czwartek, 28 sierpnia 2014

Wojciech Prus OP „O Elku, złamanym skrzydełku i nauce języków”


Książka religijna dla dzieci jest w złej kondycji. Infantylizuje i sprowadza dziecko do niebożątka, bezrozumnego stworzenia. Nie stawia przed nim żadnych intelektualnych wyzwań, stawia za to same wymagana natury moralnej. Dziecko ma wpisywać się w ramy, które książka szczegółowo określa. I do tego te ilustracje. Matko z córką! Potwierdzają one jedynie to założenie, że dziecko to małe, głupiutkie cielątko, które łyknie wszystko. Wołam o dobrą książkę religijną dla dzieci. „Wszyscy na Ciebie czekamy” pokazało, że można stworzyć wspaniałą literaturę dla najmłodszych.

Książka Wojciecha Prusa – dominikanina, dyrektora wydawnictwa „W drodze” – nie stanowi przełomu. Ponieważ jednak autor zapowiada cykl książek-bajek dla dzieci, śmiem ubiec pewne problemy. Opowieść o Elku, wróbelku, który złamał skrzydełko, co naznaczyło jego przyszłe życie, ma potencjał. Historia biegnie z początku jak dobra przypowieść. Świat ptaków w pewnym momencie zbliża się do świata ludzi. Właśnie wtedy okazuje się, że osobista tragedia, która wyklucza Elka z wielu fajnych aktywności (jak ptasie wyścigi czy zwyczajnie dostęp do ziarna), przemienia się w coś dobrego. Elek jeszcze wiele się może nauczyć i wiele może też dać. I właściwie na tym można by zakończyć tę historię. Jednak autor kontynuuje i przekłada losy wróbelka na losy pewnego chłopca. W finale wszystko zostaje dziecięcemu odbiorcy wyjaśnione, zinterpretowane, podane na tacy, ze szczęśliwym zakończeniem włącznie. Jest jeszcze „Klucz do bajki”:/ A gdyby tak założyć, że dziecko czyta z rodzicem i mogą sobie rozmawiać i wyjaśniać wszystko? A gdyby tak uwzględnić zdolność dziecka do samodzielnego myślenia albo chociaż do tego, że wykorzysta sobie historię według własnych potrzeb? Gdyby uczynić to założenie, historia mogłaby być śmielsza, bardziej interesująca i bogata w sensy.

Ilustracje? Te przedstawiające ptaki są przyzwoite. Ale kiedy przychodzi rysować ludzi, zaczynają się schody. Przedstawienie Araba odbiega stylem od pozostałych portretów ludzi, a dzieci na ilustracji ze strony 17. głupkowato się uśmiechają. Podoba mi się jedynie ilustracja przedstawiająca pasażerów przed odlotem – jest zabawna i sprawia, że na chwilę chcę się jej przyjrzeć. Niestety tylko jej. Książka dla dzieci to wyzwanie, a nie – jak czasem nam się może wydawać – lekki chleb. Książka dla dzieci nie jest też dobrą zabawą, to dość poważne zajęcie, które wymaga wyczucia i zaufania do dziecięcego odbiorcy.



 Ilustracje: Justyna Czyżak
Wydawnictwo: W drodze
Wymiary: 190x190
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7033-932-6

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Tomasz Samojlik „Ostatni żubr”


W mojej świadomości Tomasz Samojlik pojawił się cichaczem. Kiedy przeglądałam oferty wydawnictw, jego nazwisko pojawiało się to tu, to tam – niewiele jeszcze znacząc. Dopiero „Bartnik Ignat…” wbił się w moją głowę obrazem, a już recenzja tejże książki w Nieparyżu sprawiła, że osiągnęłam stan, który nazywać można „pilnym zapotrzebowaniem”. Dlatego możecie sobie wyobrazić, co stało się z opakowaniem, wewnątrz którego mieścił się „Ostatni żubr”. Proch i pył:) Nie mam też w zwyczaju, ani nawet nie mam takich możliwości, żeby czytać książkę od razu po wyjęciu jej z opakowania. Ale Samojlik trafił w czas. Pochłonięty przy jednym jabłku:)


