niedziela, 28 lutego 2010

Lidia Miś "Opowieści biblijne dziadzia Józefa"

Staram się w niedzielę zwolnić. Nie zawsze mi to wychodzi, bo okazuje się, że odpoczynek w Dniu Pańskim na łonie rodziny, zwłaszcza zimą, to sporo bezczynności. Dziś jednak jest trochę inaczej. Książka, o której chcę napisać, po prostu musi być przedstawiona w Niedzielę! Dlatego pracuję:)

Przybliżanie dziecku Biblii to wyjątkowo mało popularny i ciężki kawałek chleba. Tego zadania podjęła się Lidia Miś w książce Opowieści biblijne dziadzia Józefa. Czytamy tu historię biblijnego Józefa, który miał prorocze sny. Wynikało z nich, że bracia, a nawet rodzice, będą mu się kłaniali. Bracia oczywiście byli zazdrośni i kiedy nadszedł sprzyjający moment, sprzedali go do Egiptu. Józef, który przyjmował życie takim, jakie jest, ciężko pracował w domu swego pana. Niesprawiedliwie posądzony został jednak wtrącony do więzienia. Tam objawił się jego talent do tłumaczenia snów. Szczęśliwym zrządzeniem losu wyjaśnił znaczenie snu faraona, który z wdzięczności mianował go zarządcą Egiptu. Po siedmiu latach, kiedy nastał głód, bracia Józefa przyszli do Egiptu, by prosić o chleb. Józef rozpoznał ich, ale nie zdradził się ze swym odkryciem. Wykorzystując podstęp, sprawił, że bracia przyznali się zarządcy do zła, które uczynili, a nawet byli gotowi ponieść karę. Józef wybaczył im jednak.

Rzecz jest jednak włożona w usta dziadka, co sprawia, że nie wyczuwamy nachalności, narzucania tekstu biblijnego czytelnikowi. Historia zaczyna się, kiedy to dwie siostry – Kasia i Lidzia (zapewne literackie wcielenie autorki) jadą na domaradzką wieś Poręby. Tam, w drewnianym domku mieszkają dziadkowie. Kiedy Kasia uskarża się, że Lidzia zbudziła ją o poranku i przerwała piękny sen, dziadek zaczyna swoją opowieść. A gdy później Kasia oskarża Lidkę o kradzież słonia – dziadziuś kontynuuje historię, której opowiadanie przerwał wcześniej.

Zadaniem krótkiej opowieści jest nie tylko przybliżenie biblijnego tekstu. Lidia Miś pokazuje, że Biblia pozostaje żywa i aktualna, że można ją odczytywać w kontekście własnego życia także dziś. Autorka – jak sądzę – chce też zatrzymać ciepłe wspomnienie. Jak dowiadujemy się bowiem z okładki: „Dziadziu Józef żył naprawdę”.

Sympatyczna, ciepła książeczka. Warto byłoby jedynie popracować nad stylem tej opowieści. Pojawiające się chwilami dziwne stwory językowe utrudniają lekturę.

A już jutro konkurs, w którym do wygrania ta właśnie książeczka z autografem autorki oraz zakładki do książek:) Zapraszamy:)

Strona domowa autorki 

Możesz kupić tu: Opowieści biblijne dziadzia Józefa

sobota, 27 lutego 2010

Dave Eggers "Dzikie stwory"

Pomysł na fabułę Dzikich stworów nie należy do Dave’a Eggersa. Wszystko zaczęło się bowiem od Maurice’a Sendaka, który w 1963 roku wydał książeczkę obrazkową Where the wild thing are. Pozycja ta wywołała burzę w amerykańskim światku książkowym, otrzymała negatywne recenzje i generalnie nie dotarła do bibliotek. Sam Eggers wyznaje, że książka go przeraziła i uporał się z nią dopiero jako mniej więcej dwudziestolatek. Krytycy literaccy musieli jednak zrewidować swoje opinie, okazało się wkrótce, że młodzi czytelnicy nie mogą oczu oderwać od stron tej książki, analizując ją bez przerwy. Jedna z recenzentek, Mary Pols dla magazynu „Time” pisała:

co czyni książkę Sendaka tak fascynującą to jej sprowadzający na ziemię efekt: Max ma napad złego humoru i, uciekając w krainę fantazji, dotyka własnej dzikiej strony, lecz wiara w rodzicielską miłość przyciąga go na powrót do 'wciąż ciepłej' kolacji, która to leczy jego rozdarcie pomiędzy strachem a ulgą.
(tłumaczenie własne; źródło cytatu oraz okładki u góry posta: Wikipedia).
Kilkadziesiąt lat później reżyser Spike Jonze (znany z takich filmów jak Być jak John Malkovich czy Adaptacja) decyduje się przenieść książkę Sendaka na wielki ekran. Prosi Eggersa o pomoc przy pisania scenariusza. Po latach odzywa się i sam autor Where the wild things are, który sugeruje Eggersowi napisanie powieści. Efektem kilkuletniej pracy jest film Spike’a Jonze’a Gdzie mieszkają dzikie stwory oraz omawiana tu książka Dave’a Eggersa.




Czy to jednak analogiczne historie? Autor notuje:

Jeśli widzieliście film, to zorientujecie się, że w jednych miejscach książka wiernie się go trzyma, w innych zaś od niego odchodzi. Kiedy siadałem do książki, sądziłem, że będzie tylko przeróbką filmu; im bardziej jednak, jak Max, wikłałem się w gąszcz akcji, znajdowałem inne drogi na wyspę i z niej, w rezultacie czego dołączyłem własną interpretację opowieści o Maxie. Ostatecznie Max z książeczki to wersja Maurice’a. Max filmowy jest wersją Spike’a, zaś Max z tej książki stanowi kombinację dwóch pierwszych i Maxa z mojego własnego dzieciństwa.
Bohaterem książki jest Max, chłopiec, który ma rozwiedzionych rodziców i wkurzającą, bo niezwracającą na niego żadnej uwagi, siostrę. Pewnego dnia, kiedy wszystko jak zwykle idzie źle, ucieka z domu, do lasu. Tam natrafia na przycumowaną do brzegu łódź. Bez większego namysłu wsiada do niej i płynie. Trafia na wyspę zamieszkiwaną przez dzikie stwory, większe od niego o kilka metrów, owłosione, brudne, niszczące wszystko dookoła… Dziarsko wyznacza się ich królem. Od tej pory stwory robią, co im każe. Wkrótce odkrywa, że mają swoje lęki, czułe punkty, których lepiej nie drażnić.

Stwory to alter ego bohatera. Carol, kiedy coś idzie nie po jego myśli, zaczyna mówić o głosach, które rzekomo mają nieść zagrożenie. To typowy syndrom ucieczki. Judith jest wieczne podejrzliwa, nie potrafi do końca zaufać Maxowi. Ira ma poczucie pustki. Wydaje mu się, że próżnia chce go objąć. I tak dalej… Max usiłuje zaradzić na problemy stworów, w końcu przecież jest królem i to jego obowiązek. Po kilku nieudanych akcjach proponuje wybudowanie fortu – miejsca, które ochroni wszystkich przed wszystkim. I choć początkowo rzecz doskonale się układa, nawet zwaśnieni Carol i Katherine zaczynają się ze sobą zgadzać, to jednak lęk wkrada się i tu, burząc wszystko.

Książka Eggersa, a przed nią – Sendaka, daje szansę wejrzeć w duszę starszego dziecka, zwłaszcza tego zranionego, zbuntowanego czy zagubionego. I nie jest to wizja słodka! Oglądamy nie tylko dziecięcą złość, ale i ogrom agresji, autoagresji, permanentną destrukcję, szał. Tu wszystko śmierdzi, jest podejrzane i nie daje poczucia bezpieczeństwa. Wielokrotnie pojawia się motyw zjadania głowy czy wręcz pożerania drugiego jako synonimy zniszczenia jednostki, odebrania mu jego godności i praw.

Max w świecie imaginacji mierzy się sam ze sobą. Poznaje dzikie zwierzę, które tkwi w nim samym. I choć początkowo jest mu w tym świecie dobrze, odkrywa, że nie potrafi sobie/stworom pomóc. Musi wrócić. Do matki. Do kolacji, która okazuje się jeszcze ciepła. Do stabilizacji, która choć jest chwiejna (nie ma ojca), daje poczucie bezpieczeństwa.

Intrygująca, wyzwolona książka. Absolutnie wciągająca i zaskakująca.

Wydane przez Zysk i S-ka

Możesz kupić tu: Dzikie stwory

Strona filmu

piątek, 26 lutego 2010

Elżbieta Zubrzycka "Powiedz komuś!"

Czy kiedyś (na przykład dwadzieścia lat temu) dzieci były bezpieczniejsze? Czy mogły się bawić na podwórku bez opieki? Czy można było zostawić wózek przed sklepem? Ja mam nieodparte wrażenie, że na wszystkie postawione pytania można odpowiedzieć „tak”. Dziś o bezpieczeństwo maluchów trudniej…

Książka Elżbiety Zubrzyckiej Powiedz komuś! została napisana z myślą o przedszkolakach. Może posłużyć, podobnie jak inna książka tej autorki, za pomoc dla wychowawców przy przeprowadzaniu zajęć czy dla rodziców, którzy nie wiedzą, w jaki sposób na niektóre tematy rozmawiać. Ja muszę przyznać szczerze, że cieszę się z tej książeczki w naszej biblioteczce.

