czwartek, 17 kwietnia 2014

Iwona Chmielewska „Dwoje ludzi”



Moja pierwszoklasistka omawiała w szkole wiersz „Wielkanocny pacierz” ks. Jana Twardowskiego. Pani pochwaliła ją za aktywność. Mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło, że jej wychowawczyni interpretuje z dziewczynkami poezję już od samego początku. Wiem, że zadawała trudne pytania: czy świętość może być dziurawa? co to znaczy, że „wiatr gra mi na kościach mych psalmy”? Za tym idą następne pytania: po co jest poezja? co ona nam daje? czy nie można rzeczy wyłożyć wprost? – tak pyta przede wszystkim młodzież w szkole średniej. Wiem z praktyki.

Zamyślam się dziś nad poezją, bo w „Dwoje ludzi” Iwona Chmielewska objawia mi się przede wszystkim jako poetka. Autorka zamyka myśli w krótkich zdaniach, dopowiadając obrazami. Zdania te są na wskroś metaforyczne.

Gdy dwoje ludzi żyje razem, mogą być jak dwie osobne wyspy na wielkim oceanie, narażone na te same sztormy i ogrzewane tym samym słońcem.
Jednak każda z nich ma swój własny kształt, tylko swoje wulkany, doliny i wodospady…


Genialna jest zdolność Chmielewskiej do łączenia prostoty z bogactwem, konkretności z ogólnością. Za prostym porównaniem dwojga ludzi do dwóch wysp stoją ogromne możliwości interpretacyjne. Podobnie zresztą z dość konkretnym wskazaniem „dwoje ludzi”, jednak na tyle ogólnym, że możesz w to włożyć różnorakie relacje.

Jak to jest, kiedy dwoje ludzi żyje razem? Opowieść Chmielewskiej nie jest słodkim love story. To historia szczera, w której pokazuje się radości i trudy, miłość i nienawiść, uśmiech i łzy, różę i jej kolce. „Gdy dwoje ludzi żyje razem”, gdy dwoje ludzi łączy się ze sobą, różne historie z tego wynikają. Ja wyczytuję z nich jednak afirmację związku, osadzoną jednak na prawdzie.


Z pewnością jest pewnym wyzwaniem czytać tę książkę z dziećmi. Szczególnie wtedy, gdy traktujemy literaturę i czytanie dzieciom jak obowiązek, jeden z tych, które mają się przyczynić rozwojowi naszych maluchów. Czytamy, zamykamy książkę i dziecko idzie spać – to według mnie duże nieporozumienie. Książka to nie usypiacz, który ma tak malucha zanudzić, ze w końcu padnie. Literatura, także dziecięca, to okazja do spotkania drugiego, do wymiany myśli, do poznania, podjęcia refleksji i podzielenia się nią. Dlaczego nie dyskutować z dziećmi o ich lekturach? Dlaczego nie rozmawiać o Chmielewskiej?

 Chmielewska na tym blogu:
"Pamiętnik Blumki"
"O tych, którzy się rozwijali"
"Cztery strony czasu"


Możesz kupić tutaj: Dwoje ludzi 

Wydawnictwo: Media Rodzina
Wymiary: 200 x 283 x 10
 Oprawa: twarda
 Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788372789334

wtorek, 15 kwietnia 2014

Martin Ernstsen „Pustelnik”


Ostatnio przyglądam się komiksom dla dzieci. Mam syna. Nawet dwóch. Wydaje mi się, że świat komiksu wyjątkowo na nich działa. Podobno mężczyźni są wzrokowcami. Chyba dlatego komiks tak bardzo ich wciąga – mogą nasycić swój wzrok do woli.