Choć idea „ucząc, bawić” jest dziś bardzo fe, Samojlik – na wskroś współczesny – jest z nią za pan brat. Wydaje się nawet, że to dla niego sprawa pierwszorzędna. Twórca, który sam jest naukowcem, adiunktem w Zakładzie Biogeografii Instytutu Biologii Ssaków PAN, specjalizuje się w komiksach ze zwierzęcym bohaterem. Można rzecz, spopularyzował ci on ryjówkę i żubra. Przybliża też historię Puszczy Białowieskiej (na skraju której zresztą mieszka). „Ostatni żubr” przenosi nas do 1919 roku. To moment, w którym ważą się losy tych, przed wiekami, lasów królewskich. W czasie okupacji niemieckiej wyeksploatowano część Puszczy. Nowe czasy wcale nie miały przynieść niczego lepszego. Woland i Kurtz (fikcyjne nazwiska, z literatury jednak wzięte) już planują wycinkę na masową skalę. Jedynie żubr mógł ocalić lasy przed ich całkowitym przerobieniem na meble. Jednak I wojna światowa doprowadziła do niemal całkowitego wybicia zwierzyny. Tymczasem we wsi wieść niesie, że został jeszcze jeden mały żuberek. Jedni będą walczyli o jego ocalenie, inni o jak najszybsze jego zabicie.

Historia małego żubra ma w sobie nie tylko element edukacyjny (przypisy do tekstu niejednokrotnie rozpisane są na całą stronę, zawierają informacje z historii Polski i Puszczy). Ma w sobie element ściśle osadzający nas w polskości. Pojawiające się mityczne Serce Lasu oraz Tobiasz, człowiek lasu, a także sam żubr choć owiane mgiełką tajemnicy przypominają sceny wzięte z „Pana Tadeusza”. Unosi się ponad tymi scenami nastrój ludowej świętości, jest uroczystość. Zagłębienie się w puszczę raz to z małym, bezimiennym żubrem, raz to z profesorem Szaferem, który rzuca ku niesfornemu współpracownikowi informacje o Puszczy, uczy nas szacunku do natury, do naszej natury, naszych lasów. Czujemy się współodpowiedzialni.

Bohaterowie mówią tu różnymi językami – zwłaszcza interesująca jest mowa ludu – wszak autor opowiada nam o tym miejscu na styku kultur, na styku granic, czasem wydaje nam się, że na styku światów. Dialogi pełne są jednak i współczesnych wtrętów oraz zwrotów, wyrażeń, które jednak wymagają pewnej ogłady kulturowej. Te czasem ironiczne, rzucone w powietrze, komentarze mają rozbawić przede wszystkim czytelnika, który rozumie współczesny ich kontekst.


Kreska Samojlika jest dość prosta. Postaci nie grzeszą urodą (mógł autor choć Nadziei darować ten wykwit na twarzy). Złe charaktery rozpoznajemy od razu – ich (wybaczcie wyrażenie, ale inaczej się nie da) mordy są wykrzywione, złowrogie, otoczone ciemnymi kolorami. Postaci dobre mają twarze łagodniejsze i kolorowe. Uczłowieczone zwierzęta – żubry, ryjówki, zające, wilki – mają swoje charakterki i marzenia. Rodzą tylko i wyłącznie sympatię. Spotkanie z Samojlikiem uważam za owocne. Jeśli we mnie ta lektura zrodziła potrzebę szukania dalszych informacji o Puszczy, to co dopiero w dzieciach. Szykujcie się na bliskie spotkania z żubrami!


Wydawnictwo: Kultura Gniewu Krótkie Gatki 
Wymiary: 170 x 240 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788360915936

czwartek, 21 sierpnia 2014

Małgorzata Strzałkowska „Części mowy czyli wierszowany samouczek nietypowy”


Może już zauważyliście, że Małgorzata Strzałkowska to literacki człowiek-orkiestra. Dopiero co pisałam o jej „Mazurku Dąbrowskiego”, a tu już w kolejce do recenzji czeka pozycja całkiem odmienna – ni to wiersze, ni to ściągawka, ni to pokaz artystycznych możliwości autorki.

