piątek, 14 listopada 2014

Małgorzata Strzałkowska „Dyrdymałki”


Moja córka chodzi do szkoły podstawowej dla dziewcząt. Prowadzę tam zajęcia, które nazwałam „Płomienne czytanie” (szkoła nazywa się Płomień) z dziewczynkami z klasy drugiej i trzeciej. Ostatnio zabrałam ze sobą poezję – Kerna, Wawiłow, Danuty Gellnerowej, Fredry i Strzałkowskiej. Wpierw zadałam dziewczynkom pytanie, co to jest poezja i co o niej sądzą. Trzecioklasistki potrafiły wymienić nawet podstawowe środki stylistyczne i wytłumaczyły młodszym koleżankom, czy jest strofa i wers. Umiały też wymienić nazwiska najbardziej znanych poetów – Brzechwa, Tuwim, Chotomska, ale też Szymborska i Twardowski. Jedna z nich stwierdziła, że poezja jest trudna. Uczepiłam się tego. Założyłam sobie bowiem, że spróbuję im pokazać, że poezja nie jest trudna, że poetą może być każdy i że poezja jest wszędzie. Myślę, że właśnie klasa druga, trzecia to ten moment, kiedy decyduje się, czy będziemy kochali i rozumieli poezję jako ludzie dorośli. Oczywiście wiele kroków trzeba jeszcze potem zrobić…

Żeby udowodnić dziewczynom, że poezja nie jest trudna i że każdy nosi w sobie wiersze, wybrałam Małgorzatę Strzałkowską i najnowsze „Dyrdymałki” – czterowersowe, żartobliwe wierszyki. Czytałam kolejne utwory, intonując z przejęciem. Zawieszałam głos na przedostatnim słowie, aby dziewczynki mogły dopowiedzieć, odgadnąć rym. Zgadywały bezbłędnie! A jaką miały z tego frajdę! Lektura ta stała się też okazją do wyszukiwania tropów – czy znają inne czterowersowe wiersze? Czy znają inny wiersz o dziku?

Niechaj dęby rosną wszędzie,
bo na dębach tkwią żołędzie,
a więc męczyć się nie trzeba,
gdy jedzonko spada z nieba. (wiersz „Dzik”)

Umiem czytać tekst do góry nogami, ale cierpi wtedy na tym interpretacja głosowa. Dlatego trzymałam książkę stronami do siebie. Za każdym razem, gdy już przeczytałam, pokazywałam dziewczynom ilustracje. Styl Katarzyny Boguckiej do mnie nie przemawia. Nie podoba mi się ani ta kolorystyka, ani sztuczność i sztywność postaci. Ale uczennice nie odpuściły mi ani jednej strony i kiedy się zagalopowałam, przypominały, że przecież muszą jeszcze zobaczyć.


Wiersze Strzałkowskiej zachęciły nas do zabawy w rymy. Usiadłszy w dużym kole, mogłyśmy przerzucać sobie słowa jak piłeczkę. Myślę, że podobało im się też wymyślanie wierszyków. Ja podawałam pierwszy wers, a ich zadaniem było wymyślić drugi. Nie miały wątpliwości, że poezja wcale nie jest trudna.


Możecie pytać, co mają wspólnego te rymowane, proste wierszyki z poezją. Otóż mają wszystko wspólne! Nie podasz niemowlakowi kotleta, najpierw musi się nauczyć jeść papki. Z poezją jest podobnie – choć porównanie moje zdecydowanie zbyt poetyckie nie jest:)



Ilustracje: Katarzyna Bogucka
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 230 x 230 x 5
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788361824763

czwartek, 6 listopada 2014

Ruth Krauss, Maurice Sendak „Dołek jest do kopania. Książka pierwszych definicji”


Ruth Krauss i Maurice Sendak to giganci amerykańskiej literatury dziecięcej. O Krauss mówi się, że miała niebywała intuicję, aby dostrzec wolnego ducha w dziecięcych wypowiedziach i przemyśleniach. Twierdzi się też, że umiała zapisać w swych książkach śmiech dziecka. On z kolei stworzył książkę kultową („Where the wild thing are”), którą krytycy odrzucili, aby później przyznać jej honorowe miejsce w historii literatury dla najmłodszych. Krauss i Sendak rozpoczęli współpracę w 1948 roku (w kilka lat po tym, jak Krauss wydała do spółki z mężem Crockettem Johnsonem słynną „The carrot seed”). Najpierw pojawiła się książka „Bears”, a w 1952 „A Hole is to Dig: A First Book of First Definitions”, którą u nas przetłumaczono jako „Dołek jest do kopania. Książka pierwszych definicji”. Dwie Siostry, które pokusiły się, aby przed kilkoma miesiącami pokazać polskiej publiczności „Tam, gdzie żyją dzikie stwory” Sendaka, kontynuują przybliżanie nam twórczości tego wyjątkowego artysty.