Kolejne stronice przedstawiają scenki, które zostały opatrzone komenatrzem-hasłem (zakazem). Całą książkę podzielono na cztery tematyczne części. Pierwsza dotyczy szacunku dla przyrody. Znajdziemy tu dobrze nam znane z podstawówki przykazy „nie wolno deptać trawników” czy ogólniej „nie wolno śmiecić”. Zwrócono również uwagę na los porzucanych i krzywdzonych zwierząt. Druga część dotyczy szacunku do drugiego. Mały człowiek może nauczyć się, że nie wolno kłamać, obmawiać, narażać innych na niebezpieczeństwa czy bawić się szkodliwymi rzeczami. Te dwie partie rysunków są dość oczywiste i zrozumiałe. Nie budzą też większych moich emocji.

Kolejne dwie robią się ciekawsze i to one tak naprawdę najwięcej do książki wnoszą. W trzecim rozdziale podkreśla się bowiem znaczenie szacunku dorosłych do dzieci. Na jednej stronie pani krzyczy na dziecko, które opuściło głowę, na innym pan pokazuje maluchowi nieprzyzwoite obrazki, na następnym pan straszy dziewczynkę, na kolejnym mama twierdzi, że przestanie kochać synka … I jeszcze kilka innych, niezwykle sugestywnych i – myślę – prawdziwych.

Czwarta część porusza jeszcze bardziej. Tu dzieci uczą się szacunku do własnego ciała. Nie tylko dowiedzą się, że nie powinny nadmiernie się opalać, ale przede wszystkim, że mogą (czy nawet muszą!) zaprotestować, gdy ciocia szczypie je w policzki, pan/wujek/tata dotyka między nóżkami czy każe dotykać siebie. Jest też scenka, która uczy, by nie wkładać przedmiotów do otworów w ciele. Tę ostatnią lekcję mamy już przerobioną w praktyce (koralik znalazł się w nosie naszej córuchny, a mama mało nie dostała zawału).

Każdą partię poprzedzono krótkim wprowadzeniem dla rodziców czy opiekunów. Można tam znaleźć wskazówki, jak poprowadzić rozmowę. Przypomina się też, że celem tej edukacji powinno być nie tylko wyrobienie szacunku dla człowieka, ale głównie mówienia o swoich lękach i o swoim „nie”.

Uważam, że podjęte w książce tematy są ważne i trzeba o nich z dzieckiem rozmawiać. Czasem z lenistwa, a czasem z obawy o ośmieszenie się przed potomkiem, wolimy dać sobie spokój. Myślimy – w szkole go nauczą. Czy jednak – jako rodzice – możemy rezygnować z wpajania dziecku szacunku do innych, ale i z nauki walki o siebie?

Wydało GWP

Możesz kupić tutaj: Powiedz komuś!

czwartek, 25 lutego 2010

Niszczenie książek

Wielu rodziców, dbających o karierę czytelniczą swoich pociech, jest w pewnej rozterce. Bo z jednej strony chcą pozwolić na bezpośredni kontakt z książkę, drukiem i ilustracjami, ale z drugiej – krwawi im serce, gdy widzą, jak niewprawnie maluch z nią się obchodzi. Kiedy roczniak dostaje w rączki książeczkę, po chwili strony są w najlepszym wypadku pomięte, w najgorszym – porwane.

Czy jest na to jakaś rada? Ano jest! Wystarczy zaopatrzyć się w kilka książeczek ze sztywnymi stronami i zwyczajnie zaakceptować fakt, że dziecko musi przejść przez ten etap. Książka książce nierówna! Wiele tych ze sztywnymi stronicami ma kosmiczne ceny i nadal jednak szkoda nam tak zwyczajnie rzucać pieniądze w błoto. Można więc kupić te tańsze, za które zapłacimy kilka złotych. Na przykład takie:



Wymienione tu pozycje zawierają wierszowaną opowieść o piesku Dingo, sporo ilustracji i zaledwie 10 stron, a zatem dziecko się nie znudzi, zaciekawią go szczegóły obrazków, a i nam nie będzie szkoda, gdy książka się zniszczy. Z doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że takie książeczki są dość trwałe. Nasze przeszły już przez drugą parę rąk i zniszczyły się doszczętnie bodaj dwie na dziesięć. Omawiany tu typ książek ma jeszcze jedną zaletę – są one niewielkiego formatu, więc łatwo je wrzucić do torebki i wyjąć w trudnym dla malucha (i rodzica!) momencie – u lekarza, w kawiarni czy w podróży.

Wydało Na przytulnej

Disney Koncert: Magiczna Muzyka

Może nie jest to książkowy temat, ale z cała pewnością bajkowy. Moja córka uwielbia stare filmy Disneya - Dumbo, Pinokio, Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków, Piotruś Pan, i nowsze Dzwoneczek czy Piękna i bestia... Uwielbia też muzykę! Bez trudu rozpoznaje w BabyRadio piosenki z bajek. Na pewno pójdziemy na ten koncert, mimo dość drogich biletów.

(informacja prasowa)
W marcu 2010 roku do pięciu miast w Polsce: Zabrza, Wrocławia, Bydgoszczy, Gdyni i Poznania, zawita niezwykły koncert!

„Magiczna Muzyka” Disneya to połączenie wykonywanej na żywo muzyki symfonicznej i najpiękniejszych filmów Disneya. Przy dźwiękach filmowych melodii widzowie wyruszą w podróż dookoła świata na spotkanie z bohaterami takich filmów jak „Aladyn”, „Piękna i Bestia”, „Mała syrenka”, czy „Król lew”. Zespół 60 muzyków Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Zabrzańskiej pod kierownictwem Sławomira Chrzanowskiego wykona najpiękniejsze melodie, którym towarzyszyć będzie projekcja slajdów i fragmentów animacji Walta Disneya na wielkim ekranie.

„Magiczna Muzyka” to koncert przeznaczony nie tylko dla dzieci i młodzieży, ale dla wszystkich miłośników animowanych filmów Walta Disneya i znakomitej muzyki. Koncert składa się z ośmiu suit skomponowanych specjalnie do filmów Disneya m.in. przez Alana Menkena, Bruce’a Broughtona i Jerry’ego Goldsmitha. Ten niezwykły koncert to prawdziwe święto dla małych i dużych wielbicieli filmów Disneya - niezapomniane przeżycie zarówno dla dzieci, jak i rodziców.

Koncerty skierowane są do dzieci i młodzieży, jak również do wszystkich miłośników dobrej muzyki. Wykonywane przez orkiestrę Filharmonii Zabrzańskiej dyrygowaną przez Sławomira Chrzanowskiego koncerty odbędą się w marcu w Zabrzu (13.03.2010), Wrocławiu (14.03.2010), Bydgoszczy (20.03.2010), Gdyni (21.03.2010) i Poznaniu (24.03.2010).

Bilety można nabyć w czterech kategoriach cenowych: 15, 35, 50, 70 zł.

Więcej informacji na Magiczne Koncerty


Wykonawcy:
Orkiestra Filharmonii Zabrzańskiej
Sławomir Chrzanowski – dyrygent

Organizator: TRINITY Entertainment

Terminy Koncertów:
13.03.2010 - Zabrze, Dom Muzyki i Tańca, godzina: 14:00, 16:30, 19:00
14.03.2010 - Wrocław, Hala Stulecia, godzina: 14:00, 16:30
20.03.2010 - Bydgoszcz, Hala Łuczniczka, godzina 14:00, 16:30
21.03.2010 - Gdynia, Hala Gdynia, godzina 14:00, 16:30
24.03.2010 - Poznań, Hala Arena, godzina 16:30, 19:00

środa, 24 lutego 2010

Ulf Stark "Jak tata pokazał mi wszechświat"

Jak tata pokazał mi wszechświat została napisana chyba z myślą o wieczornych czytankach-przytulankach. To krótka, bogato ilustrowana opowiastka, której lektura zajmie jedno posiedzenie. Szczególnie przypadnie do gustu chłopcom i ich tatusiom. Dlaczego? Ano dlatego że główny bohater to Ulf, który razem z tatą wyrusza na wycieczkę… taką męską, kiedy to starszy będzie tłumaczył młodszemu, czym jest wszechświat.

Ich wędrówka obfituje w zaskakujące dla malca odkrycia – okazuje się na przykład, że kałuża odbijająca tatę wpatrującego się w niebo wszechświatem nie jest. A szkoda, bo bohater-narrator stwierdza: „nigdy nie widziałem nic piękniejszego”.

Dziecko zupełnie inaczej postrzega świat niż dorosły – daje nam do zrozumienia Ulf Stark. To, co śmieszy małego, powoduje, że duży zaczyna się wściekać. Kiedy tata wpada w uniesienie, syn stoi mocno zdziwiony. I choć wydawałoby się, że porozumienie, „spotkanie” tych dwoje jest niemożliwe, rzeczywistość zaskakuje.

- A ja chciałem pokazać ci coś pięknego. Coś, co zapamiętasz na całe życie – powiedział i chwycił mnie za rękę.
- I zapamiętam – odparłem.

Dziecko nie zapamięta może nazw poszczególnych gwiazdozbiorów. Zapamięta za to ojca z zachwytem wpatrzonego w rozgwieżdżone niebo, jego troskę i miłość – bo właśnie to stanowi dla niego synonim piękna.
Niezwykle ciepła i prosta opowieść dla dużych i małych!


Książka wydana przez Zakamarki

Możesz kupić tu: Jak tata pokazał mi wszechświat

"Gdybym nie zrobiła z taty astronauty" w programie I PR

Zakamarki  informują:

Od poniedziałku 1.03 do piątku 5.03

w Programie I Polskiego Radia

w audycji RADIO DZIECIOM o godz. 19:30

Dominika Kluźniak przeczyta fragmenty książki
Gdybym nie zrobiła z taty astronauty.



Zapraszamy do słuchania!

Mariusz Wollny "Jak Lolek został papieżem"

Przyznam szczerze – bardzo żałuję, że moje dzieci nie będą miały szansy zobaczyć i posłuchać papieża Jana Pawła II ani żyć w czasach, kiedy każdy Jego gest, każde słowo i działanie był dla świata znaczące. Tym bardziej więc czuję, że na nas-rodzicach spoczywa wyjątkowo trudny obowiązek przekazania Jego spuścizny naszym maluchom.

