czwartek, 18 grudnia 2014

Konkurs na piąte urodziny bloga:)

Tak, tak... dziś nasze piąte urodziny.

Jak zawsze dziękuję wszystkim, którzy mnie czytają. Dziękuję też wydawcom za kolejny rok dobrej współpracy:)


Tort urodzinowy mógłby wyglądać tak

stąd


Jak byłam dzieckiem, to urządzałam konkursy na swoich przyjęciach urodzinowych:) Taką tradycję mam też tu na blogu. Bardzo się cieszę, że niektórzy wydawcy chcą świętować ze mną. Oto prezenty, które przygotowali dla tych, którzy zechcą wziąć udział w zabawie i będą mieli dobry pomysł na zabawę konkursową.

Co trzeba zrobić?

Zrobić kreatywną fotkę będącą ilustracją do którejś z książek poniżej. Można też namówić dziecko, by zrobiło ilustrację i przesłać mi skan tejże. Zdjęcia przesyłajcie na adres: monika.moryn@gmail.com wpisując w temacie maila: "konkurs na blogu"

Do kiedy?
Do końca roku:) Czyli do 31 grudnia 2014, do 23.59:)

Wyniki
Zwycięzców wybierzemy z dziećmi. Liczy się kreatywność:) Wyniki ogłosimy 1 stycznia 2015.


Od niezastąpionego wydawnictwa Media Rodzina aż trzy książki:

Alexander Steffenmeier "Krowa Matylda nie może zasnąć"

Karin Chappman "Mysi domek. Sam i Julia w teatrze"


Sven Nordqvist "Findus się wyprowadza"



Widnokrąg przychodzi z dwoma egzemplarzami "Pankaganga. Myślobieg".



Od Grupy Wydawniczej Publicat aż cztery książki:

Irana Landau "Jaś i zaczarowany przyjaciel"

Edyta Zarębska "Antek i stara jabłonka"

Irena Landau "Bajki Babci Celiny"

"Mała wróżka Amelka"

Wilga podarowała:

"Jestem miasto Warszawa"
Torben Kuhlmann "Niezwykłe przygody latającej myszy"

Egmontowi wysypały się z worka trzy pakiety po trzy książki
Marcin Baran "Kłopoty z mlekiem dla kota"  
Melania Kapelusz "Tajemnica pewnej sąsiadki" Małgorzata Strękowska-Zaremba "Bigos dla Mamutka"





Za nagrody serdecznie dziękuję:





środa, 17 grudnia 2014

Tina Oziewicz „Dzicy lokatorzy”


Czerwony Konik lubi ekologiczne klimaty. Po „Marchewce z groszkiem”, w której swojskie warzywa z ogródka muszą konkurować z importowanymi, przychodzi kolej na wdrażanie następnych pojęć. GMO!!! GMO to sposób robaczka i zaskrońca na odstraszenie ludzi od zrywania jabłek z ich ukochanego drzewa-domu. I choć Tinie Oziewicz udaje się przemycić do książki modne, proekologiczne hasła, na pierwszy plan jej opowieści wysuwa się jednak coś innego. Intertekstualność.


Autorka bierze na tapetę wątki z literatury i splata z nich nową opowieść. Jest jabłczany raj, jest wąż, są ludzie zrywający owoce… biblijny motyw raju zostaje jednak u Oziewicz odwrócony – wąż, czyli nasz swojski zaskroniec, chce zrobić wszystko, by ludzi zniechęcić do zjedzenia jabłek. Jestem pewna, że wielu kontekstów dziecko nie wyłapie. Z całą pewnością są one puszczeniem oka autorki do dorosłego czytacza. Jak ten fragment:

Robaczek pomyślał o swoim długowłosym i długobrodym tacie, który lubił śpiewać pod prysznicem: Dziwny jest ten świat…. 