Zacznijmy od oczywistości. Krój czcionki, który wybrano dla zaprezentowania tytułu, a także biel okładki, mnie odsyłają do szkolnych podręczników. Tych dawnych. W kolejnych wierszach, strona po stronie autorka zapoznaje nas z częściami mowy. Dobry to pomysł na przybliżenie dzieciom zagadnień, które wcale nie muszą być dla nich łatwe – jak odróżnić przysłówek od zaimka przysłownego? jakie są rodzaje liczebników? jak rozpoznać partykułę? Strzałkowska zamyka tę wiedzę tajemną w wierszowaną formę. Definicje części mowy mieści w rymowane dwuwersy:

Dzięki przeogromnej masie rozmaitych czasowników 
nazywamy różne stany i czynności rzeczowników. 

Zaś przykłady konkretnych rzeczowników, zaimków znajdziemy już w rymowankch pełnych humoru i zdradzających wyobraźnię autorki.

Wielka panda mały listek smętnie żuje,
większa panda mniejszy listek poleruje,
a największa panda chyba od godziny,
trach! w najmniejszy listek ciska żurawniy.
(pogrubienia wg książki)


Pamiętam jak uczyłam się historii przed maturą. Swoje pięć minut mieli wówczas T-raperzy znad Wisły. Ich „Poczet Królów Polskich” bardzo pomógł mi w zapamiętywaniu najistotniejszych faktów. Rym jest jak dobry bank, w którym możesz schować coś bardzo ważnego i być pewnym, że to za jakiś czas bez trudu odnajdziesz. Wyobrażam więc sobie, że można tę książkę wykorzystać na lekcjach języka polskiego – po to, by dzieciom pomóc zapamiętać, ale także po to, by ćwiczyć na ciekawych, wesołych tekstach.

Strzałkowska utrzymuje dobrą poetycką formę. W tych przecież dość trudnych – bo na zadany temat – wierszach widać mistrza, który nie gubi rytmu. Choć, co także trzeba zaznaczyć, nie umizguje się dziecięcemu czytelnikowi i niektóre wiersze dają nieźle po języku.


Na osobną uwagę zasługują też kolaże autorki, którymi zapełnione są strony tej książki. Z tym stylem spotkaliśmy się już w „Leśnych głupkach”. Sporo tu ptaków-głuptaków, ale także postaci jakby wziętych z Muminków. Zachęcają do samodzielnych działań.

Nowy rok szkolny za pasem, więc wszystkim rodzicom, którym zostało jeszcze trochę grosza na wyprawkę szkolną, a których pociechy łamią sobie głowę i języki na trudnej mowie ojczystej – polecam wspomagacz:)


Wydawnictwo: Media Rodzina
Wymiary: 210 x 227
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788372789709

czwartek, 14 sierpnia 2014

Dorota Kassjanowicz "Cześć, wilki"


Gdybym miała użyć tylko jednego słowa na opisanie pierwszych wrażeń z lektury „Cześć, wilki”, z poznawania jej bohaterów, fabuły, stylu autorki – byłoby to „przesadny”. Zbyt mądry jak na swój wiek wydaje się Filip, który książek nie czyta, uwielbia gry na kompie, ale nagle ni z gruchy, ni z pietruchy pisze opowieści, jakich ja bym nie napisała. Przesadnie ciepła i wyrozumiała wydaje się ciotka Filipa, Agnieszka, która nigdy o nic nie dopytuje, a jednak wszystko wie. Niemożliwie nieogarnięty wydaje się ojciec głównego bohatera, gdy czyta papiery, a syn mówi do niego niestworzone rzeczy. I choć jestem w stanie uwierzyć, że są takie mamy jak ta Filipa – ciągle narzekające, szorstkie, szukające dziury w całym... jedna jaskółka wiosny nie czyni. Doceniam jednak próbę Kassjanowicz – debiutantki (to także istotne!) – aby tworzyć powieść dla dzieci kończących podstawówkę i rozpoczynających gimnazjum. Doceniam próbę opisania ich świata i – koniec końców – uważam go nawet za dość (mimo przesady!) udany.

