środa, 31 sierpnia 2011

Augustyn Szczawiński "Spoko! To tylko rodzinka"


Jeśli polubiliście opowieść o Mikołajku albo o Jaśkach, to z dużą dozą prawdopodobieństwa spodoba Wam się także i historia rodziny Wesołowskich. Dwunastoletni Szymon opowiada o trudnej sytuacji finansowej swojej rodziny (sytuacja ta jednak z rozdziału na rozdział stopniowo się poprawia), o tacie Augustynie, który próbuje tę sytuację zmienić, biorąc udział w teleturniejach, pisząc artykuły do lokalnej gazety i w końcu zakładając własną firmę, mamie polonistce, która nie pozwala nikomu siadać na swoim krześle i babcie Sabinie, która robi minę sowy. Opowieść jest niezwykle barwna, pełna zaskakujących zwrotów akcji i sytuacji komicznych, jak na przykład ta, kiedy to samochód w pełni zautomatyzowany „porywa” Wesołowskich do Wisły.

Charakterystyczne dla „prozy mikołajkowej” (że tak pozwolę sobie ją na swój użytek nazwać) jest kilka elementów. Po pierwsze, bohater zdaje się być nie do końca świadomy norm. Albo bez skrępowania je przekracza, albo zwyczajnie go śmieszą. Śmieszą także czytelnika, który zaczyna patrzeć oczami bohatera. Po drugie, dorosły zachowuje się tu jak wariat (vide ojciec, który chce hodować dżdżownice kalifornijskie albo pan Damazy, który spotyka sam siebie na Moście Poniatowskiego). A po trzecie, w powieściach tego typu powtarza się pewne frazy. Tu najczęściej jest to zdanie o kiepskiej sytuacji finansowej rodziny (swoją drogą zgaduję, że jest to efekt wcześniejszego publikowania powieści w odcinkach na łamach jakiegoś czasopisma).

Wydawca nazywa tę powieść „literaturą familijną” – przeznaczoną tak, dla młodszego, jak i starszego czytelnika. Rzeczywiście zadowoli ona oba gusta. Dzieci zidentyfikują się z Szymkiem i jego sposobem patrzenia na rzeczywistość, zaś rodzice odnajdą siebie w próbujących dorobić się Wesołowskich.

Powieść można określić też mianem katolickiej. Ojciec wielokrotnie podkreśla, że są „porządną katolicką rodziną”, dlatego nie chodzą do wróżki (pani Romy, która mieszka w tym samym bloku), modlą się na różańcu i odmawiają koronkę. Ta katolickość jest jednak bardzo powierzchowna i w zasadzie zamyka się w ramach rytuałów i przestrzegania prawa. Można z tej książki wywiedzieć się czegoś o religii, niczego natomiast o Bogu.

Pozycja idealna na wrzesień – pozwoli oderwać się od jesienno-szkolnej rzeczywistości :)


Możesz kupić tutaj: Spoko! To tylko rodzinka

Ilustracje: Renata Krześniak
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 326
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Kefas
Wymiary: 14.5 x 20.5 cm
ISBN: 978-83-62715-01-5

piątek, 26 sierpnia 2011

„Bluszczyk” 9/2011


"Bluszczyk" dotarł do nas w tym miesiącu z dużym opóźnieniem – tułał się biedak od skrzynki na listy do skrzynki… jednak z końcem wakacji jest dla nas miłym wspomnieniem tego, czasu, który już w zasadzie minął. Spoglądamy na okładkę i górskie klimaty. Ciekawe, co pokazuje Bluszczykowi jego koleżanka-góralka? To także pytanie tradycyjnego już konkursu „Weź pod lupę…”. Odpowiedź można narysować i przesłać na adres:

Elipsa Sp. z o.o.
Ul. Gwiaździsta 71
01-651 Warszawa

Z dopiskiem „Bluszczyk” do 31 sierpnia – być może ktoś z Was zechce jeszcze wziąć udział. Zostało już tylko kilka dni!