Autorka nie sili się na wyjaśnienia, nie podpowiada, skąd wzięła wątek czy kogo cytuje. Podobnie zresztą jak nie wyjaśnia ekopojęć. Są one podrzędne. Ale wobec czego? Myślę, że wobec samego opowiadania. Oziewicz zachwyca się możliwością języka, darem mowy, zdolnością do tworzenia historii. Jest w tym jakiś dziecinny zachwyt własnymi możliwościami. Autorka „Pamiątki z Paryża” lubi odjechane historie. Zdaje się, że na nikogo się nie ogląda, nie próbuje się czytelnikowi przypodobać. Bierze literacki tygiel i miesza. Ja mam wątpliwości co do finału obu wymienionych opowieści tej autorki – dość schematycznych i podobnych do siebie wzajem. Ale jak pisałam przy „Pamiątce..”, to są jej historie. I myślę, że tak właśnie trzeba na nie spoglądać.

Z ilustracjami Szudygi mam problem. Niby na nie patrzę, ale ich nie widzę.




Możesz kupić tutaj: Dzicy lokatorzy

Ilustracje: Marta Szudyga
Wydawnictwo: Czerwony konik 
Wymiary: 170 x 240 x 10
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788393393480

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Yvette Żółtowska-Darska „Messi. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem”


Kto jeszcze zastanawia się nad prezentem dla swojego syna w wieku szkolnym, może dziś znaleźć doskonałą książkową podpowiedź:)

Mój syn, odkąd zaczął chodzić do szkoły (czyli od września) totalnie zwariował na punkcie piłki nożnej. Objawy szaleństwa pojawiły się już wcześniej. Zaczęło się chyba od mistrzostw, które Polska razem z Ukrainą organizowała, a potem jeszcze podsycił owo wariactwo mój mąż, ucząc kopania i chrzestny kupując genialną, ogrodową bramkę. W szkole (to szkoła męska) WF-u uczy Marek Wleciałowski, trener piłkarski z licencją UEFA Pro, asystent selekcjonera reprezentacji Polski, Waldemara Fornalika. Możecie sobie wyobrazić ten WF. Chłopcy mają bzika na punkcie tych zajęć. Ale nie tylko to! Pewnie i chłopcy w zasięgu Waszego wzroku mają hopla na punkcie kart piłkarskich. Mój syn naciągnął dziadka na album i regularnie naciąga ojca na kolejne zestawy kart (na szczęście za niecałe 4 zeta). Jest dumny ze swojej kolekcji, którą codziennie tacha do szkoły, żeby wymieniać się z kolegami.


Nie wiem, czy Janek dobrze gra, ale chłopcy mówią na niego Messi. To chyba wyróżnienie. Więc Messi jest idolem. Obok Lewandowskiego i Milika. Gdy więc na Mikołaja Janek dostał książkę „Messi. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem” był zachwycony. Podobnie zresztą jak jego szkolni kumple. Tornister syna zyskał kolejny ciężar, który koniecznie trzeba zanosić do szkoły.

Książkę syn czyta z ojcem. Książkę podczytuję ja. Przegląda Marta. Bo ta książka jest zwyczajnie fajnie zrobiona. Podoba mi się pomysł! Autorka nie przegadała kwestii futbolu i życia Messiego. Wie, że pisze głównie dla żądnych informacji chłopców, dlatego jej styl jest oszczędny.

Kiedy chłopcy tak miło sobie strzelali, nadeszła 1/8 finału i mecz z Kolumbią, a w nim spotkanie z najlepszym strzelcem z Campeonato Sudamerico, Rodallegą z Quindio. Zwyciężyła Argentyna 2:1. Pierwszego gola strzelił Leo, drugiego Julio Barroso. Tym razem obyło się bez kartek, kontuzji i ławki rezerwowych. Nasz bohater zagrał cały mecz, na dobre zdobywając zaufanie trenera. 