Kassjanowicz pochyla się nad współczesną rodziną i jej dramatami. Niech wam się jednak nie wydaje, że zaraz tu będzie o narkotykach, rozbojach i że jakaś krew się poleje. Te współczesne dramaty są podstępne, czają się jak wilki wśród nocy, ich ślepia widać jedynie czasem. Te współczesne dramaty to zapracowanie rodziców, brak rozmowy, brak relacji żona-mąż, ojciec-syn, siostra-siostra. Jednak bohaterowie z problemami nie zmierzą się wprost – już nie potrafią. Z pomocą przychodzi im Słowo. Filip odkrywa w sobie, za sprawą ciotki Agnieszki, scenarzystki, sposób na uzewnętrznienie tego, co myśli i czuje. Odkrywa moc słowa, moc pisania, jego terapeutyczną siłę. Tworzy więc historię królestwa o wiele znaczącej nazwie Metalkorf. Ta paraboliczna opowieść ruszy uśpioną rodzinę. W którą stronę jednak i na jak długo – tego już nam Kassjanowicz nie zdradza.

 Autorka, przy okazji podejmowania tego zasadniczego tematu, pozwala sobie także na przyjrzenie się słowu jako takiemu. Fascynuje ją jego siła. W pewnym więc sensie jest to także powieść metatematyczna. Pisarka Agnieszka zdradza tu tajniki tworzenia, wydobywania z siebie opowieści, których jeszcze przed chwilą nie było. Pokaże także, że słowem można się bawić – jej gry językowe stanowią wstęp do tego, by zrodziła się historia.

Udane są w tej książce niedopowiedzenia – otwarte zakończenie przede wszystkim, ale także wielka nieobecność ojca, brak jego interwencji czy choćby reakcji. Pozwalają tej historii stać się prawdziwą.


Wydawnictwo: Dwie Siostry 
Wymiary: 150 × 200 mm
Oprawa: twarda
Ilość stron: 228
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-60850-81-7

środa, 13 sierpnia 2014

Shaun Tan "Zgubione znalezione"


Shaun Tan jest twórcą w świecie dostrzeganym i docenianym. W 2011 roku został laureatem nagrody im. Astrid Lindgren. Na podstawie jego Zguby zrealizowano film animowany, który zdobył Oscara. Polski czytelnik z Shaunem Tanem dopiero się zapoznaje. Jednak śmiało można stwierdzić, że przygoda z jego dziełami zapowiada się smakowicie.

"Zgubione znalezione", czyli tom, w którym zebrano trzy opowieści, to dobra pozycja na pierwsze spotkanie ze stylem autora, jego sposobem patrzenia na świat i tematyką, która go interesuje. Pierwsze, co nasuwa się na myśl, po kilkakrotnej lekturze, przejrzeniu albumu, to wrażenie, że Tan jest doskonale postmodernistyczny. Kiedy czytamy/oglądamy jego książkę, tezy o wielości interpretacji, o oderwaniu się dzieła od jego twórcy i nadawaniu mu sensu w zetknięciu z czytelnikiem się tu właśnie potwierdzają. Choć z drugiej strony, obecność autora jest w tej publikacji aż nadto zaznaczona – w dopowiedzeniach, interpretacjach Tana i Johna Marsdena umieszczonych na ostatnich stronach chociażby (do czego polski czytelnik jest raczej nieprzywykły).

czyż nie Svein Nyhus?

 U autora "Regulaminu na lato" każda strona – okładka, wyklejka, obramowania stron, strony pomiędzy opowieściami – mają swoje znaczenie, są nośnikami sensów. Dlatego obok trzech głównych historii znajdziemy tu też sporo innych – ukrytych na kapslach, na wycinkach z gazet, na obrazkach z wyklejek. Jednak odnalezienie tych historii alternatywnych wcale nie jest proste. Wszystko zależy od czytelnika – jego zapału, ciekawości, a także od wieku. Tan pisze, że jego "Czerwone drzewo" było przyjmowane przez niektórych jako dzieło zbyt przygnębiające. „Co ciekawe – dodaje – większość bezwzględnie pozytywnych komentarzy pochodziła od dzieci, które często pierwsze dostrzegają szczegóły takie jak czerwony listek, który jest zawsze obecny, nawet gdy pozostaje niezauważony”. Trzeba więc umieć czytać książki tak, jak czyta je dziecko – pochylając się nad detalami, dostrzegając części składowe miast tylko ogółu – aby wynieść z Tana jak najwięcej, by wykorzystać potencjał jego historii.