Ja oczywiście z wypiekami na twarzy zajrzałam na stronę z Filipkiem. Po Biegach Urozmaiconych Podwodnych Błażejek organizuje swym kolegom sztuki uliczne, czyli malowanie graffiti. Portret pana Hirka i jego kolegów, którzy zostali skazani za włamanie do księgarni – przedni!!!! Jestem głodna przygód Filipka i marzy mi się przeczytanie książki!

W „Bluszczyku” znajdziemy też wakacyjny quiz, z którego dla mnie wynika, że jestem aż nadto uporządkowana;) Bardzo ciekawie przedstawia się pomysł na regaty podwórkowe. Tym bardziej, że redaktorzy czasopisma zachęcają do sfotografowania przedsięwzięcia i przesłania zdjęć do redakcji. Jestem ciekawa, czy dzieci się zdecydują. Chętnie obejrzałabym takie fotografie.

Polecam również przeczytanie legend (współczesnych jak sądzę) dotyczących różnych miejsc w Polsce. To kontynuacja historii o perle, którą orzeł w górach upuścił.


Do tego rebusy i mega krzyżówka!

Prenumeratę można zamówić wysyłając maila: prenumerata@bluszcz.com.pl
Magazyn do kupienia w Empiku.

A dla mam – „Bluszcz” i nieautoryzowany Miłosz!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Grażyna Strumiłło-Miłosz "Dundzia, Panek i przyjaciele"


Grażyna Strumiłło-Miłosz pisze książki o zwierzętach. Jej bohaterowie to psiaki, koty (Pod szczęśliwą kocią gwiazdą), ale też te bardziej dzikie – bocian, kawka czy nawet dzik. Autorka umieszcza swych bohaterów wśród ludzi, aby pokazać, że harmonia tych dwóch światów jest nie tylko możliwa, ale przede wszystkim piękna. Jednocześnie nie ucieka przed tematami trudnymi – kłusownictwo, naumyślne wyrządzanie krzywdy zwierzętom przez ludzi, zwłaszcza dzieci.

Akcja książki Dundzia, Panek i przyjaciele dzieje się na terenach leśnych, a konkretnie w domu Pod Dębami, który stoi na skraju lasu. Gospodarz jest weterynarzem, a jego domostwo – lecznicą. Mieszkają tu też dzieci – Ania i Jędrek – które przejmują się losem chorych zwierząt i stają się ich najtroskliwszymi opiekunami. Pod dach trafia wpierw warchlaczekk Dundzia, potem bociek Panek, wkrótce też wiewiórka Duszka. Autorka z przekonaniem i sugestywnie pisze o przyjaźni Dundzi z dwoma szczeniakami – Bolkiem i Lolkiem, boćka Panka z kotkiem Kropkiem czy wiewiórki z kawką Kaśką. Zwierzęta wzajemnie pilnują swoich interesów i nie dają zrobić sobie krzywdy. Narrator czasem oddaje głos zwierzętom, co pozwala czytelnikowi zrozumieć ich zachowania.

Książkę czyta się świetnie! Ja się rozkochałam już od pierwszych stron, bo lubię książki, których akcja dzieje się w leśniczówkach czy lasach. Moja córka z kolei przechodzi obecnie etap wyjątkowej fascynacji światem przyrody – zbiera ślimaki, chwyta małe żabki, odbywa z dziadkiem gadzinę – jak mówimy na Śląsku, pielęgnuje gołębie młodziki. No i uwielbia z dziadkiem oglądać filmy przyrodnicze. Nie wiem, czy to tylko chwilowe, czy też dziadek skutecznie zaszczepi jej miłość do zwierząt, w każdym razie książka trafiła do nas w odpowiednim czasie. Marta bardzo przejmuje się zranionymi zwierzętami, bardzo chciałaby mieć swoje gołębie, psa, króliczka (jeden, Strzała, uciekł sąsiadom i biega głównie po naszym ogródku, ale nie daje się złapać), rybki… książka Stumiłło-Miłosz to zdecydowanie klimaty bliskie mojej córce. Ale myślę, że i dzieci, które mają mniejszy kontakt z przyroda i zwierzętami na lekturze tej pozycji bardzo skorzystają.