Oczywiście nie cały tekst jest tak oszczędny i tylko na meczach skupiony. Autorka śledzi losy Leo, pokazując, że przecież wiele razy zmagał się z tym, żeby zrealizować marzenie. Że był zbyt niski, że musiał wbijać sobie zastrzyki, żeby rosnąć, że w końcu nie miał kto finansować leczenia, że miał kontuzje, że tęsknił za ojczyzną, że musiał zmagać się z językiem katalońskim, z niechęcią kolegów. Pokazuje jego nieśmiałość, cichość, ale też wybitny talent i samozaparcie. Messi to rzeczywiście świetny idol dla chłopca, który być może boi się zastrzyków u lekarza albo zmaga się z niepowodzeniami szkolnymi. Podoba mi się też pozytywny przekaz dotyczący rodziny i religii.

kolekcja mojego syna:)

Dużo tu fotografii okraszonych komentarzami, ciekawostek także o Argentynie. Tak dziecko, jak dorosły przegląda tę pozycję z zainteresowaniem. Jest też świetna bibliografia, która zaczyna się od słów: „Żeby wiedzieć, trzeba czytać”.

Książka-hit! – po prostu.



Możesz kupić tutaj: Messi…

Ilustracje: Joanna Rusinek
Wydawnictwo: Egmont 
Wymiary: 175 x 245 x 13
Oprawa: Kartonowa Foliowana
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788328103689

piątek, 12 grudnia 2014

Gabriel Gay „Czerwony i Zielony”


„Czerwony i Zielony” oczywiście może być czytany jako książka o zasadach ruchu drogowego i tym, że nie wolno ich naginać. To chyba najprostsze odczytanie tej historii o sygnalizatorze świetlnym. Oczywiście można tę opowieść odczytać jako rzecz o odpowiedzialności za powierzone nam zadania, ale też o odpowiedzialności za drugiego człowieka.


Jednak ja, kiedy czytałam historię Gabriela Gaya, myślałam o tym, że wielu z nas jest Czerwonym, a wielu – Zielonym. I że ja chyba mam w sobie więcej z Czerwonego. Czerwony ma silne poczucie obowiązku, nie łamie narzuconych zasad, potrafi się rozpalić w emocjach do Czerwoności. Ponieważ zawsze jest na posterunku, na końcu to na niego spada (czy spada? Czy raczej zostaje powierzone?) pomaganie drugiemu. Zielony jest ciut dziki. Zasady są, ale czasem po to, żeby je złamać. Zielony jest gotowy ryzykować, nie trzyma go prawo, dlatego ma wciąż nowe, ciekawe doświadczenia. Jest zielonym optymista. Ale czasem ryzykuje więcej, żeby uratować mniej. Ryzyko wiąże się też z tym, że porządnie można się poturbować. I kiedy nie masz przy sobie jakiegoś Czerwonego… biada ci, Zielony.

 Streszczenie znajdzie na innych stronach :P


Ciekawa jest finalna konstatacja Gaya: „Czerwony i Zielony, dwa ludziki zamieszkujące nowy sygnalizator świetlny, są bardzo zadowolone ze swojego domu”. Bo Czerwony i Zielony są stworzeni dla siebie, by być razem. Szaleństwo Zielonego pozwala Czerwonemu doświadczyć nowego, stałość Czerwonego daje Zielonemu poczucie bezpieczeństwa.

Zdecydowane kolory i pewna bylejakość ilustracyjna mieszczą w sobie wiele emocji. Na każdej stronie coś się dzieje, co budzi żywą reakcję czytelnika. Jeśli jest nim dziecko, będzie patrzyło zdziwione.



Możesz kupić tutaj: Czerwony i Zielony


Wydawnictwo: Widnokrąg
Wymiary: 205 x 230 x 8
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788393865208

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Beata Krupska „Sceny z życia smoków”


Ponoć „Sceny z życia smoków” to książka kultowa. Wydana w 1987 roku była czytana przez Krzysztofa Kowalewskiego w programie telewizyjnym 5-10-15. Choć oglądałam ten program wiernie, smoków nie pamiętam. Kultowość więc tej książki objawia się więc wśród osobników po trzydziestce, które wspominają z sentymentem. Opowieść Krupskiej może w latach 90-tych była świeża i inna. Dziś jakoś
wyjątkowo się już nie wyróżnia.


