wtorek, 14 października 2014

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak „NIEkalendarz”


Warto się dobrze zastanowić przed zakupem „NIEkalendarza”! Osoby uwielbiające nastrojowy klimat jesiennej szarugi mogą poczuć się z tą publikacją wytrącone z NIErównowagi. Pracownicy korporacji mogą się zaangażować w ćwiczenia grafomotoryczne do tego stopnia, że NIE oddadzą się pracy w takim stopniu, w jakim się od nich wymaga. Praktyczne porady mogą spowodować, że zacznie czytelnik używać przedmiotów NIEzgodnie z ich przeznaczenie, zaś sugerowane prognozy pogody mogą NIEskutecznie się sprawdzić.

Jeśli jednak jakaś siła sprawcza (na przykład czytane tutaj słowa) zmusi Was do zakupienia tej NIEpoważnej publikacji, oto co należałoby wcześniej zrobić.

1) Przede wszystkim wyrzucić z plecaka zapleśniałe kanapki i przygotować miejsce na ten NIEnotes.

2) Przygotować zestaw długopisów, żeby domalować adiunktowi Kwasowi fryzurę na stronie w okolicach 31 lutego, a mapę myśli w mózgu profesora Kurzawki na stronie przed 1 kwietnia.


3) Przypomnieć sobie ważniejsze dzieła literatury polskiej, a także odświeżyć nieco wiedzy o języku, aby później sprawnie wziąć udział w zabawach językowych („Kobyła ma mały bok” można też przeczytać od końca).

4) Odświeżyć sobie biogramy Kwasa i Kurzawki (zabierając z biblioteki rzecz o grzebieniu i rękawiczce), ponieważ pozwoli to zrozumieć powody zajęcia przedostatniego miejsca (ostatniego nie było) w osiedlowym konkursie „Mój schludny kącik” (ten trudny do zaakceptowania fakt przybliżają nam niestety cztery opowieści, które zapodziały się wydawcy między kolejnymi stronami kalendarza).


5) Zastanowić się, gdzie i kiedy warto byłoby wykorzystać podręczne rozmówki, a w szczególności takie zwroty, jak: (po hiszpańsku) „Przepraszam, gdzie jest wejście na widownię?” czy (po estońsku) „Mój mostek wypadł. Czy myśli pan, że można go zamocować?”.

6) Dokupić błyszczyk, aby wraz z „Błyszczkiem towarzyskim” zrobić jak najlepsze wrażenie.


7) Nabyć ramki, by oprawić plakaty, takie jak ten.


I kilka innych rzeczy warto byłoby zrobić, ale to już pozostawiam Państwa wyobraźni i zapotrzebowaniu.




Ilustrator: zacny Paweł Pawlak
Wydawnictwo: Czerwony Konik
format: wystarczający, 17x24 cm
ilość stron: 128 (zawsze za mało)
oprawa: twarda, ale giętka :)
rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-933934-7-3 (?)

środa, 8 października 2014

Zofia Stanecka „Domino i Muki. Po drugiej stronie czasu”


W paczce od wydawnictwa W drodze przyszły dwie książki. O jednej już pisałam, narzekając na infantylność książki religijnej dla dzieci. Marzą mi się powieści, w których o chrześcijaństwie mówi się dojrzale, nie sprowadzając wszystkiego do moralności i walki aniołka z diabełkiem. Narrator czy autor z reguły wypowiada się z pozycji kogoś, komu prawda została szczerze objawiona. Dlatego lektura drugiej książki z tego pakietu sprawiła mi ogromną radość – oto znalazłam, czego szukałam. I jeszcze przyniosła nadzieję, że może jednak... że skoro ma powstać cała seria przygód Domino i Mukiego, to może wreszcie ktoś przełoży wajchę.


 Stanecka opowiada o przyjaciołach – szalonej Domino i siedzącym w książkach Mukim – którzy wpadają w dziurę prowadzącą do kanałów leżących pod całą Polską i dających możliwość przenoszenia się w czasie. Trafiają do średniowiecznego Gniezdna, trafiają w chwilę, kiedy gród odwiedza biskup Wojciech. Trwa Wielki Tydzień, ale słowiański gród nie całkiem jeszcze jest chrześcijański – nadal wierzy się w wiedźmy, strzygi i spluwa przez ramię, żeby nie ściągnąć na siebie czegoś złego. Domino (Dominika Makowska) wychowana całkiem współcześnie jest odważniejsza niż Muki (Dominik Mukowski). Zawsze musi skomentować, wszędzie musi wściubić swój nos. To właśnie ona wpakuje tę dwójkę w kłopoty, poważne kłopoty – i to nieraz.