Wiele razy pisałam, że niektóre książki dziecięce zostały stworzone przede wszystkim dla rodziców – żeby mogli poznać swojego malucha i odkryć w sobie dziecko na nowo. Dziecięca myśl znalazła miejsce w „Dołku…”. To bez wątpienia książka dziecięca – zapisana językiem dziecka, jego wizją świata, jego sposobem patrzenia. O ile wiele razy mamy wrażenie, że dorosły autor próbuje wczuć się w myśl dziecka i ją oddać (mniej lub bardziej udolnie), o tyle tu jesteśmy pewni, że mówi do nas dziecko. I jesteśmy zachwyceni odkryciem tego, jak wygląda świat, tą nową (choć przecież nie nową – każdy z nas był dzieckiem) perspektywą. Tak, jakbyśmy ten świat widzieli po raz pierwszy, zupełnie pierwotnie. Być może ta książka powinna mieć podtytuł „Książka pierwszych dorosłych odkryć”, bo to dorosły jest głównym beneficjentem tej lektury. Wyprani zupełnie z dziecka wpadamy w łagodny amok – kto ma pod ręką jakieś dziecko, zaczyna go dopytywać, co do czego jest.

„Kamyki są do zbierania i układania w kupki”
„Sen jest po to, żeby patrzeć w noc i widzieć różne rzeczy”
„Palce u nóg są do przebierania”
„Drzwi są do zamykania”
„Schody są do siedzenia”
„Dywany są po to, żeby ludziom nie wchodziły drzazgi”
„Nauczyciel jest do wyjmowania drzazg”


Krótkie wypowiedzi wywołują wspomnienia, z tych rodzą się historie. Ale z nakreślonych przez Krauss zdań wyłania się też świat konkretny – pełen małych, acz ważnych problemów, świat także bogaty w uczucia i przeżycia. Kto ma uszy, niechaj słucha…


Dzieci Sendaka są małymi ludzikami w wielkim świecie różnych rzeczy. Widać, że próbują sobie radzić – trudzą się z grabiami i ze zlewem, próbują wspiąć się na górę i zjechać z niej na sankach. Świat jest pełen dzieci, tych małych, które bywają niezauważane.


Ilustracje: Maurice Sendak
Wydawnictwo: Dwie Siostry
Wymiary: 135 x 175 x 12
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788363696573

wtorek, 4 listopada 2014

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Siedmiu wspaniałych”


O „Siedmiu wspaniałych już pisałam. Kilka słów poprzedniej recenzji pozwolę sobie powtórzyć:)

W „Siedmiu Wspaniałych i sześciu innych, nie całkiem nieznanych historiach” (bo tak brzmi pełny tytuł) autorka bierze na warsztat znane nam bajki. Motyw Kopciuszka („Kapciuszek”) służy przedstawieniu mamy-kury domowej, która za radą przyjaciółki zaczyna inwestować we własny rozwój. Historia o koźlątkach („Siedmiu Wspaniałych”) pomaga dzieciom „przeżyć na sucho” problem szkolnego dręczyciela. Presja rodziców, jaką chcą oni wywrzeć na swoich pociechach, obserwujemy w bajkach o „Nie dość bladej królewnie” (wygląd) i w „Wieży sławy” (rozwój dziecka). W „Trzech obrotnych świnkach” obserwujemy zagadnienie akwizycji jako formy wymuszania, motyw zaklętej żaby („Rodzina Żabickich”) opowiada o rozwodzie rodziców. Najbardziej interesujące wydaje mi się opowiadanie ostatnie – „O królewnie, która zasnęła”, ponieważ nie dotyka żadnego ze współczesnych problemów bezpośrednio. Jest najbardziej ponadczasowe, o uniwersalnej wymowie. Dowiadujemy się z niej, że miłość może pokonać nawet największe trudności. Jeśli więc wziąć pod uwagę umiejscowienie tej historii w całym tomie, odkrywamy puentę dla wcześniej podjętych tematów.


