środa, 30 czerwca 2010

Tomasz Szwed "Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce"


Tomasz Szwed znany jest szerokiej publiczności jako piosenkarz i kompozytor. Poza karierą sceniczną artysta poświęca się swojej właściwej pracy, jako psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego. Szczególnie specjalizuje się w pracy z dziećmi znajdującymi się w stanie śpiączki. Tym razem daje się także poznać jako twórca opowieści dla dzieci, dzięki wydanej niedawno przez Wydawnictwo Bis Klinice Małych Zwierząt w Leśnej Górce.

Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce to pozycja bogato ilustrowana. Właśnie owe niezwykle ciepłe i kolorowe ilustracje autorstwa Anety Krelli-Moch w dużej mierze przyczyniają się do wytworzenia specyficznego klimatu tej przemiłej książki. W sam raz odpowiadają na naturalne oczekiwania najmłodszych, co do atrakcyjności pierwszej samodzielnej lektury dodatkowo ułatwionej, dzięki zastosowaniu dużej czcionki tekstu. Dla tych maluchów, które przygodę z literaturą rozpoczynają od wspólnych z rodzicami seansów „czytelniczo-wizualnych” licznie wyglądające ze stron Kliniki… przyjazne mordki różnorodnych zwierzątek będą stanowić skuteczną przynętą do głębszego zapoznania się z ich przygodami. Przekonała mnie o tym moja mała bratanica, którą tak zaabsorbowały postacie pieska puszczającego nietypowy latawiec i chomika dźwigającego stos niezwykle chybotliwych paczek, że kazała sobie z miejsca przeczytać niemal połowę ze zgromadzonych w książce historyjek.

Co do tematyki prezentowanych w Klinice… opowiadań, skupiają się na przygodach zwierząt pracujących w Leśnej Służbie Zdrowia. Każda z historii opisuje poszczególny przypadek medyczny bądź niecodzienne zdarzenie, do jakiego doszło w leśnym szpitalu. W toku opowieści poznajemy personel nietypowego centrum zdrowia: profesora Borsuka, który w okresie zimowym zmuszony jest prosić o zastępstwo Sobola z dalekiej Syberii, doktor pediatrę panią Łasiczkę, córkę znamienitej kardiochirurg, Srokę Precjozę – siostrę instrumentariuszkę, która cierpi na pewną kłopotliwą przypadłość i wielu innych. Wśród pacjentów możemy odnaleźć: zaziębione czaple, cierpiące wskutek złamań wroniątka, poturbowane psy, koty czy bobry. Pośród szpitalnego rozgardiaszu, bólu chorych i ogólnego zamętu Zwierzęta zdradzają także swe osobiste tajemnice, przyzwyczajenia czy upodobania.

Sposób w jaki autor prezentuje rzeczywistość Lasu i jego mieszkańców przywodzi na myśl opis zwykłego, ludzkiego osiedla z tym, że w tej historii Ludzie to jedni z głównych sprawców licznych obrażeń i wypadków Zwierząt. Niecodzienni lekarze piętnują bezmyślność tych, którzy po odwiedzeniu Lasu zostawiają w nim sterty śmieci, bardzo niebezpiecznych dla Zwierząt. Wytknięte zostaje też okrucieństwo właścicieli domowych psów i kotów, którzy porzucają je na pastwę losu. Jednakże Zwierzęta raczej żałują Ludzi niż odczuwają wobec nich niechęć. Pragną pokojowej koegzystencji i wzajemnego zrozumienia.

Książka Tomasza Szweda niewątpliwie posiada właściwości terapeutyczne dla małych pacjentów miejskich szpitali. Dzięki poznawaniu losów zwierzątek dotkniętych nieszczęściami, które zostają otoczone troskliwą opieką przez zajmujących się nimi lekarzy choć na chwilę można odsunąć od nich uczucie osamotnienia, smutku i bólu zawsze obecne w tego typu miejscach.

Możesz kupić tutaj: Klinika Małych Zwierząt w Leśnej Górce

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 96
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Bis
Wymiary: 16.8x24.0cm
ISBN: 9788375511659

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Wakacje przed nami i STOSISKO

Wygląda na to, że jutro (wtorek) wyjadę z moją szarańczą wyhasać się na górskich łąkach. Wrócimy w niedzielę, aby spełnić obywatelski obowiązek. Tymczasem chcę Wam pokazać, jakie książki czekają na naszej półce z książkami do przeczytania. Niektóre zabierzemy ze sobą, bo lektury zawsze towarzyszą nam w podróżach. Na dobranoc, na brzydką pogodę, na piknik...

Do napisania i udanych wakacje dla wszystkich!

Robert Muchamore "Uciekinierzy. Agenci Hendersona"


Na fali popularności serii Cherub powstaje nowy cykl książek Roberta Muchamore’a. Cherub dotyczył tajnej komórki brytyjskiego wywiadu, która szkoliła dzieci na profesjonalnych szpiegów. Mieli oni przenikać do środowisk terrorystów, dilerów narkotyków, by zdobywać ważne informacje. Nikomu przecież nie przyszłoby do głowy, że dzieci mogą szpiegować. Zwłaszcza dzieci tak słodkie jak mali cherubowie. Autor postanowił jednak sięgnąć do korzeni zjawiska i pokazać ojca niesamowitego pomysłu na dzieci-agentów. Dlatego akcja serii Agenci Hendersona sięga lat wielkiej wojny.

Tom pierwszy nosi tytuł Uciekinierzy. Głównymi bohaterami są: Marc, dwunastolatek z sierocińca, który wykorzystuje sytuację (nalot niemieckiego sztukasa) i wieje, gdzie pieprz rośnie, oraz rodzeństwo, Rosie i Paul, których ojciec kradnie ważne dokumenty, a potem ginie. Akcja dzieje się we Francji w roku 1940, kiedy to wojska niemieckie mają wkroczyć do Paryża. Jest jeszcze oczywiście Charles Henderson, ostatni czynny agent brytyjskiego wywiadu. Losy tych czworga splatają się ze sobą.

Książkę opatrzono znaczkiem, iż jest niewskazana dla czytelników poniżej 12. roku życia. Ja bym tę granice wiekową jeszcze podniosła. Lektura obfituje bowiem w drastyczne sceny – rozbryzgujące się na ścianie mózgi, strzelaniny czy chociażby brutalne chłostanie dzieci z sierocińca. Muchamore więc nie szczędzi czytelnikowi scen okrutnych. Obawiam się jedynie, że przewrażliwienie na punkcie prezentowania w książkach dla młodzieży mordowania z zimną krwią to wyłącznie moja przypadłość. Większość młodych czytelników pewnie puknęłaby się w czoło i dalejże z przyjemnością czytała, nie widząc w owych scenach szczególnej brutalności.

Opowieści Muchamore rzeczywiście i mimo wszystko wciągają. Autor pisze jędrnym, barwnym i plastycznym językiem, choć miejscami ten język jest zbyt współczesny. Bardziej doświadczony czytelnik bez trudu też wyłowi merytoryczne wpadki także w samym świecie przedstawionym.

Ogromną zaletą tej powieści może być jednak odkrywanie przeszłości na nowo. Niejeden znudzony lekcjami historii chłopak połknie bakcyla i na własną rękę zacznie szukać informacji o tym, jak było naprawdę.

Możesz kupić tutaj: Uciekinierzy. Agenci Hendersona

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 272
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Egmont
Wymiary: 14.0x20.5cm
ISBN: 9788323734857
Tłumaczenie: Bartłomiej Ulatowski

piątek, 25 czerwca 2010

Kate DiCamillo "Cudowna podróż Edwarda Tulana"


Kate DiCamillo, której pisarstwo poznałam, czytając Dzielnego Despero, ma zdolność konstruowania nieco staromodnych historii. Jej książki mylą czytelnika, który odnosi wrażenie, że zostały napisane sto lat temu, albo i więcej. Autorka stawia na tradycyjny system wartości, nie kombinuje, dobro jest dobrem, zło złem, do tego akcja jej powieści umieszczana jest „dawno, dawno temu”. Cudowna podróż Edwarda Tulana posiada też przewidywalną fabułę – jest jedną z tych opowieści, które – czujemy – dobrze znamy, ale które chcemy wciąż czytać od nowa.