Lekturę opowieści australijskiego twórcy znaczy wstępne „ach”. Rzeczywiście ciśnie się na usta określenie jego książki mianem albumu – zbioru obrazów, które po prostu ułożyły się w historię. W ilustracjach zaś znajdziemy nieskrępowaną wyobraźnię autora. Tan nie boi się łączyć sprzeczności. Miesza w jednym tyglu na przykład nastroje: smutek z radością, cierpienie ze zdziwieniem. Zwłaszcza "Czerwone drzewo" w pierwszej chwili rodzi wrażenie ponurego i mrocznego. Tak w każdym razie odbiór ustawia nam lakoniczny tekst. Jednak ilustracje mówią więcej. Zamieszony na każdym kadrze listek niesie nadzieję na odmianę losu. Czytelnik, który spogląda z dystansu, którego brakuje bohaterce, widzi, że nawet gdy nic się nie dzieje, wydarza się wiele.


Tan łączy też style. O "Królikach" powie, że są to „ilustracje w stylu science fiction”, ale odbiorcy mogą przywodzić na myśl surrealizm i prace Salvadora Dalego. Gdyby zaś iść tropem dziecięcych ilustratorów, naszym dzieciom mogą prace Tana przypominać coś z obrazów Sveina Nyhusa, Svena Nordqvista, Delphine Durand czy nawet Katalin Szegedi.

Autor podkreśla też swoje zaangażowanie w sprawy społeczno-polityczne – kwestie rasowe ("Króliki"), idee społecznej apatii, odczłowieczającej polityki gospodarczej ("Zguba"), depresję, wyobcowanie ("Czerwone drzewo"). Nie trzeba sobie jednak tym przy lekturze zaprzątać głowy i można czytać jego opowieści bardziej uniwersalnie i bardziej do/dla siebie.

jak u Dalego:)

Oczywiście znów, jak w przypadku twórców tak wielowymiarowych (Iwona Chmielewska, Jimmy Liao), pojawia się pytanie, czy dzieci sobie z tym autorem poradzą. Pisząca te słowa jest absolutnie przekonana, że wielu najmłodszych czytelników się w tej stylistyce i tym spojrzeniu na świat odnajdzie. Książki, w szczególności dziecięce, bowiem mają wpisaną ową niemożliwość jako możliwą. I dzieci doskonale to czują. Tego potrzebują. Jeśli tylko tego w nich nie zabiliśmy.



Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Wymiary: 235 × 310 mm
Oprawa: twarda
Ilość stron: 128
 Rok wydania: 2014
 ISBN: 978-83-60915-97-4

czwartek, 7 sierpnia 2014

Karina Schaapman „Mysi domek. Sam i Julia w cyrku”


Mysi domek nadal budzi mój zachwyt. Przez „mysi domek” rozumiem dekoracje, ową na trzy metry wysoką konstrukcję, którą Schaapman stworzyła na potrzeby książek. Dodam jeszcze – dla zachwyconych jak ja – że ma dwa metry szerokości. W stu pokojach mieści się świat myszek – między innymi mieszkanko Julii i jej mamy oraz Sama i jego licznej rodzinki. Zdaje się jednak, że Schaapman to nie wystarcza, dlatego stworzyła jeszcze osobno teatr, szpital (drugi tom) i cyrk (trzeci tom). Powoli więc rodzi się mysie miasteczko.


Przeglądanie książki stanowi wyjątkową przygodę. Poszczególne pokoje mieszkańców domku zdumiewają ilością nagromadzonych szczegółów-przedmiotów. Na łóżkach piętrzą się poduchy i poduszeczki, na półkach stoją stosiki materiałów lub rzędy figurek. Każdy pokój ma swoją lampę! – ciekawe, jak działa tu elektryka? A cyrk? To oczywiście ogromny (choć mały!) namiot i tabor wozów zamieszkiwanych przez akrobatów, klaunów i innych pracowników cyrku. Jest on może mniej zagracony i daje większe poczucie przestrzeni.


Powiem szczerze, że wolałabym dostać „Mysi domek” bez tekstu. Same obrazy mówią tak wiele, mają w sobie szalony wręcz potencjał historii. Niestety Schaapman się uparła, żeby mówić. Czytelnik, który spotkał się tylko z jednym tomem i przez chwilę, może nie zauważyć, że jest to seria z tezą. Ciekawa świata Julia to sposób autorki na to, by otwierać też czytelnika, który ma „poznawać inne obyczaje, praktyki religijne i rytuały. W pierwszej części uczestniczy w obchodach szabatu, w drugiej poznaje muzułmańskie święto słodyczy, zaś w trzecim tomie dowiaduje się o święcie Trzech Króli” (cytat z posłowia). Pisałam już w recenzji drugiego tomu, że te religijne wstawki wyskakują jak filip z konopi. Natrętna potrzeba autorki bycia correct mnie drażni. Tak jakby mysi domek potrzebował czegoś jeszcze, żeby się sprzedać...


