stronach. Opis poniżej z Wiki.

"Dziadek do Orzechów" opowiadanie dla dzieci autorstwa E.T.A. Hoffmanna, wydane po raz pierwszy w Berlinie w 1816 roku. Książka, utrzymana w baśniowej, fantastycznej konwencji, opowiada o przygodach małej Klary w świecie, w którym zabawki ożywają, a księciem ich królestwa zostaje tytułowy Dziadek do Orzechów.




Szancer dialoguje z romantyzmem?



Ernst Theodor Amadeus Hoffmann (E.T.A. Hoffmann, właściwie Ernst Theodor Wilhelm), ur. 24 stycznia 1776 r. w Królewcu; zm. 25 czerwca 1822 r. w Berlinie.




poniedziałek, 8 września 2014

Małgorzata Strzałkowska „Podróż na jednej nodze”


W „Podróży na jednej nodze” wracamy do typowych dla Małgorzaty Strzałkowskiej rymowanek. Historia ślimaka Jasia opowiedziana bowiem została wierszem. Powtarzalność wersów, refren, łańcuszkowe prowadzenie fabuły to cechy tej opowieści. Nieco monotonne dla czytającego toczenie się wiersza pozwala jednak dziecku na szybkie zapamiętywania całych fraz i powtarzanie z rodzicem.


Strzałkowskiej pomysł na opowieść to zaskakujące zestawienie. Mamy ślimaka i zaproszenie na imieniny cioci. Droga daleka, a noga tylko jedna. W dodatku ślimacza. Dzieci, które znają ślimaka „Turbo”, z całą pewnością od razu zainteresują się Jasiem. Nasz bohater jednak ma głowę na karku (jeśli to w przypadku ślimaka możliwe) i zwyczajnie daje sobie radę. To zachęta, by czytelnik postępował podobnie – kiedy dochodzi do ściany i wydaje mu się, że teraz to już klapa, wystarczy ciut inwencji i historia kręci się dalej.


W ilustracjach Marcina Bruchnalskiego mieni się cała Polska. Wiejskie krajobrazy z kuropatwą i wierzbą na następnej stronie zastąpią wieżowce i bloki. Czasem podróżujemy ze ślimakiem wśród pól, innym razem – wśród jezior, aby na końcu dotrzeć nad morze. Zdaje się zatem, że ślimak nasz – śląski:) Gór w każdym razie na ilustracjach nie stwierdzam. Nagromadzenie szczegółów zachęca czytelnika do poszukiwań – ślimaka oczywiście, który kryje się to na dzwonku rowera, to na baku motoru.

Myślę, że książką zainteresują się przedszkolaki. Starsze dzieci może ta lektury już trochę nużyć.

Wydawnictwo: Bajka 
Wymiary: 211 x 266 x 10
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788361824701

wtorek, 2 września 2014

Janosch „Miś i Tygrysek idą do szkoły”


Troje z czworga moich dzieci wyruszyło wczoraj na przygodę przedszkolno-szkolną. Na polu boju została tylko Mysia – prawie dwuletnia. Wielodzietna matka w pierwszej chwili reaguje tak:


 ale potem odkrywa, że nudno, że nie ma do kogo się odezwać, że nagle za dużo wolnego i że jedno dziecko to stanowczo za mało:) Plus, który wynika z sytuacji 1 dziecko + 1 rodzic jest taki, że można swobodnie czytać pod wiek czytelnika. Przy większej ilość dzieci jest to trudne. Straszaki nudzą się przy lekturach maluchów, a maluchy nie dają rady skupić się przy książkach poważniejszych. Poza tym każdy chce mieć swoje 25 minut z rodzicem i książką. Wykorzystujemy z Mysią ten czas sam na sam na nasze małe lektury.

Na pierwszy rzut poszedł Janosch. Książka Znaku zawiera zbiór opowieści Janoscha (w tej samej serii ukazały się również „Miś, Tygrysek i nowi przyjaciele” oraz „Panama”). To 235-stronicowa gratka! Tom „Miś i Tygrysek idą do szkoły” zawiera „Słownik obrazkowy Misia i Tygryska”, który kiedyś bardzo chciałam mieć na swoich półkach z książkami. Koncepcja jest tu niezwykle prosta – kolejnym literom alfabetu towarzyszą obrazki przedmiotów, postaci, kolorów, liczb związanych mniej lub bardziej z Misiem i Tygryskiem. Podpisy eksponują daną literę. Janosch – to twórca dowcipny, dlatego starsi czytelnicy wyłapią różne smaczki, jak „stary Janosch”, „Kanarek nie kocha klatki” czy „uroczy uśmiech Urszuli” (prawie bezzębnej).