Historia Edwarda Tulana, porcelanowego królika, rozpoczyna się na ulicy Egipskiej. Siedmioletnia dziewczynka, Abilene dostaje na urodziny od babci właśnie Edwarda. Kocha go niezmiernie i traktuje jakby żył i miał uczucia. Rozmawia z nim, przebiera go w wytworne ubrania, sadza obok siebie przy stole. Edward jest zadufany w sobie. Uważa, że uwaga i troska dziewczynki mu się należą. Pewnego dnia Abilene zabiera go też w transatlantycką podróż statkiem. Pech i złośliwość chłopców sprawiają, że Edward ląduje za burtą. Właśnie tak rozpoczyna się jego podróż, droga ku dojrzewaniu do uczuć, do otwierania się na drugiego. Edward będzie trafiał z rąk do rąk, poznając, czym jest strach, miłość, tęsknota, żal, ból. Trudne doświadczenia zamkną go na świat. Dystansem, chłodem i brakiem zaangażowania będzie chciał reagować na to, co przyniesie los. Czy tak zakończy się jego cudowna podróż? – przeczytajcie sami.

Po raz kolejny podziwiam mądrość autorki i nieschlebianie popularnym gustom. Di Camillo, jak już wspomniałam, pisze nieco staromodnie, tworzy na modłę klasyczną, bez fajerwerków. Nie ma tu fantastycznych stworów, niespotykanych przygód, niezwykłych zwrotów akcji, scen drastycznych (może z wyjątkiem jednej), głupawych uśmieszków. Tak naprawdę to książka poważna, filozoficzna, ale też i wzruszająca. Nie ukrywam – domyślamy sie też, jak cała rzecz się skończy. Wcale to jednak nie przeszkadza. Czytamy Cudowną podróż… jakbyśmy po raz kolejny chcieli zanurzyć się w baśń z dzieciństwa, gdzie wszystko ma swoje określone miejsce i status. Chyba dlatego ta propozycja DiCamillo podobała mi się jeszcze bardziej niż Dzielny Despero.



Do książki dołączono niezwykłe, niemalże fotograficzne ilustracje. Przygotowane na kredowym papierze, kolorowe, obejmujące całą stronicę stanowią wspaniałe dopełnienie powieści.

Możesz kupić tutaj: Cudowna podróż Edwarda Tulana

Ilustracje: Bagram Ibatoulline
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 208
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo:Philip Wilson
Wymiary: 14.4x20.6cm
ISBN: 9788372362445
Tłumaczenie: Małgorzata Dobrogojska

czwartek, 24 czerwca 2010

Christina Björk, Lena Anderson "Linnea w ogrodzie Moneta"


Z Linneą już tak jest, że lektura jej zapisków rodzi tysiące wrażeń, pomysłów. Zachęca do wyjścia z domu, położenia się z aparatem fotograficznym na łące i robienia zdjęć pięknu, które nas otacza. Albo do tego, by zorganizować szalony wypad do Francji – Paryża i Giverny, aby piękne nenufary Moneta zobaczyć na własne oczy. Naprawdę zamarzyłam o wyjeździe do Francji. Chciałabym – jak bohaterka – zamieszkać w hoteliku, z którego okien widok rozciąga się na katedrę Notre Dame. Jak cudownie byłoby otwierać rano okna na oścież i przyglądać się mieszkańcom Paryża, żyjącym własnym rytmem. Z całą pewnością zaopatrzyłabym się w kosz, do którego włożyłabym świeżą bagietkę i kozi ser, by gdzieś z dala od cywilizacji zrobić piknik. Wyobrażam sobie, że oglądanie obrazów Moneta, zgromadzonych w muzeum Marmottan czy muzeum Orsay, zajęłoby mi długie godziny. Jeszcze więcej czasu spędziłabym w Giverny, w ogrodach Moneta i jego różowym domku. To musi być cudowne – chłonąć widoki, którymi raczył się mistrz. Każdy zwiedzający czuje się chyba wtedy zaproszony do tego, by samemu coś stworzyć – zdjęcia czy własne obrazy. Mnie jeszcze tam nie było, ale już wzrok mi się wyostrzył.


Zdjęcia lilii wodnej oraz naparstnicy, o których wspomina Linnea, z ogrodu mojej mamy. Robione na świeżo po lekturze:)

Książka o Linnei jest absolutnie wyjątkowa. Już kiedyś miałam okazję o niej pisać i moje opinia nic a nic się nie zmieniła. Narracja w Linnea w ogrodzie Moneta jest jednak prowadzona inaczej. O ile w Roku z Linneą mieliśmy do czynienia z serią zapisków pogrupowanych tematycznie w związku z kolejnymi miesiącami, o tyle tu raczej czytamy reportaż z podróży. Mała bohaterka, której towarzyszy pan Blomkvist, dokumentuje swoje wrażenia zdjęciami, zasuszonymi liśćmi, reprodukcjami obrazów Moneta. Ilustracje stanowią dopełnienie.

Opowieść o Monecie pełna jest ciekawostek z życia malarza. Dowiadujemy się o jego licznej rodzinie, chorobie, która sprawiła, że nie widział dobrze, biedzie, stylu życia. Z tego portretu wyłania się człowiek oryginalny, wrażliwy, ale jednocześnie narzucający innym własną wolę. Ach, gdyby dzieci w Polsce miały tylko takie podręczniki!!! Edukacja wyglądałaby wtedy zupełnie inaczej – chyba mielibyśmy samych pasjonatów!

Możesz kupić tutaj: Linnea w ogrodzie Moneta

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 52
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Zakamarki
Wymiary: 19.0x27.0cm
ISBN: 9788360963647
Tłumaczenie: Agnieszka Stróżyk

środa, 23 czerwca 2010

Thé Tjong-Khing "Gdzie jest tort?"


Książkę Gdzie jest tort? mamy w domu już od jakiegoś czasu. Staram się do niej z dzieciakami nie zaglądać za często, mimo że bardzo ją lubimy. Dlaczego? Ano dlatego żeby zdążyło nam się ostatnie „czytanie” trochę zapomnieć. Dlatego by za każdym razem tworzyć nową całkiem opowieść. Bo Gdzie jest tort? to książka obrazkowa, w której nie ma tekstu i całą opowieść trzeba wymyślić sobie zupełnie samemu.

Zawsze kiedy zabieramy się do lektury omawianej książki kładziemy się w trójkę na podłodze. To najlepsza pozycja, bo umożliwia każdemu z nas bliski kontakt z obrazkami. Nikt nikomu niczego nie zasłania, jednocześnie każdy ma „pod ręką” jakiś inny kawałek opowieści, bo po otwarciu książki ilustracja jest sporych rozmiarów (coś w okolicach A3).

Zazwyczaj zwracamy uwagę na wszystkie elementy ilustracji, choć można by „czytać”, śledząc tylko jeden z kilkunastu wątków. Zadaję pytania dzieciom, czasem sama odpowiadam tak, by pchnąć opowieść w jakieś odmienne niż dotąd strony. Marta jednak lubi utarte już ścieżki. Nie da się zwieść sugestiom, że w butelce chyba jest sok albo że małpa ugryzła panią Kotek w nos. Już wie, że w butelce jest farba i że pani Kotek wpadła na grabie. Ale z dziećmi juz tak jest – lubią czytać w kółko jedną i tę samą bajkę.


 Idea książki obrazkowej nie tylko pomaga wzbogacać zasób słownictwa, formułować zdania, tworzyć logiczne opowieści, ale chyba przede wszystkim ma rozbudzać wyobraźnię.

Najmłodszy właśnie mi wyrwał książkę i poleciał do siostry, by wspólnie oglądać. Chyba sie do niech dołączę:)

Możesz kupić tutaj: Gdzie jest tort?

Oprawa: twarda
Ilość stron: 32
Format: 245x285
ISBN 978-83-927462-8-7
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: EneDueRabe

wtorek, 22 czerwca 2010

David Benedictus "Powrót do Stumilowego Lasu"


Kiedy powstaje sequel jakiejś znanej, uważanej za wybitną, powieści, porównywanie z oryginałem zdaje się nieuniknione. Przede wszystkim pytamy, czy autor pozostał wierny pierwowzorowi. Mamy też własne wyobrażenia i oczekiwania, choć dość mgliste i nie do końca sprecyzowane, wedle nich oceniamy kontynuację. Zazwyczaj sequele wypadają słabo, a krytycy nie szczędzą cierpkich słów.