Z komiksami współczesnymi dla dzieci trzeba być wyjątkowo ostrożnym. Radzę rodzicom szczególnie wnikliwie je przeglądać. Po pierwsze, wiele z nich jest nieoznakowanych wiekowo. A powinny! Komiksowa kreska, która czasem ma tak wiele wspólnego z kreską stosowaną w dziecięcych publikacjach, bywa myląca. Kiedy widzisz okładkę, jesteś przekonany, że to zupełnie dla dzieci. Ale potem otwierasz i widzisz, że to zupełnie nie dla dzieci (na przykład komiks „Louis na plaży”). Komiks zawsze ocierał się o brutalizm i seksualizm i – mam wrażenie – że twórcom komiksu czasem się zapomina, do kogo rzecz kierują. A może myślą, że żyjemy w takich czasach, że pewne rzeczy już można?

Z „Pustelnikiem” na szczęście tak nie jest. „Pustelnik” to fajna opowieść. Choć przyznam, że opis na okładce: „Historia przedstawia rozwój przyjaźni między dwojgiem bohaterów. Autor podejmuje też problem odróżnienia przez małe dziecko fantazji od rzeczywistości” – uznałam za głupawy, a nawet nieprawdziwy.


Według mnie autor nie podejmuje tu wcale problemu odróżniania przez małe dziecko fantazji od rzeczywistości. Ernstsen raczej pokazuje potęgę dziecięcej wyobraźni. Nasz mały bohater jedzie na wakacje do babci mieszkającej na pustkowiach północnej Norwegii. na pustkowiach – jak to nieraz już w literaturze bywało – miejskie dzieci się nudzą. W telewizorze tylko „jedynka”, kolegów brak. Co zatem zostaje? Eksplorowanie terenu! Konkretnie brzegu. I tak od kroku do kroku… tu się znajdzie muszelkę, tu wodę w wiadro zaczerpnie… jest jeszcze stara szopa, a w niej mnóstwo skarbów – siano, stary skuter i zabawki sprowadzone z Chin. Nadal jednak nic szczególnego się nie dzieje. Z pomocą przychodzi babcia, która patrząc na brzeg przez lornetkę, stwierdza: „Chyba coś wielkiego wychodzi z morza!”. Wnuczek wchodzi w tę fantazję jak w masło – „To gigantyczny rak pustelnik!”. Więc się ratują – babcia każe poszukać kasków ochronnych (za które służy wiadro i garnek) oraz broni (sprzęty kuchenne). Zabawa na całego!


Ernstsen tworzy opowieść dość leniwą. W zasadzie przez większość czasu nic spektakularnego się tu nie dzieje. Ot, zwyczajny dzień za dniem. Jednak, kiedy po bohatera przyjeżdża ciocia, ten stwierdza z zaskoczeniem: „Och! Już?” i okazuje się, że brzeg jeszcze nie został zbadany… Podoba mi się to odkrycie, że nuda jest bardzo dobra, bo każe nam szukać zajęć tu gdzie jesteśmy, odkrywać niezwykłe w zwykłym, docenić prostotę.

Symboliczny jest tytuł. Pustelnikiem jest tutaj nazwany przede wszystkim rak, ale na swój sposób z pewnością pustelnikiem jest babcia, a także staje się nim przez chwilę wnuczek. Pustelnik to przecież nie tylko ten, który żyje samotnie, ale też ten, który potrafi kontemplować, który w ciszy, prostocie odkrywa bogactwo, który potrafi docenić życie takim, jakie ono jest.

Z kreską Ernstsena mogą mieć niektórzy problem. Twarze bohaterów (babci i wnuczka) przypominają mi żółwia. Oczy, mordki mają jak E.T., owe chińskie zabawki znalezione w szopie. Trzeba się przyzwyczaić do tej groteskowości.



 Możesz kupić tutaj: Pustelnik 

Wydawnictwo: Centrala
Wymiary: 170 x 240 x 7
 Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Rok wydania: 2011
ISBN: 9788363892043

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Czytanie zbliża!







Projekt „Oddział Bajka – Wędrująca Szpitalna Biblioteka ” związany jest z tworzeniem mobilnych biblioteczek na oddziałach szpitalnych. Zaprojektowany w ciekawy sposób wózek pełen starannie dobranych tytułów książek (Dwie Siostry, EneDueRabe, Zakamarki, Media Rodzina) oraz skarbów w postaci akcesoriów służących do wspólnego czytania i „ożywiania książki” pojawiać się będzie na oddziałach dziecięcych.

