środa, 1 stycznia 2014

Marcin Szczygielski „Arka Czasu”


Marcin Szczygielski kilkakrotnie już nobilitował dzieciństwo. I to dzieciństwo spędzone tu i teraz, niekoniecznie w sielskim Bullerbyn, ale czasem na terenach odpychających – blisko autostrady, linii elektrycznych, spalonego kombinatu – albo w miejscach potwornie starych i nieatrakcyjnych zdawałoby się dla dziecka, gdzie króluje jeszcze czarno-biały telewizor, wyszczerbione kubki i poczciwa frania. Tym razem – w „Arce Czasu” – nobilituje także starość i życie jako takie.

Dobrze jest, rozpoczynając lekturę „Arki Czasu”, wiedzieć o niej, bohaterach, akcji, jak najmniej. Autor stopniowo odkrywa przed czytelnikiem karty. W pierwszym rozdziale poznajemy narratora-bohatera. To Rafał. Na oko ośmioletni chłopiec, który idzie sam (bo Dziadzio się zgodził) do biblioteki. Nic niezwykłego. Nawet jakoś jesteśmy rozczarowani. Zastanawiamy się, czy autor pojedzie „Niekończącą się historią” Michaela Ende, bo z okładki jednak wiemy, że będzie jakieś przenoszenie się (w czasie? do innych krain?), czy też będziemy tu czytać dziecięcą wersję Zafóna… Ani tak, ani siak. Rozdział drugi sugeruje już, że coś tu jest nie całkiem tak – jest jakaś Dzielnica, ludzie się tłoczą w mieszkaniach. Strona po stronie odkrywamy, że Rafał mieszka w getcie. Kiedy akcja nabiera tempa wraz z ucieczką/wyprowadzeniem chłopca poza getto, jesteśmy już tak wciągnięci w fabułę, że umysł nie nadąża konwertować tego, po czym przebiegło oko.


W opowieści Szczygielskiego prawda miesza się z fikcją, a nawet science-fiction. Podobno Rafał żył naprawdę. Podobnie jak Stella, która opowiedziała jego historię. Prawdą jest też to, że Żydzi ukrywali się w warszawskim zoo. Fikcją są wszystkie przygody chłopca. To właśnie one przynoszą czytelnikowi mnóstwo refleksji. Przede wszystkim otwierają nam oczy. Rafał, który zna świat tylko z książek, jest zaskoczony tym, jak wyglądają hortensje, drzewa, które rosną w zoo budzą jego szczery zachwyt, a jedzenie to prawdziwa świętość. Dla mnie zupełnie przejmujący i emocjonujący był fragment, kiedy Rafał wraca do getta i ponownie z niego ucieka. Przejmujący ze względu na ogrom miłości chłopca do dziadka, ale także dramatyczne zwroty akcji. Emocjonujący ze względu na niebezpieczeństwo, które deptało mu po piętach, ale też odwagę, spryt, czasem głupotę chłopca… I są też podróże w czasie – jeden z motywów s-f, które u Szczygielskiego pojawiają się raz po raz. Kiedy Rafał przenosi się w 2013 rok, zaskoczeni obserwujemy „nasz czas” jego oczami. Nagle pani w szortach wydaje nam się prawie naga, a kawałek bułki zwany hot-dogiem najpyszniejszą rzeczą, jaką jedliśmy w życiu.


Wspomniałam o nobilitacji starości. Czy starość jest do czegoś potrzebna? Szczygielski odpowiada, że jeśli czekasz na przybysza z przeszłości, wyjdź na ulicę. Mnóstwo ich wokół. To dziadkowie i babcie, którzy „nie przemierzyli co prawda czasu w wehikule, a zwyczajnie – na piechotę, jednak żyli w przeszłości i dobrze ją pamiętają. Jeśli zapytasz, na pewno ci o niej opowiedzą”. A czy może jednak dałoby się skonstruować taki wehikuł? Nie trzeba. Ma go każdy z nas, najprościej nazwać go „życie”.


Ostatnio powstało sporo książek o dzieciach i wojnie. Wydawnictwo Literatura w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci” wydało między innymi wspaniałe książki „Mój tato szczęściarz” Papuzińskiej i „Wszystkie moje mamy” Piątkowskiej. Rok Korczaka przyniósł sporo publikacji nie tylko o samy Korczaku, ale także żydowskich dzieciach, jak choćby Chmielewskiej „Pamiętnik Blumki”. To, co łączy wymienione publikacje, to odwaga pisania tak, by niczego nie zagłaskać, i ogromna wrażliwość autorów. To książki, które mają być lekcją pamięci.

 Szczygielski wpisuje się w ten nurt. Zasadnicza myśl, którą próbuje przemycić, zawiera się chyba w tych słowach Podróżnika skierowanych do Rafała: „Za wiele lat dzieci i dorośli nie będą chcieli pamiętać, że działy się na świecie takie przerażające rzeczy, jak w twoim czasie, bo będzie ich to smuciło. Ale tylko pamięć i wiedza o tym wszystkim pozwolą im budować lepszą i szczęśliwszą przyszłość”. I choć ostatnie zdanie brzmi nieco banalnie, jest przecież prawdziwe.

PS 
Ilustracje. Lubię ilustracje Daniela de Latoura. Ale tu mam takie skojarzenia, że to Mikołajek ucieka z getta. Swoją drogą może taka konotacja wcale nie jest aż taka głupia. Może nawet jest nieco inspirująca.

Grand Prix w III Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży

Wyróżnienie w literackim konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku 2013


Możesz kupić tutaj: Arka Czasu 

Ilustracje: Daniel de Latour
Wydawnictwo: Stentor Kora
Wymiary: 140 x 200 x 20
 Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788363462154

3 komentarze:

  1. Och, cieszę się, że to samo nam się tym razem w książce podobało. Szperanie w internecie pokazało, że historyczną podstawę mają najbardziej nieprawdopodobne rzeczy zawarte w tej książce. I mam ten sam stosunek do ilustracji de Latoura tym razem :) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  2. Znajdę linki i podrzucę - to pamiętniki z getta. Dla dorosłych miałam w rękach książki "Fotograf z Auschwitz" oraz "Wierzyć i niszczyć" Christiana Ingrada o intelektualistach budujących III Rzeszę - to naprawdę ustawia i filmy, i książki w innej perspektywie...

    OdpowiedzUsuń