W przypadku Powrotu do Stumilowego Lasu jest nieco inaczej. Czytane przeze mnie recenzje są raczej pozytywne (na przykład te: "Dziennik" czy blog tu-czytam Izabeli Mikrut ). Mimo że autorzy dostrzegają słabości kontynuacji, doceniają włożony w przygotowanie książki trud. Wszyscy cieszą się, że Krzyś powrócił, ale i że oni jako czytelnicy mogli powrócić do Stumilowego Lasu, który co prawda trochę się zmienił, ale nie aż tak bardzo. Myślę, że te pozytywne opinie biorą się z szeregu faktów, o których mogliśmy czytać w artykule Maxa Fuzowskiego. Wizerunek Puchatka został tak zniekształcony przez wytwórnię Disneya, że powrót do korzeni, do stylu Milne’a i Sheparda traktowany jest w kategoriach przywracania dobrego imienia Kubusiowi. Wszyscy tę pracę doceniamy.

Nie mam lektury Kubusia Puchatka na świeżo, więc nie podejmę się wnikliwego porównywania stylu Milne’a i Benedictusa. Zresztą nie widzę w tym większego sensu, ponieważ nie ma oryginału przed oczami. Na polski książkę przetłumaczył Michał Rusinek – jako że nie jest to rzemieślnik, ale raczej artysta, jestem pewna, iż także jego styl wyczytać można z Powrotu…

Książkę czytałam głównie sobie. Na niektóre fragmenty załapały się też moje dzieci. Dwuletni Janek bez trudu i z zadowoleniem w ilustracjach rozpoznał Krzysia i Puchatka, co chyba dla pracy Marka Burgessa (ilustrował w stylu Sheparda) powinno być najlepszą rekomendacją. Czteroletnia Marta z kolei dostrzegła nową bohaterkę i zdziwiona dopytywała, co za jedna. Ta nowa postać to wydra Lotta, którą moja córka przechrzciła na surykatkę, będąc pod silnym wpływem pewnego filmu o wiewiórkach:) Generalnie słuchali zaciekawieni, a córka nie dała sie zbyć moimi sugestiami o problemach z gardłem. Uważam, że książka zdała próbę na dziecięcym czytelniku.

A teraz trochę ode mnie. Wracając do Lotty… zastanowiła mnie ta postać. Bo to obok Mamy Kangurzycy wyraźna bohaterka płci żeńskiej. Jak na kobietę przystało bywa zaaferowana samą sobą, ale jednocześnie też zdaje się mieć najwięcej oleju w głowie. To ona wie, gdzie rosną najsmaczniejsze osty, których zaczyna brakować Kłapouszkowi, to ona całkiem nieźle radzi sobie z grą w krykieta, to ona podkrada się do domku Sowy, by odkryć jej tajemnice. Do charakternej wydry czytelnik szybko się przekonuje i akceptują ją jako równoprawnego mieszkańca Stumilowego Lasu.

Poza tym w zasadzie niewiele się zmienia. Może jedynie trochę więcej współczesności wdziera się do krainy Kubusia Puchatka – gramofon, gra w krykieta, wanna – ale też cóż się dziwić… Krzysia nie było przez osiemdziesiąt lat. Coś w tym czasie musiało się zmienić. Zdecydowanie też widać, że doświadczenia szkolne chłopca wpływają na jego postrzeganie świat. Do tego stopnia, że postanawia zorganizować w lesie własną akademię z Kłapouchym w roli dyrektora odzianego w dostojną togę.

Powrót do Stumilowego Lasu okazał się wyjątkowo przyjemny!

Możesz kupić tutaj w zdecydowanie najbardziej przystępnej cenie: Powrót do Stumilowego Lasu

Ilustracje: Mark Burgess
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 224
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wymiary: 14.5x21.0cm
ISBN: 9788310116321
Tłumaczenie: Michał Rusinek

Wznowiono również ksiązki napisane przez Milne'a. Kupisz je tu:
Kubuś Puchatek

Chatka Puchatka

Konkurs z Puchatkiem (Nasza Księgarnia)

Na stronie Naszej Księgarni ogłoszono konkurs:


1.
Konkurs przeznaczony jest dla uczniów 1, 2 i 3 klasy szkoły podstawowej klas szkół z terenu całej Polski, zwanych dalej Uczestnikami.

2.
Uczestnicy biorą udział w konkursie za pośrednictwem opiekuna: nauczyciela, pedagoga, bibliotekarza, ewentualnie rodzica. W przypadku zwycięstwa wygrane w konkursie książki trafią do instytucji – szkoły, biblioteki lub placówki opiekuńczo-wychowawczej, wpisanej w formularzu zgłoszeniowym. Jeśli praca została wysłana za pośrednictwem rodzica Uczestnika, wygrane w konkursie książki trafią do jego biblioteki szkolnej.

3.
Zadanie konkursowe:

Wzorując się na mruczankach, które pisał Kubuś Puchatek, napisz własną mruczankę, która będzie miała przynajmniej dwie zwrotki.

Pracę należy przesłać za pośrednictwem formularza umieszczonego na stronie www.kubuspuchatek.nk.com.pl oraz www.nk.com.pl (sposób preferowany)

lub na adres Wydawnictwa z dopiskiem na kopercie „Powrót do Stumilowego Lasu” w terminie do 15.10.2010 wraz z wypełnionym formularzem konkursowym. Organizator bierze pod uwagę tylko prace wysłane w wymienionym terminie.

Wysłane pocztą tradycyjną zgłoszenia bez wypełnionego formularza nie będą brały udziału w konkursie. Formularz można znaleźć wewnątrz katalogu wysyłkowego Naszej Księgarni (wolno go kopiować)

4.
Prace zgłoszone do konkursu nie mogą być nigdzie wcześniej publikowane (również w Internecie).

5.
Uczestnik może wysłać na konkurs tylko jedną pracę.

sobota, 19 czerwca 2010

"Świerszczyk" nr 12/2010


W poprzednim numerze „Świerszczyka” pewien pisklak marzył o wyprawie w kosmos. Zdaje się, że to także ciche marzenie redaktorów prowadzących, ponieważ najnowszy egzemplarz dotyczy kosmosu właśnie.

Tym razem szczególną uwagę zwróciliśmy na szatę graficzną. Różne techniki zachęcają do samodzielnego wykonania pojazdu kosmicznego lub stworka z innej planety. W szczególności inspirujące są prace ze stron w dziale „Chcę wiedzieć więcej...” oraz na rozkładówce („Szukamy... i już mamy”). Jak się okazuje, wystarczy otworzyć szufladę taty bądź dziadka, w której znajdują się narzędzia, śrubki i inne dziwne przedmioty. Potem tylko trzeba uruchomić wyobraźnię, poprosić dorosłego o odrobinę pomocy i dziwne ludki z obcej planety gotowe. Dziewczynki pewnie chętniej chwycą za szmatki, nitki i wyczaruję sobie kosmitów za pomocą czarodziejskiej igły:) O! na przykład takiego:



„Świerszczyk” pokazuje przede wszystkim kosmicznych przybyszów i ich pojazdy (opowiadanie Małgorzaty Strzałkowskiej oraz pamiętnik Bajetana Hopsa), ale także marzenia o spotkaniu z nimi (wiersz Tomasza Plebańskiego i „wielkie czytanie” z Grzegorzem Kasdepke). W kosmos jako taki nie wyruszamy. Interesujące natomiast dla młodego czytelnika mogą sie okazać informacje i fakty zebrane w rubryce „Chcę wiedzieć więcej...”. Polecamy na przedwakacyjne pobudzanie wyobraźni:)

Strona "Świerszczyka"

piątek, 18 czerwca 2010

Tomek Tryzna "Blady Niko"

Lektura niektórych książek zmienia spojrzenie na świat. Nie myślę tu o filozofii w niej zawartej, która by zmieniała światopogląd czytelnika. Mówiąc o „spojrzeniu”, rozumiem to słowo literalnie. Myślę o optyce, o specjalnym filtrze czy okularach, które dana książka zakłada nam na nos. I wtedy wyglądasz przez okno i nagle zauważasz piękno tam, gdzie wcześniej go nie widziałeś. Albo obserwujesz na rynku ludzi i wydają ci się fascynujący ze swymi biografiami. W zasadzie zaczynasz je dorabiać do wyglądu, postawy, wyrazu twarzy, spojrzenia. Im bardziej te życiorysy pokraczne, tym ciekawsze.