Dla dwuletnich maluchów, które nie potrafią się skupić, idealna jednak jest „Tygryskowa szkoła”, która uczy czytać i liczyć. Tu stosunek obrazu do tekstu wynosi 1:1. Jednak czytając z dzieckiem tę część trzeba się wykazać odrobiną wyobraźni. Nie jest to jednak trudne, kiedy się czyta własnemu dziecku. Obrazy przywołują wspomnienia, skojarzenia – idziemy tym tropem i już po chwili tworzy się nasza własna historia. Moja mała czytelniczka koniecznie chciała sama przewracać strony. Po tylu latach z dziećmi czytania nadal nie przyzwyczaiłam się do tego miętolenia stron i serce mi się ściska. Tym bardziej, że to ładne, na kredowym papierze, wydanie.

Trzy pozostałe opowieści – „Tygrysek musi mieć rower”, „Na pociechę coś pysznego” oraz „Miś i Tygrysek chodzą po mieście” – pozwalają poznać bohaterów bliżej. Mieszkają w dolince nad rzeczką obok wielkiego drzewa. Żyją spokojnie i szczęśliwie. Mis lubi łowić ryby i gotować, a Tygrysek jeździ na rowerze do swej ukochanej, którą zwą Maja Papaja z niebieskim warkoczem. Wszystkie opowieści czegoś uczą – pierwsza: przepisów związanych z jazdą na rowerze, druga: gotowania prostych potraw, trzecia: bezpiecznego poruszania się po mieście (zwłaszcza przechodzenia przez jezdnię). Więc uważajcie! Może się bowiem przydarzyć, że po lekturze Wasze dzieci zaczną Wam zwracać uwagę, że „Cynamon dobrze wpływa na samopoczucie” lub „Przedtem, Misiu spójrz koniecznie, czy na jezdni jest bezpiecznie”.

Ale bajki Janoscha – niezwykle proste i zwyczajne – uczą też wartości przyjaźni. Miś zawsze może liczyć na Tygryska i vice versa. Obecność przyjaciela sprawia, że Tygrys może czuć się bezpieczny w każdej, nawet trudnej, chwili. Relacja z drugim jest najważniejsza i to ona sprawia, że warto żyć.

 PS Tygrysek jest dość kochliwy i zazdrosny, a jego Maja Papaja lubi rozdawać całuski – zupełnie jak dzieci.



Wydawnictwo: Znak Emotikon
Wymiary: 150 x 210 x 16
Oprawa: Niby twarda, ale jednak giętka:)
Stron: 235
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788324029310

czwartek, 28 sierpnia 2014

Wojciech Prus OP „O Elku, złamanym skrzydełku i nauce języków”


Książka religijna dla dzieci jest w złej kondycji. Infantylizuje i sprowadza dziecko do niebożątka, bezrozumnego stworzenia. Nie stawia przed nim żadnych intelektualnych wyzwań, stawia za to same wymagana natury moralnej. Dziecko ma wpisywać się w ramy, które książka szczegółowo określa. I do tego te ilustracje. Matko z córką! Potwierdzają one jedynie to założenie, że dziecko to małe, głupiutkie cielątko, które łyknie wszystko. Wołam o dobrą książkę religijną dla dzieci. „Wszyscy na Ciebie czekamy” pokazało, że można stworzyć wspaniałą literaturę dla najmłodszych.