Wiele motywów jest tutaj odwróconych. Śnieżka okazuje się blada, ale niewystarczająco, trzy świnki biorą w obroty starego wilka, a śpiącej królewny i Śnieżki wcale nie ratuje piękny królewicz. Z tego tez powodu książka Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel wymaga wyrobionego czytelnika. Młodszy nie będzie rozumiał, dlaczego akcja nie toczy się według znanego schematu już może znanego mu z lektur baśni. To wyrobienie ma jednak także związek z treścią. Autorka tworzy fabuły wymagające zaangażowania intelektu, zmusza do zastanowienia się, budzi emocje czytelnika. Niektóre sceny są rzeczywiście mocne, przerysowane, czasem wręcz dramatyczne. Jak scena, w której królowa Tamira pyta w obecności swej córki Mirandy zwierciadło tak: „Zwierciadełko, powiedz przecie, kto nie jest dość doskonały w moim świecie?”, na co lusterko odpowiada: „Królewna Miranda! To ona! Wszystko psuje, bo jest zbyt czerwona. Bo nie dość blada jest ona!” („Nie dość blada królewna”). Warto więc towarzyszyć dziecku w tej lekturze, a przynajmniej zapytać o wrażenia czy przemyślenia.


Nowe wydanie różni się od starego warstwą ilustracyjną. Tym razem miała okazję wykazać się Marianna Oklejak. Jej obrazy są równie niepoprawne (w jej przypadku akurat uważam to za walor). Pełne buzie, kartoflowate nosy, zdecydowane kolory domagają się zajęcia stanowiska – albo się nam to podoba, albo nie. Mnie się akurat podoba:)



Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 196 x 231 x 13
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788361824756

Ewa Kozyra-Pawlak „Ja, Bobik”

Marysia czyta

Igłą spisane przez Ewę Kozyrę-Pawlak dzieje Bobika trafią dobrze w potrzeby najmłodszych dzieci. Odpowiednie dawkowanie historii kota, który uważa się za króla, może sprawić, że ta obrazkowa książeczka stanie się jedną z najczęściej przez dziecko oglądanych.


Kozyra-Pawlak nie potrafi się oprzeć, by swego kociego króla nie pokazać w każdym możliwym ujęciu i pozie. Dlatego przede wszystkim oglądamy album kota, który panuje… panuje na kanapie, na wycieraczce, na półkach, w szufladach… no, gdzie się da. Szybko też czy przelotem możemy wejrzeć w kocie królestwo – tak naprawdę dom służących o imionach Eja i Ajeł (czyżby, przekładając z języka kociego na ludzki, Ewa i Paweł). Rzutem oka możemy też dostrzec poddanych – psy i koty. Książka Kozyry-Pawlak powstała z inspiracji tym, co blisko. Możemy się domyślać, że Bobik mieszka u autorki naprawdę. Pełna ciepła i miłości jest ta opowiadana rzecz. Zachwycona właścicielka daje drugie życie swojemu pupilowi – życie literackie.


W książce przede wszystkim zwracają uwagę ilustracje. Także w tym sensie książka jest albumem. Ułożone w obrazy skrawki materiałów zachwycają swoją prostotą. Autorka nie jest perfekcjonistką – materiały czasem się strzępią, czasem nitki odstają, a tkaniny są zwyczajnie i prosto sfastrygowane. Dzięki temu jednak jej prace zachęcają do twórczej aktywności. Ten ilustracyjny „hand made” budzi podziw. Najmłodsze dzieci, które doświadczają książki tak dość pierwotnie, będą chciały przede wszystkim jej więc dotykać. Ciepły filc będzie w nich wywoływał potrzebę głaskania stron, a cała książka po prostu przytulenia.

"JA czytam!"




Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 220 x 220 x 8
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788310127112

czwartek, 30 października 2014

Martin Widmark „Antykwariat pod Błękitnym Lustrem”


Literackie antykwariaty zawsze okazywały się ciekawymi miejscami. Właśnie tam, pośród setek starych i ciut przykurzonych ksiąg rozpoczynały się przygody, właśnie tam czaiły się skrywane przez lata tajemnice. Swój antykwariat mają młodzi czytelnicy, jeśli tylko zechcą zajrzeć do „Nie kończącej się historii” Michaela Endego.

Przed nim ciągnęło się długie, wąskie pomieszczenie, niknąc w mrocznej głębi. Pod ścianami stały regały sięgające sufitu i zapchane książkami wszelkich kształtów i wielkości. Na podłodze piętrzyły się sterty wielkich foliałów, na kilku stołach leżały stosy mniejszych tomów, oprawnych w skórę i połyskujących po bokach złoceniami. 