Czasem też lektura niektórych książek przypada na szczególne, choć całkiem prozaiczne, okoliczności. Na przykład na czas podróży pociągiem lub samochodem. Czytaną wtedy rzecz zapamiętuje się na całe życie. Poszczególne sceny łączą się z kadrem spojrzeń rzucanych od czasu do czasu przez kamerę okna samochodowego albo z piosenką puszczaną akurat w lokalnej radiostacji.

Bladego Niko czytałam w podróży do Sokołowa Podlaskiego. Sceny, refleksje, retrospekcje głównego bohatera, Romka, mieszkającego na prowincji w głębokim PRL-u (koniec lat 60-tych) zlewały się w mej głowie z obrazkami Mazowsza - starymi, drewnianymi, walącymi się chałupami, bocianami stojącymi samotnie na łąkach czy lasami, przy których stali grzybiarze sprzedający pierwsze kurki. Wokół książki więc wytworzyła się atmosfera realizmu magicznego. Być może to wszystko sprawiło, iż Blady Niko wciągnął mnie bez reszty. Mało tego – uważam, że to wspaniała książka. Jeśli zamierzacie ją przeczytać, spróbujcie stworzyć lekturze odpowiednio dziwne, inne warunki. Nie będziecie zawiedzeni.



Gdyby nie wydawca, nie domyśliłabym się, że tytułowy bohater, dziewiętnastolatek, to Romek z Idź, kochaj, naówczas dwunastolatek, walczący o wyrwanie rodziny z nędzy (o którą nota bene się obwiniał). Blady Niko zawdzięcza swą ksywę anemicznej urodzie. Chyba jednak ma też w sobie coś z drania, o którym śpiewała Kwiatkowska. Poza tym Niko to anagram słowa „kino”, a to pojęcie akurat dla naszego bohatera jest niezmiernie ważne. Jest on bowiem młodym, jak sam twierdzi – świetnie się zapowiadającym reżyserem. Ma na swoim koncie nagrodę za film Marionetki (dołączono do książki, na płytce CD). Jego mistrzem jest Jean-Luc Godard, od którego filmu Pogarda tak naprawdę wszystko się zaczęło. Kiedy koledzy „walili konia pod Bardotkę”, on doznał olśnienia i zachwycił się artyzmem przekazu. Od tej pory, wraz z kolegami z klubu filmowego, jego życie toczy się wokół tematyki kinematograficznej.

Książka to w gruncie rzeczy spis myśli bohatera. Z jednej strony prowadzi on nas przez teraźniejszość – właśnie wydarzyło się coś ważnego. Niejaki profesor Wunde z NRD, zachwyciwszy się na jednym z festiwali świdnickim krajobrazem uchwyconym przez kamerę chłopców z klubu, postanawia podarować im profesjonalny sprzęt, który zakończy erę kina niemego w ich życiu. Pozwoli im rozwinąć skrzydła. Trwamy więc z bohaterem w oczekiwaniu na ten uroczysty moment przekazania sprzętu. Z drugiej zaś strony, Blady Niko prowadzi nas po okolicznych knajpkach, gdzie umawia się z kolegami – początkującymi artystami, dandysami, zachlewającymi ciemne strony swych życiorysów. Opowiada nam często i gęsto o scenariuszach filmów, które już nakręcił albo które wkrótce zamierza nakręcić, o misji bycia reżyserem niezależnym, ale także o swej rodzinie. Pięknie portretuje ludzi, z którymi się spotyka, z którymi żyje – rodziców, swoje dziewczyny, kolegów, mieszkańców miasta. Bardzo przypomina mi to obrazy Barei i jego naturszczyków, z Himilsbachem na czele. Niko (albo Tryzna?) przekonuje, że kamera potrafi uchwycić obraz tak, „jakby się woda zamieniła w wino. A niekiedy dzieje się odwrotnie i wino zamienia się w siki”. Dla mnie ta książka właśnie taka jest – woda zamienia się w wino.

Blady Niko to trzecia książka w cyklu. Po Pannie Nikt przedstawiającej losy trzech dziewcząt i po Idź, kochaj ze wspomnianym już bohaterem Romkiem. Wszystkie określane są mianem trylogii dziecięcej czy inicjacyjnej. Omawiana tu książka to zdecydowanie surowa rzecz. Pokazuje świat chłopaków (celowo używam tego słowa) chyba takim, jaki jest - podrywanie lasek, zmaganie się ze swoją seksualnością (że tak eufemistycznie to określę, choć należałoby dosadniej) i te ambicje bycia kimś, kimś innym niż wszyscy dookoła, i to przekonanie, że wszystko można zrobić, że sukces czeka za rogiem. Sporo tu odwołań do filmu ambitnego, literatury - nie wiem, czy to młodych przekona. Ja jestem na tak. Intuicja mi podpowiada, że młodym by się spodobało. Nie wiem natomiast, jak zareagowaliby niektórzy rodzice na tego typu lekturę:)

Uważam za śmieszne zestawianie na niekorzyść Bladego Niko z Panną Nikt. Według mnie obie są świetne, choć świetne inaczej.

Możesz kupić tutaj: Blady Niko

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 200
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Czarna Owca
Wymiary: 13.5x20.5cm
ISBN: 9788375541649

Pozostałe części trylogii kupisz tutaj:
Panna Nikt


Idź, kochaj

czwartek, 17 czerwca 2010

Marzenna Bławat "Przygody Chochlika"

Czy książki dla dzieci muszą dotyczyć świata baśni lub magii? A może wyłącznie świata rzeczywistego, codziennych spraw, przedmiotów, pospolitych emocji? Jest jakiś inny sposób na opowiedzenie historii tak, aby zainteresować najmłodszego czytelnika, odpowiedzieć na jego podświadome wymagania, wrażliwość, sposób postrzegania rzeczywistości? Marzenna Bławat proponuje taką właśnie alternatywną drogę.

Autorka stworzyła zbiór opowiadań o przygodach zupełnie nietradycyjnego chochlika, mianowicie takiego, który psoci na łamach czasopism, drukowanych kartkach książek czy w przestrzeni cybernetycznej. Chochlik ten to postać całkowicie rzeczywista, mała, okrągła i lubująca się w pstrokatych ubrankach. Jest uparty, bywa złośliwy (jak to już w naturze chochlików) i uwielbia podróże. Jego najlepszym przyjacielem jest podobny mu stworek Wędrowniczek, będący towarzyszem obieżyświatów. Wspólnie przeżywają liczne i emocjonujące przygody w przeróżnych miejscach w Polsce i na świecie. Najbardziej pasjonują się Gdynią, które to miasto sprawuje patronat nad książką Bławat (powstała dzięki dofinansowaniu tamtejszego Urzędu Miasta).

Przygody Chochlika i jego przyjaciół często dotyczą sytuacji, w których należy pomóc słabszym, pokrzywdzonym czy biednym. Spotykamy więc nieszczęśliwe łabędzie schwytane przez złego człowieka, które trzyma na uwięzi. W Afryce Chochlik wraz z Wędrowniczkiem spuszczają na biednych mieszkańców wioski deszcz złotego kruszcu, który wydobyli własnymi siłami spod ziemi. W Przygodach Chochlika nie ma bowiem miejsca na jakiekolwiek czyny choćby na pozór magiczne czy nawiązujące do fantastyczności charakteryzującej tradycyjną rzeczywistość baśniową. Marzenna Bławat już od pierwszych stron swojej książki sprowadza małoletnich czytelników na ziemię. Wyjaśnia im, że opisywane przez nią stworzenia to wyłącznie wytwory wyobraźni, a nie coś, co można zobaczyć na własne oczy. Co za tym idzie, również ich niezwykłe wyczyny (jak podróżowanie na warkoczach wiatru czy zjazd po tęczy) nie mogą zaistnieć w prawdziwym świecie. Ta nieco „łopatologiczna” stylistyka to jedna z cech Chochlika. Kolejną jest wyraźna „technologizacja” opowieści, umiejscawianie jej w świecie zinformatyzowanym, gdzie tytułowy Chochlik rozpoczyna dzień od przeglądu stron internetowych w poszukiwaniu smacznych literek na śniadanie. Jego największymi wrogami zaś są komputerowe myszy-psotnice.