Książka Wojciecha Prusa – dominikanina, dyrektora wydawnictwa „W drodze” – nie stanowi przełomu. Ponieważ jednak autor zapowiada cykl książek-bajek dla dzieci, śmiem ubiec pewne problemy. Opowieść o Elku, wróbelku, który złamał skrzydełko, co naznaczyło jego przyszłe życie, ma potencjał. Historia biegnie z początku jak dobra przypowieść. Świat ptaków w pewnym momencie zbliża się do świata ludzi. Właśnie wtedy okazuje się, że osobista tragedia, która wyklucza Elka z wielu fajnych aktywności (jak ptasie wyścigi czy zwyczajnie dostęp do ziarna), przemienia się w coś dobrego. Elek jeszcze wiele się może nauczyć i wiele może też dać. I właściwie na tym można by zakończyć tę historię. Jednak autor kontynuuje i przekłada losy wróbelka na losy pewnego chłopca. W finale wszystko zostaje dziecięcemu odbiorcy wyjaśnione, zinterpretowane, podane na tacy, ze szczęśliwym zakończeniem włącznie. Jest jeszcze „Klucz do bajki”:/ A gdyby tak założyć, że dziecko czyta z rodzicem i mogą sobie rozmawiać i wyjaśniać wszystko? A gdyby tak uwzględnić zdolność dziecka do samodzielnego myślenia albo chociaż do tego, że wykorzysta sobie historię według własnych potrzeb? Gdyby uczynić to założenie, historia mogłaby być śmielsza, bardziej interesująca i bogata w sensy.

Ilustracje? Te przedstawiające ptaki są przyzwoite. Ale kiedy przychodzi rysować ludzi, zaczynają się schody. Przedstawienie Araba odbiega stylem od pozostałych portretów ludzi, a dzieci na ilustracji ze strony 17. głupkowato się uśmiechają. Podoba mi się jedynie ilustracja przedstawiająca pasażerów przed odlotem – jest zabawna i sprawia, że na chwilę chcę się jej przyjrzeć. Niestety tylko jej. Książka dla dzieci to wyzwanie, a nie – jak czasem nam się może wydawać – lekki chleb. Książka dla dzieci nie jest też dobrą zabawą, to dość poważne zajęcie, które wymaga wyczucia i zaufania do dziecięcego odbiorcy.



 Ilustracje: Justyna Czyżak
Wydawnictwo: W drodze
Wymiary: 190x190
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7033-932-6

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Tomasz Samojlik „Ostatni żubr”


W mojej świadomości Tomasz Samojlik pojawił się cichaczem. Kiedy przeglądałam oferty wydawnictw, jego nazwisko pojawiało się to tu, to tam – niewiele jeszcze znacząc. Dopiero „Bartnik Ignat…” wbił się w moją głowę obrazem, a już recenzja tejże książki w Nieparyżu sprawiła, że osiągnęłam stan, który nazywać można „pilnym zapotrzebowaniem”. Dlatego możecie sobie wyobrazić, co stało się z opakowaniem, wewnątrz którego mieścił się „Ostatni żubr”. Proch i pył:) Nie mam też w zwyczaju, ani nawet nie mam takich możliwości, żeby czytać książkę od razu po wyjęciu jej z opakowania. Ale Samojlik trafił w czas. Pochłonięty przy jednym jabłku:)


Choć idea „ucząc, bawić” jest dziś bardzo fe, Samojlik – na wskroś współczesny – jest z nią za pan brat. Wydaje się nawet, że to dla niego sprawa pierwszorzędna. Twórca, który sam jest naukowcem, adiunktem w Zakładzie Biogeografii Instytutu Biologii Ssaków PAN, specjalizuje się w komiksach ze zwierzęcym bohaterem. Można rzecz, spopularyzował ci on ryjówkę i żubra. Przybliża też historię Puszczy Białowieskiej (na skraju której zresztą mieszka). „Ostatni żubr” przenosi nas do 1919 roku. To moment, w którym ważą się losy tych, przed wiekami, lasów królewskich. W czasie okupacji niemieckiej wyeksploatowano część Puszczy. Nowe czasy wcale nie miały przynieść niczego lepszego. Woland i Kurtz (fikcyjne nazwiska, z literatury jednak wzięte) już planują wycinkę na masową skalę. Jedynie żubr mógł ocalić lasy przed ich całkowitym przerobieniem na meble. Jednak I wojna światowa doprowadziła do niemal całkowitego wybicia zwierzyny. Tymczasem we wsi wieść niesie, że został jeszcze jeden mały żuberek. Jedni będą walczyli o jego ocalenie, inni o jak najszybsze jego zabicie.