Tajemnicą spowita była też księgarnia Carlosa Ruiza Zafona nakreślona w „Cieniu wiatru” (i częściach kolejnych), a nade wszystko ów wyjątkowy Cmentarz Zapomnianych Książek.

…dotarliśmy do wielkiej okrągłej sali, najprawdziwszej bazyliki ciemności, zwieńczonej kopułą, z której wysokości padały snopy światła. Niezmierzony labirynt korytarzyków, regałów i półek zapełnionych książkami wznosił się po niewidoczny sufit, tworząc ul pełen tuneli, schodków, platform i mostków, które pozwalały się domyślać przeogromnej biblioteki w niepojętej geometrii. 

Cmentarz Zapomnianych Książek zaś odsyła nas do wielkiej biblioteki z „Imienia Róży” Umberto Eco. I można by tak dalej i dalej.

 Martin Widmark wpisuje się swoją książką w ten motyw wielkich i tajemniczych antykwariatów i bibliotek. Znajdziemy tu i jedno, i drugie.

… pod stopami studentów przechadzających się po parku, kryła się tajna biblioteka czy też, jak opisywali to niektórzy profesorowie, morze wiedzy, doświadczenia, myśli i możliwości. Nazywali ją filią aleksandryjską. (…) Naziści systematycznie opróżniali w czasie wojny biblioteki naukowe w okupowanych krajach i wywozili zbiory do Niemiec. Myślę, że próbowali w ten sposób pozbawić ludzi możliwości niezależnego myślenia albo chcieli po prostu sami zdobyć najpotężniejsze narzędzie władzy – wiedzę. (…) Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy wszedłem tam po raz pierwszy. Po obu stronach ponad stumetrowego, wilgotnego korytarza, oświetlonego tylko gołymi żarówkami zwisającymi z sufitu, stały regały z taką ilością historii i wiedzy, że prawie nie miałem odwagi iść dalej. (…) Na półkach były zarówno starożytne zwoje, jak i współczesne rozprawy naukowe. Arabskie pisma wywiezione z Europy Wschodniej i żydowskie rozprawy filozoficzne wywiezione z gett leżały obok prac opisujących najnowsze odkrycia, przede wszystkim z zakresu biologii. Było dla mnie jasne, że takiego ogromu wiedzy z różnych tradycji i epok nie zgromadzono w jednym miejscu od czasów biblioteki aleksandryjskiej. 

I zdaje się, że podobnie jak Eco czy Zafon próbuje mówić, że książka i dzięki niej zdobywana wiedza czynią człowieka potężnym. Widmark, który bohaterami uczynił uczniów pierwszej klasy gimnazjum, Dawida i Larisę, podkreśla kilkakrotnie możliwości, jakie daje nam nauka w szkole. W pewnym sensie jego książka jest paszkwilem na szwedzki system edukacji. Nowa uczennica, Rosjanka, Larisa jest zdziwiona, kiedy nauczyciel zadaje tylko trzy strony w ćwiczeniach z matematyki. Bez problemu też udaje jej się przejść zapory, których stawiania uczy nauczycielka informatyki, twierdząc przy tym, że odtąd siedzą przed całkowicie bezpiecznymi komputerami. Kiedy młodym bohaterom przychodzi mierzyć się z kryminalnymi zagadkami, to właśnie młoda Rosjanka okazuje się istotą myślącą.


Widmark, zdaje się, zakłada, że jego czytelnik ma niechęć do nauki i szkoły. Dlatego tworzy fabułę, która ma pokazać, jak bardzo warto się uczyć i do czego może prowadzić nas studiowanie różnych nauk (tu w szczególności biologii). Rodzice Dawida też są naukowcami. Wyjeżdżają właśnie do Nigerii, są biologami i nadzorują budowę zapory wodnej. Nastoletni Dawid chce zostać w Szwecji, dlatego rodzice pozwalają mu zamieszkać u Melchiora Rasmusena prowadzącego antykwariat pod Błękitnym Lustrem. Krok zdaje się odważny, ale zaskoczonym przypominam ojców kolonialnych, jakim byli Władysław Tarkowski („W pustyni i w puszczy”) czy Andrzej Wilmowski („Tomek w krainie kangurów”). Ojciec Dawida mówi o książkach znalezionych w antykwariacie, że „zawierają często podstawowe pytania stawiane przez naukowców (…). Pytania, które potem łatwo stracić w oczu w natłoku wszystkich informacji zbieranych podczas pracy badawczej. To dlatego dobrze jest czytać stare książki”.