Film powyżej ujmuje problem w szerszym spektrum i mówi ogólnie o bliskości powstającej między czytającym a słuchaczem.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Hervé Tullet „A gdzie tytuł?”


Tullet na literackiej mapie jest krainą osobną. Kilka razy już pisałam o tym, że to, co nie uchodzi w dobrych książkach dziecięcych, czyli brzydota, u Tulleta się siakoś sprawdza. Autor „Naciśnij mnie” ma też swoją wizję tego, czym ma być książka. Łączy tradycję z nowoczesnością, papier z dziecięcym ADHD, z dziecka robi uczonego, a z dorosłego – wariata, z małego czytelnika – znawcę tematu, a z autora – barana. Wiele tu stoi na głowie!

„A gdzie tytuł?” od pierwszych słów wciąga dziecięcego czytelnika w swoistą grę:

- Hej, zobacz! Chyba ktoś teraz na nas patrzy… 
- Chłopaki, ale akcja! Chodźcie zobaczyć! 
- Tu są dzieci… 


Dzieci, które nie miały do czynienia z Tulletem, przeżyją prawdziwe zaskoczenie. Bo jak to tak? Nagle bohaterowie zauważyli mnie? Po drugiej stronie? Ale jak to możliwe? Może niektóre uwierzą, że postaci „mają moc”, aby się porozumieć z czytelnikiem. Może niejeden maluch zastanowi się, dlaczego wcześniej tego nie zrobiły. Może potem pomyśli, jak skontaktować się jednak ze swoim ulubionym bohaterem – ostrzec Pinokia zawczasu albo podpowiedzieć Koziołkowi Matołkowi co z tym Pacanowem.

Tulletem można wprowadzić dziecko w teorię literatury. Oczywiście nie akademickim wykładem. Raczej rozmową o tym, kim jest narrator, autor, bohater, czym jest fikcja, jakimi regułami rządzi się świat przedstawiony, jak powstaje książka (a gdzie tytuł?, a gdzie strona tytułowa?).


Dla mnie interesujący jest temat tego, czym jest dobra bajka. Krótka historyjka, w której autor „mógłby się trochę postarać”, pokazuje świat „ułożony” i „ładny”, typowy dla książek za 5 zeta, w których księżniczka zaczarowuje potwora. Zdecydowanie odstaje od nabazgranych, utworzonych z przypadkowych plam, bohomzowatych bohaterów. To właśnie oni oceniają autorskie dokonania: „Phi! Krótka jakby… Ale ściemka. Chyba poszedł na łatwiznę… Trochę słaba ta bajka”. A zatem czy bajka z bohomazami, plamami, przypadkowymi pacnięciami jest gorsza od bajki starannie wyczyszczonej w programie komputerowym?


Książki Tulleta zapraszają też do odwagi tworzenia, do eksperymentowania z kolorem, papierem, farbą. Nic nie jest brzydkie. Nic nie jest bez ładu. Ze wszystkiego możesz stworzyć arcydzieło. Każda plama może być przydatna, zagrać pierwszoplanową rolę, stać się bohaterem, który przeżyje niezłą przygodę. Nawet najbardziej głupi pomysł jest tak naprawdę świetną ideą. Działaj! Rusz się! Świat czeka.



Możesz kupić tutaj: A gdzie tytuł? 

Wydawnictwo: Babaryba
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
Stron: 68
ISBN: 978-83-62965-04-5

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wojciech Witkowski „Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara” (audiobook)


Jestem ciekawa, jak tam u Was z czasem na czytanie dzieciom książek? My czytamy głównie przed zaśnięciem, ale czasem wracamy do domu tak późno, że nie ma na to czasu. Albo ja jestem tak padnięta, że nie mam ochoty. Dlatego uwielbiam audiobooki. Wypożyczamy ich mnóstwo z biblioteki (na szczęście jest u nas taka możliwość) i starszaki słuchają. Ostatnio gównie w samochodzie, kiedy jadą z tatą do szkoły. A jadą długo, bo około 30-40 minut w zależności od korków. I żeby tego czasu nie zmarnotrawić – słuchają książek.