Możesz kupić tutaj: Dundzia, Panek i przyjaciele

Ilustracje: Agnieszka Kuglasz
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 104
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Dreams
Wymiary: 17.0 x 24.0 cm
ISBN: 9788393287727

niedziela, 21 sierpnia 2011

Konkurs na zakończenie wakacji:)

Żeby nie było Wam przykro, że wakacje się kończą, mam potrzebę rozweselić kogoś książką-prezentem! Będzie to piękna powieści o świecie zwierząt i ludzi, którzy potrafią żyć ze sobą w harmonii, pomagać sobie wzajemnie, zawiązywać przyjaźnie... To książeczka Grażyny Strumiłło-Miłosz Dudzia, Panek i przyjaciele. O tej pozycji mam nadzieję napisać więcej jutro. Już dziś konkurs, w którym do wygrania właśnie ta powieść.


Aby wziąć udział w losowaniu, trzeba zostawić komentarz - odpowiedź na pytanie, gdzie spędziliście tegoroczne wakacje. Konkurs trwa do końca sierpnia. Nagrodę rozlosuję 1 września, w godzinach wieczornych.

piątek, 19 sierpnia 2011

Mariusz Niemycki „Wielki kudłaty łobuz”


Recenzuje joangot!

Jakiś czas temu na blogu pojawiła się recenzja książki Tajemnica rodzi kłopoty. Wielki kudłaty łobuz jest pierwszą częścią opowiadającą o przygodach piątki dzieci z Bukowej Góry. Jej bohaterowie to rodzeństwo Basia i Maciek, Tobiasz i Patryk (koledzy Basi z klasy) oraz Oliwka (kuzynka Patryka). Tytuł należy do książek tzw. wakacyjnych, a ja kwalifikuję go w swojej nomenklaturze do lektur przeczytanych nie wiadomo kiedy.

Narratorem opowieści jest Basia, która, przedstawiając wydarzenia, stara się zachować jako taki obiektywizm. Już na samym początku dzieci mają mało bezpieczną przygodę, bo jedno z nich wpada do jeziora, nad którym wspólnie spędzają czas, oczekując nadejścia Patyka (czyli Patryka) – swojego przywódcy. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się coraz więcej o każdym członku paczki, obserwujemy, jak się ze sobą sprzeczają, poznajemy ich umiejętności i widzimy, że potrafią świetnie współpracować, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Rodzeństwo, pomimo licznych kłótni, wspiera się, gdy tylko sytuacja tego wymaga, a przywódca liczy się za zdaniem każdego członka paczki. Poznajemy też ekipę Wasielaków, którą tworzy czwórka rodzeństwa (trzech braci i jedna siostra). Tam absolutnie rządzi najstarszy, ale w najbardziej krytycznym momencie dyktatura okazuje się prowadzić do buntu i konfliktu w całej paczce.

Jakie przygody mają dzieciaki w pierwszej części cyklu? Nie chciałabym za dużo zdradzać, ale jest tutaj pies ratownik, ząb, który trzeba usunąć, tajemniczy spadochroniarz i niezwykła dziura, która staje się przyczynkiem do następnej części. Jednak najważniejsza jest atmosfera! Dzieci są spragnione przygody i tajemnicy, co zdradzają ich dialogi – pełne niedomówień, zdania przerywane w połowie, bo ciągle któreś musi coś dodać lub stara się przeforsować swój pomysł.