Intrygujące w tej fabule jest - obok dość prostego pomysłu fabularnego (przyznam, że chwilowo jestem przesycona literackimi podróżami w czasie) – zagadkowe, stawiające pytania wprowadzanie wątków pobocznych. Skrzat Czesław i utopiec Ano są po to, aby pomagać. W książce pokazującej, jak chrześcijaństwo w Polsce dopiero kiełkuje, wprowadzenie tych ubożąt, postaci z demonologii słowiańskiej, jest zabiegiem odważnym i twórczo ciekawym. Autorka pokazuje jednak świat, w którym wszystko się waży – będzie tak albo siak, chrześcijaństwo albo pogaństwo, sukces albo porażka, będzie życie albo śmierć. Domino zginie osądzona o czary albo zostanie ocalona. Radochna urodzi zdrową córkę albo umrze podczas porodu. Wojciech wybierze się do Prus albo wróci do Rzymu. Jeśli myślicie, że wszystkie te scenariusze mają swój po ludzku szczęśliwy finał, och, jak bardzo się mylicie. Co najmniej jeden z nich doskonale znacie z lekcji historii.


Inspirująca czytelnika jest także swoboda, którą pozostawia swoim bohaterom Stanecka. Pozwala im robić, co chcą, myśleć, co chcą, zbuntować się. Nie chroni ich przed cierpieniem ani przed konsekwencja własnej głupoty. Pozwala im zaznać porażki – to zapewne inspiracja losami świętego Wojciecha, tego świętego Porażki, jak dowiadujemy się z okładki. Bohaterowie więc poznają własną niemoc. Podobnie zostaje też potraktowany czytelnik – który może pomyśleć po lekturze, co chce. Stanecka nie staje tu w roli Alfy i Omegi. Raczej zadaje pytania, podsuwa przed oczy pewne obrazy, sytuacje i fakty. Myślenie zaś należy tylko i wyłącznie do odbiorcy.

Zofii Staneckiej gratuluję literackiej dojrzałości. W moim prywatnym rankingu polskich autorów stoi na pierwszym miejscu podium obok Iwony Chmielewskiej i Wojciecha Widłaka.



Ilustracje: Daniel de Latour
Wydawnictwo: W drodze
Okładka: Miękka ze skrzydełkami
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 164
ISBN: 978-83-7033-925-8

wtorek, 7 października 2014

Aplikacja "Asiunia" Joanny Papuzińskiej

/Materiały promocyjne/

Premiera aplikacji „Asiunia”.
„Asiunia” Joanny Papuzińskiej to ceniona i nagradzana książka z serii Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci. Od dzisiaj książka jest dostępna w nowej, multimedialnej adaptacji dostępnej na tablety.

Jak rozmawiać z dziećmi o wojnie?
Korzystając z naszych doświadczeń przy prowadzeniu zajęć dla dzieci w Muzeum, chcieliśmy pokazać świat wojny oczami dziecka. W tym celu wykorzystaliśmy prawdziwe historie dzieci, zawarte w relacjach z naszego Archiwum Historii Mówionej, które zostały napisane na nowo przez znanych pisarzy językiem współczesnej literatury dziecięcej z bogatymi ilustracjami współczesnych plastyków.


„Asiunia” jest książką niezwykłą, gdyż jej autorka – Joanna Papuzińska – sama przeżyła wojnę i opowiedziała historię swego dzieciństwa. Książka ta niesie za sobą ogromną i autentyczną dawkę emocji. Czyta się ją znakomicie ze świadomością, że poznajemy realne losy dziecka dotkniętego tragedią czasów okupacji. Ilustracje do książki, które wykorzystaliśmy również w aplikacji, stworzył Maciej Szymanowicz.

Muzeum Powstania Warszawskiego jest prekursorem w stosowaniu nowości technicznych, dlatego nie boimy się ich stosować na różnych płaszczyznach, także jako narzędzia edukacyjne. Niemniej trzeba pamiętać, że narzędzia multimedialne są tylko środkiem i nie powinny przesłaniać treści. – mówi Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Aplikacja pokazuje powagę i grozę wojny, a jednocześnie nie epatuje okrucieństwem i nie rozbudza w dziecku niezdrowej fascynacji przemocą.- dodaje.