 „Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara” czyta Modest Ruciński. To ten pan,


którego może znacie z różnych seriali. Czyta i czasem śpiewa. A jak już zaśpiewa, to od razu ten śpiew do głowy wpada i tam zostaje cały dzień. Ruciński wciela się w Rabarbara i raz po raz słyszymy głos silnego pirata, który da sobie radę ze wszystkim. Jest jednak wesoły, nieskory do bitki, sprytny i załatwiający sprawy rozumem, a nie pięścią (choć czasem i siły dla dobra sprawy użyć potrafi).

Audiobook zawiera trzy płyty – w sumie ponad trzy godziny słuchania. U nas leci prawie na okrągło od około dwóch tygodni:) Słychać, że tekst napisał facet z krwi i kości (Wojciech Witkowski), który nie ozdabia, nie obściskuje czytelnika pięknymi zdaniami, a raczej grzmotnie pięścią słowa. Do tego grubo sobie zażartuje, ryknie salwą śmiechu… po prostu nie da się tego tekstu nie pokochać! I choć wydawałoby się, że to powieść dla chłopców, u nas przepada za nim przede wszystkim moja córka.



Możesz kupić tutaj: Dalsze burzliwe dzieje pirata Rabarbara  

Wydawnictwo: Bis
Czyta: Modest Ruciński
ISBN 978-83-7551-380-6
czas nagrania 3 godziny 10 minut
trzy płyty CD - audio
oprawa: digipack
data wydania 2014-01-24

środa, 2 kwietnia 2014

Krystyna Lipka-Sztarbałło „ Łazienkowe pytania”


Książki dla dzieci naprawdę można zrobić na każdy temat. Także na temat łazienki. Po tym jak parę lat temu pojawiło się kilka książek o arcyważnej kupie, sprawa toalety w literaturze nikogo już nie zgorszy:) Czymże jest umywalka w obliczu biegunki? …


„Łazienkowe pytania” to książka praktyczna i pożyteczna. Kiedy ją przeglądam, odnoszę nieodparte wrażenie, że przedstawia ona dzisiejszy, nowoczesny sposób podejścia do informacji. Przypomina mi wyszukiwarkę internetową. Gdy wrzucisz do niej hasło, zasugeruje ci ona odpowiedzi-linki z różnych dziedzin – kultury, sportu, historii, inżynierii, ekologii. Podobnie u Lipki-Sztarbałło. Weźmy na ten przykład hasło „sedes”. Otrzymamy:
  • procedury korzystania z sedesu przedstawione w obrazkowej instrukcji 
  • typy sedesów – od cebrzyka do luksusowego WC, które potrafi dokonać analizy laboratoryjnej kału i moczu 
  • wgląd w historię sedesu 
  • słynne sedesy, pisuary, a nawet… dom-toaletę 
  • synonimy: cebrzyk, nocnik, WC, sanitariat, latryny, szalet 
 Ten temat z kolei odeśle nas do kwestii wody. Ta do mycia – rąk, włosów, zębów… I tak dalej. Niby encyklopedia, ale interaktywna, choć papierowa.


W „Łazienkowych pytaniach” wiedzę na temat higieny podaje się dzieciom pod przykrywką ciekawostek. Ogromną rolę grają tu ilustracje. Te – choć ilustratorka zastosowała różne techniki – stanowią, o dziwo!, zgodną drużynę. Projekt łazienki wykonany w programie komputerowym, instrukcje, czarno-białe fotografie (dłoni przede wszystkim), ilustracje sensu stricto – czasem proste i dosłowne, czasem metaforyczne, głębokie… ale to wszystko razem gra.

Ja mam jeszcze wrażenie, że Lipka-Sztarbałło naśladuje niektóre elementy stylu Iwony Chmielewskiej, którą chyba wkrótce zacznę tytułować „Wybitna”. Myślę tu o szkicach ołówkiem, motywach dłoni i lalek, kolorystyce żółtawo-burej niektórych stron. Zupełnie Chmielewskiej wydają mi się strony wyklejki.