Wielki kudłaty łobuz składa się z piętnastu sprawnie napisanych rozdziałów, gdzie akcja toczy się wartko, nie wszystko jest dopowiedziane do końca i czytelnik także ma możliwość wyciągnąć swoje wnioski. Autor traktuje swoich odbiorców dojrzale i poważnie, a są nimi dzieci w wieku od 6 do 10 lat. Widziałam tę książkę w swojej bibliotece publicznej podczas wizyt z córką na dziale dziecięcym, ale w żaden sposób nie przyciągnęła mojej uwagi na stoliku z nowościami. Teraz będę żywo reagowała na pozycje Niemyckiego, bo spodobał mi się sposób, w jaki pisze. Trudno mi powiedzieć, czy dzieciom kompozycja okładki się spodoba. Może po prostu ilustracje Agnieszki Semaniszyn lepiej wyglądają, gdy są czarno-białe? W każdym razie Julia zabrała się za kolorowanie :) Przeczytałam jej kilka rozdziałów i ku mojemu zaskoczeniu wciągnęły ją do tego stopnia, że moja trzylatka potrafi wymienić bohaterów oraz inscenizować scenki z ich udziałem. Czy to nie brzmi zachęcająco?


Możesz kupić tutaj: Wielki kudłaty łobuz

Ilustracje: Agnieszka Semaniszyn
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 120
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 14.0 x 18.5 cm

czwartek, 18 sierpnia 2011

"Bajki dla odważnych"; seria Disney


W światku rodziców, którzy sporo książek czytają swoim dzieciom, książeczki opatrzone logo Disney są bardzo passe. Odbierane są jako kiczowate, bez morału, bez pomysłu, byle jakie po postu. Ja się w dużej mierze z tą opinią zgadzam. Wolę książki, które cieszą także moje oko, które niosą w sobie jakieś przesłanie. W domu mamy przede wszystkim takie wartościowe książki. Ale... moje dzieci Disney’owskie serie bardzo lubią i czasem (nawet często; zwłaszcza w przypadku najmłodszej czytającej pociechy) wybitny ilustrator przegrywa ze stylistyką bajek wytwórni Walta Disneya. Janek woli Kubusie Puchatki, a Marcie spodobały się Bajki dla odważnych. W książce tej pomieszczono opowiadania będące rozwinięciem bajek, które dobrze wszyscy znamy – Aladyn, Piotruś Pan, Kubuś Puchatek, Auta, Potwory i S-ka, Śpiąca Królewna, Wróżki, 101 Dalmatyńczyków, Gdzie jest Nemo. Dlaczego więc „dla odważnych”? W założeniu króciutkie historyjki mają zawierać elementy budzące strach. W opowiadaniu z Piotrusia Pana będzie to straszny cień Kapitana Haka, który prześladuje Misia (w bajce animowanej to Michaś, a nie Miś – być może tłumaczka nie oglądała…), w historii z Aladyna dżin stroi sobie nieprzyjemne żarty z Aladyna i Dżasminy, a w Śpiącej Królewnie zła Czarownica próbuje zemścić się po raz kolejny (jak pamiętamy z bajki, została pokonana raz na zawsze, tu jednak okazuje się, że tylko nam się wydawało).

Na książkę spoglądam niechętnie, ale – jak już wspomniałam – córka raz po raz ją wyciąga i przegląda. Myślę, że bardzo lubi bajki w wersji animowanej, a ta książeczka to dla niej przedłużenie dobrze znanych historii.



Możesz kupić tutaj: Bajki dla odważnych

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 160
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788323738862

czwartek, 11 sierpnia 2011

Gyula Böszörményi "Kolory ludzi"


Recenzuje joangot!

Moja trzyletnia Julka spędza codziennie dużo czasu z pół roku starszą dziewczynką – Marysią. Razem bawią się u babci do południa, kiedy ja jestem w pracy, a często wieczory spędzają również wspólnie, z kolei pod moją opieką. Są jak rodzeństwo. Ostatnio dziewczynki mają wielką potrzebę, aby wszystko, co posiadają, było takie samo. Chcą nawet tak samo się ubierać, nosić te same buty, itd. Pewnie niektórzy z Was znają ten problem. Staramy się z mamą tłumaczyć im, że każdy jest inny i że to jest piękne. Gdyby wszyscy ludzie byli tacy sami i robili to samo, świat byłby nudny.