  

Nauka przez zabawę
Aplikacja godzi te elementy. Możemy zapoznać się z całą treścią książki, a aktywne dodatki umożliwiają czytelnikom rozwijanie dodatkowych umiejętności, jak spostrzegawczość, a także bardziej angażują w poznanie książki innymi zmysłami: poprzez dotyk i słuch. Zadania wzbogacające multimedialną wersję „Asiuni” zostały przygotowane z myślą o dzieciach w wieku 7+ i są oparte o popularne gry typu puzzle, memory i „znajdź różnice”.


Aplikacja powstała we współpracy z Polsko-Japońską Wyższą Szkołą Technik Komputerowych, jako praca dyplomowa zrealizowana w Pracowni Multimediów Wydziału Sztuki Nowych Mediów PJWSTK przez dwie studentki: Urszulę Pelc i Joannę Tarachę.


Partnerem Technologicznym aplikacji jest Komputronik.

  


poniedziałek, 6 października 2014

Warsztaty z komiksu i ilustracji w Tychach


„Historie obrazkowe” to tytuł warsztatów z komiksu i ilustracji poprowadzonych przez Monikę Sojkę, studentkę V roku Grafiki Warsztatowej ASP w Katowicach, laureatki pierwszego miejsca w konkursie na plakat pod hasłem „Moja wolność". Zajęcia odbyły się 4 października 2014 w siedzibie Muzeum Miejskiego w TychachW okolicy też się coś dzieje... nie tylko w Łodzi, Krakowie i Poznaniu...

Dzieci, które wsłuchiwały się w krótką opowieść o tym, jak i dlaczego ludzie tworzyli historie obrazkowe, przeszły następnie do działania. Było nim wspólne stworzenie komiksu o słoniu, który wędruje…














niedziela, 5 października 2014

Rozwiązanie konkursu

Mój Osobisty Kangur wylosował:

kultur-alnie,
marpil,
Ewa.


Proszę o kontakt na adres: monika.moryn@gmail.com

Pozdrawiam:)

piątek, 3 października 2014

Anna Nowacka-Devillard „Apetyt na Wietnam. Nem”


Anna Nowacka-Devillard konsekwentnie oprowadza nas po świecie, wodząc za nos. Jej opowieści o odległych zakątkach świata testują żołądek czytelnika. Jeśli jesteś głodny, zaraz zaczyna ci burczeć w brzuchu. Mimo że papier nie pachnie ani kolendrą, ani chińskimi grzybkami, zaczyna cieknąć ślinka. Moc słowa i wyobraźni.


Czy wiecie, co to jest nem? Że Wietnamczycy uwielbiają przysłowia? Że panny młode zakładają różowe Áo Dài? Tego i innych interesujących rzeczy dowiemy się z historyjki o Bích Vân i jej rodzinie. I tym razem mama opowiada historię rodzinną – dziadek kupił kiedyś bawoła, który nie chciał pracować. Dopiero gdy zwierzę posmakowało nem, zabrało się do ciężkiej pracy.


Zatem historyjka, dwa przepisy, łamigłówki, słowniczek oraz kilka encyklopedycznych notek to sposób na serwowanie dzieciom Orientu w najłatwiej przyswajalnej formie. „Apetyt na Wietnym” wyostrza apetyt na podróże, choćby tylko internetowe, choćby tylko palcem po mapie. Są dobrym wstępem do zainteresowania dzieci innymi kręgami kulturowymi, przygotowaniem wyprawy, która może kiedyś będzie miała szansę się zrealizować.



Wydawnictwo: Widnokrąg
Wymiary: 275 x 205 x 5
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788393298457

czwartek, 2 października 2014

Leszek K. Talko „Staś i Nel. Zaginiony klejnot Indii”


Kiedy myślę o swoich lekturach z dzieciństwa, także tych szkolnych – dochodzę do wniosku, że już wtedy miałam jakieś wyrobione zapotrzebowanie na pewne treści. To ciekawe odkrycie, bo pokazuje, że dzieci nie łykają każdej lektury jak leci. Mają swoje czytelnicze upodobania. Dobrze, aby dorosły przewodnik po książkach znał preferencje swoich małych czytelników. Ja nie lubiłam książek przygodowych, podróżniczych, Szklarskiego ani „W pustyni i w puszczy”. Skwar afrykańskiego słońca mnie drażnił. Krokodyle wyłaniające się z rzek budziły niechęć. Zaś narzecza indiańskie wcale nie wzbudzały ciekawości. Zawsze intrygowała mnie złożoność natury człowieka. Dylematy – zwłaszcza moralne – przed którymi stawał. Jeśli dziś mam choć grosz empatii, to właśnie dzięki lekturom dzieciństwa.