 Podoba mi się za to wyznanie Schaapman, że gdy miała dziewięć lat wraz z mamą wyruszyły z cyrkiem Roba Robertiego. Jej doświadczenia, przygody, a także sentyment wobec czasów dzieciństwa oddają strony tej książki.


Wydawnictwo: Media Rodzina 
Wymiary: 260 x 302
Oprawa: twarda
Ilość stron: 68
Rok wydania: 2014
 ISBN: 978-83-7278-955-6

wtorek, 5 sierpnia 2014

Małgorzata Strzałkowska "Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy"




Małgorzata Strzałkowska ma wiele literackich twarzy. Dziecięcy odbiorca może zna ją najlepiej jako autorkę wesołych wierszyków, ot choćby tych z tomiku Rady nie od parady. Ale Strzałkowska potrafi też zaskoczyć. Jej filozoficzne miniatury (Zielony i Nikt, Zielony, Nikt i gadające drzewo, Zielony, Nikt i ktoś) zdobyły wiele nagród i uznanie krytyków. Najnowsza propozycja autorki to opowieść o narodzinach Mazurka Dąbrowskiego – pozycja tyle ważna, co potrzebna.



Opowieść o hymnie narodowym pojawia się w ciekawym dla literatury dziecięcej momencie. W związku z  toczącymi się od kilku lat dyskusjami o tabu w literaturze czwartej, a także reinterpretacjami podstawowych pojęć (jak rodzina, tolerancja czy miłość) – temat patriotyzmu musiał wypłynąć. Niedwno ukazała się książka Joanny Olech i Edgara Bąka Kto ty jesteś?, będąca oczywistym dialogiem z utworem Władysława Bełzy. Autorzy odcinają patriotyzm od kontekstów historycznych. Dziś – według Olech i Bąka – patriotyzm ma objawiać się wtedy, gdy oszczędzamy wodę i zbieramy kupy po psie. Odpowiedź Strzałkowskiej i wydawnictwa Bajka – zamierzona czy nie – jest mocna i dumna. Otwiera ją przedmowa prof. Jana Żaryna, który podkreśla: „Jakże ważna zatem to publikacja, szczególnie dziś, gdy istnieją w przestrzeni publicznej głosy podważające sens wzrastania człowieka w atmosferze odziedziczonego dorobku kulturowego narodu. Pozytywny stosunek do Ojczyzny zależny jest właśnie od tej zdrowej atmosfery, w której wzrastać będą nowe pokolenia Polaków”.

Książkę podzielono na dwie części. Pierwsza, zatytułowana Co każdy Polak o hymnie wiedzieć powinien, zawiera informacje o tym, jak Pieśń Legionów Polskich we Włoszech powstała. Kolejne rozdziały skupiają się na poszczególnych rozdziałach i wyjaśniają czytelnikowi zawiłości tekstu. Hymn okazuje się pełen zagadek – kim jest Basia z czwartej zwrotki? Dlaczego idący z Włoch do Polski żołnierze powinni przekroczyć najpierw Wartę, a dopiero później Wisłę? – to pytania, nad którymi najczęściej się nie zastanawiamy. W tej części przeczytać także możemy o Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie. W części drugiej – Dla wnikliwych – autorka pochyla się nad zwrotkami pominiętymi oraz innymi utworami pełniącymi w historii rolę polskiego hymnu narodowego. Do książki dołączono ponadto płytę CD z nagraniami pieśni w kilku wersjach.