Historia małego żubra ma w sobie nie tylko element edukacyjny (przypisy do tekstu niejednokrotnie rozpisane są na całą stronę, zawierają informacje z historii Polski i Puszczy). Ma w sobie element ściśle osadzający nas w polskości. Pojawiające się mityczne Serce Lasu oraz Tobiasz, człowiek lasu, a także sam żubr choć owiane mgiełką tajemnicy przypominają sceny wzięte z „Pana Tadeusza”. Unosi się ponad tymi scenami nastrój ludowej świętości, jest uroczystość. Zagłębienie się w puszczę raz to z małym, bezimiennym żubrem, raz to z profesorem Szaferem, który rzuca ku niesfornemu współpracownikowi informacje o Puszczy, uczy nas szacunku do natury, do naszej natury, naszych lasów. Czujemy się współodpowiedzialni.

Bohaterowie mówią tu różnymi językami – zwłaszcza interesująca jest mowa ludu – wszak autor opowiada nam o tym miejscu na styku kultur, na styku granic, czasem wydaje nam się, że na styku światów. Dialogi pełne są jednak i współczesnych wtrętów oraz zwrotów, wyrażeń, które jednak wymagają pewnej ogłady kulturowej. Te czasem ironiczne, rzucone w powietrze, komentarze mają rozbawić przede wszystkim czytelnika, który rozumie współczesny ich kontekst.


Kreska Samojlika jest dość prosta. Postaci nie grzeszą urodą (mógł autor choć Nadziei darować ten wykwit na twarzy). Złe charaktery rozpoznajemy od razu – ich (wybaczcie wyrażenie, ale inaczej się nie da) mordy są wykrzywione, złowrogie, otoczone ciemnymi kolorami. Postaci dobre mają twarze łagodniejsze i kolorowe. Uczłowieczone zwierzęta – żubry, ryjówki, zające, wilki – mają swoje charakterki i marzenia. Rodzą tylko i wyłącznie sympatię. Spotkanie z Samojlikiem uważam za owocne. Jeśli we mnie ta lektura zrodziła potrzebę szukania dalszych informacji o Puszczy, to co dopiero w dzieciach. Szykujcie się na bliskie spotkania z żubrami!


Wydawnictwo: Kultura Gniewu Krótkie Gatki 
Wymiary: 170 x 240 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788360915936

czwartek, 21 sierpnia 2014

Małgorzata Strzałkowska „Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy”


Może już zauważyliście, że Małgorzata Strzałkowska to literacki człowiek-orkiestra. Dopiero co pisałam o jej „Mazurku Dąbrowskiego”, a tu już w kolejce do recenzji czeka pozycja całkiem odmienna – ni to wiersze, ni to ściągawka, ni to pokaz artystycznych możliwości autorki.

Zacznijmy od oczywistości. Krój czcionki, który wybrano dla zaprezentowania tytułu, a także biel okładki, mnie odsyłają do szkolnych podręczników. Tych dawnych. W kolejnych wierszach, strona po stronie autorka zapoznaje nas z częściami mowy. Dobry to pomysł na przybliżenie dzieciom zagadnień, które wcale nie muszą być dla nich łatwe – jak odróżnić przysłówek od zaimka przysłownego? jakie są rodzaje liczebników? jak rozpoznać partykułę? Strzałkowska zamyka tę wiedzę tajemną w wierszowaną formę. Definicje części mowy mieści w rymowane dwuwersy:

Dzięki przeogromnej masie rozmaitych czasowników 
nazywamy różne stany i czynności rzeczowników. 

Zaś przykłady konkretnych rzeczowników, zaimków znajdziemy już w rymowankch pełnych humoru i zdradzających wyobraźnię autorki.

Wielka panda mały listek smętnie żuje,
większa panda mniejszy listek poleruje,
a największa panda chyba od godziny,
trach! w najmniejszy listek ciska żurawniy.
(pogrubienia wg książki)


Pamiętam jak uczyłam się historii przed maturą. Swoje pięć minut mieli wówczas T-raperzy znad Wisły. Ich „Poczet Królów Polskich” bardzo pomógł mi w zapamiętywaniu najistotniejszych faktów. Rym jest jak dobry bank, w którym możesz schować coś bardzo ważnego i być pewnym, że to za jakiś czas bez trudu odnajdziesz. Wyobrażam więc sobie, że można tę książkę wykorzystać na lekcjach języka polskiego – po to, by dzieciom pomóc zapamiętać, ale także po to, by ćwiczyć na ciekawych, wesołych tekstach.