To, co ja znalazłam w niej ciekawego, to plastyczność. Autorka opowiada kolorami.

Łysy Pies się nie pojawił, za to co chwila z saksofonu wysuwał łeb ogromny fioletowy kot. Miał żółty brzuch, pazury pomalowane na czarno, a na głowie włóczkowy beret w kolorowe paski. 

Bohaterowie „Scen…” są wyraziści właśnie przez swoją kolorowość. Czytane fragmenty wywołują w głowie natychmiastowy wybuch barw. Wyobraźnia pracuje, a i ręce dziecka – jak mniemam – zaczynają swędzieć. Smoki chcą się z głowy wydostać na kartkę papieru. Ale bohaterowie są też charakterystyczni przez to kim są, jak się odzywają, czego chcą. Smoki Krupskiej – Smok Antoni, Smok Zygmunta, Tortowy Smok Urodzinowy – są inne niż te, które znamy. Jedzą muchomory, chcą grać w piłkę, próbują latać, chcą odwiedzić Kraków… I mają sporo przyjaciół. Przede wszystkim rzekomo nielubianą Żabę, Chenię i Rysia Kapustnika. Choć towarzystwo wydaje się zgryźliwe, a każdy osobnik to indywidualista okazuje się, że ten zespół jakoś daje radę ze sobą współbyć. Ba, nawet tęsknić za sobą.


Wielobarwność postaci, ta różnorodność charakterów nasuwa refleksję o naszej indywidualności. Odmienne charaktery, które czasem wydaje się, że tak trudno pogodzić ze sobą, nie stanowią jednak żadnej przeszkody ku temu, by na końcu być zadowolonym. Antoni – kiedy rozpoczyna się opowieść – jest sam, leży pod dębem i ziewa. Nie zna innych smoków (poza jednym, mieszkającym niedaleko w zamku). Za sprawą Smoka Zygmunta i reszty jego życie nabiera – właśnie! – barw i rozpędu.


Możesz kupić tutaj: Sceny z życia smoków

Ilustracje: Zbigniew Larwa
Wydawnictwo: Prószyński Media 
Wymiary: 200 x 245 x 10
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788379611102

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Alina i Czesław Centkiewiczowie „Zaczarowana zagroda”


Jakiś czas temu pisałam, że przyglądam się szkolnym lekturom. W poprzednim poście zaś pisałam, że trzeba odkryć stare teksty na nowo. Bo przecież „Zaczarowana zagroda” nie służy temu, by przypomnieć biografię Centkiewiczów, nauczyć ramowego planu wydarzeń i charakterystyki bohaterów. Te mało twórcze zadania – jak ramowy plan wydarzeń i charakterystyka bohatera – są jednym z gwoździ do trumny z tabliczką „szkolna lektura”.

Myślę, że „Zaczarowana zagroda” może być wstępem do rozmowy o pracy naukowca, także spojrzenia historycznego – jak wyglądały i jak wyglądają stacje badawcze na Antarktydzie, z czym zmagają się naukowcy, jak muszą się przygotować do pracy i przede wszystkim – po co w ogóle tę pracę wykonują. Wydaje mi się, że niejeden Staś z Adasiem daliby się nakręcić. Skoro już mówić o pingwinach i jeśli już charakterystyka, to dlaczego by nie pójść dalej i nie charakteryzować własnego, wymyślonego pingwina. Elegancika mógłby – pewnie z powodzeniem – scharakteryzować nauczyciel dając tym samym wzorcowy przykład charakterystyki bohatera. O pingwinach można też chyba powiedzieć więcej niż tylko to, że mieszkają na Antarktydzie, nie fruwają i budują gniazda z kamieni. Opornych pytałabym, co łączy „Pingwiny z Madagaskaru” z pingwinami Dobrowolskiego. W ambitnych klasach może udałoby się wyszukiwanie literackich pingwinów.