Wyobrażam sobie, że za kilka lat siadam z dzieciakami i czytam im Jak Lolek został papieżem. Lekturę co rusz przerywam, aby dodać coś od siebie. Janek na pewno zapyta, czy jego imiona otrzymane na chrzcie odsyłają do tego Wielkiego Papieża. Marta zechce zobaczyć, jak wyglądał. Zaczniemy szukać w necie zdjęć… Czuję, że zawsze już ta postać będzie mnie poruszać. Tak też dzieje się dziś, kiedy czytam książkę Wollnego.

Opowieść o Lolku jest przeznaczona dla dzieci, które rzeczywiście nie miały okazji zobaczyć na własne oczy, jak żył Karol Wojtyła. Historia rozpoczyna się niedługo po tym, jak umiera mama małego Lolka. Poznajemy go jako chłopca pilnego, pracowitego, ale też uwielbiającego zabawę – granie w piłkę i marzenia o zostaniu lotnikiem. Z kolejnych rozdziałów dowiadujemy się o maturze i kremówkach, studiach polonistycznych i zaangażowaniu w aktorstwo, a potem o wojnie i utracie ojca, a także zmaganiach z własnym powołaniem. Druga część opowieści o Karolu nazwana została „Pomazaniec z Krakowa”. W niej zawierają się wspomnienia dotyczące jego drogi kapłańskiej aż do momentu śmierci. Tu w sposób szczególny zadziwia czytelnika skromność bohatera oraz jego poczucie humoru. Książka została zbogacona o trzecią część, w której znajdziemy informacje dotyczące topografii Watykanu i Krakowa oraz zwyczajów i upodobań Jana Pawła II.

Jak Lolek został papieżem to w rzeczywistości biografia, skrojona pod dziecięce możliwości recepcyjne. Na pewno jest ta książka dobrym punktem wyjścia do dalszych opowieści o Wielkim Rodaku.

Wydał Skrzat
 
Możesz kupić tutaj: Jak Lolek został papieżem

wtorek, 23 lutego 2010

Elżbieta Zubrzycka "Jak pomyślę, tak zrobię"

Książka Zubrzyckiej nie jest literaturą sensu stricto. Choć rzeczywiście znajdziemy tu krótką opowieść o grupce dzieci, jest ona zdecydowanie podporządkowana pewnej myśli pedagogicznej. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne kieruje część publikacji do dzieci. Omawiana tu mieści się w ramach serii „Bezpieczne dziecko. Komunikacja – rozwiązywanie konfliktów”.

Marek ma zamiar z chłopakami zagrać mecz. Wcześniej ćwiczy jeszcze, aby wypaść jak najlepiej. Niestety nie udaje mu się dziś trafić do pustej bramki, co więc będzie, gdy stanie w niej bramkarz. Chłopaka ta myśl zatrważa, więc zły jak osa i wściekły na siebie, idzie do domu. Nie zagra w żadnym meczu. Kasia i Anka wpadają na pomysł, żeby przenieść plastikową ławkę z tarasu na podwórko, gdzie ma odbyć się mecz. Ania jest pewna, że wszyscy będą się z ich pomysłu śmiali. Kasia chce dopiąć swego i wpada na niebezpieczny pomysł – chce spuścić ławkę z balkonu na sznurkach do wieszania prania. Na szczęście na drodze Marka i dziewczyn staje ktoś rozsądniejszy – Jan, przyjaciel siostry Marka, i Piotrek, rówieśnik dziewczynek.

Jak pomyślę, tak zrobię wskazuje pośrednio na przyczyny braku pewności siebie, wycofywania się z podjętych akcji, źródła konfliktów między dziećmi. Po części obciąża rodziców (Kasia wpada na pomysł z ławką, bo chce być chwalona; „Tata rzadko ją chwalił, a tu nadarzała się taka okazja”). Brak wzmacniania w dziecku pewności siebie, a także często negatywne, podcinające skrzydła zdania, sprawiają, że starsze dziecko pozostaje wobec siebie takim właśnie „surowym rodzicem”. W myślach bezustannie się karci, przejmuje się opiniami innych, unika konfrontacji.

Do opowieści o dzieciakach dołączony został scenariusz lekcji czy zajęć z młodzieżą szkolną – krótkie pytania skłaniające do autorefleksji oraz sugestie, jak poprawić samoocenę. Książka Zubrzyckiej na pewno sprawdzi się w szkole. Krótkie rozdzialiki mogą stanowić punkt wyjścia do dyskusji, a dodatek dydaktyczny nie pozostawi nauczyciela bez fachowego wsparcia.

Wydało GWP
 
Możesz kupić tutaj: Jak pomyślę, tak zrobię

poniedziałek, 22 lutego 2010

Madonna "Angielskie Różyczki"

Tak, tak, nie przecierajcie oczu ze zdumienia! Dziś będę pisała o książce dla dzieci autorstwa Madonny, tej Madonny. Przyznam, że kiedy zobaczyłam tę pozycję na bibliotecznej półce, zdębiałam! Myślę sobie, co dobrego może wypłynąć spod ręki tej kobiety. Angielskie różyczki to pierwsza z pięciu książeczek (w Polsce wydano chyba tylko trzy) dla dzieci. I zastanawia mnie, czy przypadkiem fakt, że jest to książka pierwsza, nie pozostaje tu bez znaczenia.

Cztery dziewczynki, określane jako papużki-nierozłączki, Nicole, Amy, Charlotte i Grace, świetnie się rozumieją. Mają wspólne zainteresowania – czytają te same książki, lubią tańczyć i urządzać pikniki. Wszystkie też są zazdrosne o Binah, dziewczynkę z sąsiedztwa. Jest ona prześliczną blondynką i wszyscy dorośli co rusz ją chwalą. Zawiść powoduje, że przechodzą obok niej obojętnie i – trzeba to nazwać po imieniu – obmawiają ją po kątach. Binah tymczasem chodzi dość smutna, bo czuje się samotna. Pewnego dnia, gdy Angielskie Różyczki nocują u Nicole, jej mama zwraca się do nich z prośbą, by przemyślały swój stosunek do dziewczynki. We śnie zaś przychodzi do nich wróżka, która pokazuje prawdziwe życie Binah – nie ma matki, wszystkie prace domowe musi wykonywać sama, nie ma nikogo naprawdę bliskiego.

Historyjka jest – jak widać – bardzo prosta. Nawet w pewnym momencie, kiedy dziewczynki widzą spracowaną, umorusaną Binah, wołają „Przypomina mi Kopciuszka”. Nie wiem jednak, czy swoisty brak oryginalności ma tu znaczenie. Problem zazdrości wśród nastolatek (Różyczki mają po 11 lat) jest obecny, by nie rzec – głęboko zakorzeniony. Sama autorka mówi o inspiracji do napisania tej historii: „jako dziecko byłam zawistna wobec innych dziewczynek, zazdrościłam im wielu rzeczy; tego, że miały matki, że były ładniejsze lub bogatsze. Dopiero kiedy dorośniesz, zdajesz sobie sprawę, że pielęgnowanie takich uczuć to tylko strata czasu”, a w wywiadzie dla amerykańskiego wydawcy tej książki przyznaje: „Ludzie, którzy mi zazdroszczą, są dla mnie niemili, a małe dziewczynki zazdroszczące mojej córce odtrącają ją”. Tematyka więc jest ważna. Warto czytać dziewczynkom tego typu historie, aby uczyły się nie osądzać przedwcześnie. Jak wspomniałam w pierwszym akapicie, i ja miałam gotowy obraz tej lekturki, a książka wcale nie jest jakaś szczególnie beznadziejna.

Przez głowę przemyka mi jedynie pytanie – ile w tej publikacji wyszło od Madonny, a ile od wydawcy i innych osób pracujących przy tej książeczce?

Wydane przez Zysk i S-ka

Możesz kupić tu: Angielskie Różyczki

Dziecko w kuchni! (książki oswajające rodziców!)

Wpuszczenie dziecka do kuchni, a tym bardziej pozwolenie mu na uczestnictwo w przygotowaniu posiłku, to dla wielu rodziców myśl zatrważająca. Bo gdy malec zacznie przeglądać szafki kuchenne, zrobi taki bałagan, że głowa zaczyna boleć. A jeśli pozwolimy mu przygotowywać z nami posiłek, wszystko wydłuży się dwa razy, trzeba będzie myć szkraba, przebierać go i jeszcze – nie daj Boże! – opatrywać rany! Nic więc dziwnego, że wzbraniamy się rękami i nogami przed pozwoleniem córeczce czy synkowi na smarowanie, krojenie, mieszanie czy zmywanie!

Takie podejście to jednak kręcenie bicza na samego siebie. Dla portalu Nasze maluchy pisałam:

Doświadczenia kuchenne są bardzo ważne - trudno się z tym nie zgodzić. Każdy z nas przecież je i codziennie do kuchni zagląda. Rodzic, który zamyka przed dzieckiem drzwi do kuchni, bo tak jest czyściej i szybciej, za kilkanaście lat, mając w domu wyrośnięte pacholę, będzie czuł się jak służący. Dziecko nienauczone wcześniej, jak ugotować zupę, jak zrobić sobie śniadanie, będzie w pewnym sensie upośledzone. Mamusie, wyręczając swoich synków we wszystkim w kuchni, właśnie w ten sposób przyczyniają się do wychowania niezdolnego do samodzielnego życia mężczyzny. Podobnie z dziewczynkami - jeśli nie mają stałych obowiązków w kuchni, trudno później zaakceptować im to, że nagle muszą komuś (mężowi, dzieciom) gotować.