Więc przedzieranie się przez „W pustyni i w puszczy” zostało przeze mnie zarzucone jeszcze nim Staś i Nel dotarli do Mahdiego. Odkrywanie Sienkiewicza po latach, w dorosłości ma inny smak. Już wiem, że nie muszę wcale Tego (Trylogii, „Krzyżaków”) przeczytać. Nie ma siły, która by mnie zmusiła. Czytałam Sienkiewicza raczej ze względu na styl. Rozsmakowuję się we frazach, archaizmach. O dziwo! – ulegam magii opisów. Zgadzam się z Leszkiem Talką – „książki powinny być pisane i czytane z radości”.

 Wierzę, że Talko napisał „Staś i Nel. Zaginiony klejnot Indii” z radości. Czuję ją w filmowym wręcz prowadzeniu czytelnika po akcji. Autor od czasu do czasu uchyli trochę kurtyny, aby czytelnik mógł ciut podejrzeć. Zasłania ją zawsze wtedy, kiedy ciekawość czytelnika dochodzi granic. Wiele wątków, wiele postaci – zwłaszcza na początku lektury – utrudnia zrozumienie, do czego to wszystko zmierza. Gęsto utkana fabuła indyjskich przygód Stacha i Nel wpierw zaciekawia, aby potem nieco jednak zmęczyć. Ale czy radości autora wystarczy też dla czytelnika?

Talko stara się (!) pozostać wierny Sienkiewiczowi. Stach jest nadal uosobieniem cnót – rozsądny, kalkuluje chłodno, silny i mądry. Do tego dobry. Jego czarowi w jakimś stopniu ulega Malka, mimo że w tej zdecydowanie zadurzony jest Mungo. Stach jednak nie jest już tak religijny jak bohater Sienkiewicza, którego losy mocno znaczone były obchodami chrześcijańskich świąt. Pamiętna pozostaje też scena, w której Staś na pytanie Mahdiego, czy przyjmuje jego naukę, odpowiada: „Jestem chrześcijaninem jak mój ojciec…”. Talko pozostaje więc współcześnie correct. Pojawia się tu co prawda chrześcijańska zakonnica, bliźniacza siostra Malki, Antonia. Jest jednak naiwna, a więc mentalnie nieatrakcyjna. Wielokulturowe Indie to także doskonałe miejsce, by wywieść z nich takie oto fabularne bzdury: „Otóż dawno temu ona (mam wydanie sprzed korekty i o ile dobrze zrozumiałam sens… ona = Antonia) natknęła się na księgę, której autor udowadniał, że kult Śakti istniał na długo przed świętym Tomaszem i że to wcale nie święty Tomasz przywiózł ze sobą kult Madonny. Przeciwnie, to kult Śakti zaraził go i on sam stał się jego wyznawcą, a później dopiero kult przeniknął do Europy i tak naprawdę w sanktuariach Czarnej Madonny czci się Śakti”. Polski Dan Brown – jako żyw.

Talkę zdecydowanie ponosi fikcja w rejony magiczne. Mały chłopiec zmienia się w panterę, nieuchwytni urumi przypominają duchy, och, i jeszcze tytułowy klejnot Indii, który zapewnia władzę. Jakoś tego z Sienkiewiczem pogodzić nie umiem i wydaje mi się to pewnym brakiem szacunku współczesnego autora wobec tradycji, z której czerpie. Rozdrażnia mnie to mieszanie porządków. Świat przedstawiony u Sienkiewicza jest jednorodny. Talko zaś jest Wielkim Miksującym - zbija fabułę z faktów (istnienie sekty thagów, realne postaci jak Helena Bławatska czy Rudyard Kipling), mitów i legend oraz tworów własnej fantazji. Postmodernistyczny koktajl, który może wpierw dobrze smakuje, ale od którego w końcu robi się niedobrze.

PS

I co się stało z Sabą?


Wydawnictwo: Znak 
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324029587

czwartek, 25 września 2014

Konkurs - "Moje - nie moje" Liliana Bardijewska

Zapowiadany konkurs czas zacząć:)

Co jest do wygrania? Książka "Moje - nie moje" Liliany Bardijewskiej (pisałam o niej wczoraj). 



Ilu wygra? Trzy osoby!