 O samym tekście chcę powiedzieć tyle, że niewiele się zestarzał (jeszcze bardziej „wciąż świeży” wydaje mi się „Anaruk…”, o którym wkrótce mam nadzieję mieć czas napisać). Centkiewiczowie świetnie budują zainteresowanie czytelnika akcją – jest pewna tajemnica i jest zabawne rozwiązanie. Wszystko to pomieszczone w ramy eksperymentu naukowego, którego przeprowadzenie przynosi ciekawe odkrycia. To opowiadanie Centkiewiczów grzeszy jedynie ilością zdrobnień, które kłują moje usta podczas czytania. Gdybym mogła, to osobiście wymieniłabym wszystkie te pingwinki, oczka, łepek i skrzydełka. Na szczęście nie zgromadzili ich tu aż tyle, co koleżanka od Hałabały.

5 listopada 2014 r. odbyły się uroczyste obchody 110. rocznicy urodzin Czesława Centkiewicza oraz 80-lecia jego debiutu literackiego.






Możesz kupić tutaj: Zaczarowana zagroda

Ilustracje: Robert Jabłoński
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 190 x 220 x 3
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 24
Rok wydania: 2011
ISBN: 9788310122018

czwartek, 27 listopada 2014

Czy kanon lektur trzeba przewietrzyć?

zdjęcie stąd

Wczoraj GazWyb nawoływała, żeby przewietrzyć listę lektur. Rzekomo chodzi o rozbudzanie pasji czytelniczej… ale już pierwsze zdania artykułu mówią coś innego „Szkolne lektury są archaiczne i nudzą uczniów. Do tego powielają stereotypy, nie piętnują przemocy wobec kobiet”, aby po chwili dodać: „Według raportu wrocławskiej fundacji Punkt Widzenia pt. "Męskość i kobiecość w lekturach szkolnych" brakuje w nich demokracji, a nierówność płciowa jest bardzo duża. - Bohaterek pierwszoplanowych w szkole podstawowej można się dopatrzyć kilku, w gimnazjum - tak naprawdę jednej, czyli Balladyny. Zresztą i tak ocenianej stereotypowo i negatywnie - mówi "Wyborczej" Anna Walicka z fundacji. I dodaje: - Książkowe dziewczynki służą za lustra, w których odbija się chłopięca wspaniałość”. A więc nie chodzi o pasję czytelniczą, ale o ideologię. Aż mi się nie chce tego komentować.

Myślę, że jest ogromną bzdurą odrzucanie kanonu. Swoboda, którą dostali nauczyciele (mają możliwość samodzielnego doboru lektur + obowiązek zrealizowania kilkunastu lektur z podstawy programowej na etapie klas 1-6), wystarczy. Trzeba odczytać stare lektury na nowo. Dostrzec w nich wartość. Moja córka nie miała problemu z „Plastusiowym pamiętnikiem” ani z „Z przygód krasnala Hałabały”. Nastoletni syn znajomych był zachwycony „Sposobem na Alcybiadesa”.

Odrzucanie niektórych lektur ze względu na archaiczność języka i nieprzystającą do dzisiejszych realiów fabułę dziś, oznacza wywalenie z kanonu „Pana Tadeusza” jutro. Widzę w sprzyjaniu niskim gustom społecznym zagrożenie.

Dlaczego nasze dzieci nie czytają? Czy dlatego że każemy im czytać nudne książki? W moim przekonaniu czytanie – jak dobre wychowanie – wynosi się z domu. Jeśli rodzice czytają przedszkolakom, a potem zadbają o pierwsze sukcesy czytelnicze ucznia i właściwy dobór lektur (zindywidualizowany), i jeśli dzieci zobaczą, ze rodzice czytają, że warto marnotrawić czas na książki, to będą mieli w domu mola książkowego.