Co zrobić z „Łazienkowymi pytaniami”? Mogą się przydać na lekcjach, można podsunąć maluchowi, który „boi się wody”, można sobie czytać „siedząc na tronie”, można poszerzać horyzonty, można też stworzyć własny picturebook na przykład „Kuchenne pytania”.


Możesz kupić tutaj: Łazienkowe pytania 

 Wydawnictwo: Ezop 
 Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788389133960

piątek, 28 marca 2014

Maria „Mroux” Bulikowska „Mała książka o gwarze warszawskiej”


Takiej uciechy jak z tą książką dawno nie miałam, jak babcię kocham. Pani Ładna (Bulikowską zwana) bierze czarną kredkie i portretuje nam warszawiaka – jego ubiór, zwyczaje, język. Troszkie też przedwojennej stolycy daje nam posmakować.


Ale co z tym cwaniakiem? No to w kaszkieciku sobie chadza, w rymanarce. Na szyi ma apaszkie – jak w kratkie to znać, że z Pragi on, jak w czerwonej to z Czerniakowa. I żaden tam z niego elegant z Pociejowa, bo „co jak co, ale Warszawiak nawet bez floty (pieniędzy) nigdy nie pokaże się z dziurą w portkach”! Co jeszcze charakteryzuje takiego andrusa, to że lubi grandę. Raz i dwa na Pana Starszego zawoła i już rzecze: „Prosimy katolika z kartofelkamy” albo „meduzę i ogóreczka”.

Światek rodaka warszawskiego jest barwny. Każdy tu ma swoje przezwisko – oczywiście logicznie uzasadnione. Sałaciarz to dorożkarz, cierpieciarz to taksówkarz, Parzygnaty to kucharki, Rycerz Miotły to dozorca, a Panna z grzywką to szwaczka. Urocze! Choć warszawiak sporo zrzędzi i wybrzydza, w jego języku tego nie uświadczysz. Język mieszkańca stolycy jest elegancki i pełen uprzejmości, nawet kiedy ów marudzi.


Jak zostać warszawskim cwaniakiem w 15 minut? – tak powinien brzmieć tytuł tej książki („Mała książka…” źle mi się kojarzy). Pozycja obowiązkowa dla każdego małego warszawskiego cwaniaczka:) Będzie mógł ciut przodków poznać i jeszcze sobie pokolorować wedle uznania, bo książka Bulikowskiej także temu służy.

Czasem mnie to niesamowicie zaskakuje. Ale też i cieszy. Że można książkę dla dzieci stworzyć na każdy temat. Że te pomysł na książki leżą pod nogami. I że są genialne. Naprawdę miała mnóstwo uciechy – bo kiedy dorosły ją przegląda, przypomina sobie niektóre filmy, łapie się na tym, że czasem sam trochę cwaniakuje po warszawsku.


Książka dobra dla każdego „słoika” – pomaga się ukorzenić, wtopić w tłum, wyjść ze słoika:)



Możesz kupić tutaj: Mała książka o gwarze warszawskiej 

Ilustracje: Maria „Mroux” Bulikowska
Wydawnictwo: Babaryba
Wymiary: 190mm x 268mm
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-62965-05-2

poniedziałek, 24 marca 2014

Anna Czerwińska-Rydel „W podróży ze skrzypcami. Opowieść o Henryku Wieniawskim”


Anna Czerwińska-Rydel ma ostatnio literacko świetny czas. Książki, które pisze, są dostrzegane i nagradzane. Autorka ma też szczęście do ilustratorów – Dorota Łoskot-Cichocka, Agata Dudek, Marta Ignerska. Dobry obraz to prawie połowa sukcesu książki. Myślę, że wydając „Jaśnie Pan Pichon” Czerwińska-Rydel odkryła swoje miejsce na literackiej mapie tematów. Wiele z jej książek to biografie pisane „pod dzieci”. Chcecie tytuły?