Przygody Chochlika to książka dla najmłodszych czytelników, aczkolwiek należących do generacji dzieci wyrosłych w świecie mass-mediów i Internetu. W innym wypadku bowiem ogarnięcie nakreślonej przez pisarkę historii nie jest możliwe. Stworzony przez Bławat chochlik to, jak sama autorka przekonuje, twór zwykłej wyobraźni. Umiejscowiła go ona w dobrze znanym każdemu z nas świecie, nie stroniąc od jego przyziemności i „bijącej po oczach” współczesności. Osobiście nie trafia do mnie tego typu literatura. Ewidentnie idee, które postanowili przekazać autorzy, stały się głównym tematem książki, przesłaniając jej treść. Czytając czasem irracjonalne i przynudnawe Przygody Chochlika, przyszło mi na myśl, czy taka forma opowieści jest w stanie zainteresować współczesne dzieci. Nie wydaje mi się, ale też nie jestem już dzieckiem.

Możesz kupić na stronie wydawnictwa Bernardinum

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 68
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Bernardinum
Wymiary: 20.5x20.5cm
ISBN: 978-83-7380-734-1

środa, 16 czerwca 2010

Katyń... ocalić od zapomnienia

Bo tylko drzewa nad grobem
Stojące niby gromnice
Mogłyby liści szelestem
Wyszumieć tę tajemnicę

Z wiersza „Katyń” Mariana Hemara


Wczoraj miałam okazję brać udział w uroczystości sadzenia dębów pamięci. Mój pradziadek, Franciszek K. został zamordowany przez NKWD w kwietniu 1940 roku. Miał wtedy zaledwie 36 lat, był policjantem, osierocił troje dzieci.



Uroczystość była rzeczywiście piękna i jesteśmy zadowoleni, że udało nam się pojechać, choć do Sokołowa Podlaskiego ze Śląska mamy dość kawałek. Uroczystość sadzenia dębów była poprzedzona mszą w sokołowskiej konkatedrze. Biskup Dydycz poświęcił dęby, aby po chwili przedstawiciele lokalnych władz oraz rodzina mogły dokonać symbolicznego sadzenia. Jednocześnie wtedy czytano krótkie informacje o
zamordowanych. Warto tu wspomnieć, że Lech Kaczyński w październiku 2007 roku odznaczył pośmiertnie mojego pradziadka , nadając mu tytuł aspiranta policji.



Poruszający był moment Apelu Pamięci, kiedy wydano komendę "Baczność" oraz padły słowa: "Przywołuję Was do Apelu Pamięci Polscy Oficerowie, Synowie Ziemi Sokołowskiej (tu wymieniono z imienia i nazwiska każdego z 10 zamordowanych)".
Następnie dzieci otrzymały od kombatantów z AK światło, które pod postacią zniczy ustawiły przy każdym z dębów. Zaproszeni znamienici goście (wśród nich Jacek Sasin z kancelarii prezydenta, poseł Paweł Poncyliusz) złożyli dwie róże - białą i czerwoną - obok drzew. Obok dębu mojego pradziadka kwiaty złożyła aktorka Małgorzata Kożuchowska.



Gloria victis!

wtorek, 15 czerwca 2010

Gdzie trzymać książki?

Z cyklu - gdybym miała duży dom i dużo pieniędzy ... :)


Półeczki na książki dziecięce. Na pewno spodobałyby się maluchom.
Do kupienia tutaj
I jeszcze designerskie, czyli takie, które spodobałyby się rodzicom:) Do kupienia tutaj

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Janosch "Poczta dla Tygryska"


Czytałyśmy już o przygodach Misia i Tygryska autorstwa Janoscha. Córce spodobała się ta lektura od drugiego wejrzenia. Mam wrażenie, że główne postaci kojarzyły jej się z innym misiem i tygryskiem, a ci tutaj byli jacyś tacy dziwnie inni. Marta jednak dała się przekonać, że miś może mieć wiele twarzy. Istotny pewnie był również fakt, że ich przygody są tak sympatycznie proste. I opowieść dotyka kwestii uczuć.

Miś i Tygrysek mieszkają razem. Czasem jednak muszę się rozstać – a to Miś wychodzi łowić ryby, a to Tygrysek idzie zbierać grzyby. Zawsze wtedy jednemu lub drugiemu robi się smutno i tęsknota daje znać o sobie. Potrzeba jest jednak matką wynalazku. Miś wpada na pomysł wysłania listu, pracy listonosza podejmuje się Zając. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc wkrótce bohaterowie odkrywają korzyści wynikające z okablowania mieszkania, łąki, lasu tak, by każdy mógł rozmawiać z każdym przez telefon. Ot cała historia:)

Rzecz opowiedziana przez Janoscha nie dotyka jednak tylko kwestii tęsknoty czy wspaniałości rozwoju technologicznego. Książeczka kończy się taką oto rozmową:

- Ach, Misiu – mówił Tygrysek – czy życie nie jest niesamowicie piękne, powiedz!
- Tak – odpowiedział Miś – jest naprawdę niesamowite i piękne.
I, do licha, właściwie obaj mieli rację.

I to chyba jest sedno jest opowieści. Ta sugestia, że relacja z drugim jest najważniejsza i to ona sprawia, że warto żyć, trudzić się, nawet czasem potęsknić. U Janoscha w prostocie i zwyczajność można się zakochać. Potem taki dorosły jak ja, czytający dziecku książkę, siedzi i myśli sobie: „i czego, ty durna, chcesz od życia i świata, skoro wszystko masz, siedzące/śpiące/leżące obok ciebie”. Jak widać, książki dla dzieci prostują też tych o wiele starszych czytelników.

Możesz kupić tutaj: Poczta dla Tygryska

Oprawa: Twarda
Ilość stron: 39
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Znak
Wymiary: 17.0x25.0cm
ISBN: 83-240-0358-4
Tłumaczenie: Emilia Bielicka

niedziela, 13 czerwca 2010

Bajki-Grajki. "Jaś i Małgosia"


Posłuchajcie: oto bajka. Stara bajka-samograjka, ale dla was, daję słowo, wymyśliłem ją na nowo.
Dzieci moje wcześnie padły spać (w samochodzie, gdy wracaliśmy do domu), więc dziś na dobranoc postanowiłam uraczyć siebie bajką-grajką o Jasiu i Małgosi. Właśnie słucham, buzia mi się rozdziawia z radości, noga przytupuje do wesołych melodii...oj będą dziś wesołe sny:)

Jaś i Małgosia to słuchowisko muzyczne, które powstało w 1966 roku, czyli 44 lata temu! Jest więc starsze ode mnie, a jednak wciąż tak urokliwe. Przede wszystkim za sprawą aktorów: Wiesława Michnikowskiego (znów!), Barbary Krafftówny oraz Zofii Rysiówny w roli czarownicy. Zachwyca mnie to sceniczne "ł" oraz umiejętność wydobywania emocji tak różnych i przekazywania ich za pomocą języka. W ucho wpadają natychmiast piosenki ("My mieszkamy w chatce drwala, tralalala") oraz muzyka skomponowana przez Stefana Kisielewskiego. Warto jeszcze może dodać, że tekst napisał Jan Brzechwa.

Bajka o Jasiu i Małgosi nie kończy się tradycyjnie:) Nie zdradzę jednak zakończenia.. sami posłuchajcie:) A co!

Możesz kupić tutaj: Jaś i Małgosia

Nośnik: CD
Tekst bajki: Jan Brzechwa
Muzyka: Stefan Kisielewski
Czas trwania bajki: 13'23''
Aktorzy: Jan Kocher, Wiesław Michnikowski, Barbara Krafftówna, Mieczysław Czechowicz, Tadeusz Bartosik, Zofia Rysiówna
Rok nagrania: 1966

sobota, 12 czerwca 2010

Marta Fox "Iza Anoreczka"



Marta Fox, za moich licealnych czasów, uczyła w jednej z katowickich szkół średnich (czy uczy dalej?). Koleżanka miała okazję być jej uczennicą i pamiętam, że zawsze dobrze o niej mówiła. Że ciepła, że wyrozumiała, że mądra, że przyjacielska, że ciekawa. Zastanawiałam się wówczas, jak to jest mieć za nauczycielkę pisarkę. Myślałam o niej jak o Keatingu w spódnicy:) Nigdy jednak na lekturę jej książek się nie zdecydowałam. Dziś zastanawiam się dlaczego. Chyba miałam inne zainteresowania czytelnicze. Świat nastolatków z ich problemami nieszczególnie mnie interesował. Wystarczało mi życie:)