O inności, niepowtarzalności i pięknie stworzonego świata opowiada krótki tekst pióra Gyula Böszörményi Kolory ludzi. Książka przedstawia historię powstania człowieka w ujęciu baśniowym. Mamy tutaj Ojczulka-Niebo i Księżycową Matulę, którzy zastanawiają się, jak ulepszyć ostatnie ze stworzonych dzieł – człowieka. Co prawda dziewczynki są jeszcze za małe na tę lekturę (sprawdziłam), ale ja mogę z niej czerpać i opowiadać im o tym, jak to dobrze, że ludzie mają różne kolory skóry, lubią jeść inne rzeczy i mieszkają w różnych miejscach ziemi. W wersji przedstawionej przez Gyula Böszörményi Ojczulek stworzył ludzi, wymyślił mężczyznę i kobietę, ale nie był zadowolony ze swojego dzieła. Matula też uważała, że coś jest nie w porządku… oni są… tacy nudni… I wtedy wspólnie wpadają na pomysł, który pracowicie realizują…
Stworzenie pięciu ras ludzi było dla nich czasochłonne, ale zachwycają się efektem. Autor niezwykle poetycko opisał moment, kiedy rodzice skończyli swoją pracę:

Położyli obok siebie pięć ludzików i zachwycili się, jak bardzo każdy z nich stał się inny, a jednocześnie piękny.
Skóra pierwszego była różowa, gdzieniegdzie prześwitywały przez nią niebieskie żyłki, dzięki czemu ludzik wydawał się delikatny i ulotny.
(…)
Skórę czwartego pokryła hebanowa czerń, a jego oczy błyszczały jak najjaśniejsze gwiazdy północnego nieba, co dodawało mu dostojności.
Piąty ludzik, który otrzymał kolor brązowoczerwony jak zachodzące słońce, które śle światu wieczorne pożegnanie, sprawiał wrażenie mądrego i doświadczonego.


Jednak Księżycowa Matula ma pewne wątpliwości, czy ci różni ludzi będą w przyszłości dla siebie dobrzy: Martwię się jedynie tym, jak one się zachowają, gdy spotkają się tam na dole, na Ziemi. Myślę, że czytając tę książkę dzieciom lub oddając im ją do samodzielnej lektury, rodzice powinni poświęcić czas na rozmowę o różnorodności ludzi, godności, którą posiada każdy człowiek, bez względu na kolor skóry oraz szacunku, który powinniśmy okazywać sobie wzajemnie.


Dla mnie ta powiastka jest zdecydowanie za krótka. Czułam duży niedosyt kiedy dotarłam do ostatniej strony (24 paginy). Jednak młody odbiorca, dla jakiego tekst jest przeznaczony, chyba będzie zadowolony :)
Kolory ludzi zostały opublikowane przez Wydawnictwo Namas, które od niedawna zachwyca nas pięknymi edytorsko dziełami (m.in. Narodziny księżniczki). Tej niewielkiej pozycji również nic nie brakuje: ciekawa okładka w twardej oprawie, duża, ładna i przyjemna w odbiorze czcionka oraz niezwykła szata graficzna. Ilustracje wykonała Írisz Agócs. Są one lekko rozmyte, akwarelowe, stworzone z niewielkiej ilości barw, niedopowiedziane, lekkie i skłaniające do refleksji. Mnie wydają się tchnąć własnym poczuciem humoru… Pięknie komponują się z tekstem węgierskiego pisarza, który zdobył w swojej karierze kilka nagród, m.in. węgierskiej sekcji IBBY, a jego twórczość czerpie z motywów ludowych i mitologicznych. Warto sięgnąć po ten tytuł choćby tylko ze względów estetycznych!





Możesz kupić tutaj: Kolory ludzi

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 26
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Namas
Wymiary: 17.0 x 20.0 cm
ISBN: 9788362537037

środa, 10 sierpnia 2011

Piotr Rowicki "Wszystko przez Amandę"


Kiedy dzieci wrócą do szkoły, jedno z pierwszych zadań, które zleci im nauczycielka języka polskiego, będzie wiązało się z napisaniem wypracowania pt.: „Jak spędziłem wakacje?”. I co tu można napisać mądrego? Że było się z rodzicami nad Bałtykiem i ciągle lało, i zimno, i nuda? Albo że dziadków na wsi się odwiedziło i koń, i krowa, i traktor? Głupie zdanie – bez dwóch zdań! A gdyby tak coś kosmicznie zmyślić? Na przykład że podróżowało się w czasie – czy to by u pani z polaka przeszło?