Ale Widmark zakłada też, że jego czytelnik niechętnie sięga po książki, niechętnie czyta. Stąd jego fabuła musi wciągać od pierwszego zdania. A co gimnazjalistę może wciągnąć bardziej niż rozbudzające ciekawość, pełne pytań stwierdzenie: „Zrozumiałem to od razu, kiedy ją zobaczyłem”. Autor serii o Lassem i Mai zna patent na wkupienie się w łaski młodych czytelników. Wystarczy dobra intryga, wystarczy w dziecku obudzić jego detektywistyczne ciągoty, postawić mu przed oczy jakąś tajemnicę. I już! Jednak – w co chcę wierzyć! – gimnazjalista ma nieco większe oczekiwania wobec książek. Fabuła Widmarka toczy się jak kula z górki, bez opisów, oszczędna w słowo, językowo głupiutka. Nie wiem też, czy gimnazjalista nie poczuje się urażony dziecinną wielkością czcionki i ilustracjami. Więc może obniżyć wiek czytelnika? Ja akurat jestem przeciwnikiem podsuwania dzieciom w wieku szkolnym (8-12) tekstów o budzącym się uczuciu, zakochaniu i pierwszym pocałunku. Przyjdzie na to czas.


Ilustracje: Katarina Strömgård
Wydawnictwo: Zakamarki
Wymiary: 130 x 180 x 10
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788377760673

poniedziałek, 27 października 2014

David Petersen „Mysia Straż. Jesień 1152. Część I”


O „Mysiej Straży” mówiło się na długo przed tym, nim książka w polskiej wersji językowej pojawiła się w rękach wydawcy, czyli BUM Projekt (debiut wydawniczy). Nie będzie chyba zbytnią przesadą, jeśli powiem, że to najgorętsza nowość tej jesieni. Zaciekawieni są dziennikarze, blogerzy, ojcowie, synowie, córki… Tak! Bo to komiks rodzinny – trafi w oczekiwanie dorosłych, ale też i starszych dzieci. I jeśli dobrze wróżę, to wkrótce będziemy tu mieli mysie szaleństwo.

Klimatyczna okładka przedstawiająca trzech głównych bohaterów – Lieama, Kenzie’ego i Saxona – wyłaniających się z jesiennego listowia robi w głowie to coś, co nie pozwala o niej zapomnieć. Jedziesz potem samochodem, koła toczą się po szosie, przy skraju której rosną drzewa liściaste (a mamy przecież złotą, polską jesień) i – jeśli masz w sobie odrobinę dziecka – czujesz, że oni, ta mysia cywilizacja, gdzieś tu są. Że może właśnie toczy się jakaś mysia walka na śmierć i życie, z użyciem kija czy miecza. Że może właśnie rozgrywa się jakaś wojna, od której będzie zależał los całej mysiej wioski. Tak! Tak właśnie zaczyna się mysie szaleństwo.


Jak wiele dzieł, którymi się zachwycamy, także i „Mysia Straż” rodziła się w głowie autora powoli. W latach dziewięćdziesiątych David Petersen miał zaledwie błysk myśli: „Myszy mają własną kulturę. Zbyt małe by integrować się z innymi zwierzętami”. W roku 2005 myśl zaczęła przelewać się na papier . W Stanach wydano do tej pory trzy tomy opowiadające o walkach myszy w mrocznych czasach średniowiecza – „Fall 1152” (BUM Projekt podzieliło go na dwie części), „Winter 1152”, „Mouse Guard: Black Axe” (będący prequelem, akcja dzieje się w 1115). Ponadto ukazał się także tom (volume one) „Legends of the Guard”, gra RPG oraz edycja czarno-biała „Jesień 1152”.

W pierwszej części tomu „Jesień 1152” wydawnictwo podsuwa nam pod nos smakowite kąski, zakładając, że złapie nas jak się łapie mysz w pułapkę. Atmosferę podsycają tu zagadki, z którym przychodzi się mierzyć bohaterom. Lieam, Kenzie i Saxon, strażnicy, zostali wysłani przez Gwendolyn, przywódczynię Mysiej Straży, aby dowiedzieli się, co stało się z handlarzem ziarna. Jak się jednak z czasem dowiadujemy, nie to było sednem zadania. Handlarz był zdrajcą. Swoją misję ma też Sadie – tak, tak, ona, strażniczka. Ta z kolei ma odnaleźć Conrada, członka Straży. Te dwie misje pewnie się spotkają w drugiej części. Na razie nakarmiono nas tajemniczymi mapami i misją topora. Obwąchujemy też ten mysi świat, przyglądając się dodatkom – mapie grodów i miast, wykazowi zawodów, poznajemy topografię Barkstone. I po lekturze mamy to nieprzyjemne uczucie, że to zaledwie przystawka i że apetyt rozrósł się nam w miarę jedzenia.