Strzałkowska utrzymuje dobrą poetycką formę. W tych przecież dość trudnych – bo na zadany temat – wierszach widać mistrza, który nie gubi rytmu. Choć, co także trzeba zaznaczyć, nie umizguje się dziecięcemu czytelnikowi i niektóre wiersze dają nieźle po języku.


Na osobną uwagę zasługują też kolaże autorki, którymi zapełnione są strony tej książki. Z tym stylem spotkaliśmy się już w „Leśnych głupkach”. Sporo tu ptaków-głuptaków, ale także postaci jakby wziętych z Muminków. Zachęcają do samodzielnych działań.

Nowy rok szkolny za pasem, więc wszystkim rodzicom, którym zostało jeszcze trochę grosza na wyprawkę szkolną, a których pociechy łamią sobie głowę i języki na trudnej mowie ojczystej – polecam wspomagacz:)


Wydawnictwo: Media Rodzina
Wymiary: 210 x 227
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788372789709

czwartek, 14 sierpnia 2014

Dorota Kassjanowicz "Cześć, wilki"


Gdybym miała użyć tylko jednego słowa na opisanie pierwszych wrażeń z lektury „Cześć, wilki”, z poznawania jej bohaterów, fabuły, stylu autorki – byłoby to „przesadny”. Zbyt mądry jak na swój wiek wydaje się Filip, który książek nie czyta, uwielbia gry na kompie, ale nagle ni z gruchy, ni z pietruchy pisze opowieści, jakich ja bym nie napisała. Przesadnie ciepła i wyrozumiała wydaje się ciotka Filipa, Agnieszka, która nigdy o nic nie dopytuje, a jednak wszystko wie. Niemożliwie nieogarnięty wydaje się ojciec głównego bohatera, gdy czyta papiery, a syn mówi do niego niestworzone rzeczy. I choć jestem w stanie uwierzyć, że są takie mamy jak ta Filipa – ciągle narzekające, szorstkie, szukające dziury w całym... jedna jaskółka wiosny nie czyni. Doceniam jednak próbę Kassjanowicz – debiutantki (to także istotne!) – aby tworzyć powieść dla dzieci kończących podstawówkę i rozpoczynających gimnazjum. Doceniam próbę opisania ich świata i – koniec końców – uważam go nawet za dość (mimo przesady!) udany.

Kassjanowicz pochyla się nad współczesną rodziną i jej dramatami. Niech wam się jednak nie wydaje, że zaraz tu będzie o narkotykach, rozbojach i że jakaś krew się poleje. Te współczesne dramaty są podstępne, czają się jak wilki wśród nocy, ich ślepia widać jedynie czasem. Te współczesne dramaty to zapracowanie rodziców, brak rozmowy, brak relacji żona-mąż, ojciec-syn, siostra-siostra. Jednak bohaterowie z problemami nie zmierzą się wprost – już nie potrafią. Z pomocą przychodzi im Słowo. Filip odkrywa w sobie, za sprawą ciotki Agnieszki, scenarzystki, sposób na uzewnętrznienie tego, co myśli i czuje. Odkrywa moc słowa, moc pisania, jego terapeutyczną siłę. Tworzy więc historię królestwa o wiele znaczącej nazwie Metalkorf. Ta paraboliczna opowieść ruszy uśpioną rodzinę. W którą stronę jednak i na jak długo – tego już nam Kassjanowicz nie zdradza.

 Autorka, przy okazji podejmowania tego zasadniczego tematu, pozwala sobie także na przyjrzenie się słowu jako takiemu. Fascynuje ją jego siła. W pewnym więc sensie jest to także powieść metatematyczna. Pisarka Agnieszka zdradza tu tajniki tworzenia, wydobywania z siebie opowieści, których jeszcze przed chwilą nie było. Pokaże także, że słowem można się bawić – jej gry językowe stanowią wstęp do tego, by zrodziła się historia.

Udane są w tej książce niedopowiedzenia – otwarte zakończenie przede wszystkim, ale także wielka nieobecność ojca, brak jego interwencji czy choćby reakcji. Pozwalają tej historii stać się prawdziwą.


Wydawnictwo: Dwie Siostry 
Wymiary: 150 × 200 mm
Oprawa: twarda
Ilość stron: 228
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-60850-81-7