Literatura – nazwijmy ją na nasz użytek – wakacyjna (akacja toczy się w wakacje) ma spore tradycje. Ot, choćby moje lektury sprzed lat – Ten Obcy, Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek czy Wakacje z duchami… Albo z nowszych, które miałam okazję prezentować na blogu – Antonówka, Ciotka, my i reszta świata, Kiedy zegar wybije dziesiątą… Lubię ten typ literatury – odpręża, daje okazję do przeżycia przygody wraz z bohaterami książki, trochę postraszy, rozbawi.

Piotr Rowicki w tę tradycję się włącza. Jego bohaterowie, bliźnięta, Karol i Amanda, stoją przed wizją spędzenia wakacji w towarzystwie niani o francuskich korzeniach, która zamęcza ich lekcjami gry na pianinie. Amanda – szalona, nierozważna i roztrzepana – dolewa do herbaty niani kilka kropel specyfiku, który zabrała z pracowni nauczyciela chemii. Niania znika! Amanda szuka pomocy u brata – mądrego, rozważnego i spokojnego. Wkrótce i oni wypijają kilka kropel z tajemniczej butelki i przenoszą się do przeszłości, kilka milionów lat wstecz. Co tam zastają? Ogromne truskawki, maleńkie tygrysy i ogoniaste istoty, które chcą ich zjeść.

Rowicki tworzy wciągającą fabułę, w której fikcja zgrabnie łączy się z naukowymi i pseudonaukowymi teoriami dotyczącymi czasoprzestrzeni, alchemii, prehistorii czy historii. Mnóstwo też tu odwołań do bliskiej nam rzeczywistości, zwłaszcza świata internetu, ale i mediów czy literatury. Stąd historia ma momenty fikcyjne bardzo wiarygodne. Za bohaterem powieści wyguglowałam jedną z postaci, którą Karol spotyka w piwnicznych lochach. Myślę tu o Kasprze Bakałarzu. Podobnie jak Karol dowiaduję się, że „W Polsce odnotowano tylko jeden przypadek postawienia alchemika przed sądem biskupim. Było to w Poznaniu w roku 1491. Bakałarz Kasper, w trakcie trwającego piętnaście lat procesu, przyznał się do palenia płynnego złota. Zabroniono mu zajmowania się alchemią, w szczególności sporządzania kwasu azotowego” (źródło cytatu). Książka Rowickiego zachęca do zgłębiania tematów: ewolucji, czasów prehistorycznych, starożytnej Biblioteki Aleksandryjskiej, pracy galerniczej, alchemii, ale też biologii, chemii, geografii. A zatem w wakacje przypomina się młodym czytelnikom, że wiedza jest bardzo przydatna i może się przydać w czasie wakacyjnych przygód i wojaży.



Możesz kupić tutaj: Wszystko przez Amandę 

Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 272
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: W.A.B.
Wymiary: 12.3 x 19.5 cm
ISBN: 9788377475485

czwartek, 4 sierpnia 2011

Julian Tuwim "Wiersze i wierszyki dla najmłodszych"


Teksty klasyków nic a nic się nie starzeją. Taki Tuwim na przykład wciąż mnie umie rozbawić... dziś szczególnie uwielbiam czytać tego autora dzieciom. Popisuję się możliwościami interpretacyjnymi, a dzieci to uwielbiają. Coś jest w rymach Brzechwy i Tuwima, że zachęcają do modulowania głosu, do odgrywania scenek, do zabawy z tekstem. Kiedy czytam pierwszy wers, od razu narzuca mi się (to pozytywne określenie!), jak mam czytać – szybciej lub wolniej, głośniej lub ciszej, akcentując dane słowa, z dużym ładunkiem emocji. Niektóre fragmenty dzieci znają na pamięć i kończą razem ze mną. A zatem... Tuwim się nie starzeje.