Propozycja Strzałkowskiej posiada wartość nie tylko edukacyjną. Autorka z łatwością wciąga czytelnika w podróż po historii hymnu, ale też Polski. Stoimy obok żołnierzy i polskich emigrantów, aby wraz z nimi wsłuchiwać się w Pieśń Legionów. Gościmy w polskim domu, gdzie melodię hymnu wygrywają pozytywki. I wcale „nie czujemy obciachu” – jak sugerują niektórzy. Śledzimy losy ojczyzny. Ta lektury, ta wiedza, ten nastrój stopniowo wciągają czytelnika, który odkrywa, że rozumie tę nadzieję, to pragnienie wolności i niezależności. Rozumie, czym jest patriotyzm. Nie potrzeba mu go na nowo definiować.


Wydana z dbałością o szczegóły takie jak papier, okładka, grzbiet, z ilustracjami Adama Pękalskiego, może stanowić nie tylko ozdobę dziecięcego regału z książkami, ale także nieocenione źródło wiedzy. Może także pomóc w odkrywaniu własnej tożsamości.



Wydawnictwo: Bajka
Oprawa:  twarda
Ilość stron:  64
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-61824-72-5

czwartek, 31 lipca 2014

Anna Czerwińska-Rydel "Fotel czasu"


W ostatniej recenzji książki Anny Czerwińskiej-Rydel pisałam, że autorka odnalazła się w biografiach pisanych pod dzieci. Jeśli dobrze liczę - ma ich już na koncie dziewięć. Pozycje te są wartościowe, dobrze napisane,  świetnie zilustrowane, pożyteczne... tyle że w pojedynkę. Gdybyśmy bowiem chcieli przeczytać wszystkie te książki jedna po drugiej, odkrylibyśmy formułę, którą autorka stosuje z uporem. To chyba jedyny grzech literacki, który popełnia Czerwińska-Rydel. Niestety poważny.

Na czym polega owa formuła? Autorka tworzy fabułę, która toczy się dwutorowo. Mamy więc bohatera historycznego, z którego biografią (zwłaszcza latami dziecięcymi) będziemy mogli się zapoznać. W "Fotelu czasu" jest nim Aleksander Fredro. Komediopisarza poznajemy w krótkich migawkach, które pokazują nam bohatera w mniej lub bardziej istotnych momentach jego życia - w trakcie rodzinnego obiadu, przy śmierci matki lub z wnukami. Obok stoi bohater współczesny - w tym przypadku jest nim Aleksander, który ma anginę. A ponieważ urodził się jego młodszy braciszek, rodzice decydują zawieźć go do babci. Co istotne, to fakt, że Aleksander jest prapraprawnukiem TEGO Aleksandra. Zaś u buni stoi niezwykły fotel. Niezwykły z dwóch względów - bo odziedziczony po Fredrze i mający moc przenosić w czasie. Właśnie to przenoszenie w czasie pozwala obu planom się spotkać.


Czerwińska-Rydel pisze książki, które - to niemodna fraza - zawierają przekaz, uczą. "Fotel czasu" przenosi czytelnika do epoki. Babcia jest tu swoistym przewodnikiem, który tłumaczy niezrozumiałe określenia związane z obiadowaniem czy odzieniem. Wpierw więc widzimy obrazek z XIX wieku, a później bunia nam dopowiada. Edukacyjny charakter ma też samo przyswajanie biografii Fredry - czy wiecie ile miał rodzeństwa? że zaciągnął się do wojska jako szesnastolatek? i że wcale nie było mu łatwo wystawić swą pierwszą sztukę?

Autorka podejmuje także problemy wychowawcze - tym razem współczesny bohater jest nieco zazdrosny o młodszego brata. Wejście w biografię przodka pozwala mu oswoić fakt rodzeństwa, dostrzec bogactwo, jakie wynika z faktu posiadania rodziny.

I wszystko dobrze, i mądrze, i ładnie... ale już to gdzieś czytałam.




Wydawnictwo: Fundacja Rodu Szeptyckich
Oprawa:  twarda
Ilość stron:  144
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-929419-0-3

niedziela, 13 lipca 2014

Urlop od codzienności

Zapowiadam dwutygodniową ciszę, ale po powrocie spodziewajcie się opowieści o smakowitych książkach. W tym:

Anny Czerwińskiej-Rydel "Fotel czasu"




Kariny Schaapman "Mysi domek. Sam i Julia w cyrku"




oraz zaczarowanej zupełnie książce Shauna Tana "Zgubione znalezione".



Życzymy Wam i dzieciom słońca, wielu przygód i oczywiście niezapomnianych doświadczeń z książkami:)