Pełny tekst znajduje się tutaj!

Proponuję więc dziś zestaw książek oswajających rodziców! Bo dzieci, jeśli pozwolimy im wejść do kuchni, nie będą miały najmniejszego problemu z aklimatyzacją tam właśnie:)

Zestaw książeczek do wspólnego czytania:

Joanna Krzyżanek Cecylka Knedelek i fabryka czekolady; Cecylka Knedelek i cukierenka Pod Wisienką; Cecylka Knedelek i ulica ciasteczkowa
Gabriela Niedzielska, Grzegorz Kasdepke Słodki rok Kuby i Buby
Delahaye Gilbert, Colson Hubert Kuchnia Martynki. Najlepsze przepisy
Cordula Pertler, Eva Reuys Włoskie tygodnie
Zbigniew Kacprowicz Wierszem gotowane. Książka kucharska dla dzieci
Anna Piot Moja kuchnia
Małgorzata Musierowicz Całuski pani Darling
Christine Keil, Bernhardt Link Gotowanie to nie magia?
Małgorzata Strzałkowska Rymowane przepisy na kuchenne popisy
Beata Lipov Dzieciaki do kuchni, czyli rodzinne gotowanie
Wolfgang Löscher Jak to pachnie i smakuje
Anna Kłosińska Przepisy Tosi i Franka, czyli jedz zdrowo od najmłodszych lat
Gina Ford Książka Kucharska dla maluchów i niemowląt
Beata Biały Twarożek Białej Damy i inne dania prosto z bajki
Sheila Ellison, Judith Gray 365 smaków dla naszych dzieciaków

Możesz kupić tutaj!

Nie zapomnijcie tylko o fartuszku kuchennym i dobrym humorze! Powodzenia:)

sobota, 20 lutego 2010

"Majster Klepka" nr 2

(od wydawcy)
"Majster Klepka" to kwartalnik do wycinania-sklejania dla całej rodziny."Witamy na Ośce*
Nasza Ośka zimą zmienia się nie do poznania. Krzywe chodniki pokrywa
warstwa świeżego szarego puchu. Rowery i deskorolki czekają na wiosnę
upchnięte w piwnicach. Teraz wszyscy zjeżdżają na sankach z osiedlowej
górki. Mróz trzyma tak, że nawet osiedlowe pieski poubierały się w
swetry.

* Ośka - potoczna nazwa osiedla mieszkaniowego

Czas złożenia: 2-3 godziny
Data wydania: 2010
Wymiary: 34x49 cm


"Czarodziejska kura" nr 4 (3/2009)

(od wydawcy)

"Czarodziejska Kura" to nowe czasopismo dla dzieci. Jest duże, kolorowe i niepodobne do żadnego innego wydawanego dziś w Polsce.

"Czarodziejska Kura" wydawana jest w formie zeszytów, wydrukowanych na ładnym grubym kartonie, dzięki czemu posiada zalety i czasopisma i małej książeczki. W środku są wierszyki, opowiadania, kolorowanki i w każdym numerze ciekawa i oryginalna wycinanka. "Czarodziejska Kura" jest pismem autorskim - wszystkie publikowane w niej teksty i ilustracje powstały specjalnie na nasze zamówienie. W "Czarodziejskiej Kurze" nie ma reklam ani żadnych ukrytych treści marketingowych. "Czarodziejska Kura" jest zawsze aktualna. Nowe zeszyty ukazują się co dwa miesiące, natomiast archiwalne numery zawsze można zamówić wysyłkowo (o ile nakład nie został wyczerpany).

"Czarodziejska Kura" została wyróżniona w międzynarodowym konkursie projektowania graficznego European Design Awards. Otrzymaliśmy srebrny medal w kategorii "Self-initiated projects".

format gazety: 22,5x31,5 cm
ilość stron: 16
częstotliwość ukazywania się: co 1-2 miesiące
cena: 8 zł

Strona z "Czarodziejską Kurą"

piątek, 19 lutego 2010

Åsa Lind "Piaskowy Wilk"

Książka Piaskowy Wilk ma niezwykłą moc. Czuję się zaczarowana od pierwszego wejrzenia na okładkę.

Historia zaczyna sie zwyczajnie. Karusia, mieszkająca z rodzicami w domu przy plaży, chce iść się wykąpać w morzu. Niestety tata ma ważniejsze zajęcia, mianowicie musi przeczytać gazetę. Dziewczynka idzie więc sama pobawić się. I wtedy zaczyna się niezwyczajne… Kiedy Karusia kopie w piasku dół, nagle wyłania się z niego zwierzę – wygląda jak wilczur, a jego futerko ma kolor słonecznożółtego pustynnego piasku. To Piaskowy Wilk, jest bardzo stary i zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Karusia biegnie do niego zawsze wtedy, gdy chce się pobawić, gdy pokłóci się z rodzicami, gdy jej się nudzi lub ma pytania, na które nikt nie chce jej odpowiedzieć.

Każdy z nas – jak sądzę – odnajdzie się w portrecie rodziców dziewczynki. Wiecznie czymś zajęci, skupieni na pracy, obowiązkach, w pogoni, bez chwili czasu na myślenie. My przecież też zbywamy nasze maluchy, kiedy chcą nam pomóc przy zmywaniu, słowami: „Sama zrobię to szybciej”. A gdy proszą, by się z nimi pobawić, często mówimy: „Nie teraz, jestem zajęta(y). Idź się pobawić”. Na szczęście rodzice Karusi zawsze zdążą się opamiętać. Można rzec, że właśnie dzięki niej i jej dziecięcemu spojrzeniu na świat, ich życie ma szansę być normalne – bo znajduje się czas na kąpiel w morzu, można zdjąć maskę paniusi i zaśpiewać piosenkę, nieźle się przy tym bawiąc, udaje się zatrzymać i posiedzieć na kamieniu… Innymi słowy, żyje się!

Karusia jest zwyczajną dziewczynką. Jak każde dziecko ma siniaki na nogach i czasem nie do końca mądre pomysły (np. zjeżdżanie na rowerze po stromej, gładkiej skale). Wymyśla swój własny język i porządkuje plażę. Bywa też, że wychodzi z domu, bo jest zła na mamę czy tatę.

Piaskowy Wilk zaś to symbol mądrości, ale również nieskrępowania, wolności i ciepła. Karusia nie tylko może wtulić się w jego ciepłe futerko i poczuć się bezpiecznie. Zwierzę reaguje entuzjastycznie na każdą propozycję dziewczynki. Do tego zna odpowiedzi na wszystkie pytania. I choć nie zawsze odpowiada wprost, potrafi pomóc jej znaleźć rozwiązania. Ma więc w sobie coś i z dorosłego, i z dziecka. Domyślam się – niestety jestem już dorosła! – że Karusia wymyśla sobie tego przyjaciela, jak wiele dzieci w jej wieku, po to, by móc zmagać się z lękami i rzeczywistością, której nie rozumie.

Myślę, że książka jest potrzebna i dorosłym, i maluchom. Tym pierwszym, by przypomnieć im, jak to jest być dzieckiem. Tym drugim, by dać odpowiedzi i przybliżyć trochę świat dorosłych.

- (…) zdaniem taty i mamy to ja w ogóle za dużo wierzgam i kopię – powiedziała Karusia. – W każdym razie przy stole.
- No pewnie! Za dużo! – parsknął Piaskowy Wilk. – Łatwo im mówić! Są dorośli i już zapomnieli!
- Że niby co zapomnieli? – spytała Karusia.
- Że jak się rośnie, to w całym ciele wierzga coś i bryka bez opamiętania. Jak popopopopocorn! – powiedział Piaskowy Wilk. – Ty to wiesz i ja, i każda najmniejsza żabka. Ale dorośli, oni już nie rosną i zapomnieli, jakie to uczucie!

Czym muszę jeszcze dodawać, że pokochałam tę książkę?

Książka wydana przez Zakamarki

Możesz kupić tu: Piaskowy Wilk

czwartek, 18 lutego 2010

Agata Półtorak "Bee, mee i kukuryku"

Co ciekawego można napisać o książce, której fabuła, dialogi sprowadzają się do odgłosów zwierząt? Na kolejnych stronach jeno meczą, beczą i ćwierkają… Chcę tu jednak od razu napisać, że na tle wielu książek o zwierzątkach i ich odgłosach, książka Półtorak okazuje się być całkowicie wyjątkową.

Na kolejnych stronach naprawdę prezentowane są zwierzątka, jak świnia, koń, żaba czy bocian. Obok drukowanymi literami napisano, jakie to zwierzę oraz jaki odgłos wydaje. Ot i wsio! Niby nic, ale jeśli kiedykolwiek pokazywaliście prawie roczniakom książeczki ze zwierzątkami i uczyliście je mówić „kumkum” czy „patataj”, doskonale wiecie, że pozycje te były żenująco kiczowate. Obrazki zazwyczaj komputerowe, zupełnie bez ducha i bez smaku. U Półtorak mamy do czynienia z prawdziwą ilustracją! Na białym tle, na trawce z kawałka koronki hasa sobie baranek z czarnej wełny, a parę stron dalej wykonany z kolorowych tkanin kogut pieje jak oszalały. Na pewno wykorzystano tu też inne techniki (obok wycinanek), ale nie potrafię ich nazwać. Co próbuję powiedzieć, to przede wszystkim to, że nie jesteśmy skazani na kicz. Mało tego, Drogi Rodzicu, jeśli chcesz dbać o rozwój Twojego dziecka, dlaczego by od razu nie zacząć dbać też o wychowanie estetyczne? Nie jest przecież bez znaczenia, co Twój maluch ogląda, w świecie jakich obrazków się obraca, czym cieszy oczy...