Przygotowane przez Wilgę Wiersze i wierszyki... skierowane są do najmłodszego czytelnika, czyli tego w wieku do trzech lat. Dlaczego?, skoro Tuwima czytać można i starszakom? Tu przede wszystkim pomyślano o twardych, kartonowych stronicach, które maluchom łatwiej przewracać. Trudniej też o jej zniszczenie. W książeczce pomieszczono wiersze, które doskonale znamy: Dwa Michały, Okulary, Bambo, Idzie Grześ czy Abecadło. Lektura tej książki to zatem okazja, aby – choć nie lubię traktowania literatury w ten sposób, to jednak użyję tego słowa – wyposażyć dziecko w pewien kulturowy kod.

Całkiem sympatycznie książkę zilustrowano. Marianna Jagoda-Mioduszewska (po lekturze wiersza Dyzio marzyciel mogę powiedzieć tylko: „ach, cóż za apetyczne nazwisko:) przygotowała obrazki bajecznie kolorowe, wzorzyste i ciepłe. Myślę, że najmłodszym się spodobają.

Możesz kupić tutaj: Julian Tuwim. Wiersze i wierszyki dla najmłodszych




Ilustracje: Marianna Jagoda-Mioduszewska
Oprawa: Gąbka
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Wilga
Wymiary: 22.0 x 22.0 cm
ISBN: 9788325902346

środa, 3 sierpnia 2011

Joanna Sorn Gara "Pan Toti i powódź"

Recenzję napisała joangot!


Pan Toti i powódź to kolejna z serii niewielkich książeczek ilustrowanych przez samą autorkę, których bohaterem jest maleńki, ale niezwykle zaradny Pan Toti. Jest to człowiek wielkości paluszka, zamieszkujący pień starego drzewa na pewnej wyspie. Niedaleko mieszka Hehel – jego przyjaciel, a po drugiej stronie rzeki znajduje się dom złośliwych bliźniaków. Pan Toti pod podłogą swojego mieszkania ma kopalnię, w której często szuka skarbów. Już dawno wykopał w niej korytarz i kiedy tylko najdzie go ochota, zapuszcza się do swoich podziemi. W historyjce poświęconej powodzi Pan Toti znajduje w kopalni metalową rurę. Zaraz też dzwoni do swojego przyjaciela Hehela, aby pochwalić się zdobyczą. Następnie dwaj maleńcy panowie starają się zrobić z tej rury jakiś użytek. Pomysłów mają wiele, ale podczas realizacji natrafiają na różne problemy. W trakcie urzeczywistnienia jednego z projektów potrzebna jest im pomoc złośliwych bliźniaków, którzy po raz kolejny oszukują Pana Totiego i Hehela. Taką mają naturę. Jednak już tego samego dnia okazuje się, że bliźniacy potrzebują pomocy, bo ich dom zalewa powódź. Hehel jest nieco niechętny, gdyż pamięta o niedawnej przykrości, której doświadczyli od tej złośliwej pary, ale Pan Toti po chwili namysłu mówi: „Może kiedy okażemy im dobro, staną się lepsi?”. W dalszej części wszyscy bohaterowie starają się uratować dom złośliwych bliźniaków. Czy im się to uda?

Pan Toti i powódź jest zgrabnie opowiedzianą historią, która uczy młodych ludzi kreatywnego myślenia. No bo niby co można zrobić z metalowej rury? Wydawałoby się, że niewiele, prawda? Nasi bohaterowie wspólnymi siłami konstruują z niej wózek i huśtawkę. Nie wszystkie projekty są udane? – to nic nie szkodzi. Nie zniechęcają się w staraniach, aby znaleźć dla tego przedmiotu właściwe zastosowanie. Pan Toti ma dobre serce i jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to stara się bez zbytniej zwłoki udzielić wsparcia. Czytelnik między wierszami wyczyta, że malutkiemu człowiekowi sprawia radość sam fakt, że może być użyteczny dla drugiego, nawet jeśli są to mało przyjaźni bliźniacy.