„Mistrz. Spotkanie z Witoldem Lutosławskim”, il. Acapulco Studio, Wydawnictwo Muchomor, 2013
„Fotel czasu”, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Fundacja Szeptyckich, 2014 (o Aleksandrze Fredrze)
„Kryształowe odkrycie. Powieść o Janie Czochralskim”, Wydawnictwo Debit, 2013
„Po drugiej stronie okna. Opowieść o Januszu Korczaku”, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Tomek Głowacki/Poważne Studio, Wydawnictwo Muchomor, 2012
„Życie pod psem według Artura Schopenhauera”, il. Agata Dudek, Muchomor, 2012
„Ciepło-zimno. Zagadka Fahrenheita”, il. Agata Dudek, Muchomor, 2011
 „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem”, il. Agata Dudek, Muchomor, 2011
„W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie”, il. Dorota Łoskot-Cichocka, Bernardinum i Muchomor, 2011

Sporo tego, prawda?

Ja zaś cenię autorkę szczególnie za elegancję literacką. Czerwińska-Rydel jest pisarką-damą. Język jej opowieści jest nieco staroświecki. Sama nie wiem, czy to z uwagi na fakt opisywania czasów przeszłych, czy to kwestia indywidualnego stylu. Słowa autorki "Sekretnika Matyldy" są dystyngowane, uprzejme, ułożone jak najlepiej.

W salonie zapalono wszystkie świece. Goście zasiedli na przygotowanych krzesłach, kanapach i fotelach. Pani Wieniawska częstowała herbatą i kawą, a pan doktor nalewkami własnej roboty, za których zdrowotne działanie ręczył wykształceniem medycznym. 

Nie znajduję w tej elegancji przesady. Raczej, czytając, poprawiam spódnicę i stylowo zakładam nogę na nogę, gotowa na wysłuchanie pierwszego publicznego koncertu Henia Wieniawskiego.


Opowieści Czerwińskiej-Rydel to historie wartościowe także z innego względu. „W podróży ze skrzypcami” nie jest jedynie biografią Henryka Wieniawskiego. Autorka podejmuje wątek talentu i wykształcenia skrzypka i wkłada go w ramy współczesnej historii. Maciek ma dwanaście lat i gra na skrzypcach. Ponoć jest geniuszem. Wygrywa kolejne konkursy, od trzeciego roku życia jeździ po świecie, by brać udział w konkursach. Indywidualnie zalicza materiał szkolny w przerwach między wyjazdami. Pewnego dnia chłopak otrzymuje zaproszenie od anonimowego milionera, który raz do roku pozwala młodemu, obiecującemu muzykowi zagrać na legendarnych skrzypcach Wieniawskiego, wykonanych w XVIII wieku przez mistrza Guarneriego del Gesù. Chłopak jedzie. Sam. Bez mamy, która ma ważne sprawy do załatwienia. Ale przecież Wieniawski był cztery lata młodszy od Maćka, gdy rodzice wysłali go na studia do konserwatorium w Paryżu.


Te punkty wspólne to punkt wyjścia do rozpoczęcia opowieści o wielkim talencie, edukacji, ale też ogromnej samotności i szalonej karierze, która zmienia człowieka. Nie zawsze pozytywnie.

Czerwińska-Rydel traktuje swoich bohaterów z wyrozumiałością. Nie osądza życia Maćka i jego mamy. Raczej chce im pomóc. Ma też mnóstwo czułości wobec małego Henia Wieniawskiego. Pokazuje czytelnikowi trudy, jakie musiał znosić na pensji u pani Voislin oraz cierpienia związane z rozłąką. Autorka niczego przed czytelnikiem nie ukrywa. Dowiemy się o smutnych kolejach losu Wieniawskiego – kłótni z bratem, uzależnieniu od hazardu, roztrwonieniu majątku, a także o tym, jak bardzo unieszczęśliwił rodzinę. Umarł na atak serca po jednym z koncertów. Miał niespełna czterdzieści pięć lat.


„W podróży ze skrzypcami. Opowieść o Henryku Wieniawskim” to zatem nie tylko opowieść o Wieniawskim. To głęboka i mądra historia o tym, co w życiu jest naprawdę ważne.