„Mysia Straż”, którą chce się skonsumować szybko, wymaga jednak uważnej i wolnej lektury. Młodszym czytelnikom trudność mogą sprawić dialogi, w których gęsto od archaizmów, ale też i skrótów myślowych. Dobrze jest czytać rodzinnie, wtedy dorosły przewodnik może wspomóc młodszego w odbiorze. Uwagi dopraszają się też ilustracje. Petersen świetnie odmalowuje emocje bohaterów – myszy wściekają się, zastanawiają, cierpią, dziwią… Wiele z kadrów przedstawia sceny walki. Po pozbawionych tekstu, ujmujących bohaterów w ruchu kadrach oko czytelnika ślizga się szybko, co daje wrażenie przewijającego się filmu. Dorosły czytelnik będzie miał dodatkową frajdę, śledząc tropy literackie. Odnajdzie tu coś z rycerskich eposów, opowieści o trzech muszkieterach czy leśnych przygód Robin Hooda.


Zastrzeżenia budzi jedynie jakość wydania. Warto, żeby BUM Projekt wiedziało na przyszłość, że folia pokrywająca okładkę i nadająca połysk odkleja się już od drugiego kontaktu z książką. Kiepsko sklejona nie wytrzyma w jedynm kawałku zbyt długo, zwłaszcza gdy trafi do czytelnika naprawdę zafiksowanego na punkcie Mysiej Straży. To wszystko boli. Ale jest do nadrobienia przy pracy nad kolejną częścią.

Blog Petersena.

Oficjalna strona serii "Mouse Guard".



Wydawnictwo: BUM Projekt
Format: 200x200 mm
Oprawa: miękka
Liczba stron: 104
ISBN-13: 9788393699681

piątek, 24 października 2014

Lucyna Krzemieniecka "Słomkowy łańcuszek"


Lucyna Krzemieniecka jeszcze raz. Tym razem więcej tu poezji i scen z życia wsi. Tytułowy słomkowy łańcuszek to ozdoba, którą dzieci przygotowują, aby zawisła na choince. Przy okazji przepytują się, do czego słoma może się przydać - chochoł chroniący krzak róży, słomiany siennik, słomą wypchane buty... Dla naszych dzieci totalny kosmos, prawda?

Wesoło i prosto.

Wydał Czytelnik w 1952 roku. Zilustrowała Anna Kopczyńska. Co ciekawe, obrazki są tu doklejane ręcznie.







przypomina styl Elsy Beskow


Rozczulające!!!





czwartek, 23 października 2014

Lucyna Krzemieniecka „Z przygód krasnala Hałabały”


Dwoje moich dzieci rozpoczęło już edukację. Przyglądam się wraz z nimi lekturom. Niektórych nie pamiętam, inne odczytuję na nowo, po dorosłemu. Nade wszystko zaś zadaję pytania – jak stare lektury czytają współczesne dzieci, jak one brzmią w ich uszach, czy odpowiadają na potrzeby dziecka?

Zatem co krasnal Hałabała wnosi w świat dzieci XXI wieku? Przede wszystkim podarowuje im piękny język. Ta poetycka baśń, która powstała w 1936 roku, bogata jest w plastyczne, działające na wyobraźnię opisy przyrody.

Ogródek przyjemny taki, a wokoło rosną maki. Nóżki mają zielone, a główki czerwone jak koguci grzebień. I tylko im płatki czerwieniutkie z wiatrem się kołyszą leciuchno. 

Wewnętrzne rymy (które znamy też z twórczości Doroty Gellner) sprawiają, że tekst staje się melodyjny, kiedy więc go czytamy, frazy po prostu płyną. Potężne jednak nagromadzenie zdrobnień może współczesnego czytelnika przytłoczyć.

Coraz to się poderwał, ogieniek w komineczku rozpalił, herbatki z lipowego kwiatu w garnuszeczku zaparzył, jagódką suszoną przegryzł albo laskowym orzeszkiem i dalej spał, z boczku na drugi boczek się przewracał. 