Lektura Izy Anoreczki przyniosła mi dziś wiele spostrzeżeń. O nas rodzicach, o naszych ambicjach, o tym, jak wychowujemy nasze dzieci, o problemach młodzieży. Bo z dziennika Izy, szczupłej i ładnej nastolatki, która rozpoczyna karierę modelki, wyłania się obraz zagubionego młodego człowieka. Dziewczyna po rozwodzie rodziców mieszka przez tydzień u ojca i jego nowej żony, a przez następny u matki, właścicielki salonu odnowy biologicznej. I tak na zmianę. I coraz bardziej zaczyna jej to przeszkadzać. Bywają momenty, gdy budzi się w nocy i nie ma pojęcia, pod czyim dachem śpi. To rozdarcie pogłębia się na skutek różnic w metodach wychowawczych. Matka jest tu winna najbardziej. Naciska na córkę, by trzymała dietę (głównie jogurty i listki sałaty), organizuje jej kolejne pokazy, nie reaguje, gdy córkę obłapiają faceci z branży, bezustannie ją kontroluje. Ojciec z kolei martwi się, że córka je mało (i ma rację!), ale jednocześnie jest zbyt zajęty swoją pracą zawodową, aby przejąć się problemami dziecka naprawdę. Jedynie macocha Eliza znajduje czas na rozmowę i ma w sobie sporo rozsądku.

Iza jest traktowana w szkole jak wredniara. Trudno się dziwić, skoro sama te negatywne uczucia podsyca zjadliwymi komentarzami i snobistycznym zachowaniem. Czuje się jednak bardzo samotna i opuszczona. Chciałaby mieć przyjaciół, ale nie może się przełamać. To kolejne rozdarcie.

Fox jest doskonałą obserwatorką świata nastolatków. Jej książka, w której pojawia się problem anoreksji, przerośniętych ambicji rodziców, samotności dziecka, jest tak bliska prawdzie. Udaje się autorce uniknąć tanich i banalnych spostrzeżeń, schematyzacji. Problemy Izy nie rozwiązują się same ani za sprawą czarodziejskiej różdżki czy cudownego chłopaka. Właściwie w ogóle się nie rozwiązują. Dziewczyna jedynie odkrywa coraz bardziej kim jest, kim być nie chce (o nie, modelką póki co chce być nadal). W końcu też przyznaje się przed światem do tego, że jest jej źle. Wydaje się, że to pierwszy krok ku normalności. Co dalej? – dowiemy się z kolejnej części przygód Izy Anoreczki.

Książkę warto podsuwać młodym ludziom. Może pełnić rolę terapeutyczną, może też pomagać zrozumieć siebie i innych. Jestem pewna, że licealistki będą się w Fox zaczytywały, bo odnajdą w jej książkach świat prawdziwy, nieupudrowany, nieskłamany, ten, który same obserwują na co dzień.

Najbardziej znana powieść dla nastolatków Marty Fox to Magda.doc. Warto pewnie zajrzeć też do innych jej książek (z serii?), jak: Paulina w orbicie kotów, Kaśka Podrywaczka, Karolina XL, Karolina XL zakochana.

Możesz kupić tutaj: Iza Anoreczka

Blog Marty Fox

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 134
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Akapit Press
Wymiary: 13.0x20.0cm
ISBN: 9788361635659

piątek, 11 czerwca 2010

Joanna Krzyżanek "Dobre maniery, czyli savoir-vivre dla dzieci"


Twój przedszkolak nie chce myć rąk przed posiłkiem, beka przy jedzeniu, nie mówi „dzień dobry, dziękuję, przepraszam” i generalnie zachowuje się, jakby wyszedł z dziczy? Mam dziś coś dla Was!

Wielopokoleniowa rodzina Wafelków mieszka w Starym Rumiankowie. Wszyscy są oryginalni i mają swoja pasje. Lusia, najmłodsza latorośl, zamierza zostać ogrodniczką, Filip – jej brat – bezustannie coś majsterkuje, tata Marek uwielbia fotografować, a mama Małgosia – malować obrazy. Jest jeszcze babcia Helenka, która robi przepyszne smakołyki, dziadek Izydor potrafiący wszystko naprawić, kotka Pelasia i pies Trampek. Dwadzieścia dwie opowieści pokazują nam tę uroczą rodzinkę w codziennych sytuacjach – jak spożywanie posiłku, wieczorna kąpiel czy siedzenie przed komputerem.

Kolejne opowiadania o życiu rodzinki Wafelków można czytać wieczorem, przed snem lub wtedy, gdy maluch ma ochotę. Historyjki skrzą się humorem i można rzec, że zostały wprost z życia wzięte. Na przykład , w której czytamy, jak to Lusię i Filipa odwiedzają koledzy i koleżanki. Jedna z nich, Tosia wymyśla przy jedzeniu – doskonale wie, czego nie zje, nim w ogóle tego spróbuje. Bardzo mi ta Tosia kogoś przypomina! :) Nauka dobrych manier dotyczy też dorosłych – na przykład sąsiadki Wafelków, pani Dominiki, która wciąż wszystkim wchodzi w słowo i trajkoce jak najęta.

Opowiadania zostały bogato i sympatycznie zilustrowane, co zachęca do sięgania po książkę także wtedy, gdy nikt akurat nie może jej maluchowi czytać. Moja córka ostatnio wciąż ją przegląda, po kilka razy dziennie (akurat czytamy Janoscha). Obrazki to scenki okalające tematycznie zagadnienie poruszane w danym opowiadaniu. Wszystkie podpisano jednozdaniowymi sugestiami: „Nie zapomnij umyć zębów po posiłku”, „Przeproś za spóźnienie”…

Książki o savoir-vivrze zdecydowanie źle mi się kojarzą. Przywodzą na myśl nudne „lekcje stylu”, zupełnie nieprzystające do życia, wymuskane na siłę, staroświeckie... Tu jednak temat podano z humore, bez nadęcia i napięcia. Dlatego nie waham się polecić.

Oprawa: twarda
Ilość stron: 95
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: Papilon
Wymiary: 21x29.5
ISBN: 9788324565252

czwartek, 10 czerwca 2010

Katarzyna Mróz "Literki na dworcu"


Literki na dworcu to książeczka edukacyjna. Ma zachęcić dziecko do poznawania liter. Wierszyk – rozpisany na kolejnych stronicach – pozwala poznać wszystkie litery alfabetu, które wybrały się w podróż. Właśnie spotkały się na dworcu i każda ma swoją własną historię. Na przykład L siedzi już w przedziale i zajada się lodami, a U wykrzywia usta, bo nie lubi przeciągów. U dołu strony maluch może ćwiczyć rękę i kaligrafować litery. Na obrazkach przedstawiono też zwierzęta, rzeczy, których nazwy zaczynają się na daną literę.
To skromna, dwudziestostronicowa książeczka, która nie zachwyca niestety poziomem graficznym. Może być wykorzystana w zajęciach domowych z rodzicem.

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 20
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: WAM
Wymiary: 15.5x23.0cm
ISBN: 9788375052411

Daniel Pennac w "Jak powieść" powiedział: (2)

11. (...) ów rytuał czytania każdego wieczoru,  w nogach jego łóżka, gdy był jeszcze mały - o stałej porze, pełen powtarzalnych gestów - miał w sobie coś z modlitwy. To nagłe zawieszenie broni po znaojach całego dnia, te spotkania poza zasięgiem przypadku, ta chwila ciszy i skupienia, zanim jeszcze padną pierwsze słowa opowieści, nasz głos wreszcie podobny do siebie, liturgia kolejnych rozdziałów...
(...)
Miłość zyskiwała w ten sposób nowe oblicze.
Niczego nie chcieliśmy w zamian.

12.
Całkowita bezinteresowność. Tego właśnie oczekiwało od nas nasze dziecko. Prezentu. Daru chwili wyrwanej z szeregu innych chwil.Wbrew wszystkiemu. Dzieki tym nocnym opowieściom dziecko pozbywało się balastu dnia. Luzowaliśmy cumy. Dziecko ulatywało  z wiatrem lekkie jak piórko, a ten wiatr to był nasz głos.
Daniel Pennac, Jak powieść, Warszawa 2007, s. 31-33.