Możesz kupić tutaj: W podróży ze skrzypcami 

Ilustracje: Dorota Łoskot-Cichocka
 Wydawnictwo: Literatura
Wymiary: 165 x 195 x 10
Oprawa: twarda
 Rok wydania: 2014
ISBN: 9788376723020

piątek, 21 marca 2014

Renata Piątkowska „Najwierniejsi przyjaciele. Niezwykłe psie historie”


Najnowsza książka Renaty Piątkowskiej to powrót do formy sprzed „Wszystkie moje mamy”. Dla mnie to powrót bolesny. Możliwości, które autorka pokazała, wyostrzyły mój apetyt. Jak się zjadło francuskiego croissanta, to trudno się potem zadowolić rogalikiem „7days”.

„Najwierniejsi przyjaciele” nie jest książką złą. Ale do książki o Szymonie Baumanie niestety nawet się nie zbliża. Jest to opowieść zwyczajnie poprawna, której trudno coś zarzucić poza tym, że „ma zdolnego brata”.

Na szczęście książki poprawne też są potrzebne. Trudno mi sobie wyobrazić, że czyta się od małego jedynie dzieła wybitne, że ciągle jest się na czytelniczym haju, w zachwycie, że się pieje nad artyzmem, emocjonuje nad przekazem… można by się doprowadzić do poważnej choroby – alienacji od życia, utraty łączności ze światem realnym.


Poprawna książka Piotrowskiej to dziesięć psich historii. Mamy tu okazje poznać:
  • Barry’ego, który uratował z lawiny Marię Vincenti i jej synka, niosąc go na własnym grzbiecie,
  • Reksa, który nauczył się łowić ryby i karmił nimi pięć wygłodniałych kociaków,
  • Dunaja, który uratował swego psiego przyjaciela, 
  • Azora, poturbowanego przez samochód,
  •  Hachiko, który zawsze wracał na stację po swego pana,
  •  Imkę, która wychowała jeżyki,
  • Czarusia, który uratował Hani życie, ogrzewając ją własnym ciałem,
  • Sabę, która potrafiła symulować choroby,
  • Bratka, który leczył chore dzieci ze smutku,
  • Basko, który poradził sobie ze złodziejem,
  • Karmela – psa niewidomej Agnieszki, który znalazł drogę do domu. 

Historie o psach potwierdzają znaną prawdę: psy to najwierniejsze stworzenia. Kiedy czyta się książkę Piątkowskiej, bardzo to czytelnika zdumiewa… że aż tak wierne. Hachiko przychodził na stację jeszcze przez kilka lat po śmierci swego pana. Barry wrócił po Marię Vincenti mimo ogromnego wyczerpania. Zaskakuje też psia mądrość.


Dzieci chętnie słuchają tych opowieści o czworonogach. Szczególnie Marta lubi książki z psim motywem. Mieliśmy ich już kilka (m.in.: „Kaktus, dobry pies”, „Pięciopsiaczki”, „Pies i jego chłopiec”, „Dżok”).


Z poprawnymi książkami ten kłopot, że trudno coś inspirującego o nich napisać :P


Możesz kupić tutaj: Najwierniejsi przyjaciele 

Ilustracje: Katarzyna Bukiert
Wydawnictwo: Bis 
Wymiary: 165 x 235 x 15
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014
 ISBN: 9788375513264

środa, 19 marca 2014

Jarosław Mikołajewski, Paweł Pawlak „Para-Mara, czyli o dwóch takich, co próbują straszyć”