A to tylko jedno zdanie z wielu:) Przy odrobienie dobrej woli można jednak w tym dostrzec walor. Dziecinny nieco język Krzemienieckiej przywraca najmłodszemu czytelnikowi, odartemu nieraz z naiwności, wrzuconemu w stechnicyzowany świat, jego dziecięcość. Ale przywrócić też może lektura przygód skrzata dzisiejszemu odbiorcy – mieszkańcowi miasta jego pierwotny związek z naturą. Razem z Hałabałą, zamieszkującym dziuplę po wiewiórce, przyglądamy się z bliska temu, jak żyje las i jego mieszkańcy. Rytm zmieniających się pór roku decyduje o akcji. Krasnal bawi się z jeżykami w cenzurowane dopóki tych zima nie przymusi, by zapadły w sen. „A tymczasem zbliżała się już do leśnego brzegu zima, królewna w szacie błyszczącej ze śniegu”. Przyroda żyje, otrzymuje cechy ludzkie, przez co staje się „swoja” i interesująca. Urzekają opisy strojącej się w korale jarzębiny czy zdobnej w kwiaty, całej pachnącej panienki-wiosenki. Świat Krzemienieckiej jest pełen pogody, ale też tego, co nazwaliśmy realizmem magicznym. Budzi autorka naszą uśpioną wrażliwość na piękno i harmonię natury.

Mnie osobiście zdobyła sobie Krzemieniecka tym, co zrobiła w mojej głowie. Dawno moje wyobraźnia się tak nie napracowała – musiała i chciała stworzyć cały ten świat Hałabały oczami oglądany. Na szczęście ilustracje Bruchnalskiego (do którego się nie umiem przekonać) jej nie przeszkodziły. Właśnie tę cechę starych lektur, tę ich pracę z wyobraźnią uważam za najcenniejszą.

Lucyna Krzemieniecka, urodzona w 1907 roku, miała ciekawą drogę twórczą. W międzywojniu współpracowała z Kwadrygą. Po wojnie współpracowała z władzą. Jakże ciekawym byłoby poznać kontekst niektórych decyzji twórczych. Jak trudno pogodzić poczciwego krasnala Hałabałę z „O wielkim Stalinie”… Łatwo przychodzi sądzić. Czytam właśnie „Guliwera” (2/2014) o Gustawie Morcinku, tym który dał miejsce w literaturze zbójnikowi Ondraszkowi i Łyskowi z pokładu Idy, a którego historia chce widzieć jako tego, który zgłosił w sejmie projekt ustawy o zmianie nazwy Katowice na Stalinogród. Jan Malicki pisze we wstępie o kontekście tego wydarzenia, a także dodaje: „Ten doświadczony przez wojenne losy, a szczególnie przez pobyt w Dachau, człowiek wiedział, co znaczy odmowa. (…) Następnego dnia w sejmie Morcinek odczytuje projekt ustawy. Powoli ze spuszczoną głową – jak zapamiętał go jeden z obecnych kolegów pisarzy” („Guliwer” 2/2014, s. 4). Łatwo przychodzi nam oceniać, podważać wagę twórczości. Rodzą się pytania: jak pogodzić moralność wyłożoną expressis verbis w książkach dziecięcych z moralnością wyłożoną decyzjami życiowymi? I dalej: czy znajomość biografii współczesnych pisarzy determinować może odbiór ich twórczości? Czy na przykład da się pogodzić uprawienie literatury (i nie tylko literatury) gejowskiej z uprawianiem literatury dziecięcej? Nie żebym znała odpowiedzi...



Ilustracje: Marcin Bruchnalski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Wymiary: 165 x 240 x 2
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 48
Rok wydania: 2006
ISBN: 9788310120779

wtorek, 21 października 2014

Liliana Fabisińska „Muszka, która nie umie latać”, „Jeżynka nie chce się bawić”, „Hopek nie może jeść”


Wielbiciele serii „Klinika pod Boliłapką” doczekali się kontynuacji. Tym razem możemy czytać o tym, jak leczy się złamaną kocią łapkę, jak pozbywa się pajęczaków ze skóry jeża pigmejskiego i jak należy dbać o królicze zęby. Poznajemy też zwyczaje domowych zwierzaków, co daje nam pewien obraz, jak właściwie się o nie zatroszczyć.

Ale seria weterynaryjna ma też za cel zajmować się nie tylko zwierzęcymi, ale i dziecięcymi problemami, z których najistotniejszy wydaje się rozwód pani weterynarz Magdy. Autorka rozwija ten wątek. O ile w pierwszych dwóch częściach oglądaliśmy rozbitą i cierpiącą w gruncie rzeczy rodzinę, o tyle teraz los się zdecydowanie odwraca. Zatrudniony w klinice doktor Paweł w kolejnych częściach zaręcza się i bierze ślub z doktor Magdą. Jej dzieci ten fakt mocno przeżywają. Fabisińska podejmuje też problem zapracowania.