Na końcu książki rodzice znajdą też kilka stron dla siebie. Zamieszczono tam artykuł, w którym pokrótce omawia się fizjologię rozwoju mowy, wskazuje na korzyści wypływające z zabaw językowych, podaje propozycje tychże. Padają zdania:

Niepoważna wydawałoby się zabawa w ”jak mówi kotek? – miau, piesek – hau, myszka – pi pi, baranek- mee, krówka- muu, konik – ihaha, wąż – Sass”, pozwala dziecku ćwiczyć podstawy zrozumiałej mowy.
Dlatego zachęcajmy dziecko do powtarzania dźwięków. Na wesoło, dla zabawy. Żadnych oczekiwań, że musi to zrobić bezbłędnie i doskonale. Jeśli mu się nie udaje, nie chce powtarzać, - odpuśćmy, nie naciskajmy, wrócimy do ćwiczenia później. Za dwa dni, a może za miesiąc, malec z radością powtórzy dany dźwięk i będzie się nim cieszyć.


Aa!! Marta rewelacyjnie udaje wilka, Janek żabę, a ja konia i świnię!

Wydało GWP

Możesz kupić tutaj: Bee, mee i kukuryku

"Abecadło" nr 2/2009

(Informacja od wydawcy)
 
Witamy w numerze lutowym!
Zaczynamy wierszem „Biuro marzeń”, potem warto przeczytać notatki Leona, by poznać ważne lutowe daty i przypomnieć sobie zasady bezpiecznej zimowej zabawy. Zuzia przygotowała niespodzianki na przyjęcie urodzinowe Leona, a leśne zwierzęta odwiedziły chorego jeżyka.

Zapraszamy w podróż z legendą – tym razem odwiedzimy Poznań i poznamy historię poznańskich koziołków. Myszka Zuzia zaprasza na lekcję rysowania szlaczkowego dzika, a na stronie18 znajdziecie pomysł na walentynkową laurkę.

Jak w każdym numerze „Abecadła” czekają na Was literki i cyfry do napisania, są też łamigłówki matematyczne i nie tylko oraz malowanka do pokolorowania. Poznamy nowe angielskie wyrazy oraz ciekawostki ze świata kotów i świata niedźwiedzi.

Dla tych, którzy lubią rysować, przygotowaliśmy konkurs plastyczny, a ci którzy postanowili wziąć udział w abecadłowym konkursie całorocznym, znajdą kolejny kupon do przyklejenia na kalendarzu, który dołączyliśmy do numeru styczniowego naszego pisma.

Zapraszamy do wspólnej zabawy i nauki! Do zobaczenia na kartach „Abecadła”!

Redakcja oraz Zuzia i Leon
Wydawca: Aksjomat

Lucyna Legut "Trzy bajki"

W naszej bibliotece dla dzieci pracuje młoda, jak się okazuje, świetna bibliotekarka! Oprócz tego, że Marta wybiera dla siebie książeczki sama, ja zawsze proszę o polecenie czegoś wartego uwagi i czytania. Biorę bez gadania, co mi bibliotekarka daje. Zawsze mam wrażenie, że książeczki niepozorne, niektórych nazwisk i tytułów zupełnie nie kojarzę. Dopiero gdy zaczynam(y) czytać, przeglądać, szukać informacji o autorze, po raz kolejny odkrywam, że to były strzały w dziesiątkę. A bibliotekarka, jak mało która, niestety!, zna się na rzeczy!

Książka Legut wyjątkowo jednak rzuciła mi się w oczy za sprawą starannego wydania i intrygujących, trącących myszką ilustracji. Odwróciłam ją, by przeczytać notę i oto okazało się, że autorka, a zarazem ilustratorka, urodziła się w 1926 roku. Ale numer! – pomyślałam – ta lektura na pewno będzie inna niż wszystkie!

Otwierająca książeczkę Historia dosyć niebrzydka o kocie i margerytkach opowiada o spotkaniu kota z psem i, jak można się domyślić, nie było to przyjazne spotkanie. Rzecz jednak kończy się zaskakującą deklaracją, której treści tutaj nie zdradzę. Warto za to pochylić się chwilę dłużej nad obrazkami. Każdy dwuwers wierszyka bowiem został osobno zilustrowany. I to jak zilustrowany! Jeśli pamiętacie Ferdynanda Wspaniałego, Porwanie Baltazara Gąbki, ilustracje do wierszy Ludwika Jerzego Kerna, poczujecie się jak u siebie. Legut tworzy postaci wyraziste, w większości chude jak patyk, za to z ogromnymi oczami, które czasem budzą moje przerażenie. Jej rysunki są z jednej strony oszczędne, z drugiej zaś, pojawiają się drobne detale, które nadają całości absurdu czy nawet pewnego odrealnienia. Obrazek przedstawiający kota w płaszczyku z margerytek chętnie zawiesiłabym dzieciom w pokoju!


 Dwie pozostałe bajki są nieco dłuższe. Pierwsza z nich traktuje o smętnej niedzieli, kiedy to diabeł z aniołem wędrują po mieście i nudzą się jak mopsy. W kawiarni diabełek postanawia „siąść” na Rudzia (Rudolfa) i zachęcić go do powiedzenia kilku nieprzystojnych zdań. Choć anioł próbuje ratować sytuację, zdaje się, że jego moc działania jest zdecydowanie mniejsza. Druga historia opowiada o zamianie butów. Pani Piekarzowa przez pomyłkę odbiera u szewca buciki czarownicy. Pod koniec dnia już całe miasto jest zaczarowane i – jak mówi policjant – podejrzane.

Trzy bajki Lucyny Legut mają bawić. Nie zmęczymy się więc pouczeniami. Autorka liczy jedynie na szczery, perlisty śmiech! Mam wrażenie, że jej się to udaje.

Wydał Prószyński i S-ka.

Możesz kupić tutaj: Trzy bajki

wtorek, 16 lutego 2010

"Świerszczyk" nr 4/2010 jeszcze raz!

Czwarty w tym roku numer „Świerszczyka” poświęcony został muzyce i Chopinowi. Znajdziemy tu między innymi opowieść pewnego Świerszczyka o muzyce poważnej i wyjściu z rodzicami do filharmonii, garść ciekawych informacji o Frycku (tak rodzice mówili na Fryderyka Chopina), przeczytamy też historię o koncercie, który udowodnił, że muzyka to język zrozumiały dla wszystkich, oraz kilka przewrotnych wierszyków. Gdyby ktoś nie zmęczył się czytaniem, może jeszcze poćwiczyć umysł. Na przykład rozwiązując bajeczkę matematyczną, odpowiadając na pytania „prawda czy fałsz?” lub rozwiązując krzyżówkę.

Położyłyśmy się z Martą na podłodze i hajda do gazetki! Muszę przyznać, że taki tematyczny numer to świetna rzecz. Córka miała okazję poznać instrumenty. W końcu dowiedziała się, jak odróżnić gitarę od skrzypiec, a te z kolei od wiolonczeli. Wcale nie łatwo było wymówić „fortepian”, „basetla” czy choćby „dyrygent”. Kiedy doszłyśmy do krzyżówki, wiedza została ugruntowana. Należało bowiem w kratki wpisać nazwy instrumentów, które przedstawione zostały na obrazkach. Wielką frajdę sprawiła nam też Poszukajka i ukryte obrazki. W lekturze „Świerszczyka” jest tylko jedne minus – szybko się kończy!

Tak sobie myślę, że gdybym kiedyś miała zdecydować się na edukację domową, „Świerszczyk” zdecydowanie stanowiłby jeden z podstawowych podręczników. Dzieci mają okazję uczyć się poprzez lekturę, zdobywać informacje z różnych dziedzin życia tak właściwie przy okazji świetnej zabawy, trochę też – niby dla rozrywki – poćwiczyć umysł, umiejętności plastyczne… I w dodatku wszystko podane jest ze smakiem. Teksty wychodzą spod rąk najlepszych polskich pisarzy dla dzieci (Usenko, Kasdepke, Strzałkowska), ilustracje, wykonane różnymi technikami, są ciekawe i estetyczne. Ach, już myślimy o kolejnym numerze:)


Wydaje Nowa Era

Strona "Świerszczyka"

J. Frańczak-Dratwa, A. Korpaczewska "Niezwykła podróż Tobiasza Stokrotki"

Niezwykła podróż Tobiasza Stokrotki musi jawić się młodym czytelnikom jako opasłe tomisko! Książka liczy przeszło trzysta stron, co może niektórych – mniej wytrwałych – zniechęcić. Zupełnie niepotrzebnie!

Powieść zaczyna się prawie zwyczajnie. Chłopiec o imieniu Tobiasz jedzie do swojej jeszcze-nie-babci. Jego mama bowiem ma wkrótce wyjść za mąż za Bernarda, który nota bene właśnie złamał sobie nogę i leży w szpitalu za granicą. Jest zmuszona pojechać do niego, a synem nie ma kto się zająć. I właśnie w ten sposób Tobiasz zostaje odesłany do pani Balbiny mieszkającej w Zielonce. Szereg absurdalnych przygód zaczyna się już w pociągu, kiedy to wsiada do przedziału para dziwnych, ubranych na różowo jegomościów. Jakby tego było mało, po chwili starsza pani przez pomyłkę zabiera plecak Tobiasza i, wyraźnie się spiesząc, zapomina zabrać ze sobą pieska, który mówi ludzkim językiem. Chłopiec szybko się jednak orientuje i wysiada na tej samej stacji, która miast być Zielonką okazuje się być Różowym Ryjem. Starsza pani przepada gdzieś bez śladu. Tobiasz zostaje sam, z gadającym psem i plecakiem, który, o dziwo!, jest cenny, bo dwóch różowych próbuje mu go ukraść.