Paweł Pawlak jest chyba wariatem. A na pewno nim od czasu do czasu bywa. Domyślam się, że to z jego inicjatywy powstała „Para-Mara”, a wcześniej wydane przez Czerwonego Konika podręczne NIEporadniki: „Młotek”, „Grzebień” i „Rękawiczka”. Co łączy te książki, a także pozwala mi formułować pierwsze zdanie tego tekstu, to silny absurd. Nie elementy absurdu, ale właśnie mega absurd. Jak w "Monty Pythonie", gdzie od pierwszego do ostatniego kadru jesteś w konwencji, która albo cię wciąga, albo jej nie trawisz. Podobnie tutaj. Okładka, wyklejka, kolejne strony wpisują się w konwencję programu telewizyjnego, tyle że „ogląda się go w książce”. Na przedniej okładce ukazuje się nam telewizor (jeszcze taki z czasów PRL, z gałkami) w małym oddaleniu. Na ekranie prezenter zapowiada swój program – „Witamy serdecznie w programie Pary Nie Do Wiary”. Każda kolejna strona (nie ma tu strony tytułowej!) to zbliżenie – najpierw na sam ekran z ukazaniem konturów, a potem już na istotne szczegóły (na stronie czasem przedstawione w komiksowej formie).


Ta pozornie służąca jedynie rozrywce, zabawie, śmiechowi książka jest jednak medium ogromnie bogatym i refleksjogennym. Naczelnym jej tematem jest przedstawienie dwóch strachów – Pana Cieniasa i Pana Kanaletto. Pierwszy straszy rzucanym cieniem, drugi – odgłosami z kanalizacji (czy to dialog z wydaną w 1982 roku książeczką „Co w rurach piszczy” Grabowskiego i Nejmana z ilustracjami Lutczyna?). Prezenter pozwala się bohaterom przedstawić. Prowadzi rozmowę tak, aby wyszły na światło dzienne wewnętrzne dramaty Cieniasa i Kanaletta. Pojawiają się łzy… Łzy na ekranie. Program kończy się gwałtownie, bo Pan Prezenter nic nie rozumie i jest nieczuły. Choć przecież powinien, bo jak pokaże kolejny kadr i on ma swoje wewnętrzne dramaty.

Mikołajewski i Pawlak tworzą więc książkę o dziecięcych strachach. Ubierając temat w szalone kostiumy, pokazują czytelnikowi „ludzkie oblicze” Pary-Mary. Cieniasa i Kanaletta można raczej pożałować aniżeli się zacząć bać. Sami przyznajcie – ujęcie tematu niekonwencjonalne!


Autor i ilustrator, korzystając z okazji, że mają głos, podejmują jeszcze inny temat. Telewizja. Kilkoro autorów zwracało już uwagę na kwestię wpływu oglądania telewizji na rozwój dzieci. Rewelacyjnie rzecz ujął Marcin Szczygielski w „Czarownicy piętro niżej”. W „Parze-Marze” autorzy odwołują się do znanego dzieciom medium – programów telewizyjnych, telewizji śniadaniowej, show typu „opowiedz mi swoją historię”. Purnonsensowy klimat, a także burzliwy przebieg programu wydobywają głupotę, komizm i groteskę tychże telewizyjnych show.


Telewizja Mikołajewskiego, czy raczej Pawlaka, bo to on jest odpowiedzialny za obraz, łączy w sobie elementy nowoczesności z przeszłością. Bliskie tego, co dziś możemy zobaczyć na LCD-ekranie są mikrofony za ucho, nagminny brak używania wołacza („Ty, Prezenter”) i oczywiście odwołania do tego, co dostarczają nas współczesne stacje („świat nie wierzy łzom, a nasz program nie jest programem typu nie do wiary”). Ekran „Pary-Mary” ma w sobie jednak wiele z PRL-u. Prezenter w okularach z ogromnymi oprawkami, o pociągłej twarzy przypomina Suzina, choć nie jest siwy. Wspomniałam już o okładce. Na tylniej znany skądinąd napis „Przepraszamy za usterki. Za chwilę dalsza część programu”. I charakterystyczny obraz zakłóconych fal. PRL-owsko skromne jest też tło.

W tym szaleństwie tkwi metoda! Ja kupuję ten wariacki pomysł na książkę, która odziera strachy z ich potworności, a telewizję z jej rzekomej magii.

Możesz kupić tutaj: Para-Mara 

Ilustracje: Paweł Pawlak
Wydawnictwo: Bajka
Wymiary: 205 x 290 x 10
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2014 ISBN: 9788361824671