Ciekawe, czy odważy się tę kwestię pogłębić, bo póki co dzieci lekarki – Dominika i Kajtek – zmuszone są akceptować, że dla mamy praca jest najważniejsza. I choć dzieci bezustannie jej w tej pracy towarzyszą, mam wrażenie, że czekają na coś więcej i że jednak tęsknią. Pojawia się też kwestia posiadania własnego telefonu komórkowego. Tu autorka jest bezwzględna, a jej zdanie zdaje się streszczać w tych słowach:

Olga już wiedziała, że marzenie o własnej komórce szybko się nie spełni. Jeśli mama porozmawia z doktor Magdą, na pewno nie zmieni zdania. Obie chyba myślą tak samo: że dzieci nie potrzebują komórek! Zwłaszcza takich, na których można grać w różne gry i oglądać filmiki.

Zwierzęce problemy stanowią dla dzieci interesujący temat. Jednak wprowadzanie do czytadełek nowoczesnych idei – jak patchworkowa rodzina (ojciec dzieci też ma nową rodzinę) – i przestawianie priorytetów (najpierw praca, nie!, przepraszam, powiem brutalnie, najpierw zwierzęta, potem dzieci) – powodują, że czuję się nieswojo.


Wydawnictwo: Papilon 
Wymiary: 195x125mm
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324520145

wtorek, 14 października 2014

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak „NIEkalendarz”


Warto się dobrze zastanowić przed zakupem „NIEkalendarza”! Osoby uwielbiające nastrojowy klimat jesiennej szarugi mogą poczuć się z tą publikacją wytrącone z NIErównowagi. Pracownicy korporacji mogą się zaangażować w ćwiczenia grafomotoryczne do tego stopnia, że NIE oddadzą się pracy w takim stopniu, w jakim się od nich wymaga. Praktyczne porady mogą spowodować, że zacznie czytelnik używać przedmiotów NIEzgodnie z ich przeznaczenie, zaś sugerowane prognozy pogody mogą NIEskutecznie się sprawdzić.

Jeśli jednak jakaś siła sprawcza (na przykład czytane tutaj słowa) zmusi Was do zakupienia tej NIEpoważnej publikacji, oto co należałoby wcześniej zrobić.

1) Przede wszystkim wyrzucić z plecaka zapleśniałe kanapki i przygotować miejsce na ten NIEnotes.

2) Przygotować zestaw długopisów, żeby domalować adiunktowi Kwasowi fryzurę na stronie w okolicach 31 lutego, a mapę myśli w mózgu profesora Kurzawki na stronie przed 1 kwietnia.


3) Przypomnieć sobie ważniejsze dzieła literatury polskiej, a także odświeżyć nieco wiedzy o języku, aby później sprawnie wziąć udział w zabawach językowych („Kobyła ma mały bok” można też przeczytać od końca).

4) Odświeżyć sobie biogramy Kwasa i Kurzawki (zabierając z biblioteki rzecz o grzebieniu i rękawiczce), ponieważ pozwoli to zrozumieć powody zajęcia przedostatniego miejsca (ostatniego nie było) w osiedlowym konkursie „Mój schludny kącik” (ten trudny do zaakceptowania fakt przybliżają nam niestety cztery opowieści, które zapodziały się wydawcy między kolejnymi stronami kalendarza).


5) Zastanowić się, gdzie i kiedy warto byłoby wykorzystać podręczne rozmówki, a w szczególności takie zwroty, jak: (po hiszpańsku) „Przepraszam, gdzie jest wejście na widownię?” czy (po estońsku) „Mój mostek wypadł. Czy myśli pan, że można go zamocować?”.

6) Dokupić błyszczyk, aby wraz z „Błyszczkiem towarzyskim” zrobić jak najlepsze wrażenie.


7) Nabyć ramki, by oprawić plakaty, takie jak ten.


I kilka innych rzeczy warto byłoby zrobić, ale to już pozostawiam Państwa wyobraźni i zapotrzebowaniu.




Ilustrator: zacny Paweł Pawlak
Wydawnictwo: Czerwony Konik
format: wystarczający, 17x24 cm
ilość stron: 128 (zawsze za mało)
oprawa: twarda, ale giętka :)
rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-933934-7-3 (?)