Dawno temu uczyłam w szkole średniej. W technikum. Uczyłam chłopców. Nie czytali. Chciałam, żeby czytali. Starałam się pokazać im, że poezja to zagadka do rozwiązania. Omawiałam z nimi teksty Paktofoniki - udowadniając, że to też poezja. Mówiłam, że jeśli nie rozumieją kobiet, swoich dziewczyn, niech przeczytają „Granicę”, a potem pogadamy o tym, jak się uwodzi kobiety:P Przynosiłam swoje ulubione książki, o których sądziłam, że spodobają się chłopakom – Masłowska (to był przecież ich język), „Madame” Libery. Nie powiem, że wszyscy zaczęli czytać. Ale niektórzy zaczęli. Zaczęli czytać lektury.

A tutaj można podesłać MEN-owi swoje propozycje - rozumiem, że ma to być pomoc dla nauczycieli.

wtorek, 25 listopada 2014

Torben Kuhlmann „Niezwykłe przygody latającej myszy”


Książka Torbena Kuhlmanna magnetyzuje okładką. Niemal fotograficzna ilustracja przedstawiająca śmigło samolotu przyciąga oko. Kolorowe znaczki flag na blaszanym kadłubie zapowiadają przygodę. Dopiero po chwili dostrzegamy snop światła rzucony na małego śmiałka. To mysz (myszy mają dobrą literacką passę – klik 1, klik 2, klik 3). Mysz, która ma przytwierdzona do grzbietu zgrabne skrzydła. Otaczający scenę mrok sugeruje z jednej strony samotność, z drugiej – dziejące się z dala od światła, w zakamarkach, rzeczy niezwykłe. I jeszcze brzegi książki – stylizowane na obdartą, starą, wyciągniętą ze strychu knigę. A jak wiadomo – to, co ze strychu, zawsze jest cenne.

Torben Kuhlmann wchodzi do historii literatury jak się Charles Lindbergh, amerykański pilot, wdarł do historii lotnictwa. Odważnie i bez kompleksów. „Niezwykłe przygody latającej myszy” to jego praca dyplomowa (studia ukończył w 2012 roku) oraz debiut literacki.


Zatem rozpoczynamy tę lekturę od ilustracji, które śledzimy wpierw strona po stronie, delektujemy się detalami. Ponieważ historia dzieje się u początków XX wieku, tło jest tu adekwatne. Na obrazach odnajdziemy więc starą maszynę do pisania, dworzec w Hamburgu z maszynami parowymi, statki parowe, wnętrza starych miejskich zegarów. Możemy nacieszyć oko typografią – widać też fascynację autora projektami drukowanych liter.


Skromny, sztampowy tytuł wpierw wydaje się biedny wobec ilustracyjnego rozmachu. Jednak kiedy już wejdziemy w historie myszy i ona zdumiewa swoją mądrością. Kuhlmann zamiast opowiadać nam – fascynującą skądinąd – historię samotnego przelotu nad Atlantykiem Charlesa Lindbergha, postanawia opowiedzieć nam całą historię lotnictwa. A więc i tu rozmach, choć na dziecięcą miarę skrojony. W przygodach małej myszki mieści on bowiem wiele wątków – inspirację skrzydłami ptaków (tu konkretnie nietoperzy, które jak by nie było ptakami nie są ), potrzebę czy nawet konieczność szybkiego przemieszczania się (podróże „za chlebem” do Ameryki), fascynację wynalazkami – parą, kołami zębatymi, silnikiem… Rejestruje też nieudolne próby i niebezpieczeństwa, ale też determinację bohatera. Porażki małej myszy nigdy nie są porażkami naprawdę, zawsze stanowią początek czegoś nowego, są lekcją, z której wyciąga się wnioski na przyszłość.


Myszy udaje się w końcu przelecieć nad oceanem, a jej dokonanie staje się inspiracją dla innych. Między innymi dla małego chłopca, którym był – tu przymykamy oko – Charles Lindbergh. Inspirująca książka.

Mój syn kazał sobie przeczytać, aby na drugi dzień zabrać do szkoły, by pokazać kolegom. Ten jego gest wydaje się wystarczającą rekomendacją dla książki Kuhlmanna.