Książka jest zaadresowana dla nieco starszych dzieci (6-8 lat). Myślę, że zwłaszcza chłopcy będę z zaangażowaniem śledzić poczynania bohaterów. Ilustracje są tak skomponowane z tekstem, że przedstawiają poszczególne etapy powstawania projektów, od pomysłów, skojarzeń i rozważań, poprzez czarno-białe rysunki zaplanowanych obiektów, na finalnych rozwiązaniach kończąc. Autorka przedstawiła świat i postacie w sposób niezwykle prosty, plastyczny i ciepły. Z przyjemnością oglądamy poszczególne strony, a dzieci mogłyby z powodzeniem odtwarzać niektóre rysunki.

Warstwa edytorska książki również wyróżnia się nieco na tle podobnych publikacji. Dialogi poszczególnych postaci są zaznaczone w tekście innym kolorem, co ułatwia dzieciom rozpoczynającym edukację szkolną samodzielne czytanie. Pan Toti „mówi” na czerwono (chyba lubi ten kolor, bo nosi czerwone ubranko i kapelusz, a na śniadanie zjada poziomki), Hehel „mówi” na niebiesko, a złośliwi bliźniacy – w kolorze brązowym.


Ciekawostki :) W książeczce znajduje się przepis na Ciasteczka Pana Totiego, mapa wyspy, na której mieszkają bohaterowie oraz krótka lekcja astronomii z gwiazdozbiorem Wielkiego Psa. Ponadto zapraszam do odwiedzenia strony Pana Totiego , gdzie znajdziemy sklepik, w którym można kupić poszczególne tytuły z serii, dowiedzieć się o tym, kiedy i gdzie można spotkać autorkę, Joannę Sorn Gara lub wydrukować kolorowanki z Panem Totim.


Inne tytuły z serii o malutkim człowieku to: Pan Toti, Pan Toti i czarodziejska różdżka, Pan Toti i ufoludki.

Możesz kupić tutaj: Pan Toti i powódź




Ilustracje: Sorn Gara
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 48
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Skrzat
Wymiary: 190x200 mm
ISBN: 978-83-7437-629-7

wtorek, 2 sierpnia 2011

„Świerszczyk” nr 15-16/2011


Świerszczyk wybrał się w góry. Ale nie one są tematem numeru, lecz raczej wspinaczka – mozolna, męcząca, pełna trudów, ale koniec końców dająca uczucie szczęścia. Można zapytać, z czego rodzi się ta satysfakcja i radość. Różne odpowiedzi na to pytanie dają nam opowiadania i wierszyki pomieszczone w tym numerze.
Marcin Przewoźniak w wierszyku Zdobywca wielkiej góry odpowiada nam, że warto się wspinać, aby zobaczyć „najwspanialszy widok świata”. Bajetan Hops przywołuje historię chomika Pumpusa, który nie lubił się wspinać. Raz jeden dał się namówić, ale tylko po to, aby móc zbić argument przeciwnika, że nigdy nie próbował, to przecież nie wie, jak zdobywanie szczytów jest wspaniałe. Zofia Stanecka zaś opowiada nam o królewnie Konstancji, która – wspinając się – poznaje miłość swojego życia.

Bardzo podoba mi się, co o polskich górach napisała Karolina Prewęcka w dziale Chcę wiedzieć więcej… Przyznam się szczerze, że nie wiedziałam o tym, iż Góry Świętokrzyskie to najstarsze góry leżące na terenie Polski. Czytamy: „Najstarsze góry są najniższe, bo od początków powstania, a było to w wyniku ruchów skorupy ziemskiej około 500 milionów lat temu, ich szczyty przez wieki stopniowo były owiewane i łagodzone przez wiatr”. WOW!!! Na mnie to robi wrażenie… Najmłodsze polskie góry to Tatry, których wierzchołki są jeszcze ostre.


 Ubawił mnie też Uśmiech numeru, a w szczególności to:

W pewnej gazecie ukazało się następujące ogłoszenie: „Słońce, piasek, woda… zatrudnię do pracy przy betoniarce”. 

:):):)

Strona "Świerszczyka"