Jak wygląda miasteczko o nazwie Różowy Ryj? Jest obrzydliwie różowe! Nie ma domu, którego elewacje miałyby inny kolor. Nie inaczej mieszkańcy – ubierają się landrynkowo, włosy przefarbowali na różowo – istna paranoja! Tobiasz, w poszukiwaniu pani Miodunki, a także uciekając przed Darutkiem i Janutkiem (dwóch różowych z pociągu), trafia do kolejnych instytucji w mieście. Niektóre – jak biblioteka, muzeum czy teatr – zostały zamknięte. To burmistrz miasta, pan Kiełbasa twierdzi, że są niepotrzebne. W innych, jak lecznica dla zwierząt, pracują dziwne typki. Dużo by tu o Różowym Ryju pisać – jednym słowem, miasteczko zostało styranizowane przez burmistrza i jego małżonkę-czarownicę. Nikt nie ma prawa żyć po swojemu, choć oczywiście zdarzają się jednostki, które wyrażają swój sprzeciw choćby kolorem włosów i ubrania.

Lektura Niezwykłej podróży Tobiasza Stokrotki przywodziła mi na myśl przede wszystkim Alicję w Kranie Czarów Lewisa Carolla. I tu, i tu bardzo dużo się dzieje, a absurdalna przygoda goni kolejną absurdalną przygodę. W obu książkach mamy do czynienia ze zdecydowanie negatywnymi charakterami. Burmistrzowi i jego żonie odpowiadają bezlitośni Król i Królowa Kier. W tym kontekście bardzo ciekawe okazuje się zakończenie przygód Tobiasza. Na szczęście (byłoby to strasznie oczywiste i oklepane!) nie budzi się on ze snu! Autorki wpadły tu na świetny pomysł. Książka kończy się przedstawieniem, w którym cała rzecz – czyli perypetie małego rudzielca – rozpoczynają się od nowa.

Książkę świetnie się czyta, została dobrze napisana, ciekawie zilustrowana… Można powiedzieć: kawał solidnej prozy! Warto podsuwać tę lekturę, która jeszcze po dziecięcemu, w formie bajki przedstawia mechanizmy władzy, terror i tyranię. Już wkrótce przyjdzie dziecku czytać i Orwella, i Kafkę, i Bułhakowa, i Miłosza. Na pewno łatwiej będzie mu wejść w ten wieli i trudny temat. Tym bardziej, że nie będzie miało już własnych doświadczeń totalitaryzmu, do których jeszcze my w jakimś sensie mogliśmy się odwołać.

Książka wydana przez Zysk i S-ka

Możesz kupić tu: Niezwykła podróż Tobiasza Stokrotki

niedziela, 14 lutego 2010

Wyniki konkursu!

Na wstępie przepraszam, że tyle mi czasu zeszło. Ponieważ większość z nas ma dzieci, liczę na Waszą wyrozumiałość:) Tym bardziej, że dziś impreza urodzinowa dla synka była:)

W związku z konkursem - był trudny i na odwagę zdobyło się siedem osób, czyli Jolanta, Agata, Bazyl, Karolina, Maleństwo, Inspiracyjna i kachasek. Dziękuję Wam za komentarze! Napisaliście ciekawie i od serca!

Do rzeczy jednak. Aby wyłonić zwycięzcę, postanowiłam jeszcze zorganizować bieg bez przeszkód, ale za to po stole.

Siedem żabek oczekiwało startu dość niecierpliwie.


W końcu się ustawiły.


Perspektywa nie wydała im się ciekawa.



Popędzane co rusz, dawały z siebie wszystko.



W końcu jest zwycięzca!


Gratulujemy! Bazylu wygrałeś książkę Pawła Beręsowicza Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek. Napisz do mnie maila (kamienna1@wp.pl) i podaj swój adres:)

Wszystkim odważnym jeszcze raz dziękuję! Za jakiś czas kolejny konkurs:)

Jujja i Tomas Wieslander "Mama Mu na huśtawce"

Czasem zdarza się, że jedynie na podstawie okładki książki czy krótkiej notki o powieści, czujemy, iż nam się spodoba. Dzieci też mają tę intuicję! Marta, przeglądając katalog książek wydawnictwa Zakamarki, zatrzymała się na stronie przedstawiającej serię z Mamą Mu i zaznaczyła, że chciałaby to przeczytać. Zastanawiam się, co ją zachęciło. I myślę, że dwie sprawy. Po pierwsze, pozytywne doświadczenie z krowami – wiem, że brzmi to zabawnie:) Bywamy na kieleckiej wsi, u pradziadków w oborze mieszka sobie krowa, z którą Marta jest dość zaprzyjaźniona. Po drugie, okładki przedstawiają całkiem zwariowaną bohaterkę. Mama Mu buja się na huśtawce, zjeżdża na sankach i robi – jak to się mówi u nas na Śląsku – kopyrtkę*. Jednym słowem, od razu widać, że będzie ciekawie. Kiedy już książka trafiła w nasze ręce, wiedziałam, że oto Marta znalazła sobie nową ulubienicę. I faktycznie, przygodę Mamy Mu na huśtawce czytamy po kilka razy dziennie, a gdy już mama nie ma siły – Marta „czyta” sobie sama!

W Mama Mu na huśtawce krówka postanawia uciec na rowerze z zagrody do Wroniego Lasu. Właśnie tam mieszka jej przyjaciel, Pan Wrona. Mama Mu ma problem, bo chce się pohuśtać, ale nie umie zawiesić huśtawki, którą przywiozła na bagażniku. Myślicie, że Pan Wrona chce pomóc, skoro ma skrzydła? Ależ skąd! Nie ma zamiaru brać udziału w tym szaleństwie! Skrzydlaty przyjaciel krowy to jej zupełne przeciwieństwo – racjonalista, twardo stąpa po gałęzi. Mama Mu zna jednak sposoby nawet na takich mądrali. Z anielskim spokojem, spoglądając przy tym swoimi łagodnymi oczami, najzwyczajniej w świecie wjeżdża wronie na ambicję! Ów spokój to kolejna cecha charakteru, którą bohaterowie się tak bardzo różnią. Pan Wrona bowiem lata jak opętany, wszędzie go pełno, nie dziwię się więc, że lada moment ma dostać pióropleksji. A już kiedy w lesie zjawia się gospodarz, nasz ptaszek ma prawie zwariować z nadmiaru emocji. Gdy Mama Mu spokojnie kryje się za brzozą (chacha!), wrona wyrusza na przeszpiegi.



Nie sposób tu nie wspomnieć o ilustracjach. Dużo książeczka formatu A4 kryje w sobie bogactwo kolorów, szczegółów i ciekawostek. Ich autorem jest Sven Nordqvist (ilustrator książek o Pettsonie i Findusie). Córka się nimi zachwyciła. Zaskoczył mnie fakt, że zwraca uwagę na nastroje wymalowane na twarzach bohaterów. Tu krowa jest smutna, a tu Pan Wrona obrażony…

Opowieść o Mamie Mu nie przekazuje jakichś ważnych treści moralnych. Raczej wskazuje na fakt, jak bardzo możemy się różnić i że jest to dobre, a nawet potrzebne. Odkrywamy też myśl, że warto wyjść poza ciasne schematy i wymagać więcej od życia. W końcu przecież „nie trzeba ciągle żuć i się gapić tylko dlatego, że jest się krową”!

Książka wydana przez Zakamarki

Jeśli Ci się spodobała, możesz ją kupić tu: Mama Mu na huśtawce 

*fikołka, koziołek, przewrót gimnastyczny

sobota, 13 lutego 2010

Przypominam o konkursie

Jeszcze tylko dziś i jutro można wziąć udział w konkursie i wygrać książkę.

Zajrzyj tutaj:)

Wyniki w niedzielę wieczorem (jak położę małe spać):)

piątek, 12 lutego 2010

"Świerszczyk" nr 4/2010

Jakie czasopisma czytaliście, gdy byliście dziećmi? Bo ja między innymi "Świerszczyka". Jeżeli wydaje się Wam, że "Świerszczyk" to już przeszłość i nie pozostaje nic innego jak kupować różne odbajkowe czasopisma, to się mylicie!

"Świerszczyk" ma się dobrze, choć liczy prawie 65 lat!

Ze „Świerszczykiem” jest jak z zegarkiem. Najcenniejsze ma w środku. Nie wierzycie? To zajrzyjcie…

Z pamiętnika pewnego Świerszczyka*
teksty – Melania Kapelusz
ilustracje – Marcin Bruchnalski

Urodziłem się w 1945 r. W maju. Ale to wcale nie znaczy, że mam prawie 65 lat. Ja, podobnie jak Piotruś Pan, nigdy nie będę dorosły! Za to zawsze będę najmądrzejszy, najpiękniejszy i najsympatyczniejszy. I oczywiście najskromniejszy… Bo skromność to cecha świerszczy wielkich i właśnie tacy są autorzy i ilustratorzy w „Świerszczyku” (m.in. Bohdan Butenko, Dorota Gellner, Anna Onichimowska, Grzegorz Kasdepke, Paweł Pawlak, Piotr Rychel, Małgorzata Strzałkowska, Natalia Usenko, Elżbieta Wasiuczyńska). Sięgają do samego nieba! Bo dobrze wychowany Świerszczyk lata wysoko. Jak mama i tata. I pisze pamiętnik – po raz pierwszy w historii na łamach pisma! Mój pamiętnik uczy systematyczności, rozbudza ciekawość i pozwala dzieciom odnieść się do naszych wielkich problemów. Proponuje też oryginalną formę aktywności, czyli zabawę w formie pytań i zachęty do działania, umieszczonych na dole każdej ze stron pamiętnika (np. „Czy zdarzyło ci się kiedyś coś zgubić? Jeśli tak, opowiedz, jak to się stało” albo „Spróbuj wygiąć się w łuk i być przez chwilę tęczą”).