PS
Fajny film prezentujący książkę, choć po niemiecku:)




Możesz kupić tutaj: Niezwykłe przygody latającej myszy

Wydawnictwo: Wilga
Wymiary: 220 x 290 x 13
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788328013070

piątek, 14 listopada 2014

Małgorzata Strzałkowska „Dyrdymałki”


Moja córka chodzi do szkoły podstawowej dla dziewcząt. Prowadzę tam zajęcia, które nazwałam „Płomienne czytanie” (szkoła nazywa się Płomień) z dziewczynkami z klasy drugiej i trzeciej. Ostatnio zabrałam ze sobą poezję – Kerna, Wawiłow, Danuty Gellnerowej, Fredry i Strzałkowskiej. Wpierw zadałam dziewczynkom pytanie, co to jest poezja i co o niej sądzą. Trzecioklasistki potrafiły wymienić nawet podstawowe środki stylistyczne i wytłumaczyły młodszym koleżankom, czy jest strofa i wers. Umiały też wymienić nazwiska najbardziej znanych poetów – Brzechwa, Tuwim, Chotomska, ale też Szymborska i Twardowski. Jedna z nich stwierdziła, że poezja jest trudna. Uczepiłam się tego. Założyłam sobie bowiem, że spróbuję im pokazać, że poezja nie jest trudna, że poetą może być każdy i że poezja jest wszędzie. Myślę, że właśnie klasa druga, trzecia to ten moment, kiedy decyduje się, czy będziemy kochali i rozumieli poezję jako ludzie dorośli. Oczywiście wiele kroków trzeba jeszcze potem zrobić…

Żeby udowodnić dziewczynom, że poezja nie jest trudna i że każdy nosi w sobie wiersze, wybrałam Małgorzatę Strzałkowską i najnowsze „Dyrdymałki” – czterowersowe, żartobliwe wierszyki. Czytałam kolejne utwory, intonując z przejęciem. Zawieszałam głos na przedostatnim słowie, aby dziewczynki mogły dopowiedzieć, odgadnąć rym. Zgadywały bezbłędnie! A jaką miały z tego frajdę! Lektura ta stała się też okazją do wyszukiwania tropów – czy znają inne czterowersowe wiersze? Czy znają inny wiersz o dziku?

Niechaj dęby rosną wszędzie,
bo na dębach tkwią żołędzie,
a więc męczyć się nie trzeba,
gdy jedzonko spada z nieba. (wiersz „Dzik”)

Umiem czytać tekst do góry nogami, ale cierpi wtedy na tym interpretacja głosowa. Dlatego trzymałam książkę stronami do siebie. Za każdym razem, gdy już przeczytałam, pokazywałam dziewczynom ilustracje. Styl Katarzyny Boguckiej do mnie nie przemawia. Nie podoba mi się ani ta kolorystyka, ani sztuczność i sztywność postaci. Ale uczennice nie odpuściły mi ani jednej strony i kiedy się zagalopowałam, przypominały, że przecież muszą jeszcze zobaczyć.


Wiersze Strzałkowskiej zachęciły nas do zabawy w rymy. Usiadłszy w dużym kole, mogłyśmy przerzucać sobie słowa jak piłeczkę. Myślę, że podobało im się też wymyślanie wierszyków. Ja podawałam pierwszy wers, a ich zadaniem było wymyślić drugi. Nie miały wątpliwości, że poezja wcale nie jest trudna.


Możecie pytać, co mają wspólnego te rymowane, proste wierszyki z poezją. Otóż mają wszystko wspólne! Nie podasz niemowlakowi kotleta, najpierw musi się nauczyć jeść papki. Z poezją jest podobnie – choć porównanie moje zdecydowanie zbyt poetyckie nie jest:)



Możesz kupić tutaj: Dyrdymałki

Ilustracje: Katarzyna Bogucka
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 230 x 230 x 5
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788361824763