Możesz kupić tutaj: Jak powieść

Oprawa: Miękka
Ilość stron: 176
Rok wydania: 2007
Wydawnictwo: Muza
Wymiary: 12.5x19 cm
ISBN: 978-83-7495-089-3
Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

środa, 9 czerwca 2010

Iwona Czarkowska "Kocia odkrywalnia tajemnic"

Koty w roli detektywów to pomysł Iwony Czarkowskiej na książkę dla dzieci. Mrukot, Mlekot i Myszkot mieszkają w Kocinie Górnej, w domu „Pod Czarnym Kotem”, gdzie prowadzą swoje biuro detektywistyczne. Kocina Górna to ciekawa miejscowość, zupełnie bajkowa. Tuż obok rynku na przykład mieszka rodzina Smok-Smoczyńskich, która prowadzi skromny bar mleczny „Smoczna Pożeralnia”. Do biura co jakiś czas zgłaszają się zaniepokojeni mieszkańcy miasteczka, którym coś ukradziono, na których ktoś napadł lub ponieważ kogoś porwano. Autorka tworzy więc osiem opowiastek ujawniających kocie umiejętności.

Bajeczki Czarkowskiej są króciutkie, nawet mam wrażenie, że zbyt krótkie. W czasie jednego posiedzenia z małym molem książkowym jesteśmy w stanie przeczytać całą książkę. Kocie przygody są w gruncie rzeczy proste. Ot, trzeba odkryć, kto obgryzł pół rękawa marynarki, gdzie zniknęła kukułka z zegara, co kryje się w walizce Mrukota… Zagadki udaje się rozwiązać za sprawą dowodów zostawionych na miejscu przestępstwa.

Kocia odkrywalnia tajemnic zachęca do uważnego obserwowania świata. Tajemnice bowiem kryją się za każdym rogiem. Uczy, że spostrzegawczość to pierwsza ważna cecha każdego dobrego detektywa. Chłopcy, zainteresowani tematyką kryminalną, policjantami, detektywami i tajemnicami, mogą znaleźć w tej książeczce niemało inspiracji.



Możesz kupić tutaj: Kocia odkrywalnia tajemnic

lub na stronie wydawnictwa
Ilustracje: Jacek Pasternak
Oprawa: Twarda
Ilość stron: 64
Rok wydania: 2009
Wymiary: 17.0x24.5cm
ISBN: 9788375511260

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Ocalić Puchatka

Przeszło rok temu w "Dzienniku" można było przeczytać artykuł zaczynający się od słów:

Kubuś Puchatek z Tygrysem na skuterze, zamiast Krzysia - dziewczynka Darby, Prosiaczek z odwagą Batmana. To nie ponury żart, a kolejny pomysł Walt Disney Company na misia o małym rozumku. W Polsce właśnie skończyła się pierwsza edycja nowego serialu "Moi przyjaciele - Tygrys i Kubuś".
Tylko gdzie podział się Puchatek znany z książek A.A. Milne’a? W kolejnych disneyowskich adaptacjach na pewno go nie odnajdziemy. Za to w ostatnich dniach ogłoszono, że już w październiku (w Polsce na początku czerwca 2010 r.) ma ukazać się wierny oryginałowi i zaaprobowany przez spadkobierców autora sequel "Kubusia Puchatka" i "Chatki Puchatka". 
" to kontynuacja przygód pisanych przez Milne’a, zarówno pod względem tekstu, jak i ilustracji" - zapewnia Alicja Oczko z wydawnictwa Nasza Księgarnia, które kupiło prawa do polskiego przekładu. Na potwierdzenie tych słów przyjdzie nam jeszcze poczekać, choć nazwiska autorów tekstu i rysunków do "Powrotu do Stumilowego Lasu" wydają się gwarantować jakość. Dalsze losy Puchatka dopisał David Benedictus, autor świetnych radiowych adaptacji przygód niesfornego miłośnika miodu. Rysunkami mającymi przypominać ilustracje E.H. Sheparda zajął się Mark Burgess, który odnowił ostatnio wizerunek innego słynnego misia - Paddingtona. Choć pisanie sequeli kultowych bajek to sprawa trudna i nie zawsze kończąca się sukcesem, jak pokazuje chociażby przykład "Piotrusia Pana w czerwieni", kontynuacja książki J.M. Barriego, jedno jest pewne - istnieją szanse, że Disney straci monopol na wizerunek Puchatka. I bardzo dobrze, bo w ostatnich latach doprowadził go do granic absurdu.

Ciąg dalszy artykułu Maxa Fuzowskiego znajdzie tutaj.

Ja z kolei chcę ogłosić, że Powrót do Stumilowego Lasu miał już  w Polsce swą premierę w maju. Obiecuję recenzję z tej książki wkrótce.

piątek, 4 czerwca 2010

Neil Gaiman "Księga cmentarna"

Już po raz kolejny Neil Gaiman zabiera nas do świata swojej wyobraźni. Tym jednak razem autor proponuje czytelnikowi dość nietypową scenerię miejskiego cmentarza. Tam właśnie toczy się akcja najnowszej powieści Gaimana, Księgi cmentarnej.

Jej bohaterem jest Nik (skrót od Nikt), mały chłopiec, którego niesamowite i zatrważające losy poznajemy na przestrzeni kilku lat dorastania chłopca na tymże właśnie cmentarzu. Oczywiście chłopiec nie pozostaje całkowicie sam. Jego opiekunami i najbliższymi przyjaciółmi są spoczywający na cmentarzu mieszkańcy angielskiego miasteczka. Jednakże Nik nie obraca się wyłącznie w towarzystwie duchów. Jego bezpośrednim opiekunem jest bowiem tajemniczy Silas, ni to żywy, ni umarły, który pilnuje bezpieczeństwa chłopca, czuwa nad jego wykształceniem oraz dostarcza chłopcu jedzenie. Cmentarz nie stanowi dla Nika wyłącznie miejsca zamieszkania, ale i swego rodzaju azyl. Życie chłopca jest cały czas zagrożone, mimo że z pozoru nic na to nie wskazuje. Żelazne ogrodzenie cmentarza stanowi jego jedyną obronę przed żądnym krwi i zemsty przerażającym mordercą o imieniu Jack. Człowiek ten jest związany ze smutnym losem Nika, odpowiada za jego wyjątkowy sposób życia.

Nik pojawił się na cmentarzu niespodziewanie pewnej mglistej nocy, kiedy dopiero co nauczył się chodzić. Jego śladem podążał mężczyzna w czerni uzbrojony w nóż, którym dopiero co zamordował rodziców oraz siostrę chłopczyka. Kim jest ów przedstawiciel tajemnej organizacji Jacków Wszystkich Fachów? Czemu pragnie śmierci kilkuletniego dziecka? Czego nauczy się Nik podczas swego pobytu na cmentarzu pośród zainteresowanych nim umarłych? Czy zdobędzie ludzkich przyjaciół? I co najważniejsze, czy zdoła przeżyć? Odpowiedzi na te pytania udzieli lektura Księgi cmentarnej, jednej z ostatnich powieści Gaimana.

Księga… to kolejny przykład specyficznej twórczości Neila Gaimana. Suche, oszczędne opisy przeplatają się z dialogami pełnymi niedopowiedzeń, tajemniczych, poetycko sformułowanych. Główny bohater to ponownie dziecko dotknięte traumą nieszczęśliwego dzieciństwa i odrzucone przez innych ludzi. Także i w tym wypadku szuka ono pocieszenia i pomocy wśród stworzeń „nie z tej ziemi”. Z drugiej strony nie brak oczywiście tej właściwej Gaimanowi relatywizacji dobra i zła, zacierania granic między wartościami pozytywnymi i negatywnymi, epatowania makabrą w sposób nie do końca dla mnie zasadny. Już pierwsze strony książki odesłały mnie mentalnie do ”chirurgicznych” opisów zbrodni znamiennych dla prozy Edgara Allana Poe. Jednakże co to na dobrą sprawę ma wspólnego z prozą młodzieżową? Tego typu postmodernistyczne powieści nie znajdują w moich oczach uznania.

Możesz kupić tutaj: Księga cmentarna

Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 284
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: MAG
Wymiary: 13.0x20.0cm
ISBN: 978-83-7480-109-6
Tłumaczenie: Paulina Braiter

"Świerszczyk" nr 11/2010

Na nowy numer „Świerszczyka” spojrzałam z innej perspektywy. Ponieważ ostatnio zainteresowała mnie metoda Domana (nauka czytania), zaczęłam przyglądać się czcionkom w książkach dla dzieci. Niestety wiele z nich ma literki malutkie, maciupeńkie i w gruncie rzeczy nadaje się do czytania przez rodzica, a nie dziecko.
„Świerszczyk” napisany jest dużą czcionkę, ze sporymi odstępami między wersami (nie wiem, jak to się fachowo nazywa), dlatego na jednej stronie nie ma zbyt wiele tekstu. Zazwyczaj są to krótkie wierszyki czy miniopowiadania. Wyjątek stanowi tzw. wielkie czytanie.