Litery znam, więc czytam sam
teksty – Małgorzata Strzałkowska
ilustracje – Beata Zdęba

Takiej rubryki nie ma w żadnym innym piśmie. Autorka używa do pisania tekstów tylko! 23 liter. Słowa zawierające np. „ó”, „ż”, „sz” czy „ą” lub „ę” zostały zastąpione przez obrazki. To zatem świetny kurs czytania (i kolorowania!). Nawet jeśli ktoś dopiero zaczyna naukę, dziarsko poskłada abecadło w słowa, a słowa w bajkę. I nie oznacza to wcale, że niektóre litery są dyskryminowane. „Nie ma lepszych i gorszych liter. Niektóre są po prostu szczuplejsze…”

Wielkie czytanie*
teksty – m.in. Melania Kapelusz, Irena Landau, Maria Ewa Letki, Elżbieta Pałasz, Małgorzata Strzałkowska, Roksana Jędrzejewska-Wróbel
ilustracje – m.in. Iwona Cała, Joanna O. Czernichowska, Piotr Nagin, Katarzyna Nowowiejska, Piotr Rychel, Elżbieta Wasiuczyńska

Otwierasz pismo na 16. stronie i hyc!, wskakujesz do miniksiążeczki. Przez kilka kolejnych stron buszujesz po magicznym świecie baśniowej opowieści i wyskakujesz dopiero w rubryce „Prawda czy fałsz?”*. „Wielkie czytanie” przyzwyczaja czytelników do dłuższych form, z którymi zetkną się w przyszłości. Bogato ilustrowana historia kształtuje wrażliwość estetyczną i zachęca do analizy porównawczej – ilustracja a tekst. Natomiast „Prawda czy fałsz?” to arcyprzyjazna forma do ćwiczenia umiejętności czytania ze zrozumieniem.

Kopnięte Królestwo
teksty – Natalia Usenko
ilustracje – Ewa Poklewska-Koziełło

Zdolności matematyczne, spostrzegawczość, analiza wzrokowa i nieustający chichot to pokrótce charakterystyka „Kopniętego Królestwa”. Mieszkańcy tegoż ciągle coś liczą, uczą się dziwnych rzeczy i zadają mnóstwo pytań. A dlaczego? Bo olbrzym Bolutek potknął się kiedyś o niewielkie królestwo i kopnął je niechcący… No i się zaczęło.
Trochę inna, ale również świerszczykowo-wciągająca forma aktywności, to rebusy, krzyżówki, labirynty, wykreślanki, zadania logiczne itp. Są w rubryce „Kto zagadki ładnie zgadnie, tego nuda nie dopadnie” (tekst – Małgorzata Strzałkowska, ilustracje – Agnieszka Żelewska).



Ale draka! Rysuję zwierzaka!*
ilustracje – Magdalena Wosik

Czyli propozycja dla tych, którzy uwielbiają rysować, ale raczej nie będą studiować w ASP. Dzięki tej rubryce przekonają się, że, śledząc uważnie kolejne etapy, można narysować każde stworzonko. A z rubryki obok dowiedzą się, że można je także „zrobić” (np. kalafiorowe owieczki). „Kolorowe zabawy” (teksty i ilustracje – Magdalena Król, Aneta Andrzejewska, Andrzej Pilichowski-Ragno) wspomagają bowiem zdolności konstrukcyjne, plastyczne oraz koordynację wzrokowo-ruchową. Tworzenie czegoś z niczego, wykorzystywanie przeróżnych materiałów i nauka posługiwania się narzędziami sprzyjają rozwijaniu sprawności manualnej (nieoceniona pomoc w nauce pisania) i talentów artystycznych. Uczą abstrakcyjnego myślenia i pobudzają wyobraźnię.

Czytanie dobrze działa
A to i tak nie wszystkie rubryki! I żeby zaspokoić ciekawość, nie wystarczy zajrzeć do materiału „Chcę wiedzieć więcej o…” (teksty – Iwona Czarkowska, Alicja Biedronka, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, ilustracje – Aneta Andrzejewska, Ignacy Czwartos, Andrzej Pilichowski-Ragno). Najlepiej poznać cały „Świerszczyk”. Osobiście. Zwłaszcza że „czytanie dobrze działa na rozum i chroni od kataru”.

Twój Świerszczyk

* Nowe rubryki

Do nabycia w kioskach już od jutra!

Kreativ Blogger Award

Tworzenie bloga Czytanki-przytulanki daje mi mnóstwo radości. Tym bardziej cieszę się, jeśli zaglądanie tutaj sprawia przyjemność Wam. Jolanta z Przystani zdecydowała przyznać mojemu blogowi nagrodę Kreativ Blogger „za tworzenie profesjonalnego bloga o literaturze dla dzieci, na miarę profesjonalnych blogów o literaturze dla dorosłych”. To niesamowicie miłe! Tym bardziej że właśnie takie miałam założenie – być profesjonalnym:) Dziękuję Ci, Jolanto!

Wierzę, że pisanie o książkach ma sens, że książka nie zostanie wyparta przez Internet i inne media. Jeszcze mocniej wierzę w dzieci i ich czytanie. Na własnym podwórku dostrzegam wartość wspólnej lektury, odkrywanie przed maluchem świata fantazji, fabuły, ilustracji. Nie ukrywam też, że czytanie książek dziecięcych mnie w pewnym sensie zaskoczyło. Nie tylko bowiem mam szansę spojrzeć na świat oczami dziecka, a co za tym idzie uczyć się ich specyficznego pojmowania spraw i rzeczy. Sama powoli zaczynam odkrywać w sobie na nowo dziecko! To dla mnie ogromna niespodzianka:) Ale i ogromna radość!

Zgodnie z założeniami nagrody, powinnam przekazać dalej siedem wyróżnień. Siedmiu nie będzie:) Jest pięć!

Oto one:

W poMyskowym świecie - to właśnie Pomyskowo odkręciło moją wizję blogowania. Monika Klejman pokazała, że można blogować z pasją, profesjonalnie, dla dzieci! A poza tym wciąż mnie inspiruje! Dziękuję:)

"To dla pamięci" - Autorka wykonuje genialną robotę. Przypomina najlepsze, dawne, zapomniane ilustracje (Szancer, Czajkowska, Srokowski). Przypomina o dzieciństwie i jego bogactwie.

Półeczka z książkami - be.el pisze o książkach dla dzieci i robi to wspaniale! Niby moja konkurencja, ale zawsze ciepło o niej i jej wpisach myślę:) Jestem też jej wdzięczna za pomysły na proste „zabawki”.

Kachaskowo - podziwiam sztukę scrappowania i cicho zazdroszczę:)

Daleko niedaleko- za tę cichą sugestię, że każdy może podróżować i że wszędzie można znaleźć coś ciekawego i pięknego:)

PS
Sześć:)  Znadmiaru wrażeń zapomniałam o Tulikowie - Ania i jej mama robią najpiękniejsze, najcudowniejsze, najbardziej poetyckie... ach...ach... MeiTai'e:)

czwartek, 11 lutego 2010

Kalina Jerzykowska "Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze"

Dla portalu Nasze maluchy pisałam:

Dziecko cztero-, pięcioletnie mówi bardzo dużo. Nie oznacza to jednocześnie, że mówi dobrze. Maluchy mają nieraz problemy z wymową głosek syczących: s, z, c, dz; szumiących: sz, ż, cz, dż i arcytrudnego r. Jest to najczęściej efektem niewystarczająco rozwiniętego i wyćwiczonego aparatu mowy - głównie języka, ale także warg, podniebienia miękkiego i żuchwy. Można pomóc przedszkolakowi, organizując mu zabawy językowe. Być może ćwiczenia, które systematycznie będziesz przeprowadzać, zapobiegną wizycie u logopedy i wyeliminują te drobne problemy dość szybko.

W dalszej części artykułu wskazuję na zabawy, które można zastosować, aby wspomóc rozwój aparatu mowy.

 
Chcę też podsunąć książeczkę – Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze Kaliny Jerzykowskiej – zawierającą zestaw wierszyków, które mają pomóc wyćwiczyć wymowę najtrudniejszych głosek (syczących, szumiących i ciszących). Zaradzić seplenieniu mają teksty o czterech porach roku – każda z nich jest odpowiedzialna za inna grupę głosek. I tak – wiosną zmagamy się z c, cz, ć/ci, latem próbujemy poskromić dz, dzi/dź, dż, jesienią walczymy z s, sz, ś/si, a zimą łamiemy języki na z, ż, ż/zi. Wierszyki, oprócz wymienionego już, pomagają również wzbogacić zasób słownictwa związany z danymi porami roku. Są pisane lekko i z humorem. W dodatku pięknie zilustrowane. Sami spójrzcie!
 

Wydane przez Wydawnictwo Literatura

Książkę możesz kupić tu: Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze

Rob Goldblatt "Pierwsza lekcja szczęścia. O chłopcu, który nie chciał być smutny"

Co robi Twoje dziecko, kiedy pokłóci się z kolegą w piaskownicy? Czy zabiera swoje zabawki i idzie do domu?

Krótka opowieść Roba Goldblatta dotyka sfery uczuć. Oto chłopiec bardzo nie chciał się smucić. Odsuwa więc od siebie wszystko, co potencjalnie może sprawić mu przykrość. Na myśl o tym, że drzewo, w którego cieniu siedzi, straci liście, postanawia odejść od niego jak najdalej. Wyrzuca zabawki (bo mogłyby się zepsuć), wyrzuca też, o zgrozo!, rodziców (bo na wiele rzeczy nie pozwalają). W końcu zostaje sam jak palec, w dodatku w ciemnym pomieszczeniu – wszak żarówka mogłaby się przepalić, lepiej więc zawczasu ją usunąć. W tym osamotnieniu odkrywa, że „wszystko to, co przynosiło SMUTEK, jednocześnie przynosiło SZCZĘŚCIE”.