Kiedy ogłoszenie wyników? 5 października 2014 po godzinie 20.00.

Co trzeba zrobić? Odpowiedzieć w komentarzu na pytanie: kto jest moim kangurem lub dla kogo ja jestem kangurem?

To do dzieła!



Książka pod patronatem:

środa, 24 września 2014

Zakładki - Japonki

stąd
stąd
stąd
stąd


stąd  

      
stąd       


Liliana Bardijewska „Moje – nie moje”


„Moje – nie moje” wydano w 2004 roku. Książka zyskała sobie przez lata uznanie między innymi nauczycieli, którzy zaproponowali ją jako lekturę dodatkową, ale także twórców teatralnych (Teatr Animacji czy Teatr Pinokio). Dziś opowieść o jajku w srebrzyste kwiatuszki powraca w wersji rozszerzonej o piosenki ze spektaklu teatralnego (słowa kołysanek wpleciono w tekst), z nową okładką.


Uniwersalna opowieść Liliany Bardijewskiej rozpoczyna się na środku polany. Sroka, ta która lubi błyskotki, zauważyła coś pięknego. Jajko – gładziutkie, złociutkie i w srebrzyste kwiatuszki. Kiedy sroka zakrzyknęła „Jest moje” – od razu zleciało się polne towarzystwo. Wróble, paw, struś, ale też mrówki, krokodyl i wąż. I każdy chciał mieć jajo dla siebie – nacieszyć oko jego pięknem, zagrzać się trochę ciepełkiem jego wyjątkowości. I tak sobie wyrywały je z rąk. Na szczęście pojawił się kangur z pojednawczym pomysłem: „Wychowajmy je wszyscy razem”. I tak właśnie się stało – jajo przechodziło z rąk do rąk, od doświadczenia do doświadczenia – kołysane w koronkowym hamaku pająka, podrzucane w miękkich splotach węża boa, wsłuchujące się w kołysanki słowika... Ale kiedy w końcu z jaja wykluwa się brzydal, zachwyceni dotąd opiekunowie nagle znajdują swoje ważne sprawy do załatwienia. Na szczęście jest kangur. A brzydal – choć nadal brzydki – okazuje się wspaniały śpiewakiem. „I pomyśleć, że on mógł być nasz...” – wzdychają zwierzęta.


Ta prosta historia koresponduje z „Brzydkim kaczątkiem”, ale gdyby iść dorosłymi tropami można by i sięgnąć do biblijnej historii o Salomonie i dwóch kobietach kłócących się o to, czyje jest dziecko. Bardijewska pyta, czym jest odpowiedzialność za drugiego („Mały Książę”?), czym jest miłość? skąd się bierze? Ciepło i czułość kangura, oddanie pozwalają brzydalowi wzrastać według potrzeb. Dziwnie to brzmi, prawda? Ale kiedy pisklę odkrywa, że jest bezpieczne – może wydobyć z siebie to, co ma. I wydobywa śpiew – jak się okazuje niezwykły.


 Ale autorka dotyka i innych ważnych kwestii – zazdrość, potrzeba przywłaszczania, zachwyt tym, co piękne zewnętrznie, w końcu odrzucenie, brak odpowiedzialności. Może to gorzka refleksja, ale większość właśnie w ten sposób się zachowała. Bardijewska zaprasza dziś do rozmowy z dziećmi, do zauważenia drugiego, do zobaczenia, jak wiele sobie wzajemnie zawdzięczamy. Jak pisze autorka: „Każdy ma swojego Kangura. Ale też każdy może być kangurem, który dostrzeże piękno ukryte w innych”.


Krystyna Lipka-Sztarbałło („Łazienkowe pytania”, „Dokąd iść? Mapy mówią do nas”) zaś zadaje pytanie: „Czy można opowiadać nie tylko kolorowo, ale i kolorem?”. Ilustratorka opowiada przede wszystkim trzema kolorami – zielenią, czerwienią i żółcią. Jej miękkie, ciepłe, ale też i działające na zmysły obrazy zachęcają czytelnika do szerokiego otwierania oczu, do spozierania poza okładki książki i ujrzenia świata, który – podobnie jak brzydal – kryje w sobie piękno. Nawet wtedy, gdy najbardziej depresjogenna pora roku weszła właśnie przez drzwi świata.


Patronat medialny:



Ilustracje: Krystyna Lipka-Sztarbałło
Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza EZOP 
Format: 235×205, 32 strony
Oprawa: twarda, szyta
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-64600-00-5