Jeśli ktoś chce czytać z dzieckiem, świetnie do tego nadaje się rubryka „Litery znam, więc czytam sam”. To właśnie króciutkie opowiadanko. Niektóre wyrazy zostały zastąpione obrazkami, więc nawet maluszek, który nie potrafi czytać, może się włączyć w tok lektury. Moja córka takie wspólne czytanie bardzo przeżywa. Cieszy mnie, że potrafi odgadnąć obrazek i jeszcze słowo odmienić tak, aby pasowało do zdania. Tym razem czytałyśmy o pisklaku, który marzy o wyprawie w kosmos (Małgorzata Strzałkowska).

Nowy numer poświecony jest marzeniom. Otwiera go piękny, prawie „dorosły” wiersz o gwiazdach Natalii Usenko oraz intrygująca ilustracja Kasi Bajerowicz. Dowiadujemy się też, o czym nie marzy Hipolit Kabel w wielkim czytaniu z Roksaną Jędrzejewską-Wróbel.

Na koniec dodam, że przygody świerszczyka Bajetana Hopsa zostały zebrane w postaci specjalnego zeszytu, który można kupić w salonikach prasowych. Warto też zastanowić się nad wzięciem udziału w konkursie, bo do wygrania książka Płaszcz Józefa:)



Strona "Świerszczyka"

środa, 2 czerwca 2010

Biblioteka cyfrowa z literaturą dziecięcą

Czy nie macie czasem ochoty zajrzeć do książek, które sami kiedyś namiętnie czytaliście? Ja bezustannie żałuję, że tak mało jest reprintów książek, które powstawały w XIX i XX wieku. Wyjątkowo wtedy dbano o stronę graficzną. Wówczas ilustratorzy byli prawdziwymi artystami. Podobnie zresztą jak pisarze. W związku z rozwojem rynku dziś można wydać wszystko - nawet jeśli jest to największy kicz i literacki chłam.

Stęsknionych za przeszłością odsyłam do cyfrowej biblioteki. Zajrzyjcie, jakie skarby tam zebrano (skany książek z XIX i początku XX wieku).



Informacja (a także obrazek) za strony:

Równo 450 książek dla dzieci, wszystkim i całkowicie za darmo, udostępnia w Internecie Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona. Na wirtualnej półce znaleźć można m.in. opowieści o kapitanie Nemo Juliusa Verne, Sindbadzie Żeglarzu Bolesława Leśmiana i Pimpusiu Sadełko, spisane przez Mruczysława Pazurka (pseudonim Marii Konopnickiej).
Z okazji Dnia Dziecka zestaw ten uzupełniono o dwie powieści i sześć krótszych utworów popularnej współczesnej autorki i badaczki literatury dziecięcej, prof. Joanny Papuzińskiej, takich jak powieść Czarna łapa, czy opowiadania i wierszowane bajki: Nasza mama czarodziejka, Chwilki dla Emilki, Śpiące wierszyki i inne.
Dziecięca kolekcja Polony to wirtualne kopie klasyków literatury dziecięcej, w pięknie ilustrowanych wydaniach z końca XIX i początku XX wieku. Dostępne są na stronie www.polona.pl całkowicie za darmo. Większość kolekcji to utwory klasyczne, niechronione już prawem autorskim. Wyjątkiem są właśnie teksty Joanny Papuzińskiej, która zgodziła się na ich publikację w CBN Polona. Prof. Papuzińska udostępniła także swoją autobiografię oraz teksty krytycznoliterackie, które Polona opublikuje w późniejszym terminie.
Przejdź do kolekcji.

wtorek, 1 czerwca 2010

Prezent na Dzień Dziecka dla mnie:)

Powiem krótko. Udzieliłam wywiadu portalowi fronda.pl

Wspólnym lekturom towarzyszy zawsze bliskość fizyczna – przecież, żeby zobaczyć ilustracje, trzeba być blisko mamy czy taty, trzeba się po prostu przytulić - opowiada Monika Moryń, autorka bloga o książkach dla dzieci.

Fronda.pl: Czy dzieci są dziś inne niż 20 lat temu?
Monika Moryń*: Myślę, że nie. Maluchy, te najmłodsze, nadal, jeśli pozwolić im na swobodę doświadczania, uwielbiają skakać po kałużach, potrafią bawić się godzinami kamykami, cieszą się z prostych rzeczy, na przykład krowy zobaczonej na polu. Potrzebują też – jak od wieków – przytulenia i miłości rodziców. To świat dookoła jest inny. Śmiem też twierdzić, że my - dorośli bardzo się zmieniliśmy.
 Całość tutaj:)

Bajki-grajki. "O krasnoludkach i sierotce Marysi."

Dziś pozwalam sobie na powrót w krainę dzieciństwa. Kilka miesięcy temu odkryłam Bajki-grajki, czyli nagrane kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat temu bajki muzyczne czy też, jak kto woli, słuchowiska dla dzieci. Odżyło mnóstwo wspomnień! Mój zachwyt nad doskonale przygotowanymi audiobookami, bo tak dziś nazywamy tego typu propozycje, trwa do dziś. W tej chwili mamy w domu 17 bajek-grajek. Ulubiona mojej córki to Przygody Gąski Balbinki, której mogłaby słuchać godzinami, niemalże do mojego znudzenia (bo bajeczka jest króciutka, zaledwie 11 minut), wbita w fotel, siedząca bez ruchu – aż trudno mi w to uwierzyć! Ja sama słucham sobie O krasnoludkach i sierotce Marysi, ponieważ pamiętam te scenki muzyczne z dzieciństwa.

Bajki O krasnoludkach i sierotce Marysi słuchaliśmy u sąsiadki, która miała adapter i płytę analogową z tym nagraniem. Możecie mi nie wierzyć, ale głos Koszałka Opałka (Wiesław Michnikowski) brzmiał mi w uszach do dziś. Doskonale pamiętam wybudzające się z zimowego snu krasnoludki, śpiew Marysi… Wrażeniom słuchowym towarzyszyły wrażenia estetyczne, ponieważ mieliśmy w domu książkę w ilustracjami Jana Marcina Szancera.

Jako osoba już dorosła zachwycam się  dbałością o szczegóły. Co różni bajki-grajki od współczensych audiobooków, to przede wszystkim fakt, że nie oszczędzało się na realizacji przedsięwzięcia. Oczywiście można wziąć Magdę Umer czy Janusza Gajosa i zapłacić mu za przeczytanie książki - będzie fajne. Tu jednak ogrom włożonej pracy jest zdumiewający! Każdy z bohaterów mówi własnym, charakterystycznym głosem. Co rusz w tle słychać dźwięki przyrody naśladowane przez instrumenty. I ta muzyka! Wyobraźcie sobie, że dziś ktoś zbiera orkiestrę tylko po to, żeby nagrać dzieciom bajkę - niemożliwe! A kiedyś było to konieczne, jedyne, najważniejsze!

Dziś sąsiadka nie ma już ani adaptera, ani płyt. Książkę wyniósł do szkoły mój brat i juz jej nie przyniósł z powrotem...


 Pocieszam się więc tymi pocztówkami, które na swoim blogu ocala od niepamięci jarmila09 oraz bajką-grajką puszczaną z odtwarzacza CD. Można przełożyć okładki tak, aby na wierzchu była ta oryginalna :).



Możesz kupić tu: O krasnoludkach i sierotce Marysi

Tekst bajki: Janina Gillowa i Wiesław Opałek wg Marii Konopnickiej
Muzyka: Ryszard Sielicki
Czas trwania bajki: 44'11''
Aktorzy: Wiesław Michnikowski, Mieczysław Czechowicz, Andrzej Stockinger, Wojciech Siemion, Edmund Fidler, Jan Matyjaszkiewicz, Joanna Russek-Górzyńska, Teresa Lipowska, Tadeusz Bartosik, Maria Janecka, Anna Rojek, Elżbieta Gaertner, Danuta Mancewicz, Jerzy Dukay
Rok nagrania: 1972