Trudną, ale i ważną lekcję daje autor. Sugeruje bowiem, że szczęścia się nie osiąga ani nie zdobywa – jak zwykliśmy mawiać. Szczęście przychodzi, kiedy wchodzimy we wszystkie doświadczenia naszego życia, nawet te trudne.

Innymi słowy, kiedy Twój maluch chce uciec z piaskownicy, zachęć go do pozostania i zmierzenia się z własnym lękiem, z życiem, z drugim człowiekiem.

Wydało GWP

środa, 10 lutego 2010

Konkurs

A co!

Do wygrania książka, którą przed chwila zrecenzowałam, czyli Pawła Beręsowicza Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek - w granatowej okładce (bo jest też fioletowa:) ).

Co zrobić, aby ją wygrać? Zadanie wcale nie będzie łatwe! Trzeba w komentarzu napisać, jakie mieliście sposoby na podryw, gdy byliście w wieku bohatera (czyli lat naście:)

Żeby nie było i na zachętę, zacznę pierwsza.
Podobał mi się Krzysiek z mojej klasy. Kiedyś poprosił mnie do tańca na szkolnej dyskotece. Akurat leciało DeMono "Zostańmy sami". Ubzdurałam sobie, że to "nasza piosenka". Na kolejnych dyskotekach podchodziłam do DJ-a i prosiłam, żeby puścił DeMono, licząc na to, że ukochany powtórzy manewr. Bywało, że jak się zapomniał, sama prosiłam go do tańca:) Pozdrowienia dla Krzysia, jeśli czyta:)

Zwycięzcę wyłonimy drogą losowania, dokładnie w Walentynki, o 20.00!!!

Paweł Beręsewicz "Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek"

Okres dojrzewania, kiedy budzą się hormony i zainteresowanie płcią przeciwną, to wyjątkowo stresujący czas. Bo uszy się czerwienią, kiedy nie powinny! Bo mama woła na obiad, używając zdrobniałych określeń i nie baczy w ogóle na to, że koledzy słuchają! Bo tata opowiada przy fajnej koleżance żenujące historie z dzieciństwa i robi nam niezły obciach! Oj, uśmiałam się przy czytaniu książki Beręsewicza jak norka!

W klasie Jacka Karasia pojawiła się nowa koleżanka, Kaśka. Los chciał, że wychowawczyni zechciała posadzić ją w ławce obok naszego bohatera. Nie mogę się oprzeć tej cytacji:)

Nowa ruszyła w kierunku mojej ławki, a potem straciłem ją z oczu. Słyszałem, jak odsuwa krzesełko, siada i otwiera plecak, a następnie w moim polu widzenia pojawiła się część granatowego zeszytu w dalmatyńczyki, kawałek czerwonego piórnika i czubek paznokcia małego palca lewej ręki. Zdobyłem się na odwagę i przesunąłem oczy odrobinę w prawo. To wystarczyło, żeby objąć wzrokiem cały mały palec. Leżał jakieś dwadzieścia centymetrów od mojego małego palca prawej ręki. W duchu dziękowałem mamie, że zmusiła mnie wczoraj do obcięcia paznokci.

Powieść Beręsewicza, jak możecie się z tego fragmentu domyślić, została napisana lekko i z dużą dozą humoru. Kiedy ma się już etap zakochania dawno za sobą, lektura tej książki budzi bezustannie uśmiech. Nawet teraz kiedy to piszę, dziób mi się śmieje! Autor świetnie oddaje rozterki młodzieńca – tę chęć ukrycia uczucia przed obiektem westchnięć i właściwie przed całym światem. Zamiast otwartej gry są podchody i czaty przed blokiem, bo a nuż wyjdzie i „przez przypadek” natkniemy sie na siebie. I dialogi zawczasu ułożone w głowie. I zbieranie informacji o wybrance. I całe strategie obserwowania – jak ta:

Po paru dniach udało mi się opracować sprytną metodę operacyjną, pozwalającą odrobinę dłużej zatrzymywać wzrok na pierwszej ławce pod oknem bez naruszania elementarnych zasad konspiracji. W moim wywiadowczym języku metoda ta nosiła nazwę „spojrzenia tranzytowego”. Zaczynałem od patrzenia dajmy na to na tablicę. Następnie wybierałem taki punkt, żebym, przenosząc na niego wzrok, musiał po drodze zaczepić o Kaśkę. (…) Inną metodą, której dopracowałem się w trakcie prowadzenia obserwacji, było tak zwane „czytanie pozorowane”. Polegało to na tym, że pochylałem sie nad książką i opierałem policzki na kciukach obu dłoni. Z pozostałych palców tworzyłem daszek nad oczami, który niby miał stanowić osłonę przed światłem, a w rzeczywistości dość dobrze maskował właściwy kierunek spojrzenia.

Lektura Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek wciąga! Na pewno spodoba się młodzieży w wieku gimnazjalnym – wszak to ich aktualne problemy, a i wskazówek pozycja ta dostarczyć może:) To powieść lekka – coś jak Helen Fielding W pogoni za rozumem, tylko że dla trochę młodszych.

Książkę wydał Skrzat

Książkę możesz kupić tutaj: Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek

Mój tekst w "Opcjach"

Trochę się chwalę:)
Z przyjacielem napisaliśmy tekst o kryzysie wieku średniego muzyków - Kazika Staszewskiego, Muńka Staszczyka i Tomka Budzyńskiego.
Początek tekstu wygląda tak:

Artysta żyje pod ciągłą presją. Musi zmierzyć się z rzeszą gotowych na wszystko fanek, zaprowadzić syna do przedszkola, a wieczorem wystąpić w popularnym show, które wprawdzie jest obciachowe, ale w końcu tam się bywa (potrzeba promocji to potrzeba pierwotna). Dlatego lęk związany z poczuciem utraty młodości odciska na nim o wiele silniejsze piętno niż na naszym sąsiedzie, panu Heniu, który zwykł mawiać: „Trzeba jakoś żyć”.



"Opcje" pod tym linkiem  Artykuł nosi tytuł Kryzysowe chłopaki.

wtorek, 9 lutego 2010

Nowy serwis dla moli książkowych

Znalazłam przed chwilą nowy serwis stworzony z myślą o molach książkowych.
Lubimy czytać to portal, gdzie można gromadzić książki na wirtualnych półkach, wklejać swoje opinie, wymieniać się i dyskutować, dyskutować.

Można sobie też wkleić na własnej stronie taką wlepkę, jak ja mam niżej:)
Polecam:)

"Gwiazdy na dobranoc", m.in. Janowski, Prokop, Lipnicka, Tyszkiewicz

Czy próbowaliście kiedyś, zamiast czytać, opowiadać własne bajki na dobranoc? Trudna to wbrew pozorom sztuka! Sama ogłada literacka, wyobraźnia nie wystarczą. Taki wniosek nasuwa mi się po lekturze książki Gwiazdy na dobranoc.

W projekcie wzięło udział dwanaście osób znanych z mediów. Są tu i aktorzy (Katarzyna Jamróz, Magdalena Różczka, Beata Tyszkiewicz, Piotr Cyrwus, Artur Barciś, Ewa Gorzelak, Paulina Holtz), i muzycy (Robert Janowski, Anita Lipnicka, Halina Mlynkowa), i prezenter telewizyjny (Marcin Prokop), i artysta kabaretowy (Tomasz Jachimek). Ich bajki zostały wydane także w formie płyty do słuchania.

Opowieści na dobranoc w przeważającej większości odwołują się do tradycyjnych motywów – są więc rycerze i księżniczki (Srebrny pył), jest i walka z ciemnymi siłami (Dwóch Braci Wspaniałych), wyprawy po skarby (Dziwny przypadek Maliny S.). Niektóre z nich przedstawione zostały w konwencji snu – oto wszystko, co się bohaterowi przydarzyło okazuje się być tylko snem bądź majakiem (Świnka, Srebrny pył czy Dziewczynka Albertynka i skarb).

Na tym tle wyróżniają się dwie, no dobrze - trzy, opowieści. Zaintrygowały mnie: bajka Roberta Janowskiego (Bajka o lustrze), która staje w obronie dziecięcego zmyślania, bujdy i wyobraźni po prostu, oraz opowieść Tomasza Jachimka (Bajka o zabawkowym pokoju, w którym aż dwóch czarodziejów działało), podejmująca ważny temat i w której brak tradycyjnego szczęśliwego zakończenia.

Mnie najbardziej spodobała się jednak, by nie rzec zaczarowała, bajka-wspomnienie Beaty Tyszkiewicz. Jej historia zatytułowana została Angielska Przystań panny Atkinson. To, co mnie urzekło najbardziej, to pozorny brak zmyślania. Tyszkiewicz opowiada tak sugestywnie, że jestem gotowa uwierzyć w istnienie panny Nory. Do tego cała rzecz jest tak zwyczajna i prosta – w zasadzie nic tu się nie dzieje. Czytamy za to o atmosferze, która otaczała starą pannę i jej dom, o tajemniczych przedmiotach, ale również o dorastaniu dziewczynek i śmierci tytułowej bohaterki. Tyszkiewicz zatem jako pisarka wchodzi w rolę babci, która swoim wnukom opowiada historie z własnego, czarownego dzieciństwa. W dodatku bajeczka naznaczona jest charakterystycznym, dystyngowanym stylem aktorki.

Książka ma dobrą promocję. Wielu rodziców czy osób, które zechcą dziecku podarować książkę, da się złapać na gwiazdorstwo tej publikacji… Nie jest źle, nie jest też wybitnie:)


Książkę możesz kupić tutaj: Gwiazdy na dobranoc